Pół na pół

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 5

Poranek nie przyniósł zaskoczeń. Tyle że ciężko było nie zaliczyć go do szewskich.

Andrzej i Karol doprowadzili się do ładu jako pierwsi, a uczynny gospodarz przystąpił do szykowania śniadania z resztek wiktuałów po wczorajszej kolacji. Andrzej doskonale wiedział, że takie rzeczy zdarzają się w gastronomii nagminnie, zatem nie zdziwił się, tylko naprędce posilił kanapką i poszedł budzić Edka.

Po wieczornej libacji przyjaciel wyglądał gorzej niż źle. Nieogolona twarz, wory pod oczami i cuchnący oddech sprawiały, że Andrzej, nie słuchając sennego rzężenia, siłą wyciągnął delikwenta z łóżka i ustawił go pod prysznicem. Co się przy okazji nasłuchał pod swoim adresem, to jego. Ale najgorsze było to, że Edkowi wciąż było daleko do jakiej takiej trzeźwości.

– Dalej jestem nawalony jak działo – wychrypiał.

– Nie dziwota. Umyj się. Karol zaraz zapoda ci coś na śniadanie.

– Jaki znów Karol? To my znamy jakiegoś Karola? A w ogóle co to za smętna buda? Jakiś hostel dla ubogich pątników czy co?

– Weź przestań pieprzyć jak potłuczony! – zdenerwował się Andrzej. – To wszystko przez ciebie! Tak zalałeś pałę, że nigdzie by nas nie przyjęli. Dziękować Bogu, że Karol pozwolił nam się przekimać na zapleczu tej knajpy. Tylko zaraz musimy się zmywać, bo niedługo otwierają.

– Spaliśmy na zapleczu restauracji?

– A znasz lepszą opcję dla pijanego górala, który ma ochotę spuścić wpierdol każdemu, kto mu się nawinie pod kułak? Bo ja nie. Więc pozbieraj się, jeśli potrafisz, ładnie gościowi podziękuj i wracamy do chaty.

– Najpierw pojedziemy do niej! – Edek nie tracił rezonu.

– Dobra, dobra. Najpierw to ty coś zjesz i spróbujesz od nowa wyglądać jak człowiek. Bo w takim stanie twoja pozycja przy negocjacjach jest słabsza niż zasranej muchy.

– Stary! – jęknął Edek. – Masz może coś na bolący łeb? Jak się nie napiję, to zaraz to coś rozpieprzy mi łepetynę od środka.

Do Andrzeja zdecydowanie przemówiła pierwsza opcja. Przypomniawszy sobie, że widział w samochodzie środki przeciwbólowe Loli, bez zwłoki wybiegł na parking. Gdy wrócił, Edek, nieco już odświeżony, trzymając się ściany, powolutku zmierzał w stronę baru.

Karol właśnie odgrzewał dla wszystkich żurek.

– Siadajcie. Nie ma to jak rano coś kwaśnego. Takiego, co to solidnie gębę wykrzywia – powiedział radośnie, stawiając na stoliku trzy talerze z gorącą zupą. – Sam też chętnie wrzucę na ruszt coś konkretnego. Jak się czujesz? – zwrócił się do bardziej zmarnowanego gościa.

Edek w tej chwili nie grzeszył nadmiernie intelektem, więc na razie ciężar konwersacji wziął na siebie Andrzej. W świetle dziennym Karol wydał mu się jeszcze bardziej sympatyczny. A gdy, już na koniec, przy pożegnaniu nie chciał przyjąć pieniędzy za fatygę, Edek wyjął wizytówkę, nagryzmolił coś na odwrocie i zaprosił go na weekend do Śnieżnej Grani. Karol, który okazał się nawiedzonym snowboardzistą, nie posiadał się z radości.

– Swój na swego zawsze trafi. Zapraszam. Na mój koszt, z pełnym wypasem. Noclegi w Szarotce. Coś jeszcze? – roześmiał się Edek.

Gorący żurek z jajkiem zadziałał zgodnie z przewidywaniem i przywrócił mu chęć do życia. Wypita na koniec mocna kawa stanowiła już tylko formalność. Stachowiak powracał do żywych. Ale, niestety, im bardziej trzeźwiał, tym wyraźniej stawały mu przed oczami zdarzenia poprzedniego dnia.

– Jedziemy do domu – zarządził Andrzej.

– Mowy nie ma! Najpierw muszę się zobaczyć z tą suką. – Edek zaprotestował niespodziewanie ostro.

Szczerze mówiąc, Andrzej był niemal pewien, że przyjaciel odpuści sobie atrakcje, będąc jeszcze na kacu, ale się pomylił. Edek nie zamierzał wracać, zanim nie dobierze się do skóry niedoszłej żonie. Zważywszy na jego determinację, los Agnieszki zawisł na włosku.

– Trochę mu się nie dziwię. Nic mu nie powiedziała. Nawet nie wiedział, że urodziła – wyszeptał chwilę później w komórkę.

Skorzystał z chwili samotności i od razu zatelefonował do Loli.

– A co niby miała mówić? Że się puszczała na prawo i lewo?

– No fakt. W porządku. Pojedziemy tam, skoro Edek tak bardzo chce.

– Idę o zakład, że nie zastaniecie nikogo, to nie są idioci. A nawet jeśli, na bank nie wpuszczą go do środka.

– Ale on musi spróbować. Wiesz, jaki jest.

– Wiem – westchnęła Lola, boleśnie świadoma, że jej brat jest uparty jak muł.

Na potwierdzenie tej opinii nie trzeba było długo czekać.

Pożegnali się z Karolem, podjechali pod dom rodziców Agnieszki i, czego można się było spodziewać, pocałowali klamkę. Edek wielokrotnie nacis­kał przycisk domofonu, ale bez skutku. Okazała willa z okresu międzywojnia, należąca do jego niedoszłych teściów, sprawiała imponujące wrażenie. Elegancko utrzymany duży ogród na odległość zdradzał fachową rękę ogrodnika. Stare, starannie pielęgnowane rośliny jeszcze bardziej podkreślały ekskluzywny charakter posesji.

Przez chwilę tkwił przed furtką niezdecydowany. Wydawało mu się, że widzi ruch firanki w oknie na piętrze, ale przecież nie mógł ot tak sobie sforsować ogrodzenia i siłą włamać się do cudzego domu. Już dość miał problemów, żeby jeszcze dokładać sobie do kompletu areszt. Na odchodnym raz jeszcze nacisnął przycisk dzwonka i przytrzymał go dość długo; z wnętrza, nawet przez zamknięte okna, wyraźnie było słychać donośny dźwięk gongu. Postał jeszcze przez chwilę, ale nie doczekawszy się żadnej reakcji, zrezygnowany zawrócił do samochodu.

– I co teraz? – Andrzej popatrzył pytająco.

– Nic. Muszę się napić, bo tak mnie suszy, że za chwilę łeb mi rozwali. A potem się zastanowię.

– Stary, to może jedźmy do domu. Zastanowisz się, co dalej, na Śnieżnej Grani.

– Kurwa, nie!

– Dobra, dobra, już jadę do sklepu. Piwo ci wystarczy? – zapytał Andrzej. A po chwili dorzucił przytomnie: – Trzy piwa?

Pobliski monopolowy znajdował się tuż za zakrętem. Załamany i skacowany Edek prawie duszkiem na miejscu obalił dwie półlitrowe puszki. Na wynos wziął kolejne trzy. Ponieważ od rana panował tropikalny upał, wygrzebał piwo z najgłębszej części chłodziarki, a w samochodzie odpalił klimatyzację na cały regulator.

– Miały być trzy – mruknął Andrzej pod nosem.

Matulu, ja chcę do domu!, jęknął w duchu.

– Zamknij się!

Tego dnia Edek dzwonił do Agnieszki i jej ojca nieskończoną ilość razy, łudząc się, że może któreś z nich odbierze telefon. Kazał się nawet przyjacielowi zatrzymać przy budce telefonicznej, żeby wykonać połączenie z obcego numeru, ale tamci ewidentnie mieli wyłączone komórki. Po każdym wypitym piwie stawał się coraz bardziej zły.

Andrzej, przekonany, że po drodze będą się zatrzymywać po trunek na co drugiej stacji benzynowej, z ulgą odnotował, że na wysokości Myślenic Edek usnął. Na każdej nierówności jego głowa kiwała się jak u samochodowej maskotki, którą pamiętał z dzieciństwa – brązowy psiak z łebkiem na zawiasach był przedmiotem marzeń wielu dzieciaków z jego pokolenia. Gdy wujek sprezentował taką zabawkę tacie, Andrzej szalał z radości. Pamiętał także swój żal, kiedy nazajutrz skradziono im auto wraz z wymarzonym zwierzakiem.

– Wysiadka! Stary! Rusz się, no! – Pod Szarotką potrząsnął ramieniem przyjaciela, niespecjalnie przejmując się faktem, że niedopite piwo właśnie wypadło Edkowi z ręki i wylewa się na podłogę. – Obudź się, baranie! Jesteśmy na miejscu.

Edek znowu nie nadawał się do użytku, ale na szczęście napatoczył się Kazimierz i pomógł wyciągnąć go z auta. Obaj nie bez trudu ułożyli pijanego nieszczęśnika w łóżku.

Lola przyglądała się temu ze słabo skrywaną obawą. Matki nie było w domu, zatem z braku lepszego pomysłu pobieżnie wtajemniczyła w sprawę Kazimierza, nakazując mu chwilowe zachowanie dyskrecji wobec Anieli, dopóki ta nie wróci z karczmy na stoku. Wysłuchała szczegółowej relacji przyjaciela, od czasu do czasu kręcąc głową z niedowierzaniem. Przecież całkiem niedawno widziała się z Agnieszką i nic nie zwiastowało nadciągającej katastrofy. Chociaż jak się nad tym wszystkim dobrze zastanowić…, dumała intensywnie. Doskonale pamiętała gwałtowny sprzeciw dziewczyny i jej prośbę, a wręcz żądanie, żeby tego dnia nie odwiedzać jej w szpitalu. W rzeczy samej mógł to być wyłącznie zbieg okoliczności, ale Lola uznała, że wypadałoby się temu przyjrzeć dokładniej.

Ewidentnie coś tutaj nie grało, doszła do wnios­ku. Pozostaje ustalić co.

Kazimierz i Andrzej wreszcie jakoś uporali się z ledwie żywym prezesem Śnieżnej Grani. Ten drugi, wymęczony jak nieboskie stworzenie, uściskał zmartwioną przyjaciółkę i poszedł do domu odespać ostatnie wydarzenia.

– W samochodzie rozlało się piwo – powiedział, oddając kluczyki. – A popielniczka jest pełna petów.

Nie trzeba było tego powtarzać Nastce, która wyrosła jak spod ziemi i obiecała wysprzątać pikapa. Od razu zakasała rękawy i ku zdziwieniu siostry ostro zabrała się do roboty. Skończyła po godzinie i niemal natychmiast wetknęła głowę do lodówki w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Nic jej nie pasowało, więc odkroiła z blachy kawał ciasta z owocami.

– Nie wiesz przypadkiem, gdzie są moje skarpetki w kropki? – zapytała pomiędzy kęsami. – Potrzebne mi są.

– Wybacz, ale nie śledzę takich drobiazgów jak czyjeś skarpetki. Nie masz innych?

– Mam mnóstwo innych, ale wszystkie są pojedyncze. Nie wiem, jak ty robisz to pranie, że tyle tego brakuje. Pralka je zżera czy co?

– Ciekawe, że tylko twoje. Zacznijmy może od tego, że aby z pralki wyjąć dwie, to najpierw dwie trzeba wsadzić do bębna – odparła Lola. – Tak to działa.

Nie miała ochoty na słowne przepychanki z niereformowalną nastolatką, która od zawsze miała talent do gubienia skarpet i wiecznie ich szukała. W pralni stał nawet stosowny koszyk przeznaczony na pojedyncze sztuki, ale ten patent nie na wiele się zdawał, bo rzadko kiedy udawało się ponownie skompletować parę. Lola potrzebowała skupienia, a Nastka właśnie podsunęła jej pomysł, żeby pomyśleć przy segregowaniu bielizny. Przed powrotem matki chciała w spokoju się zastanowić. Istniała szansa, że Edek wyśpi się i wytrzeźwieje do wieczora, więc po kolacji zapewne odbędzie się rodzinna narada wojenna. Relacja Andrzeja brzmiała jak scenariusz filmu dla mało ambitnego widza.

 

Ważniejsze będzie sprawozdanie od głównego zainteresowanego, pokiwała głową.

– Boże ty mój! Synku! – wyszeptała Aniela, gdy już po wszystkim odzyskała głos. Odruchowo otarła czoło ścierką. – Przecież to się nie mieści w głowie. A co by się działo, jakby jednak doszło do ślubu? Stalibyśmy się pośmiewiskiem na caluśkie Podhale. Takie nieszczęście, Boże!

– Ja już jestem pośmiewiskiem – mruknął niemrawo Edek. – Nawet nie mąż, a już rogacz.

– Nie przesadzaj. To normalne, że ludzie się rozstają. Zresztą przecież nikt nie musi się dowiedzieć, że przyprawiła ci rogi z jakimś Tybetańcem.

Kazimierz postawił na stole kieliszek, sięgnął do kredensu po butelkę czystej i nalał Anieli. Zdruzgotany Edek tęsknie spojrzał na trunek, ale matka tylko pogroziła mu palcem.

– Ty masz już dość! Jutro musisz być na chodzie. W pracy huk roboty. Rano przychodzą instalatorzy, a Andrzej sam sobie z nimi nie poradzi. – Matka rodu wychyliła kieliszek jednym haustem. – Ech, co za wywłoka zatracona! Niech przynajmniej pierścionek ci odda!

Zapowiadało się dłuższe rodzinne posiedzenie, więc Lola na chwilę opuściła towarzystwo, żeby ułożyć Manię do snu.

Sytuacja była po prostu nie do wiary.

Jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić, że Agnieszka zaplanowała to wszystko. Wprawdzie dziewczyna nie była głupia, ale też nie wyglądała na aż tak wyrachowaną i przebiegłą, by wymyślić taki scenariusz. Do tego celowe wdrożenie go w życie wymagałoby od niej aktorskiego mistrzostwa, a do tego było jej raczej daleko. Poza tym, gdyby wcześniej wiedziała, że to nie Edek jest ojcem jej dziecka, przy medycznych koneksjach rodziny mogłaby bez większego problemu pozbyć się kłopotu. Dyskretne usunięcie ciąży załatwiłoby sprawę. Tymczasem musiała być pewna ojcostwa. W innym przypadku by nie ryzykowała. Wszyscy wokół widzieli, że nie kocha Edka aż tak szaleńczo, by na siłę chcieć się za niego wydać. Nawet dla pieniędzy. W końcu również jej rodzina miała ich niemało.

Jednak numer, jaki wycięła, i rozstanie z przytupem aż się prosiły o komentarz. Tyle że Lola, także kobieta i matka, była pewna, że i tamta ma za swoje. Gdzieś w głębi duszy odezwała się kobieca solidarność.

Przedwczesny poród, zaskoczenie wyglądem dziecka i decyzja o jego oddaniu musiały Agnieszkę bardzo wyczerpać. Na pewno potrzebowała wydobrzeć i dojść do siebie. Było więcej niż pewne, że rodzice zapewnią córce należytą opiekę i Edek raczej szybko się z nią nie zobaczy. Emocje muszą opaść, i to po obu stronach. Tak czy siak, cała sprawa wcześniej czy później doczeka się finału. Dziewczyna nie mogła przecież wiecznie się ukrywać i robić uników w nieskończoność.

– Na miejscu rodziców też bym ją przed tobą ukryła – oznajmiła Lola bratu po powrocie z sypialni.

– Ale ja muszę się z nią zobaczyć – nie dawał za wygraną. – Ja w to wszystko nie wierzę.

– Na siłę niczego nie załatwisz. Najpierw ochłoń. Nie zdziwiłabym się, jakby gdzieś ją wywieźli.

– Lola dobrze gada – dodał Kazio. – Przez kilka dni musi wystarczyć ci to, co powiedział jej ojciec.

– On też był w szoku.

– Każdy by był. – Nowy partner matki, najmniej zaangażowany w temat, na razie oceniał sytuację najbardziej trzeźwo. – Kiedyś jej jeszcze za to podziękujesz.

– Taaa, a czas leczy rany – jęknął wymęczony Edek.

Osuszywszy dzbanek z kompotem, poszedł do siebie.

– Biedny chłopak. Wygląda jak zbity pies. – Głos Anieli zabrzmiał żałośnie. – A ja coś czułam! Ja nigdy jej nie lubiłam! Matczyna intuicja.

– Mamo, proszę cię – przerwała jej Lola. – Błagam, tylko nie mów nam, że wiedziałaś, że tak będzie. Ja rozumiem, jak działa przeczucie, ale bez przesady.

– Wiem, córciu, wiem. Po szkodzie to każdy jest mądry. Ale ja naprawdę od dawna podejrzewałam, że coś może być nie tak. Gdzieś tam, pod skórą, siedzi w człowieku taki czort, który psuje mu humor, nawet jak wszystko jest dobrze.

– Mówisz zupełnie jak tata. Że jak człowiekowi za dobrze, to powinien zacząć się bać. Tak jakby nie można cieszyć się szczęściem w obawie, że sobie odejdzie.

– Bo tata miał rację! – Aniela opróżniła kolejny kieliszek i odsunęła od siebie puste szkło. – Tak jak po każdym deszczu wychodzi słońce, tak samo po upalnym dniu zwykle nadchodzi burza. Za dobrze nam było. Teraz trzeba za to zapłacić. Jak to w życiu. Na horyzoncie zawsze gdzieś tam kłębią się czarne chmury. – Zmarkotniała wyraźnie.

Kazimierz odprowadził ukochaną do pokoju. Przede wszystkim trzeba jej dać porządnie się wyspać, pomyślał. Zdążył się już zorientować, że sen to jej podstawowe paliwo na cały kolejny dzień. Powinna usnąć jak suseł, uśmiechnął się smutno.

W nocy Lola obudziła się tuż po pierwszej i do piątej nad ranem nie zmrużyła oka. Jakby na potwierdzenie słów matki o czarnych chmurach za oknami rozpętała się burza. Nawałnica stopniowo przybierała na sile. Pioruny waliły bardzo blis­ko i tak mocno, że aż trzęsły się mury. Dziewczyna wstała i podeszła do okna, ale przy kolejnym rozbłys­ku odsunęła się odruchowo i sprawdziła, co u córki. Na szczęście Mania miała mocny sen i oddychała spokojnie, w nosie mając burzowe odgłosy.

Dlaczego życie jest takie skomplikowane?, pomyślała Lola, układając się w łóżku na wznak. Miała nadzieję, że być może w ulubionej pozycji uda jej się usnąć, ale nic z tego. W jej głowie co rusz kiełkowały coraz dziwniejsze domysły i scenariusze. I nagle doznała olśnienia.

Już wiedziała, co należy zrobić. Aż w końcu, tuż przed piątą, za sprawą kubka gorącego kakao zmorzył ją upragniony sen.

ROZDZIAŁ 6

Pierwszą rzeczą, jakiej Lola nie zaniedbała po przebudzeniu, było sprawdzenie zawartości podręcznego notatnika. Zwykle firmowe wizytówki upychała byle gdzie i zapominała o nich z chwilą, w której je dostawała, ale tym razem było inaczej – doskonale pamiętała, gdzie szukać. Całkiem niedawno dowiedziała się, że jeden z jej stałych uczniów, jak się okazało emerytowany wojskowy, zajmuje się wywiadem gospodarczym, a przy okazji legitymuje się licencją prywatnego detektywa. Lola zrobiła wielkie oczy, bo pan Ksawery wyglądał, jakby nie potrafił rozdeptać mrówki.

Teraz postanowiła działać bez zwłoki. Obecnie jej brat i tak nie nadawał się do niczego, więc uznała, że lepiej będzie, jeżeli na razie Edek pozostanie w nieświadomości. Tak samo Aniela. Matka, na wieść o detektywie, niemal na pewno wpadłaby w popłoch. Poza tym w głowie Loli właśnie kiełkował plan, który niekoniecznie musiał spodobać się rodzinie.

Następnego dnia, korzystając z totalnej niepogody, wybrała się do Krakowa. Ponieważ przy takim deszczu nie było mowy o żadnych pracach przy stacji na zewnątrz, bez wyrzutów sumienia zrobiła sobie wolne i nie wdając się w szczegóły, oznajmiła, że ma wizytę u dentysty. Po drodze podrzuciła tylko do Śnieżnej Grani milczącego i ponurego Edka, który postanowił zająć się robotą jak każdego dnia i pokazać wszystkim, jaki to z niego kozak. Zamyślona, odprowadziła brata wzrokiem, aż znikł za drzwiami karczmy na Śnieżnej Grani.

Zanim ruszyła z parkingu, mocno zacisnęła kciuki.

***

– Gdybym wiedział, co to za szambo, tobym dziś z łóżka nie wstawał! – krzyczał w słuchawkę Stachowiak godzinę później.

Po drugiej stronie Bruno starał się zachować spokój.

– Opanuj się – mówił. – To jeszcze nie koniec świata. Ta kasa musi wyjść od ciebie najdalej jutro, bo inaczej wszystko się nam posypie. Cała inwestycja odwlecze się w czasie. No i nie wolno nam zapominać o karach.

– Ale przecież to ty miałeś płacić! To wasz udział! – wściekał się Edek. – Nie taka była umowa!

W zapisach umowy stało jak byk, że to Mag­numSnow, jako główny udziałowiec, miało wpłacić na konto nowej spółki pierwszą dwumilionową zaliczkę przeznaczoną dla producenta kolei. Termin płatności właśnie mijał.

– Wiem, że to nie są żarty, ale tym razem mam związane ręce i musisz jakoś ratować sytuację. Nie mam wolnych pieniędzy. Odbiorcy nie popłacili na czas, a bank właśnie cofnął nam linię kredytową.

– Jak to? Bankrutujecie?

– Nie, skądże. To jakiś błąd systemowy, ale nie wiem, kiedy dokładnie uda się sprawę wyjaśnić. Sandra staje na głowie, żeby wszystko odkręcić, ale wiesz, jak to jest z bankami – tłumaczył Starski.

– Obsługuje was tylko jeden bank? Weź nie rób sobie jaj!

– No nie, współpracujemy z dwoma. Ale zanim dogadam się z tym drugim na finansowanie naszego projektu, minie przynajmniej tydzień. A kasa musi wyjść najdalej jutro. Inaczej producent może zerwać kontrakt.

– Nawet taki rentowny? Nie da się renegocjować warunków? Rusz dupę i do niego jedź! Masz, do kurwy, bliżej!

Bliski paniki Edek zwyczajnie nie miał na koncie wystarczającej ilości środków, którymi mógł obracać ot tak, na każde zawołanie. Ich pozyskanie wymagało przynajmniej kilku dni i niezłych zabiegów.

– Słuchaj – powiedział Bruno. – Tak czy siak, trzeba coś postanowić. Ty kołuj kasę, a ja zaraz spróbuję złapać prezesa z Technoliftu i postaram się coś ugrać. Chociaż jak znam tego starego zgreda, to pewnie guzik załatwię. Niech to diabli!

– Dobra. Czekam. Załatw przynajmniej przesunięcie tej płatności o kilka dni. Inaczej kary umowne zjedzą nas żywcem i naszą superkolej wszyscy będziemy mogli wsadzić sobie centralnie w dupę! – zakończył dyskusję Edek.

Zaklął głośno i z furią cisnął komórką o biurko. Telefon rozpadł się na części.

Normalnie nie byłoby problemu, ale akurat nie tym razem. Nadmiarowa kasa została właśnie zainwestowana w fundusze inwestycyjne. W dodatku za namową doradcy wybrano opcję bez możliwości wcześniejszej odsprzedaży całości, więc z takim ruchem wiązały się kary. Śnieżna Grań mogłaby wprawdzie poratować sytuację, ale w tym wypadku Edek musiałby uzyskać zgodę siostry i matki, co nie było wcale takie oczywiste po tym, jak w sekrecie wyprowadził z firmy kolosalne pieniądze na zakup działki, którą sprezentował Agnieszce. No i jeszcze wuj Józek! Aniela martwiła się pierścionkiem za marne kilka tysięcy złotych, tymczasem problem był o wiele poważniejszy. Jak dotychczas nikt z rodziny nie wiedział, że nieruchomość stanowi wyłączną własność byłej narzeczonej, na co istnieją stosowne dokumenty.

No, zaszalałem jak ostatni kretyn, nadeszła refleksja. Tylko kto miał pojęcie, że życie potoczy się tak, a nie inaczej?

Pozostawało liczyć wyłącznie na przyzwoitość Agnieszki. Edek nie spodziewał się wprawdzie odzyskania horrendalnych pieniędzy, które zainwestował po zakupie w uzbrojenie gruntu i niedorzeczne projekty domu, za to uczepił się myśli, że niedoszła żona zwróci mu ślubny prezent. Albo przynajmniej jego część, pomodlił się w duchu. Ale na razie w tej kwestii panowało milczenie.

A on siedział z ręką w nocniku pełnym gówna.

Nie chciał nawet myśleć o reakcji rodziny na te rewelacje o jego finansowym geście. Matka chybaby go zabiła, a Lola poprawiłaby po niej. I solidarnie wypieprzyłyby go z interesu. Edek sam już nie wiedział, czego obawia się bardziej: utraty z takim trudem zdobytego zaufania czy faktu, że jako prezes zadziałał na szkodę spółki. Zwłaszcza że za to ostatnie zwyczajnie groził mu kryminał.

Przerażony potrząsnął głową, żeby odegnać od siebie ponure myśli. Teraz musi jakoś zdobyć pieniądze. Musi ratować interes życia! O własnym tyłku nie wspominając

Wstał i jak automat podszedł do sejfu. Przekręcił cyfrowy zamek i sięgnął do wnętrza. Drżącymi rękami wyjął ze środka cienką teczkę. Potrzymał ją przez chwilę, zważył ją w dłoniach.

– Jesteśmy uratowani – mruknął z bladym uśmiechem.

Poskładał telefon i sprawdził, czy działa. Upewnił się, że drzwi od gabinetu są zamknięte, i wykonał kilka połączeń.

Po długiej rozmowie bezwładnie opadł na oparcie luksusowego obrotowego fotela.

Od dwóch dni czuję się jak kosmonauta wystrzelony do innej galaktyki, westchnął bezgłośnie.

Instalatorzy, ze względu na fatalną pogodę, przełożyli roboty. Po nocnej nawałnicy teren rozmiękł tak bardzo, że ziemia w niektórych miejscach groziła osunięciem, więc woleli nie ryzykować. Z nieba nieprzerwanie lały się strugi deszczu. Kto tylko mógł, nie wystawiał nosa na zewnątrz, sporo letników zainstalowało się w karczmie. Odkąd Lola zorganizowała tam kącik zabaw dla dzieci, wśród odwiedzających zaroiło się od matek z maluchami. Słowem, paskudna aura sprawiła, że przybyło gości. A że właśnie nastała pora obiadowa, w restauracji zapanował nieopisany harmider.

 

Edek wszedł za bar, nalał sobie piwa, postawił kreskę w specjalnym zeszycie i z ulgą zasiadł ponownie za biurkiem. Nie miał najmniejszej ochoty na powrót do domu. Już wiedział, co go czeka – kolejna wojenna narada i maglowanie tematu w nieskończoność. Rzeczową rozmowę z siostrą jeszcze jakoś by przeżył, ale jak znał matkę, zapewne już ochłonęła i najpewniej suszyłaby mu głowę przez cały wieczór, nękając go o konkrety, na które przecież i on sam czekał. Teraz musiał się skupić, więc zawczasu zajrzał do ukrytego za przesuwną ścianką przestronnego aneksu z miejscem do spania i na wszelki wypadek poinformował Kazia, że ma masę roboty i tym razem przenocuje w pracy. Chwilowo wolał profilaktycznie omijać Szarotkę.

Potrzebował spokoju jak nigdy w życiu. To, co zamierzał zrobić, wymagało od niego wiele sprytu oraz sporej dozy szczęścia, żeby nikt o niczym się nie dowiedział. Limit swoich błędów, zarówno życiowych, jak i tych na gruncie zawodowym, aktualnie uznał za wyczerpany. Wszyscy na niego liczyli, więcej razy nie mógł skrewić. Tym bardziej że skoro w interesach nawalił menedżer takiej klasy jak Starski, to właśnie on, Edek Stachowiak, dostał od losu okazję, by pokazać, że potrafi uratować wspólny biznes i uniknąć kolosalnych kar umownych. Teraz nie pozostawało mu nic innego, tylko czekanie na wynik negocjacji Brunona z dostawcą konstrukcji kolei. Wystarczyłoby przesunięcie terminu płatności choćby o dwa dni robocze.

Aż tyle i tylko tyle.

Upił spory łyk piwa, gdy dotarło do niego, że od poprzedniego wieczoru nic nie jadł. Bystry i odżywiony umysł był mu teraz niezbędny, zatem od razu połączył się z kuchnią i zamówił pizzę. Miał szczęście, bo właśnie któryś z gości zrezygnował z zamówienia i apetycznie pachnąca, parująca capriciosa niemal natychmiast wylądowała na jego biurku.

Łapczywie przeżuł pierwszy trójkąt ciasta z dodatkami, ale nawet nie poczuł smaku. Trudno się dziwić, skoro przez ostatnie trzy doby głównie chodził pijany albo spał. Z drugą porcją poszło już lepiej. Z apetytem dokończył posiłek.

Sącząc piwo, bezmyślnie wpatrywał się w ekran komputera. Dwukrotnie sprawdził, czy bateria w telefonie jest wystarczająco naładowana i czy komórka nie znajduje się poza zasięgiem sieci. Na razie mógł tylko cierpliwie czekać na telefon od Starskiego, tyle że z cierpliwością było teraz u niego krucho. Zdenerwowany poszedł po kolejne piwo, ale złowiwszy karcący wzrok matki, która właśnie sztorcowała kelnera, zamówił również kawę. Na wszelki wypadek uprzedził sekretarkę, żeby pod żadnym pozorem nikt mu nie przeszkadzał, i dla zabicia czasu oddał się wirtualnym karcianym rozgrywkom. Rozkojarzony szybko przegrał swój limit, więc przerzucił się na zbijanie kolorowych owoców.

Bruno zatelefonował dopiero po dwudziestej. Na dźwięk jego głosu Edka poderwało na równe nogi.

– I co? Gadaj!

– Wyluzuj. Właśnie uratowałem nam tyłki – powiedział Starski z entuzjazmem w głosie.

– Odblokowałeś limit kredytowy? – ucieszył się Edek.

– Nie, ale przekonałem tego frajera z Technoliftu, żeby się zgodził na odroczenie płatności. Wystarczą ci trzy dni robocze?

Wprawdzie nie była to najlepsza z wiadomości, ale na bezrybiu i rak ryba.

– Cholera, a już myślałem, że dogadałeś się z bankiem.

– Chciałbym, wierz mi. Niestety, to nie taka pros­ta sprawa. Z tego, co mówi Sandra, a spędziła tam pół dnia, zablokowano nam limity wskutek czyjegoś donosu, że MagnumSnow ma duże kłopoty. Wszystko wyjaśniła, ale żeby kasa została odblokowana, konieczna jest ponowna weryfikacja zdolności naszej firmy. To musi potrwać.

– A ten drugi bank?

– Też lipa, bo informację już umieszczono w centralnym systemie bankowym. Teraz nawet tostera nie kupimy na raty.

– No to dupa blada.

– No właśnie – przytaknął Bruno. – Jest mało czasu, zatem teraz wszystko w twoich rękach. Wyrobisz się z kasą na czas?

– No masz! No jasne, że się wyrobię. Jak nie ja, to kto?

Edek, podniecony czekającym go wyzwaniem, tym razem wyjął z biurowego barku butelkę whisky i przez interkom poprosił o lód. Tego wieczoru posiedział długo, dopóki nie ujrzał dna. Nie pamiętał, w jaki sposób trafił do łóżka, ale jak na poziom spożycia obudził się w zaskakująco dobrej formie. Po porannej toalecie przebrał się w czyste zapasowe ciuchy i spałaszował potężne śniadanie. Ten dzień należał do niego.

Gdy dwa tygodnie później witał się ze Starskim, nie krył dumy.

– Brawo ty! – Bruno z uznaniem poklepał go po ramieniu.

– Nie ma sprawy. Na kłopoty Stachowiak. Do usług – roześmiał się Edek i zaprosił wspólnika na lunch.

– I jak sprawy?

Bruno wcale nie wyglądał na faceta, który właśnie wysiadł z auta po kilkugodzinnej podróży. Nie wiadomo, jakim cudem nie miał nawet zagnieceń na nogawkach spodni od garnituru.

– Pod kontrolą. Choć ci pieprzeni wszarze z banku strasznie mnożą problemy. Komplikują procedury tak, że sam się pogubiłem.

– No coś ty? Nadal nie masz kasy?! To jak z płynnością w firmie? – zaniepokoił się Edek.

– Trochę ruszyliśmy z windykacjami, ale wciąż daleko do stabilności. Ale niczym się nie martw – zastrzegł się Starski natychmiast. – Poradzimy sobie. Od jesieni powinno być już dobrze. Co dziś polecasz? – Z wdziękiem przeszedł z niewygodnego tematu pieniędzy do kwestii jedzenia.

– Wszystko. – Gospodarz skinął na czekającego w gotowości kelnera. – Zatrzymasz się u nas?

– Dzięki, ale mam rezerwację w Ariesie, w Zakopanem. Planuję posiedzieć przez kilka dni, więc nie będę się zwalał do Szarotki na tak długo.

– I tak chyba nie mamy teraz wolnych miejsc. Ostatni tydzień wakacji, więc ludzie chcą jeszcze trochę skorzystać.

– Sam widzisz. Aha, rozmawiałem dziś z moją siostrunią. Też obiecała przyjechać, jak tylko obrobi się w pracy.

Wiadomość o przyjeździe Sandry sprawiła, że Edek drgnął mimo woli. Własna reakcja zaskoczyła go bardziej niż sama nowina.

– To super. W takim razie będę miał małą prośbę do was obojga.

– Ależ słucham cię, zbawco! – Bruno wszedł mu w słowo. – Cały zamieniam się w słuch.

– Nie mówicie o niczym nikomu. Matka i Lola nie mają pojęcia o naszych kłopotach. I nie życzę sobie, żeby się dowiedziały o czymkolwiek, okej?

– Do usług. Wszyscy będziemy milczeć jak grób.

Bruno wykonał na wysokości ust ruch imitujący zapinanie suwaka.

Prośbą wspólnika wcale nie był zaskoczony. Z wcześniejszej rozmowy z jego siostrą wywnios­kował, że Edek zadziałał na własną rękę. Nawet na odległość dawało się wyczuć, że mężczyzna podchodzi do sprawy ambicjonalnie, samodzielnie chce wszystkiego dopilnować i zyskać chwałę jako jedyny ojciec sukcesu. I dobrze.

– Dzięki, stary. – Doczekał się podziękowań.

– Nie ma problemu. A jak tam Agnieszka? Lepiej się czuje?

– To ty o niczym nie wiesz? – zdumiał się Edek.

– A niby o czym?

Starski, choć dzięki siostrze rozeznanie miał doskonałe, na wszelki wypadek udał niewiedzę. Ciekaw był relacji z pierwszej ręki. Sandra nieoczekiwanie jakiś czas wcześniej zaprzyjaźniła się z Agą, która widocznie musiała się zwierzyć, bo puściła farbę. Sprawa była delikatna, więc nie chciał drażnić wspólnika znajomością tematu. Biedny chłop, nieźle się władował, pomyślał ze współczuciem.

– Nie uwierzysz, ale od tamtej pory jeszcze z nią nie rozmawiałem! – kończył Edek. – Wyłączyła telefon. Pewnie też zmieniła numer. Znikła. Podobnie jak jej rodzice.

– A po jaką cholerę chcesz się kontaktować z babą, która przyprawiła ci rogi?

– Żeby jej powiedzieć prosto w oczy, co o niej myślę!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?