Pół na półTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 2

Po kilku dniach ręka nareszcie przestała dokuczać i Lola zaczęła kombinować, jak by się na dobre pozbyć sztywnej ortezy. Dzień wcześniej zaryzykowała i zdjęła ją do kąpieli, niestety ból powrócił, więc szybko założyła usztywniacz. Przywołując wspomnienie ciężkiego tradycyjnego gipsu i stosowanych po dziś dzień przez ratowników na stoku szyn Kramera, nakazała sobie więcej rozsądku. Nieraz, zaglądając do toprówki, dworowała sobie z chłopaków, że spędzają wolny od interwencji czas w izbie tortur. Wiszące na ścianach metalowe drabinkowe szyny w różnych rozmiarach nasuwały dość makabryczne skojarzenia, ale okazywały się nieocenione w sytuacjach, kiedy trzeba było szybko i sprawnie usztywnić uszkodzoną kończynę.

Uśmiechnęła się pod nosem do własnych myśli i poszła do kuchni.

Przy stole zastała Kazimierza. Właśnie wyłuskiwał z łupinek blanszowane migdały. Od dwóch dni nie korzystał już z wózka inwalidzkiego i dzielnie ćwiczył poruszanie się o kulach. Samodzielne chodzenie szło mu coraz lepiej.

– Dziękuję, że odstąpiłaś mi swój pokój – powiedział.

– Nie ma sprawy. To tylko kilka dni – mruknęła Lola i wepchnęła sobie do ust kawał drożdżowej baby z lukrem.

Kazimierz już oficjalnie zamieszkał z ich matką, lecz jak na razie u Stachowiaków skwapliwie omijano ten temat.

– Tylko i aż – odparł. – Powinienem podziękować ci już wcześniej, ale jakoś nie było okazji. W sumie to chciałbym pogadać, z tobą i z twoim bratem. Chyba rozumiesz, że czuję się trochę głupio?

– A my to niby nie?

Ponieważ matka aż promieniała szczęściem, Lola już wcześniej postanowiła, że będzie dla Kazika miła. Niemniej jednak Anieli nie było w pobliżu. Czemu miałabym ułatwiać mu zadanie?, zbuntowała się teraz.

– Wiem. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że wszyscy się jakoś dogramy. Nie znałem Antoniego, lecz mam wrażenie, że chybabym gościa polubił. Jak smakuje ci babka? – Kazio zmienił temat.

– To twoja robota? Myślałam, że mama upiekła. Bardzo dobra.

– Przejąłem wypieki. I tutaj, i w karczmie. W końcu za to mi płacicie. – Uśmiechnął się i pogładził po starannie przystrzyżonym zaroście.

Od wyjścia ze szpitala nabrał nieco kolorów. Wyraźnie powracał do formy. W ostatnich tygodniach znacząco zeszczuplał, co tylko wyszło mu na dob­re, bo zbędne kilogramy obciążały kręgosłup. Chociaż Kazimierz tuszę nazywał „chorobą zawodową” i upierał się, że w jego wieku już schudnąć się nie da, ale wypadek i późniejsza rekonwalescencja dowiodły, że opowiadał bzdury.

Również Aniela, na fali miłosnego rozćwierkania, chudła w oczach. Praca paliła się jej w rękach, a Lola miała wrażenie, że matka młodnieje z dnia na dzień. To musi być prawdziwe uczucie, myślała. Jak przez mgłę pamiętała, że szczęśliwy człowiek funkcjonuje na zupełnie innych zasadach niż reszta: nie dostrzega niepotrzebnych problemów, nie przejmuje się drobiazgami, z powodzeniem mógłby żyć powietrzem i stąpać kilka centymetrów nad ziemią. Tak, mama jest zakochana, stwierdziła.

Od powrotu z Wiednia Lola nie znalazła odpowiedniego momentu, by porozmawiać z Anielą w cztery oczy. Matka zwyczajnie i z marszu uznała Kazimierza za pełnoprawnego członka rodziny i naturalną koleją rzeczy oczekiwała, że pozostali uczynią tak samo. Nie dostrzegała problemu, była pewna, że wszyscy jakoś się dogadają.

Oczekiwania te wcale nie były od rzeczy; nie licząc Mani, klan Stachowiaków składał się z samych dorosłych. Ale dorosłość dorosłością, a emocje emocjami – gdy zmarł Antoni, głowa rodu, świat mieszkańców Szarotki zachwiał się w posadach. Tymczasem ledwie zdołali odbudować go na nowo, wpakował się doń Kazimierz i od nowa zakłócił domowy mir. Dla wszystkich oprócz Anieli i małej Marianny, która była jeszcze w takim wieku, że cieszyło ją każde wydarzenie, pojawienie się w domu obcego mężczyzny stanowiło twardy orzech do zgryzienia. Tymczasem nie w ciemię bita gospodyni sprytnie unikała konfrontacji, licząc, że każdy dzień zwłoki zadziała na jej korzyść. Im dłużej będzie się utrzymywał nowy stan rzeczy, tym łatwiej pozostali machną na niego ręką, kombinowała.

Jak dotąd jedynie Edek, mimo że zalatany, po cichu wyjawił siostrze swoje wątpliwości. Tyle że zaraz powrócił do własnych spraw. Za to Lola, jako istota z gruntu wrażliwa, miała teraz aż za dużo czasu na rozmyślania i analizy. Z jednej strony dostrzegała matczyne szczęście bez granic, lecz z drugiej, mimo chęci, nie potrafiła zaakceptować faktu, że obcy facet, ot tak zwyczajnie i po prostu, zajął miejsce jej ojca.

No i pozostawała jeszcze Anastazja. Na razie dziewczyna spędzała wakacje u dalekich krewnych w Anglii, ale pobyt za granicą pomału dobiegał końca. Wprawdzie Aniela początkowo nie była przekonana, że tak długi wyjazd to dobry pomysł, ale Lola się uparła. Manewrowała tak długo, aż wilk był syty i owca cała – planowała, że zarówno pobyt u rodziny, jak i intensywny kurs języka skutecznie wybiją Nastce z głowy niepewne, niedawno nawiązane znajomości. Była pewna, że żaden cwany wyrostek nie będzie Bóg wie jak długo czekał na łatwą nastoletnią zdobycz, tylko poszuka sobie innej. Na szczęście na Anielę podziałała wizja, że chwilowe oddalenie od Szarotki pomoże młodszej córce oswoić się z krępującą obecnością Kazimierza.

Młoda, na wieść o wyjeździe bez nadzoru, wprost oszalała z radości. Skąd miała, bidula, wiedzieć, że przez starsze i mocno zdziwaczałe wujostwo będzie pilnowana jak w klasztorze, a intensywny kurs języka w praktyce wykluczy każdą samowolkę? W pierwszym tygodniu pobytu każdego dnia chlipała w słuchawkę, ale w końcu okrzep­ła, znalazła sobie koleżanki i jakoś zaakceptowała domową dyscyplinę i obowiązek chodzenia spać przed dwudziestą pierwszą.

– O, tutaj jesteście! – zawołała z korytarza Aniela. – Padam z nóg – oznajmiła. – Jak minął dzień? Dzwoniła Nastka? Gdzie Edek? O, cześć Maniu, daj babci buziaka.

Słowa padały jak kule z karabinu maszynowego.

Aniela w przelocie uścisnęła wnuczkę, cmoknęła córkę w policzek i obdarowała czułym całusem ukochanego. Kazimierz, który pochwycił spojrzenie Loli, dyskretnie skierował się do wyjścia.

– Zostań – powstrzymała go gospodyni. – Gdzie idziesz, kochanie? Co tam będziesz sam siedział? Zaraz naszykuję herbatę. Albo jakie grzane wino? – zaproponowała.

Kazimierz wykazał się wyczuciem sytuacji, wyłgał się bólem nogi i ku rozczarowaniu ukochanej opuścił towarzystwo. Po drodze domyślnie zagarnął Manię, proponując, że nauczy ją grać w karty. Małej nie trzeba było powtarzać dwa razy.

Lola uważnie przyglądała się matce, a ta gorliwie unikała wymiany spojrzeń. Zupełnie jak Nastka, pomyślała ubawiona skojarzeniem dziewczyna.

– Usiądź, mamo – powiedziała spokojnie. – Ja zrobię coś do picia. Widzę, że nie masz ochoty, ale musimy pogadać. Tylko we dwie. Nie przypuszczałam, że twój facet okaże się w tej kwestii bardziej domyślny niż ty. – Z uśmiechem usadziła matkę naprzeciwko. – Edek pojechał do Krakowa, bo Agnieszka znowu poczuła się gorzej, więc jesteśmy same.

– Ale o czym chcesz rozmawiać? – Aniela popisowo zgrywała niewiniątko.

– Dobrze mnie zrozum. Tak jak ty dla nas, my też chcemy dla ciebie jak najlepiej. Jesteś szczęśliwa, i bądź. Ale nie możesz zapominać, że nas masz.

– Ja nie zapominam – broniła się słabo Aniela. – Ja się po prostu zakochałam.

– To akurat widać gołym okiem. Uczucie jak stąd na Kasprowy – roześmiała się Lola. – Posłuchaj. To trudniejsze, niż myślisz. Ale bez obaw. Ja jestem dorosła i sobie poradzę, Edek tym bardziej, bo to facet. Ale nie wolno nam zapominać o Nastce. Obawiam się, że z nią nie pójdzie tak łatwo.

– O czym ty mówisz? – W głosie Anieli zabrzmiał niepokój. – Przecież sprawia wrażenie, że zmądrzała. Poprawiła nawet oceny na koniec roku. A wczoraj gadałam z ciotką Eweliną z Essex. Bardzo ją chwaliła. Nastka robi się podobna do ciebie. Zawsze byłaś taka grzeczna.

– Och, mamo! – Lola weszła jej w słowo. – Gdybyś wiedziała choć część tego, o czym nie masz pojęcia, nie mówiłabyś tak. Ale dość o mnie. Wiem, że od śmierci taty młoda miewa różne problemy, więc martwię się, że zmiana twojej, hm, relacji z Kazimierzem na bliższą wcale jej nie pomoże w ich rozwiązaniu. Nie mam dziś czasu, by opowiedzieć ci o wszystkim, a poza tym dałam jej słowo, że będę dyskretna, ale muszę cię uprzedzić. Nie daj się zwieść pozorom.

– O czym ty mówisz? – powtórzyła przerażona nie na żarty Aniela.

– Mówię, żebyś jeszcze przed powrotem Nastki wybrała się do psychologa. Żeby ustalić, jak najlepiej przeprowadzić ją przez to wszystko.

– Nic nie rozumiem. Ale co jej jest? Mówisz mi, że nie znam własnego dziecka? – Aniela obrała taktykę wyparcia. – Że z miłości zgłupiałam i nie widzę, co się wokół mnie dzieje?

– Nie jestem specjalistką, ale moim zdaniem młoda ma problem z samooceną. A fakt, że w domu pojawił się ważny dla ciebie facet, wcale sprawy nie ułatwia. Nastka za wszelką cenę poszukuje uwagi i akceptacji. Czasem nie tam, gdzie trzeba – powiedziała Lola.

Nawiasem mówiąc, nie tylko ona, dodała w myślach.

– Ech! Dobrze, że chociaż Mania go lubi – westchnęła ciężko Aniela.

– Mania lubi każdego, mamo. Pójdę już.

Lola zgarnęła kubek z niedopitą herbatą i pomaszerowała do siebie. Korzystając z chwilowej nieobecności córki, postanowiła rozejrzeć się w Internecie za jakimś dobrym psychologiem.

Usadowiła się z laptopem na balkonie.

Słońce właśnie schowało się za lasem i jak to w górach, od razu zrobiło się dużo chłodniej, więc Lola wyciągnęła z szafy długą polarową bluzę. Lekki wietrzyk skutecznie rozpędził szalejące zwykle o tej porze chmary komarów, zatem rozparła się wygodnie w fotelu i z lubością otuliła się w miękką tkaninę. Uwielbiała tę poświatę, tak specyficzną o tej porze dnia, i kładące się na trawie coraz dłuższe cienie. Obserwowała pasące się w oddali na halach stada owiec. W końcu lata bywało ich dużo więcej, przypomniała sobie obrazki z dzieciństwa, teraz widać było jedynie nieliczne skupiska jasnych wełnistych punkcików.

 

Z westchnieniem smutku Lola pomyślała o wymierającym zawodzie bacy i zalogowała się do poczty. Zanim jednak zajęła się poszukiwaniem psychologa, odruchowo sprawdziła komunikator, czy przypadkiem nie przyszła jakaś wiadomość z Austrii.

Od ostatniego spotkania Bruno pisywał do niej regularnie, a doniesienia od niego nieodmiennie poprawiały Loli humor. Nie zauważyła nawet, kiedy systematyczne sprawdzanie wirtualnej korespondencji stało się jej rytuałem, wykonywanym przynajmniej dwukrotnie w ciągu dnia. Nie mogła się wprost doczekać wizyty Brunona i odzyskania ukochanego nowiutkiego volvo. A przynajmniej tak tłumaczyła sobie stan radosnego podniecenia. Do czasu, kiedy tkwiła w przekonaniu, że Starski jest mężczyzną pozostającym w stałym związku, nie brała pod uwagę nawiązania bliższej znajomości. Jednak odkąd dowiedziała się, że to nieprawda, jej myśli coraz częściej kierowały się ku przystojnemu biznesmenowi.

Tym razem jednak nie znalazła żadnych wiadomości. Wiedziała tylko tyle, że Bruno ma przyjechać na Śnieżną Grań już za dwa dni, zatem by czas szybciej płynął, postanowiła załatwić kilka zaległych spraw. Nie zaniedbała też wizyty w salonie piękności, gdzie zafundowała sobie odżywczą maseczkę i hybrydowy pedicure. Ponieważ całkiem niedawno podcinała włosy, tym razem odpuściła fryzjera.

Umówiła się także z Piotrem, który właśnie spędzał krótki urlop w Bukowinie Tatrzańskiej, więc po pracy podjechała do ulubionej włoskiej restauracji. Jej towarzysz nie przepadał za góralską kuchnią, zatem wybór był prosty.

– Nie spodziewałem się trattorii w takim miejscu. – Stękając z wysiłku, pomógł Loli odsunąć ciężką jak licho ławkę z drewnianych bali.

– Włoskie jedzenie to pewniak pod każdą szerokością geograficzną. Nawet tutaj, bo w większości góralskich knajp dostaniesz też pizzę. Odnośnie do jej jakości można polemizować, ale bywają ludzie, którym wystarcza zwykła mrożonka.

– Mimo wszystko wolę makaron. – Piotr zerknął znad karty dań. – Szałowo wyglądasz – skomplementował. – Wydaje mi się czy schudłaś ostatnio?

– Coś ty! To przez obcasy. Ja ani nie chudnę, ani nie tyję. Taki model. Za to ty nikniesz w oczach. Prawie cię nie poznałam. – Lola z uznaniem otaksowała ciut za luźną koszulę i uniosła kciuki.

– Dlatego zaraz sobie wtrząchnę tuczącą carbonarę. W końcu urlop jest od przyjemności, czyż nie? Dietetyk, który ostatnio dobrał mi jadłospis, pozwala na małe grzeszki. Byle nie za często. Ale tym razem sobie nie odmówię.

– No pewnie. Przecież za sukcesy trzeba się nagradzać – roześmiała się głośno dziewczyna, zamawiając tylko kawę i sałatkę. – A nie licząc jedzenia, na jaką jeszcze nagrodę masz ochotę?

– Zawsze wiedziałem, czego chcę. W każdej dziedzinie. Tym razem pomyślałem o randce, takiej prawdziwej, z kwiatami i świecami. Co o tym sądzisz? – zapytał.

– Co ty gadasz? To świetnie! No, nareszcie coś się ruszyło i poszedłeś po rozum do głowy. Kim jest szczęśliwa wybranka? Jeśli, oczywiście, wolno wiedzieć? – zainteresowała się życzliwie Lola.

– Eee… – Piotrowi zaciął się wokal. – Wiesz, no, ja myślałem o nas. Nie sądziłem, że…

– O nas?! – Aż wytrzeszczyła oczy. – Ty chcesz zaprosić mnie na randkę ze świecami?!

Nagle wszystko zaczęło się układać w całość. Ta nagła dbałość Piotra o wygląd i dietę, urlop w okolicy, choć mógł sobie pozwolić na dowolne tropiki, zaproszenie na obiad, komplementy. Wcześniejsza bezinteresowna pomoc na uczelni, częste telefony i aluzje do nagrody.

– Wybacz, jeśli cię uraziłem – mruknął speszony.

– Raczej zaskoczyłeś. Sądziłam, że jesteśmy przyjaciółmi. Bardzo cię lubię i wolałabym, żeby tak zostało.

– Jasne.

– Z własnego doświadczenia wiem, że lepszy dob­ry kumpel niż były kochanek. Zresztą ja przygód nie szukam. A już na pewno nie takich, które mogłyby popsuć coś wartościowego, bo znajomość z tobą właśnie za taką uważam.

Piotr się zasępił. Pluł sobie w brodę, że od razu na wejściu wyskoczył z propozycją, ale nosił się z nią od bardzo dawna i zwyczajnie musiał wypuścić powietrze. Tyle że teraz czuł się jak ostatni kretyn. Najchętniej podkuliłby ogon i czmychnął gdzie pieprz rośnie, ale kindersztuba zobowiązywała, żeby wytrwać do końca spotkania. Podziękował Bogu, że Lola zamówiła niewiele, i poprzestał tylko na makaronie.

Serdeczna atmosfera nagle zgęstniała. I mimo że oboje próbowali udawać, że nic takiego się nie stało, uleciała gdzieś cała swoboda, z jaką do tej pory traktowali się nawzajem.

– Przepraszam cię za moją niezręczność. – Piotr bezskutecznie próbował pozorować dobry nastrój. – Wyskoczyłem z tą randką jak filip z konopi.

– Daj spokój. – Lola uśmiechnęła się szeroko. – Co ja poradzę? Serce nie sługa.

– No właśnie. Ale tak czy siak. – Jej towarzysz przełknął kęs carbonary. – Skoro już udało mi się zaklepać stolik w La Fontaine, może jednak wykorzystamy rezerwację?

Faktem było, że zdobycie miejsca w restauracji należącej do znanego z telewizji francuskiego szefa kuchni graniczyło z cudem.

– Co o tym sądzisz? – ponowił pytanie Piotr.

– Zaklepałeś stolik u Philippe’a Cebrona? Mówisz poważnie? – Lola na myśl o kolacji u mistrza zmieniła front i spojrzała przychylniej. – Jeszcze nigdy tam nie byłam.

– U niego trzeba rezerwować z co najmniej tygodniowym wyprzedzeniem. – Piotr dumnie wypiął pierś. Za nic nie przyznałby się, że stanął na głowie i wykorzystał liczne znajomości, by zdobyć miejsce na konkretny dzień. Restauracje firmowane przez popularnego Francuza mnożyły się w całej Polsce jak grzyby po deszczu. Nawet mocno wygórowane ceny nie odstraszały klientów chętnych skosztować dań według autorskich receptur.

– No to jesteśmy umówieni!

Lola puściła w niepamięć chwilowe załamanie humoru, Piotr również i atmosfera przy stole znów się rozluźniła. Oboje zamówili jeszcze po deserze i jak zwykle, aż do wieczora, nie mogli się nagadać. Dziewczyna wróciła do domu zadowolona, że ich przyjaźń nie poniosła uszczerbku na skutek niefortunnej propozycji, i wzięła się do przeglądu szafy. Czy ja właściwie mam w co się ubrać?, pomyślała. Na szczęście jest jeszcze czas, żeby podskoczyć do Zakopanego i kupić sobie coś ekstra.

Nigdy nie była snobką, ale tym razem nie odmówiła sobie wypadu na Krupówki. Eleganckie butiki w pasażu Fashion Street prześcigały się w wysokości cen, ale z okazji wizyty w La Fontaine Lola machnęła ręką na rozsądek i postanowiła zaszaleć. Jako jednostkę majętną z domu stać ją było na o wiele więcej niż zwykłego dobrze sytuowanego zjadacza chleba, niemniej jednak nie lubiła trwonić pieniędzy bez potrzeby. Ekskluzywne metki nie robiły na niej wrażenia, ale teraz uznała, że raz się żyje, i pewnym krokiem weszła do efektownie oświetlonego sklepu.

Skoro knajpa jest naprawdę ekstra, dla własnego dobrego samopoczucia postawię również na ekstra look, stwierdziła.

Jakoś przy tym wszystkim nie wzięła pod uwagę, że jej szałowy image jeszcze bardziej pognębi Piotra. Zdała sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy następnego wieczoru na jej widok omal nie spadł z krzesła. W restauracji nie było osoby, która nie obejrzałaby się za jego towarzyszką. Szef sali, najwyraźniej oczarowany jak sztubak, potykał się o własne nogi, prowadząc ją do stolika. Bajerancka obcisła sukienka w kolorze rdzy wydobyła wszystkie atuty figury, a gustowne marszczenia tu i ówdzie idealnie zatuszowały braki. Efektu nie popsuła nawet paskudna orteza.

Kupna szpilek w odcieniu zgaszonego starego złota nie miała wprawdzie w planach, ale sprzedawczyni była tak przekonywająca i tak zachwalała jakość oraz firmę znanego projektanta, że Lola nie potrafiła się oprzeć. Przy płaceniu rachunku aż syknęła na widok kosmicznej kwoty, ale przez chwilę postanowiła nie myśleć o swoim wrodzonym racjonalnym podejściu do zakupów. Cóż, od czasu do czasu każdej kobiecie należy się odrobina szaleństwa, uśmiechnęła się w duchu i bez mrugnięcia okiem podała ekspedientce kartę płatniczą. Ze sklepu wyszła lżejsza o kilka tysięcy złotych, ale za to teraz, kiedy wszystkie głowy odwracały się w jej stronę, uznała, że były to najlepiej zainwestowane pieniądze w jej życiu.

– Matko jedyna! – wykrztusił osłupiały Piotr. – Przecież oni wszyscy się na ciebie gapią. Aż przestali jeść. Tylko spójrz!

Kelner w wytwornym uniformie dosunął jej krzes­ło i z kurtuazją podał kartę win.

Nawet nie zdążyła otworzyć ust, gdy tuż obok jak spod ziemi wyrosła dziewczynka z notatnikiem w dłoni i nieśmiało poprosiła o autograf. Lola zbaraniała, ale posłusznie złożyła w notatniku zamaszys­ty i mało czytelny podpis. Dzień wcześniej kupiła w sklepie medycznym nowy usztywniacz. Lecz o ile mogła w nim prowadzić samochód, o tyle posługiwanie się długopisem szło jej trochę niezgrabnie.

– Ale jaja! O co właściwie chodzi? – wysyczała cichutko.

– Nie mam pojęcia. Ale wydaje mi się, że w kuchni zapanowało lekkie poruszenie. Chyba cię z kimś pomylono.

– Pewnie z kimś znanym. Stąd ten autograf. Myślisz, że powinnam jakoś się wytłumaczyć? Przyjechałam przecież firmowym samochodem z logo Śnieżnej Grani i zaparkowałam niedaleko wejścia.

– A jak zamierzasz wrócić? – zapytał przytomnie. – Zamówiliśmy wino. Nie po to tu jesteśmy, żeby siedzieć o suchym pysku. – Piotr nerwowo poprawił starannie zawiązany krawat.

– Normalnie. Zostawię auto, a jutro ktoś po nie przyjedzie. Myślisz, że oni tutaj skojarzą, że to moje?

– Wątpię. Parking jest pojemny – mruknął rozbawiony. – Ale zdaje się, że zaraz złożysz kolejny autograf. Ba, żeby jeden…

Lola z uśmiechem podpisywała się raz za razem, przy okazji próbując dyskretnie wybadać, skąd ta jej nagła popularność. Ale poza tym, że znana jest z telewizji i pewna starsza matrona od dawna podziwia jej odzieżowy gust, nie dowiedziała się niczego konkretnego.

Elegancka kolacja nieoczekiwanie zmieniła się w arcyzabawne wydarzenie. Stremowany początkowo Piotr, widząc, że jego towarzyszkę bawi serdecznie rola telewizyjnej celebrytki, rozluźnił się wreszcie.

Osławione menu nie bez powodu szczyciło się mianem kulinarnego arcydzieła. Boskie smaki, wymyślne połączenia tekstur i kolorów wywoływały zgodny zachwyt u obojga. A gdy z maleńkiego sufletu wypłynęła na zewnątrz aksamitna gorzka czekolada, Lola aż jęknęła.

– Pozwól. – Piotr wyjął jej z ręki łyżeczkę o długim trzonku i delikatnie zanurzył ją w ciepłym deserze. – Zawsze marzyłem, żeby to zrobić, ale nie miałem odwagi. Teraz mnie chyba jednak nie popędzisz?

– Ale co zrobić? Masz ochotę na mój deser?

– I tak się nie wywiniesz, więc zamknij oczy i otwórz buzię – nakazał.

– Zwariowałeś?! – Lola cofnęła się nieco.

– Skoro z prawdziwej randki wyszły nici, niech mam przynajmniej jej namiastkę. Należy mi się całus.

– Ty jesteś nienormalny!

– Ależ skąd. Jestem najnormalniejszym facetem pod słońcem, więc przestań się krygować i rób, co mówię. – Piotrek nachylił się i zmysłowo zniżył głos. – Przecież cię nie zjem.

– No dobra – odparła Lola ze śmiechem.

Posłusznie przełknęła odrobinę deseru i aż mruknęła z rozkoszą, czując, jak ciepła czekolada rozpływa się w jej ustach. Rozbawiona przymknęła oczy i przyjęła delikatny, nienachalny pocałunek.

Gdy je otworzyła, pomyślała, że śni, więc dla pewności zamrugała kilkakrotnie.

Bruno Starski, we własnej osobie, przyglądał się Loli otwarcie i bez skrępowania.

Doskonale świadomy, że znalazł się w lokalu w najgorszym z możliwych momencie i że przeszkadza, wyszczerzył zęby w kpiącym uśmiechu. Bez ceregieli, nie czekając na zaproszenie, dosiadł się do stolika.

– Przejeżdżałem obok twoim volvo i zobaczyłem na parkingu firmowego pikapa – wyjaśnił. – Tak właśnie myślałem, że cię tu znajdę. Można? – Swobodnym ruchem sięgnął po kartę.

– Dziękuję – powiedziała oszołomiona Lola i dokonała prezentacji.

Bruno, ubrany w poprzecierane dżinsy i biały podkoszulek z trójwymiarowym nadrukiem imitującym umięśniony męski tors, bardziej pasowałby do regionalnej gospody niż do snobistycznej restauracji, gdzie wyglądał jak przybysz z innej planety. Najwyraźniej nic sobie z tego nie robiąc, niedbale skinął na kelnera i rozsiadł się na wyściełanym krześ­le. Lola, zła na niezbyt fortunne okoliczności, pod jego spojrzeniem poczuła się dziwnie. Powietrze przy stoliku zgęstniało.

Testosteron buzował w obu mężczyznach aż miło. Piotr, równie zaskoczony jak Lola, z przymusem przełknął obecność dodatkowego towarzystwa. Starski natomiast, nic sobie nie robiąc z faktu, że właśnie popsuł obojgu kolację, bezczelnie się wprosił, złożył zamówienie i od stóp do głów obciął dziewczynę wiele mówiącym spojrzeniem.

 

Idąc do toalety, Lola kompletnie nie zwracała uwagi na innych gości, przyglądających się jej z wyraźnym zainteresowaniem. Za to doskonale czuła, że Bruno rozbiera ją wzrokiem.