Siostra mojej siostryTekst

Z serii: Poza serią
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie, nie. Nie trzeba. Miło mi bardzo, ale dziękuję. Nie skorzystam. Bieszczady są dobre dla studentów w spodniach moro i trekkingowych sandałach, ja wybieram inne kierunki i preferuję wyższe standardy – Kaja przerwała bezceremonialnie. – Spełniłam po prostu życzenie babci. Chciała, żebym przywiozła cię do Warszawy. A przynajmniej przekazała ci zaproszenie. Przyjedziesz?

– Nie wiem. Na razie jestem zbyt oszołomiona. Muszę się porządnie z tym przespać. Przemyśleć, poukładać. Sądziłam, że nic wielkiego mnie w życiu nie zaskoczy, ale twoja dzisiejsza wizyta zmieniła wszystko. – Hanka nerwowo przechadzała się po kuchni. – Aha, mam telefon komórkowy. Nigdzie nierejestrowany. Na kartę – dodała dobitnie, zapisując numer na papierowej serwetce. – Proszę. Wieczorami zawsze bywam dostępna. Gorzej za dnia. Tam gdzie pracuję, nie ma zasięgu.

– Dziękuję. – Kaja natychmiast, z dużą wprawą, wklepała rząd cyferek do pamięci smartfona sygnowanego przez Versace, z limitowanej serii.

Po odjeździe gościa Hanka długo nie mogła dojść do siebie. Niespodziewana wizyta wyprowadziła ją z równowagi. Nie dość, że nie lubiła być zaskakiwana, to jeszcze na dokładkę przeszło jej przez myśl, że chyba nie wywarła na siostrze najlepszego wrażenia. Tamta musi pochodzić z jakiegoś lepszego świata, pomyślała. Prezencja i niespotykana na co dzień jakość, bijąca z każdego elementu jej wizerunku, przyprawia o zawrót głowy! Hanka, dzięki artystycznej edukacji oraz wrażliwości na piękno, potrafiła odróżnić prawdziwie oryginalny, wykwintny detal od najdroższej nawet imitacji. Look Kai był po prostu bezbłędny. Perfekcja w czystej formie.

Po godzinie uznała, że zmiana, która właśnie zaszła w jej życiu, wcale jej nie zachwyca. I co z tego, że dotychczasowa egzystencja nie jest interesująca? I że z każdego kąta wyziera ubóstwo? Że nowy dzień rzadko przynosi coś zaskakującego? Mimo wszystko Hanka lubiła tę swoją spokojną i poukładaną codzienność, w której wkroczenie Kai wywołało zamęt. Ta świeżo upieczona siostra namieszała, narobiła bałaganu i poleciała! Na dokładkę szykowało się spotkanie z jakąś nawiedzoną staruszką, z którą Hanka wcale nie miała ochoty się spotykać. O ile jeszcze z niedawnym gościem łączą ją jakieś tam więzy krwi, o tyle z tamtą absolutnie nic. Wyrażona przez starszą panią chęć poznania obcej sobie wnuczki zakrawała na dziwactwo.

– Nie no, to jakiś matrix! – westchnęła ciężko Hanka, kierując się do spiżarni.

Ostatnio, w wyniku rewanżu za laptopa, zapas nalewek zmalał nieco, ale resztki pozostały. Hanka wróciła do kuchni z zakurzoną butelczyną w dłoni. Ze starej drewnianej szafki wyjęła kieliszek i napełniła go gęstym bursztynowym płynem. Przyjrzała się zawartości z przyjemnością. Po chwili namysłu sięgnęła po szklankę, przelała do niej nalewkę i uzupełniła z butelki po brzegi.

– A co mi tam! Przecież nie co dzień człowiek poznaje własną siostrę, prawda? – powiedziała do lustra w przedpokoju.

Odstawiła szklankę na mały stoliczek i wygodnie umościła się w starym fotelu, mocno już wysiedzianym. Siedzącemu groził w każdej chwili strzał sprężyną w cztery litery, niemniej jednak był to ulubiony mebel gospodyni. Hanka nieraz zastanawiała się, co by ze sobą zabrała, gdyby wskutek nieprzewidzianych okoliczności musiała się wynieść, a pozwolono by jej wziąć z domu tylko jedną rzecz. Wybrałaby właśnie ten fotel. Obicie aż prosiło się o interwencję tapicera, ale na razie właścicielki nie było stać na takie fanaberie. Uwielbiała wytarty welur i wyślizgane drewniane wstawki w podłokietnikach. Lubiła je głaskać w zamyśleniu, przyglądać się rysunkowi słojów… Wreszcie przestało ją dziwić, że ludzie z takim upodobaniem ryją w drewnie inicjały i symbole; jak żaden inny materiał aż prosiło się, by zostawić na nim ślad. Cóż z tego, że szpetny? Rycie w kamieniu wymagało większego wysiłku, a ludzkość i tak uprawiała tę sztukę od wieków. Niedawno w kościele Hanka odkryła na starym klęczniku ryty pozostawione tam przez jakiegoś miłośnika gry w kółko i krzyżyk i choć nie cierpiała bezmyślnego niszczenia, ten zlepek hazardu i duchowości rozbawił ją serdecznie.

Upiła spory łyk ze szklanki i oblizała się ze smakiem. Mocna nalewka z pigwy ciepłą falą rozlała się po trzewiach. Hanka westchnęła z lubością i szczelniej okryła się kocem. Ogień w piecu nieco przygasł, ale jej wcale nie uśmiechało się wychodzić na zewnątrz po drewno. W końcu nie jest tak zimno, a drewno należy oszczędzać, stwierdziła. Upiła kolejny łyk i w tej samej chwili z podwórka dobiegło głośne miauczenie starego kocura. Zaklęła w duchu, niechętnie podnosząc się z fotela, i wpuściła do środka zmoknięte zwierzę. A skoro już stała w progu, poszła za ciosem i udała się do drewnianej ażurowej wiaty, pod którą suszył się opał.

Ponownie odniosła wrażenie, że jego zapas jakby zmalał. Cudów nie ma, ktoś kradnie, pomyślała. Wypadałoby założyć jakąś kamerę albo przynajmniej naprawić płot, ale niestety, budżet nie domyka się i bez tego.

– Cholerna wilgoć! – mruknęła z odrazą i szczelnie zamknęła za sobą drzwi.

Przelotny rzut oka na małe, tonące w błocie podwórko przywołał wspomnienie eleganckiego auta, które parkowało tam całkiem niedawno. Jak długo żyła, Hanka nie widziała tak ekskluzywnego modelu. A już na pewno – aż do dzisiaj – nie mogła się poszczycić znajomością ze szczęśliwym posiadaczem.

Miała dość samotności i wiele dałaby za pogaduchy z Agnieszką, ale za oknem rozpadało się tak mocno, że dała sobie spokój z marzeniami o niemożliwym. Mętlik w głowie nie ustępował. Kolejny łyk nalewki i kolejna przyjemna fala ciepła. Alkohol rozkosznie przytępiał zmysły.

Na zewnątrz rozszalała się burza z piorunami, zatem Hanka podrzuciła do pieca i zwinęła się w fotelu z książką w ręku. Fabuła przyniesionej z biblioteki powieści od pierwszych stron przykuwała uwagę, ale wcześniejszy stres i skonsumowana zawartość butelki zrobiły swoje. Nie minęło kilka minut, a dziewczyna spała jak suseł.

Obudził ją przejmujący chłód. Pojękując boleśnie, Hanka rozprostowała ścierpnięte ciało, podeszła do okna. Jeszcze nie całkiem przytomna dotknęła czołem szyby i bezmyślnie zagapiła się w dal, wciąż nieco pod wpływem, więc dobrą chwilę trwało, zanim uświadomiła sobie, że zaróżowione niebo nad lasem zwiastuje nadchodzący pogodny świt. Długo wyczekiwany widok podziałał jak zastrzyk adrenaliny. Hanka podskoczyła, pobiegła do kuchni, nastawiła wodę na kawę i wpadła do łazienki. Wieczorem zapomniała włączyć bojler, więc teraz musiał jej wystarczyć ledwie letni prysznic. Jakie to ma znaczenie w porównaniu ze słońcem?, zlekceważyła niedogodność. Energicznie szorowała zęby, szykując się do pracy.

O szóstej rano dawno nieoglądane promienie grzały już całkiem mocno. Namoknięta wodą ziemia ożyła. Ptaki oszalały w radosnym świergocie, z zapamiętaniem strosząc wilgotne pióra. Kogut sąsiadów piał jak wściekły przynajmniej od godziny; niedawno dołączyły do niego kury i kaczki. Świat na nowo obudził się do życia. Wymyta deszczem zieleń sprawiała wrażenie pomalowanej farbą bardziej jaskrawą niż zwykle. Odetchnął także starannie pielęgnowany ogródek, który od wielu dni wyglądał jak po gradobiciu – obciążone niedawno wodą kwiaty w oczach wznosiły główki ku niebu.

Dziewczyna otworzyła okno na oścież i zastygła w nim z kubkiem kawy w ręku, zasłuchana w dawno zapomniane bzyczenie owadów.

– Trzeba będzie skosić, jak trawa przeschnie – westchnęła.

Uwielbiała ten kawałek ziemi, pełen ziół i kwiatów, ale nie cierpiała dreptania po nim z kosiarką. A odkąd syn sąsiadów wyjechał do miasta za pracą, musiała robić to sama. Tymczasem pojawiła się szansa na pierwszy zarobek w budce nad zalewem. Po raz pierwszy w sezonie!

– Jak ci dzisiaj poszło? – zapytała po południu Agnieszka. – Bo mój do roboty dziś w końcu poszedł. Normalnie znów czuję, że żyję!

Z twarzy przyjaciółki biły radość i optymizm.

– To świetnie, bo już pomału stawał się nie do wytrzymania – roześmiała się Hanka, szczęśliwa z powodu całkiem niezłego utargu

– A jak nad zalewem?

– Przyzwoicie. Aha, czy wiesz już, że mam siostrę?

Aż przebierała nogami, aby podzielić się z Agnieszką sensacyjną wiadomością.

– Co ty bredzisz? – Aga zastygła jak żona Lota. Wbiła w przyjaciółkę badawcze spojrzenie.

– Dowiedziałam się wczoraj.

– Ale z jakiej paki? Jakim cudem?

– Była u mnie. Przyrodnia, mamy wspólnego ojca.

– O Jezu… Opowiadaj!

Hanka została pociągnięta na nowy ogrodowy zestaw z imitacji wikliny.

– To Kaja Lewińska z telewizji. Podobno dość znana. Kojarzysz?

– Dość znana?! – wykrzyknęła Aga. Złapała za oparcie kanapy, jakby w obawie, że może z niej spaść. – To ta Kaja Lewińska?

– Jezus Maria, przecież mówię! A co?

– A co? Ty jeszcze pytasz? Przecież to gwiazda, ba!, co ja gadam? To megagwiazda! Zaczekaj!

Agnieszka poderwała się na równe nogi i pobiegła do domu. Dosłownie po minucie wróciła do ogrodu ze stertą kolorowych czasopism.

Twarz Kai widniała mniej więcej na połowie okładek. W drugiej połowie egzemplarzy zdobiła rubryki towarzyskie.

– O Boże… Przecież wiesz, że nie mam telewizora, a Internet dopiero od tygodnia? – Hanka aż się zachłysnęła.

– Nie pierdziel, że to twoja siostra, bo nie uwierzę! I nie próbuj mi wmówić, że była tu wczoraj.

– Ależ była! To szczera prawda. Przyjechała wypasioną furą, ubrana jak z żurnala…

– Jaka ona jest? – Aga z emocji dostała wypieków. – W realu też wygląda tak pięknie?

– Owszem, niczego sobie. Piękna, zgrabna, cudownie ubrana, perfekcyjnie zrobiona, auto z górnej półki…

– Ale jaka jest?

– Jaka? Nie mam pojęcia. I wcale nie jestem przekonana, czy chciałabym poznać ją bliżej. Robi wrażenie rozkapryszonej bufoniary, przekonanej o własnej wielkości i wspaniałości. Za nic do siebie nie pasujemy. W dodatku przed samym odjazdem poprosiła, żebym nikomu nie chwaliła się naszym pokrewieństwem. Pewnie się mnie wstydzi.

 

– Zwariowałaś?! Ciebie ma się wstydzić? A niby dlaczego?

– Bo jestem, jaka jestem. Popatrz na mnie tylko.

– Patrzę, ale jakoś nie widzę niczego niestosownego. Na urodę nie masz co narzekać, na proporcjonalną sylwetkę też. Tylko skończ się farbować na blondynę, bo ci nie do twarzy. Ups, przepraszam. Nie chciałam. – Aga zbyt późno ugryzła się w język.

– Nie szkodzi, masz rację. I tak miałam zamiar wrócić do naturalnego brązu. To ciągłe farbowanie odrostów doprowadza mnie do szału!

– No dobra, dość o włosach. Skąd ty ją wytrzasnęłaś? Tę Kaję?

– Sama się wytrzasnęła. Nie pamiętam, czy ci mówiłam, ale jestem dzieckiem z tak zwanego nieprawego łoża. Mama zakochała się kiedyś w pewnym facecie. Jak się później okazało, gość pomimo obietnic wcale nie miał zamiaru się z nią wiązać. Teraz się dowiedziałam, że miał rodzinę. Zostawił mamę z brzuchem i tyle.

– Drań stulecia! – fuknęła Aga.

– Nie sądzę, że aż tak.

– Dlaczego?

– To proste, skoro miał żonę i dziecko. W takim układzie nie dało się nikogo nie skrzywdzić. Padło na moją mamę.

– I ciebie.

– Nieprawda. Wcale tego tak nie odbieram. Nigdy go nie poznałam, więc nie wiem, jak by było.

– Żyłaś bez ojca – powiedziała dobitnie Agnieszka.

– No to co? Z mamą było nam dobrze we dwie. On płacił, mama milczała, a ja mimo wszystko byłam szczęśliwa. Nigdy z tego powodu nie cierpiałam. A teraz czuję, że po prostu wybrał mniejsze zło.

– Szczęściara.

– Nie dałoby się pogodzić ognia z wodą…

Rozdział 4

W redakcji zawsze panował młyn. Niby każdy doskonale wiedział, co ma robić, a i tak kończyło się improwizacją. Wyłącznie od doświadczenia ludzi zależało, jak wcześnie zareagują na zaskoczenie i jak szybko uda im się zapanować nad sytuacją.

Tego ranka wszystko stanęło na głowie. Potężne trzęsienie ziemi w południowej Azji, towarzysząca mu niszczycielska fala tsunami i idące w ślad za nimi sensacyjne doniesienia wymusiły zmianę codziennej ramówki. W ciągu kilku chwil zorganizowano tak zwane studio specjalne. Śniadaniowy program Kai przerwano; reżyser w dwóch słowach kazał jej pożegnać gościa i stawić się u siebie. Początkowe zdenerwowanie zmieniło się wkrótce w satysfakcję, gdy okazało się, że dyżurnej dziennikarce informacyjnej nagle zachorowało dziecko, a jej zmienniczka nie odbiera telefonu. Obecna w redakcji Kaja nagle stała się niezastąpiona.

Natychmiast wzięła ją w obroty stylistka – zwiewną letnią sukienkę zastąpił szykowny ciemny kostiumik, z rozpuszczonych włosów został wyczarowany gładki kok. Charakteryzatorka wzięła się do poprawiania makijażu.

Prowadzone na żywo interwencyjne programy informacyjne wykreowały już niejedną telewizyjną gwiazdę. Jednak sytuacje, w których niezwykłe wydarzenia ze świata przykuwały do ekranów uwagę widzów, nie bywały zjawiskiem częstym. Teraz podekscytowana Kaja nie mogła usiedzieć na miejscu. Pilnie słuchała poleceń przekazywanych przez mikroskopijną słuchaweczkę i chłonęła wiedzę jak gąbka. W przerwach pomiędzy relacjami reporterów z miejsca katastrofy należało jakoś przytrzymać widownię przed telewizorami, lecz tym razem nie można się było wykpić wywiadem z projektantem mody czy prezentacją najnowszego przepisu na krem z brokułów. Należało mówić z sensem, a w najgorętszym temacie Kaja była zielona jak szczypiorek na wiosnę. O Azji nie miała pojęcia, tymczasem sytuacja wymagała znajomości danych demograficznych, szeroko pojętych kwestii sejsmologicznych czy przemysłowych na tamtych terenach. Bez rzetelnej wiedzy improwizacja raczej nie miała szans.

– Matko, szybciej! Ruszaj się! – strofowała zdenerwowaną asystentkę.

– Przecież robię, co mogę! – Dziewczyna dwoiła się i troiła, by wydrukować najważniejsze dane.

– Proszę się nie ruszać! – upomniała makijażystka.

– Auć! – wrzasnęła Kaja, ugodzona szczoteczką od maskary. – I co zrobiłaś, idiotko?! Boże, dajcie tu kogoś, kto umie cokolwiek! Ta kretynka zaraz wydłubie mi oko! – Otarła łzę.

Pochłonięta wkuwaniem parametrów skali Richtera, niecierpliwie machnęła ręką, jakby chciała odgonić natrętną muchę.

– Przecież prosiłam, żeby się pani nie ruszała – broniła się charakteryzatorka.

– A gówno mnie twoje prośby obchodzą! – krzyknęła histerycznie Kaja.

– Ależ…

– Milcz! Zabierzcie ją!

Do charakteryzatorni właśnie dotarła informacja, że zepsuł się prompter. Będę musiała cytować z głowy!, pomyślała Kaja w popłochu. Zastygła na moment i wysiłkiem woli osiągnęła maksimum skupienia. W sekundę odcięła się od wszechobecnego rozgardiaszu. Wiedziała, że nie jest przygotowana, ale teraz liczył się wyłącznie azjatycki kataklizm, pomoc humanitarna, esemesy od widzów dla poszkodowanych po dwa złote plus VAT i profesjonalny dystans prowadzącej.

Kaja usiadła za szklanym stołem, ułożyła przed sobą wydruki z informacjami i wzięła głęboki oddech.

Czuła się jak przed skokiem do basenu, bez pewności, czy jest w nim woda.

– Jestem gotowa.

– Wchodzimy! – padło z reżyserki

– Dzień dobry państwu, Kaja Lewińska. Witam ze studia MTN w programie na żywo. Straszliwy kataklizm, który w nocy naszego czasu nawiedził wschodnie krańce Azji…

Pierwsze słowa poszły w eter.

Mniej więcej po kwadransie Kaję pomału opuściło napięcie. W chwilach gdy przekazywała głos korespondentom zagranicznym, zyskiwała nieco czasu na podszkolenie się w kwestiach merytorycznych. A mniej więcej po upływie dwóch pierwszych godzin relacji poczuła się jak ryba w wodzie. Podczas dłuższej przerwy reklamowej mogła wreszcie pójść do toalety i rozluźnić się odrobinę. Wracając do studia, natknęła się na koleżankę, którą zastępowała.

– Jak mogłaś? – naskoczyła tamta.

– A niby co?

– Podpieprzyłaś mi program! – powiedziała złowrogo dziennikarka.

Widzowie, którzy od lat widywali na ekranie jej słodką buzię, uosobienie niewinności i wdzięku, nie uwierzyliby własnym oczom. Młoda kobieta sprawiała wrażenie, jakby miała zamiar zamordować konkurentkę gołymi rękami. Kaja wcale nie wyglądała lepiej.

– Czego chcesz? Nie było cię pod ręką, więc na zastępstwo wzięli mnie. Magdzie rozchorował się dzieciak. Myślisz, że mi łatwo? Przecież to nie moja działka. Nie mam pojęcia, o czym mówię!

– Rozumiem. Przepraszam – zreflektowała się tamta. Uśmiechnęła się serdecznie.

– Wejdziesz na antenę po mnie. Za godzinę. Wydanie specjalne ma trwać do wieczora.

– Jasne. Poczekaj, pomogę ci, jeśli czegoś potrzebujesz. Przecież to dla mnie nie problem. Bułka z masłem.

– No jasne, że potrzebuję! – ucieszyła się Kaja.

Pół godziny później czytała już z cudem naprawionego promptera informacje profesjonalnie przygotowane przez zaprawioną w bojach koleżankę po fachu.

Nie minął kwadrans, a w redakcji rozdzwoniły się telefony. A po upływie kolejnego dalsza kariera Kai Lewińskiej w MTN stanęła pod wielkim znakiem zapytania.

Następny ranek był koszmarem. Nie dość, że wczoraj zrobiłam z siebie pośmiewisko, to jeszcze ten ból głowy… Rozsadzający czaszkę i skutecznie sprowadzający do parteru. Zawarta późnym popołudniem bliższa znajomość z johnnym walkerem nie wyszła Kai na zdrowie; pierwsza aktywność po wstaniu z łóżka zakończyła się runięciem na podłogę. W obawie przed kolejnym upadkiem dziewczyna postanowiła się nie podnosić i na czworaka, w miarę bezpiecznie, dopełzła do łazienki. Pozostając na kolanach, klęła w żywy kamień ryflowane superdrogie podłogowe panele z tekowego drewna, które teraz boleśnie wbijały się w kolana.

Sedes renomowanej marki Kaja wypuściła z ciasnych objęć dobrze po dwunastej, uznawszy, że może już wyjść z łazienki. W oczekiwaniu na ciepłe słowa, wypowiadane każdego ranka przez ekspres do kawy, zażyła kilka suplementów diety i zmusiła się do przełknięcia kanapki z wykwintnym białym twarożkiem. Na tym poprzestała, bo widok cienkich kiełbasek i kawioru wywoływał dreszcze i obawę, że po raz kolejny trzeba będzie zatonąć w objęciach koszmarnie drogiej ceramiki marki Villeroy & Boch. Przez moment miała nadzieję, że na nogi postawi ją espresso, ale nic tego. Ostatkiem woli zmusiła się do wejścia pod prysznic.

Odrobinę lepiej poczuła się po jakiejś półgodzinie. Paskudna prawda, od wczoraj uparcie spychana w najdalsze zakątki jaźni, teraz uparcie pchała się na pierwszy plan. A Kaja wciąż nie mogła uwierzyć w to, co się stało. W jednej chwili runął piedestał, na którym – wydawało się – tkwiła całkiem pewnie. Owszem, dążyła do celu po trupach, wcale nie odczuwając wyrzutów sumienia i zręcznie parując wymierzane w nią razy, ale dopiero teraz po raz pierwszy zaznała czyjejś zemsty. Zagrywka koleżanki po fachu uświadomiła Kai, na jak bardzo cienkim lodzie lawiruje od lat. I że wokół ma samych wrogów.

Dziewczyna upiła łyk z porcelanowej filiżanki i wysiliła pamięć, ale za nic nie potrafiłaby wymienić osób, którym ufała. I które ufały jej. Nie była przecież nowicjuszką i doskonale zdawała siebie sprawę, że uczestniczy w morderczym wyścigu szczurów, ale do tej pory to ona zawsze prowadziła gnający przed siebie peleton karierowiczów. Aż do wczoraj.

Magda nie mogłaby sobie wymarzyć lepszej sposobności, by utrzeć nosa głównej konkurentce.

– Cóż, cienka jesteś jak gacie w kroku – zadrwiła na odchodnym, zajmując z usatysfakcjonowaną miną swoje miejsce na wizji.

Skompromitowaną Kaję skrajne emocje wprawiły z kolei w stan chwilowego oszołomienia. Wściekłość przeplatała się w niej z żalem, by po chwili zmienić się w smutek przemieszany z żądzą zemsty. Kompletna niewiara w to, że rzecz wydarzyła się naprawdę, sprawiła, że po raz pierwszy w życiu dziewczyna się pogubiła. Emocjonalny miks towarzyszył jej, gdy upychała w kartonowym pudełku osobiste rzeczy z biurka. Niezwłocznie po wyjściu z gabinetu dyrektora odebrano jej służbowego laptopa i komórkę, nie dając szans na zgranie danych.

Teraz Kaja co rusz odruchowo szukała telefonu, za każdym razem przekonując się boleśnie, że już go nie ma, i wpadając w coraz większe przygnębienie. Nagłe odcięcie od informacji wywołało w niej coś w rodzaju szoku.

Wściekła podniosła się z kanapy i niechętnie włączyła telewizor. Przebiegła szczupłymi palcami po pilocie, wybierając kanał informacyjny.

W sumie to dobrze, że nie mam komputera. Pewnie cały Internet aż pęka ze śmiechu. Bożeee, co za poruta! Jak mogłam być tak nieostrożna?, wyrzucała sobie w duchu, pewna, że na wszystkich portalach najnowsza sensacja z jej udziałem jest tematem dnia. Tak łakomy kąsek jak totalna kompromitacja megagwiazdy srebrnego ekranu nie mógł przecież przejść bez echa.

– Niech to szlag trafi! Kurwa! Cholerna suka! – warczała pod nosem, przysięgając słodką zemstę sprawczyni zamieszania.

Stanęła przed lustrem w kusym jedwabnym szlafroczku, który więcej odkrywał, niż zakrywał.

Nawet teraz, w tak fatalnej formie, odbicie Kai wzbudzało podziw. Smukłe nogi zdawały się nie mieć końca, wąska talia sprawiała wrażenie kruchej i łatwej do przełamania. Pod lejącą się tkaniną sterczały dumnie krągłe, jędrne piersi. Kaja od zawsze dbała o pozory, więc gdy zdecydowała się na powiększenie biustu, postanowiła zrobić to etapami. Bardzo chciała uniknąć spektakularnego efektu silikonowych balonów. Uznała, że zbyt dużą jednorazową zmianę natychmiast wychwycą czujne oczy internetowych komentatorów, a tego sobie nie życzyła. Dla pewności wybrała zatem klinikę w Niemczech i właśnie tam poddała się pierwszemu zabiegowi. Gdy tylko upewniła się, że nikt nie zauważył zmiany, natychmiast umówiła się na kolejny. Tym razem przy okazji narkozy kazała dodatkowo poprawić sobie to i owo, ale też na tyle sprytnie, by nie porazić efektem. A ponieważ wszystko przebiegło zgodnie z planem, miesiąc później Kaja z dumą zaprezentowała świeże wdzięki na sesji zdjęciowej wykonanej w otwartym właśnie supermodnym fitness klubie. Mimochodem opowiedziała prasie o zaletach indywidualnie dobranych treningów i zareklamowała białkowe suplementy diety.

Podeszła nieco bliżej. Twarz, całkowicie pozbawiona makijażu, wydawała się poszarzała jak nigdy, choć Kaja regularnie korzystała z dobrodziejstw medycyny estetycznej. Kurze łapki, które znów pojawiły się w kącikach oczu, przypomniały jej, że powinna pilnie powtórzyć zabieg igłowej mezoterapii, więc rozejrzała się za telefonem. I nagle dotarło do niej, że nie pamięta numeru do nikogo. Nawet do babci, o zatrudnionej w pełnym wymiarze menedżerce nie wspominając.

 

Kaja związała proste włosy w koński ogon i zrzuciła na podłogę kremowy szlafroczek. Naga przeszła do obszernej garderoby, gdzie bez namysłu wybrała prostą bezszwową bieliznę. Włożyła szare legginsy, biały podkoszulek i odsunęła wielkie drzwi szafy na buty. Ten widok był dla jej duszy jak balsam; nawet teraz, w chwili końca świata, nie mogła się nie uśmiechnąć na widok imponującej kolekcji szpilek i czółenek od najlepszych światowych projektantów. Odruchowo pogładziła noski najnowszych kozaków od Manolo Blahnika i sięgnęła po najmodniejsze, neonowożółte adidasy, które zostały jej w spadku po ostatniej sesji zdjęciowej na siłowni. Później pokryła twarz regenerującym serum i wyszła na spacer niemal sauté. Dla niepoznaki schowała się za nowymi ray banami.

Tego dnia nie przewidywała kontaktów z reporterami. Postanowiła wtopić się w otoczenie. Niestety, na końcu alejki, tuż przy bramie wjazdowej na teren strzeżonego osiedla eleganckich apartamentowców, kłębił się spory tłumek fotoreporterów czających się na odpowiednią okazję do zrobienia pierwszego zdjęcia upadłej gwieździe. Normalnie podeszłaby, porozmawiała, zapozowała – i wszyscy byliby zadowoleni – ale dziś nie mogła pozwolić, by cała Polska ujrzała ją bez makijażu i w nie najlepszej formie. W ostatniej chwili zrobiła w tył zwrot, choć jedyny sklep spożywczy, do którego właśnie się udawała, znajdował się dokładnie za plecami intruzów. Na szczęście na tyłach osiedla znajdowało się jeszcze jedno wyjście; niewielka druciana furtka, otoczona krzewami czarnego bzu, niewidoczna dla postronnych, była jak wybawienie. Kobieta nasunęła głęboko na oczy daszek bejsbolówki, wycofała się i potruchtała nieśpiesznie po zakupy. Mijając skupiony przy głównej bramie tłumek, uśmiechnęła się na widok obiektywów, wycelowanych jak na komendę w stronę sąsiada z mieszkania obok, który jeździł identycznym autem jak ona.

Nie niepokojona przez nikogo, Kaja ponownie znalazła się w okolicy niewielkiej furtki. Już miała złapać za klamkę, gdy z prawej strony dobiegł ją męski głos.

– Przepraszam, czy pani Lewińska?

Odwróciła się, zaskoczona, i odruchowo skinęła głową. Trochę zbyt późno dostrzegła w ręku nieznajomego profesjonalny sprzęt fotograficzny.

– Czego chcesz? – warknęła, zła, że dała się zaskoczyć.

– Niczego. Proszę się nie denerwować.

– To po co mnie śledzisz? Nigdy nie robisz zakupów?

– Robię.

Głos był szorstki. Kaję przeszły ciarki. Właśnie nabrała przekonania, że ma do czynienia z kimś bardziej inteligentnym niż ta zgraja przy bramie.

– I nie śledzę. Chciałbym tylko poprosić o zdjęcie.

– Poprosić? – Zamrugała zalotnie, zapominając, że ma na nosie lustrzane okulary. – Zazwyczaj cykacie bez opamiętania. I bez pytania.

– Mam inny styl pracy. To jak, zgodzi się pani?

– Z zakupami?

– Zakupy mile widziane.

Kaja przybrała odpowiednią pozę i posłała w stronę obiektywu nikły uśmiech. Usłyszawszy dźwięk zwalnianej migawki, wstukała kod dostępu.

– Proszę zaczekać!

Mężczyzna podbiegł i stopą zablokował furtkę. W ostatniej chwili.

– Tak? – zapytała przestraszona.

– Proszę, oto moja wizytówka. Hubert Majer. Reporter.

– Kaja Lewińska. Och, sorry, przecież wiesz… – Uświadomiła sobie, że większości ludzi wcale nie musi się przedstawiać.

– Wiem.

– No właśnie. A po co mi twoja wizytówka?

– To na wypadek, gdybyś zechciała się ze mną skontaktować. Nie będę nalegał, ale będzie mi miło. Dopiero niedawno wróciłem do kraju, a wszyscy oczekują ode mnie cudów na kiju. Gdybyś mimo wszystko zdecydowała się na jakiś szczery wywiad… Zwłaszcza w kontekście, hmm, zaistniałej sytuacji… Zresztą wiesz.

– Wiem. – Kaja uśmiechnęła się zupełnie szczerze, z ulgą zatrzaskując za sobą tajną furtkę. – Boże, co za dzień! – westchnęła.

Znużona, oparła się placami o ścianę w windzie i przymknęła powieki.

Na piętrze drzwi rozsunęły się bezszelestnie.

– No, nareszcie! Gdzie ty się włóczysz? Ja tu ściany podpieram nie wiadomo ile czasu! – paplała głośno Manna Gurbacka.

Nie czekając na reakcję klientki, bez słowa wyjęła jej z dłoni klucze. Otworzyła mieszkanie i bezceremonialnie wpakowała się do środka.

– Matko, ale syf!

– Jaki syf? Normalnie jest – broniła się Kaja słabo, nie potrafiąc pozbyć się wrażenia, że do jej czterech kątów zawitała inspekcja sanitarna. – Nic nie mów! – uprzedziła atak. – Nie mogłaś mi dać chwili spokoju na wylizanie ran? Jeden dzień to tak dużo?

Marianna Gurbacz, na potrzeby medialnej kariery przechrzczona na Mannę Gurbacką, była menedżerką Kai od dwóch lat. Pierwszą, która wytrzymała tak długo u boku rozkapryszonej telewizyjnej gwiazdy. Kaja z zasady nikomu nie ufała w stu procentach, ale Manna stanowiła wyjątek; to właśnie jej układy stały za równo rosnącą popularnością dziennikarki. To właśnie ona, przyzwyczajona do gwiazdorzenia i znająca na wylot wszelkie niuanse polskiego show-biznesu, była w stanie okiełznać rozdęte do granic ego podopiecznej. Parła do przodu jak taran – podobnie jak jej klientka – nigdy nie oglądając się za siebie. Skrupułów nie znała i nie miała zamiaru poznawać. Poza tym – znała wszystkich. Dosłownie. I nie było nikogo, kto by nie doceniał tych kontaktów. Manna zawsze wiedziała, gdzie się pokazać, bez pudła wyczuwała nadchodzące trendy i pozostawała w doskonałych stosunkach z ludźmi, o których się mówiło. Jednak choć na biznesie rozrywkowym zjadła zęby, wcale nie hołdowała sprawdzonej zasadzie „nieważne, jak o tobie mówią, byleby tylko nie przekręcali nazwiska”. Była zagorzałą zwolenniczką pozytywnego public relations, a wpadkom ukręcała łeb najszybciej, jak tylko się dawało.

– Masz może jakąś kawę? Jakieś ziarna? Ten twój durny ekspres nie umie robić kawy, a ja bez niej nie mogę…

Kaja przyglądała się miotającej się po jej kuchni kobiecie ze stoickim spokojem. Jeden Bóg raczy wiedzieć, ile operacji plastycznych przeszła, myślała. Manna uparcie twierdziła, że żadnej, choć jej oczy z roku na rok stawały się coraz bardziej skośne, uśmiech coraz szerszy, a skóra na policzkach coraz bardziej napięta. Koci look w zestawieniu z burzą naturalnie kręconych rudych włosów nie pozwalał zniknąć w tłumie, ku zadowoleniu właścicielki. Poza tym nikt, ale to absolutnie nikt, nie miał pojęcia, ile naprawdę Manna ma lat. Większość jej znajomych dałaby sobie rękę uciąć, że nawet i sama zainteresowana miałaby kłopot z udzieleniem odpowiedzi bez wyciągania dowodu osobistego. Przez lata działalności Manna udzieliła tylu wprowadzających w błąd informacji, że sama miewała wątpliwości, w którą wersję powinna wierzyć. Plotkarskie gazetki i portale donosiły o rozrzucie od trzydziestki do siedemdziesiątki. Mało prawdopodobne było zarówno jedno, jak i drugie; Kai wpadł kiedyś w ręce dokument, z którego można było domniemywać w przybliżeniu półwiecza. Tak czy inaczej, Manna wyglądała na kobietę w wieku bliżej nieokreślonym, ale znała kogo trzeba, kipiała energią godną elektrowni jądrowej i słynęła ze świadczenia usług najlepszej jakości. A już na pewno nikt inny nie potrafił lepiej promować wschodzących medialnych osobowości. Manna nigdy nie brała pod swoje skrzydła więcej niż dwojga zbłąkanych karierowiczów, zatem ceniła się bardzo wysoko, regularnie wystawiając podopiecznym słone rachunki. Bez dwóch zdań była w swoim środowisku niekwestionowanym numerem pierwszym.

Z tego powodu Kaja, gdy po wielu zabiegach nakłoniła kobietę do współpracy, nie posiadała się ze szczęścia.