Pół na pół

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 4

To bez sensu. Poradzimy sobie inaczej – zdecydowała Sandra. – Przed chwilą pokazywali w telewizji, że na obwodnicy jest totalny korek, więc na dworcu wsiądziemy w pociąg. W moment zajedziemy na lotnisko.

– Jesteś pewna?

Lola słyszała już wcześniej o szybkim połączeniu kolejowym pomiędzy Balicami a Krakowem, ale jakoś nigdy nie miała przekonania do przemieszczania się pociągami. Zawsze kojarzyły się jej z opóźnieniami i wszechobecnym brudem.

– To dobry pomysł – zawtórował siostrze Bruno. – Nie wiadomo, jak długi ten korek. Nawet jeśli uda się nam zdążyć na samolot, ty musisz wziąć jeszcze pod uwagę swój powrót.

– Dobra. Załatwione. Niech wam będzie.

Skoro tak chcą, ich sprawa. Nie są przecież dziećmi, machnęła ręką Lola.

– Wystarczy, że podrzucisz nas na dworzec, a dalej już damy sobie radę.

– W takim razie zajrzę na parę minut do Agnieszki – powiedziała. – Bo mój brat właśnie jajo znosi, że go tutaj nie ma. Niech przynajmniej ma informacje z pierwszej ręki.

Lola wręczyła rodzeństwu kluczyki od volvo i udała się szpitalnym korytarzem w dobrze sobie znanym kierunku.

Jej przyszła bratowa od kilku tygodni rezydowała w wygodnej izolatce. Odkąd lekarz prowadzący kazał jej leżeć plackiem, Agnieszka praktycznie nie opuszczała swojego pokoju. Jak na osobę bardzo towarzyską i nawykłą do życia w ciągłym ruchu znosiła przymusową niewolę zaskakująco dobrze. Teraz leżała pod kołdrą naciągniętą pod brodę.

– Jak ty się czujesz? Tylko proszę konkrety, bo mnie mój brat oskubie. Zrobił się tak nerwowy, że ciężko z nim wytrzymać.

– O mój Boże! Lola? To naprawdę ty? – Agnieszka szeroko otworzyła usta. – Poznałam cię dopiero po głosie. Wyglądasz genialnie.

– Poważnie? Kurczę, to samo powiedziała mi Sandra. A ja mam wrażenie, że wyglądam teraz jak skończona idiotka – powiedziała i odruchowo dotknęła nastroszonych włosów.

– Przy twoim typie urody im bardziej jesteś rozczochrana, tym bardziej ci do twarzy. Albo zupełnie gładko, i wtedy śmiało zagrasz niedostępną królewnę, albo totalny chaos typowy dla babeczki z fantazją. Ekstra! Podoba mi się. – Agnieszka z ciężkim westchnieniem przejechała dłonią po zaniedbanej fryzurze. Wściekła rudość na głowie w szpitalnych murach jakby straciła blask.

Natomiast narzeczona Edka wciąż pozostawała bardzo szczupła, co w jej stanie było zjawiskiem dość rzadkim.

– Nie martw się – powiedziała Lola. – Już niedługo. Jeszcze trochę wytrzymasz. A jak urodzisz, to się za siebie zabierzesz i w te pędy wrócisz do formy. Widzę, że całkiem dobrze się trzymasz.

– Taaa – mruknęła Agnieszka bez entuzjazmu. – Od wczoraj czuję się, jakbym miała w żołądku zdech­łego węża. Nic nie mogę jeść, więc w kółko pakują we mnie jakieś kroplówki. W ustach mam kwaśny kapeć. Cholera, dobrze, że przynajmniej te przeklęte skurcze minęły i czasem ktoś mnie odwiedza. Ileż można siedzieć, czytać fora dla straszących się nawzajem ciężarnych idiotek i gadać z ludźmi przez Internet?

Pomimo że obie młode kobiety nigdy nie pałały do siebie nadmierną sympatią, miały dobry kontakt. Agnieszka, odkąd zaszła w ciążę i porzuciła hulaszczo-podróżniczy tryb życia, stała się bardziej do zniesienia, a Lola uznała, że po jej ślubie z Edkiem rodzina na pewno jakoś się dogada. Ze zdziwieniem stwierdziła, że chętnie posiedziałaby dłużej, ale Bruno i Sandra czekali na dole. Samolot czekać nie będzie, stwierdziła.

– Trzymaj się zdrowo – pożegnała przyszłą bratową. – Ja muszę już lecieć. Wybrałaś już imię dla dziecka?

– Nie.

– To w takim razie masz co robić – rzuciła żartobliwie. – Mój braciszek pewnie wpadnie już jutro, więc nie będziesz się nudzić.

– Nie! Jutro nie mogę! – Agnieszka zaprotestowała gwałtownie.

– Wybierasz się gdzieś? – zdziwiła się Lola.

Nie była wścibska, ale ta gwałtowna reakcja zaskoczyła ją nieco.

– Przez cały dzień będą mi robić jakieś eksperymentalne badania. Wiesz, to szpital kliniczny, a studenci na kimś muszą się uczyć. Nawet moi starzy nie byli w stanie załatwić, by dano mi spokój. Nie wiem, jak ja to zniosę. Ale wiesz co? Jak już urodzę, to tak sobie pójdę zaszaleć, że przez tydzień nikt mnie nie zobaczy. – Aga zbyt późno ugryzła się w język.

– A dzieciak?

– Zaszaleję i z dzieciakiem – dodała Agnieszka, ale nie udało jej się zatrzeć wpadki sprzed chwili.

– Jasne.

Lola współczuła jej szczerze tych wszystkich ciążowych komplikacji. Pomijając konieczność odłożenia ślubu, permanentne dolegliwości i stałą obawę o dziecko, już samo czekanie i siedzenie w czterech ścianach musiały być nie do zniesienia. Trudno się dziwić, że wygaduje głupoty, wzruszyła ramionami.

Nie doczekawszy się na windę, zbiegła po schodach. Nie miała pojęcia o rozkładzie jazdy lotniskowej podmiejskiej kolejki, więc wolała zawczasu odstawić swoich gości na peron, by mieć pewność, że zdążą. Na dworzec nie było daleko, ale w godzinach szczytu ruch samochodowy w Krakowie odbywał się w ślimaczym tempie. Nie było co ryzykować.

Lola chciała jeszcze zamienić z Brunonem kilka słów na osobności, ale Sandra miała bratu tyle do powiedzenia, że nie było żadnych szans, by przebić się przez jej słowotok. A przecież obiecałam mu wspólną eskapadę do jakiegoś ciekawego miejsca, myślała. Powinnam dotrzymać słowa, tyle że nie miałam możliwości. Wokół przez cały czas tak wiele się działo.

Na szczęście na dworcu, korzystając z okazji, że Sandra poszła do toalety, obiecała poprawę.

Bruno, udając zaskoczonego, zamknął dziewczynę w uścisku i cmoknął ją w czoło. Zadrżała, mimo że pocałunek należał raczej do tych zabawowo-braterskich niż obiecujących coś więcej. Lola lubiła Starskiego z każdym dniem bardziej, i najwyraźniej z wzajemnością. Teraz z żalem pomyślała o kolejnym rozstaniu.

– Na dniach dam ci znać, kiedy przyjadę ponownie – powiedział. – Pewnie niedługo.

Jakby czytając w jej myślach, palcem uniósł nieco jej podbródek. Była pewna, że zaraz pocałuje ją nieco inaczej, lecz nic takiego nie nastąpiło.

– Będę tęsknił za Śnieżną Granią – dodał. – To ostatnio moja ulubiona inwestycja. – Spojrzał Loli głęboko w oczy.

Chciał dodać coś jeszcze, ale Sandra właśnie wróciła z toalety i pogoniła brata po bagaże.

Lola z trudem ukryła rozczarowanie.

Gdy zadzwonił Edek, odebrała i zdała mu relację z odwiedzin u Agnieszki. Od razu też ostudziła jego zapał w sprawie wyjazdu do Krakowa następnego dnia.

– Ale jak to? – zdumiał się. – Dlaczego ona nie chce mnie widzieć?

– Nie wiem. Nie chce widzieć nikogo. Zadzwoń do niej, to się dowiesz. Prosiła, żeby jutro nie zawracać jej głowy, bo będzie ciągana na konsylium i badania.

– Jakaś totalna masakra z tym szpitalem.

– Trudno, przeżyjesz jakoś. Przecież do pojutrza dziewczyna ci chyba nie ucieknie? W końcu na oddziale trzymają ją pod kluczem – rzuciła Lola, wsiadając do auta. – Wracam – oznajmiła. – Jak coś, to jeszcze pogadamy przy kolacji.

Zatankowała i zatopiona we własnych myślach ani się obejrzała, jak zajechała na parking pod Szarotką. Sądząc po liczbie samochodów na obcych numerach, pensjonat był pełny.

Na zewnątrz wybiegła Nastka i, co do niej zupełnie niepodobne, z okrzykiem radości rzuciła się siostrze na szyję.

– Lola! Ale czad stylówa! Boże, siora, jak ja się za wami stęskniłam! Dziś nawet bachor mnie nie wkurza! Eee… To znaczy, sorry, Mańka. Ale fajnie być znowu w chacie – trajkotała.

– Dobra, już dobra. – Lola uwolniła się z objęć. – Muszę coś zjeść, bo zaraz padnę z głodu. Jak było?

– Do kolacji już wszystko przygotowane. Ależ mi się siedzenie w tym autokarze wypłaszczyło przez tyle godzin. Normalnie szok! Nigdy jeszcze się tak nie cieszyłam na widok dworca w Zakopcu. Chodź, coś ci przywiozłam.

Lola przestąpiła próg.

Nastka wyjęła z walizki markową bluzę z zabawnym nadrukiem, przedstawiającym mapę Włoch podpisaną, że to Francja. Nie można się było nie roześmiać, zwłaszcza że ciuch uszyto w Chinach, a został kupiony w angielskim sklepie.

– No, piękne dzięki. – Lola przyjęła podarek, zdumiona, że siostra o niej pamiętała. – Myślisz, że to pomyłka?

– A kto ich tam wie? Dla młodej przywiozłam kapcie, wiesz? Pokaż się, Mańka! – zawołała siostrzenicę Nastka.

Mania pojawiła się w korytarzu, z dumą prezentując wielgachne kapcie w kształcie tygrysich głów. Dziecko, nienawykłe do tego typu obuwia, co krok potykało się o własne nogi.

– Jak to dobrze, że ona ma dopiero mleczaki. Nie będzie biedy, jak sobie w tych papuciach wszystkie zęby powbija – roześmiała się Lola.

Sama nigdy w życiu nie kupiłaby córce czegoś podobnego. Przy takim mnóstwie schodów w domu tego typu kapcie były po prostu niebezpieczne. Ale teraz, widząc twarz Marianny jaśniejącą szczęściem i zadowoloną minę siostry, darowała sobie kazanie na temat patrzenia pod nogi. Wiedziała, że i tak nic nie wskóra. Mogła tylko liczyć, że pluszowe tygrysy szybko się rozczłapią i mała straci nimi zainteresowanie.

Tego dnia, co ostatnio bywało rzadkością, do kolacji zasiadła rodzina w komplecie.

Przy stole dawno nie panowała tak szampańska atmosfera. Anastazja zwyczajnie zaszokowała wszystkich, reagując na obecność Kazimierza jak na najzwyklejszą rzecz na świecie. Zapytała tylko, czy będzie musiała zwracać się do niego per wujku, a on zaproponował, by mówili sobie po imieniu. Przełknęła to bez mrugnięcia okiem, a przy deserze posadziła sobie Manię na kolanach. Lola na ten widok omal nie zadławiła się ciastem. Jakimż to cudem kilkutygodniowy pobyt za granicą tak mocno wyprostował Nastce charakter?, zachodziła w głowę.

Późniejszym wieczorem do Stachowiaków zajrzał Andrzej, żeby omówić z Lolą kilka drobiazgów związanych z inwentaryzacją sprzętu narciarskiego i zamówieniem na nowe kamizelki z numerami startowymi do zawodów. Prace w budynku wypożyczalni były już na ukończeniu, więc chciał załatwić te sprawy już nazajutrz. Pojutrze wybierał się do Krakowa wraz z Edkiem, bo niespodziewanie trafiło mu się świetnie płatne zlecenie związane z pracami na wysokości. A że posiadał stosowne uprawnienia i lubił swoją drugą pracę tak samo jak pierwszą, z marszu umówił się na spotkanie z kontrahentem, żeby ustalić warunki.

 

***

– Lepiej tam nie wchodź! Dobrze radzę!

Męski niski głos brzmiał stanowczo.

Przy głównym wejściu do szpitala Edek, dosłownie i w przenośni, wpadł na przyszłego teścia.

– O, dzień dobry. Jak Aga? – zapytał.

– Mówię, żebyś lepiej tam nie wchodził. Agusia urodziła wczoraj.

– Jak to: urodziła?! Przecież to za wcześnie! Co z nią? A co z dzieckiem? – Edek złapał teścia in spe za ramiona. – Rany boskie! Idę do niej! – ryknął przerażony.

– Nie! – Mężczyzna zastąpił mu drogę.

– Co za nie?! Dlaczego ja o niczym nie wiedziałem? Dlaczego nikt mnie nie poinformował? To jakieś chore żarty!

– Niestety, to nie żarty. Dziecko jest maleńkie, ale żyje. Chłopiec. Aga już dochodzi do siebie.

– W porządku. – Edek ochłonął nieco. – Dzięki. To idę do nich.

– Jesteś głuchy? Przecież powiedziałem, że nie! Agnieszki już nie ma w szpitalu. Wypisała się na własne życzenie. Ja przyszedłem tylko po to, żeby pogadać z ordynatorem.

– To na serio czy jakiś żart? Nie ma jej? W takim razie idę zobaczyć moje dziecko.

– Otóż, synu, cały sęk w tym, że to nie jest twoje dziecko – odparł ponuro ojciec Agnieszki.

– A niby cyje? – Edek w nerwach odruchowo przeszedł na gwarę. Szarpnął mężczyznę za poły marynarki. – Godojcie, kurwa wasa mać, co się tutok wyprowio, bo zaroz wom przijebiem!

– Jak tak bardzo chcesz, to sobie idź. – Tamten machnął ręką. – Tylko nie wiem, czy ci tam uwierzą, że jesteś ojcem.

Edek, który mimo wszystko nie chciał bijatyki w miejscu publicznym, wyminął go bez słowa i biegiem dopadł windy. Był tak wzburzony, że cały się trząsł.

Na oddziale prawie zapomniał, jak się nazywa. Gdyby nie ojciec Agnieszki, który na wszelki wypadek podążył w ślad za nim, zapewne by go nie wpuszczono.

Takiego widoku się jednak nie spodziewał. Przetarł oczy i spojrzał na inkubator jeszcze raz.

– Jeśli mały przeżyje, zostanie oddany do adopcji – usłyszał za swoimi plecami.

– Boże mój! – wyszeptał Edek. – Przecież to jest Chińczyk… Albo Japończyk. To na pewno jakaś pomyłka.

– Konkretnie Tybetańczyk – sprostował ojciec Agnieszki. – A mówiłem, żebyś tu nie wchodził? Uprzedzałem.

– Że niby co? Że twoja córka to zwykła dziwka?! – W Edku zagotowała się krew. Gdyby nie obecność maleństw w inkubatorach, zrobiłby rozróbę, jakiej nie widział świat. – Zabiję ją! – wrzasnął. – Jak ją dorwę, to ją zabiję! – Rozjuszony odwrócił się na pięcie.

W szaleńczym biegu zdarł z siebie jednorazowy fartuch i czepek, i zdyszany wybiegł przed szpital w foliowych ochraniaczach na buty. Bezradnie rozglądał się za jakąś taksówką, gdy na podjeździe pojawił się Andrzej. Właśnie zatrzymał się przed szlabanem, by pobrać bilet parkingowy, gdy przyjaciel gwałtownie szarpnął za klamkę przy drzwiczkach od strony pasażera i wpakował się do auta.

– Chryste Panie! Stary! Co ci się stało?

– Wcoroj mojo narzecono urodziła Azjate – wypalił bez ceregieli wściekły Edek. – I łoddałak dziecioka do adopcyji!

– Co ty pieprzysz? Dobrze się czujesz?

Andrzej nie zwrócił uwagi, że blokuje ruch. Przytomność przywrócił mu dopiero przeciągły dźwięk klaksonu. W przepraszającym geście uniósł rękę i ruszył z miejsca.

– Chłopie, dyć jo som nie wierzem, ze to prowda – Stachowiak kręcił głową w kompletnym szoku.

Jeszcze do niego nie dotarło, że za jednym zamachem stracił i Agnieszkę, i dziecko.

– Ale że jak? Jesteś pewien, że to Chińczyk?

– Ni zoden Chińcyk, ino, kurwa, pieprzony Tybetańcyk! – ryknął Edek histerycznie i z całej siły przywalił pięścią w deskę rozdzielczą.

– Ale skąd ona wytrzasnęła Tybetańczyka? – zainteresował się Andrzej.

I od razu tego pożałował.

– Pojęcia ni mom! Ale bo to cłowiek wi, kaj ta smata się obyrtała? Kwoła Jezuskowi, ze to ino Tybetańcyk, a nie kosmito jaki!

– No i co teraz?

– Hybniem się ku niej! Ino teroz to napić się musem, bo straśnie mi się kce! Jak nie, to jesce te kurwe zabijem i do hareśtu mnie wsadzom, a mom nowom kolej na brzyzku do wystawienio!

Z dwojga złego lepiej, żeby jednak się urżnął, a nie mordował, pomyślał Andrzej, zatrzymując się przy pierwszej napotkanej po drodze restauracji z parkingiem.

W środku urzędowało niewielu gości, ale jednak, więc wymanewrował tak, żeby ulokować przyjaciela w jakimś w miarę ustronnym miejscu. Znał go dobrze i czuł przez skórę, że ten dzień nie skończy się dobrze. Prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, co dalej. Korzystając z chwili, gdy Edek poszedł do toalety, zadzwonił do Loli. Nie było czasu wdawać się w szczegóły, więc od razu wyskoczył z konkretem. I rozłączył się niemal natychmiast, pozostawiając dziewczynę w kompletnym osłupieniu. Zdążył tylko dodać, że zadzwoni ponownie, gdy tylko będzie mógł, i opowie jej resztę.

– Lola, ratuj! – zawołał w słuchawkę po kwadransie, gdy udało mu się wyjść na chwilę do samochodu pod pretekstem schowania anteny od CB-radia. – On chce tam zaraz jechać i się z nią spotkać. Jest teraz w takim stanie, że może być nieciekawie. Rozróba wisi na włosku.

– Bez sensu, żeby tam jechał. Pilnuj go! – nakazała. – Sprawę trzeba przemyśleć. Zrób coś, Andrzej, błagam!

– Ale co? Przecież nie zamknę go w bagażniku.

– On nie może się u niej pojawić w takim stanie. Diabli wiedzą, co zrobi. Musi ochłonąć. Wszyscy wiemy, że zawsze go łapy swędziały, kiedy trzeba było komuś gębę obić.

– Cholera, wiem! To co mam robić? Najwyżej mogę go upić – zaproponował zdesperowany Andrzej. – Tylko że ja prowadzę! – opamiętał się.

– Trudno. Jak trzeba, to wypijesz, a potem przenocujecie w jakimś hotelu – zarządziła przytomnie Lola. – Musisz go sponiewierać na maksa. Tak, żeby nie dał rady sam iść. To chyba najlepszy pomysł.

– Jasne – mruknął. – I żeby rano miał takiego kaca, żeby i jutro mu się odechciało wizyty u narzeczonej.

– O, widzisz! Dobrze kombinujesz. Jak coś, to dzwoń do mnie. Albo przynajmniej napisz jakąś wiadomość. Jak trzeba będzie, to przyślę kogoś na odsiecz.

– Dzięki, skarbie.

Choć Andrzej wcale nie był przekonany do tego rozwiązania, inne pomysły jakoś nie przychodziły mu do głowy. A rozjuszony przyjaciel mógł ostro narozrabiać. Jak na razie zachowywał się w miarę spokojnie, ale trzeba było przewidywać najgorsze.

Niech to szlag! Co za podła baba! Tak jakby człowiek miał mało spraw na głowie, sarkała w duchu Lola. Postanowiła na razie o niczym nikomu nie mówić. Kompletnie wytrącona z równowagi wolała również nie pokazywać się domownikom na oczy. Zaszyła się zatem u siebie i przez nikogo nieniepokojona spędziła bite dwie godziny nad książką. Niestety, myślami była bliżej krakowskich wydarzeń niż literackiej fabuły, która za nic nie potrafiła jej wciągnąć. Co chwila zerkała na komórkę, sprawdzając, czy przypadkiem nie dzwonił Andrzej, ale nie doczekała się żadnych wiadomości. Doszła do wniosku, że widocznie uporał się z problemem Edka samodzielnie, i odetchnęła trochę. Nic dziwnego zatem, że sygnał esemesa zjeżył jej włosy na głowie.

„Wszystko jest pod kontrolą”, przeczytała.

Ulga była tak obezwładniająca, że pod Lolą aż ugięły się nogi.

Dalszy ciąg nie był już jednak tak optymistyczny. Andrzej najchętniej wezwałby na miejsce wszystkich Stachowiaków, żeby w komplecie przybyli mu z odsieczą. Daleki był od paniki, ale niełatwo mu było zapanować nad Edkiem. Nastrój przyjaciela, wraz z liczbą wypitych kolejek, zmieniał się jak w kalejdoskopie: raz bluzgał, tocząc pianę z ust, i rwał się do bitki, by za chwilę ronić łzy do kieliszka. Andrzej starał się pić jak najmniej; w doniczce z dorodną draceną znikała zawartość więcej niż co drugiej szklaneczki. Byleby nam personel nie doliczył tego badyla do rachunku, dumał ponuro.

Na nieszczęście Edek od zawsze miał mocną głowę. Jednak co góral, to góral.

Zaczynało robić się późno. Lokal opuścili już wszyscy goście poza nimi, a barman zaczął dawać mało dyskretne znaki, że miło by było, gdyby poszli sobie również oni dwaj. Jak wszyscy barmani na całym świecie, on także wyłączył muzykę, zapalił światło i zaczął sprzątać, tłukąc się przy tym niemiłosiernie.

– Wiem, że pora zamykać, ale mam tutaj podbramkową sytuację. – Andrzej podszedł do baru i położył na ladzie stuzłotowy banknot. – Żona kolegi urodziła cudze dziecko. Rozumiesz, chłopie?

– A to kurwiszon jeden! Współczuję, stary, ale…

– No i jak on się ma dzisiaj nie uchlać? – Andrzej nie dawał za wygraną.

– Jasne. Ale niedługo północ.

– Posiedzimy jeszcze tylko chwilę. Nie znasz może jakiegoś miejsca na nocleg? – Wymownie wskazał na portfel.

– Obawiam się, że o tej porze możesz mieć problem, kolego – odparł barman. – Zwłaszcza z takim narąbanym kumplem.

– No to pięknie. Nic to, najwyżej przekimamy się w aucie. Zamykacie parking na noc? Może mog­libyśmy zostać u was? – Andrzej, skonsternowany, podrapał się po głowie.

– Zamykamy. Ale wiesz co? – Mężczyznę tknęło. – Mnie też kiedyś jedna dupa w trąbę puściła, więc ja wiem, jak to jest, i wam pomogę. Możecie przenocować w mojej służbowej kanciapie na zapleczu. Ja się kimnę na materacu w magazynie.

– Serio? Ty normalnie z nieba mi, chłopie, spadłeś!

– Nie ma sprawy. I tak muszę być od świtu w robocie, więc co mi tam.

– A co na to właściciele? – Andrzej na wszelki wypadek sięgnął do portfela, by rozwiać ewentualne wątpliwości barmana.

– Spokojna głowa. To lokal moich rodziców. Zaczekaj, zawiadomię ochronę. I jestem Karol.

Wzajemną prezentację zakłócił niespodziewany łomot.

No to jeden problem mi odpadł, odetchnął Andrzej, widząc, że przyjaciel leży na podłodze jak kłoda, a obok niego spoczywa przewrócone krzesło. On dziś już na pewno nigdzie nie pójdzie.

Obaj z barmanem jednocześnie rzucili się na pomoc. W tej samej chwili Edek, nieporadnie gramoląc się z podłogi, chwycił za obrus, ściągając na siebie wszystko, co znajdowało się na stoliku.

– Ale się zaprawił – stwierdził Karol z odcieniem podziwu. – Nic to, rano się ogarnie. Jutro otwieramy dopiero o jedenastej – uspokoił Andrzeja.

Rozdeptał potłuczone szkło na mniejsze okruchy, po czym obaj zabrali się do zbierania Edka z podłogi.

Ulokowanie pacjenta na tapczanie w służbówce na zapleczu okazało się zadaniem niełatwym. W ostatnich przebłyskach świadomości pijany jakimś cudem eksplodował resztkami sił, a miał ich niemało, i stawiając opór, wciąż wybierał się do Agnieszki robić rozpierduchę. W końcu jednak, pokonany alkoholowym zamroczeniem, padł jak nieżywy.

Andrzej z ulgą otarł spocone czoło. Karol, zadowolony, że mógł pomóc, zaproponował darmowe piwo.

– Masz, stary – powiedział. – Należy ci się. – Podsunął pełną szklankę. – Widzę, że potrzebujesz ochłonąć.

– No. – Andrzej oklapł zupełnie.

– Wiesz, chciałbym mieć kiedyś takiego przyjaciela.

– Dzięki, chłopie. Pewnie na imię ci Anioł Stróż?

– Nie. Ale ja zwyczajnie znam życie. Wiesz, jak każdy barman. No i sam mam ochotę się napić, a nie lubię do lustra. A o dracenę się nie martw. – Karol zmienił temat. – Jest sztuczna.

– Nie mów, że widziałeś, jak wylewam?

– No a jak? Zawsze gdy ktoś wylewa, to właśnie tam. Jakby ona miała być prawdziwa, to zamiast liści rosłyby na niej półlitrówki z wyborową – roześmiał się chłopak i przyniósł jeszcze po jednym piwie. – Trzymaj. Tam jest łazienka. Rano możecie się ogarnąć. Zaraz skombinuję jakieś ręczniki i dodatkowe koce. O dziewiątej przychodzą sprzątaczki, więc ich nie wystraszcie.

Zanim zasnął, Andrzej wysłał jeszcze jedną wiadomość do Loli. Że teraz już naprawdę wszystko jest w porządku i że jej brat chrapie jak niedźwiedź w gawrze. Wiedział jak nikt inny, że we wcześniejsze zapewnienia nie uwierzyła.