Królowa nocyTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


1.

– Marko i Polo! Jesteście w domu?! – krzyknęła, ale odpowiedziała jej tylko cisza. – Hej, chłopaki! Przerwijcie to, co robicie, potrzebuję was! – wykrzyknęła Oliwia Korcz, jak tylko zatrzasnęły się za nią drzwi ich studenckiego mieszkania we Wrocławiu. – Chłopaki, bo wparuję do waszej sypialni! – ostrzegła ich, tłumiąc chichot.

Po dwóch minutach z jednej z sypialni wyłoniła się muskularna sylwetka Marko, czyli Marka Kłosowskiego. W pośpiechu narzucił na siebie szlafrok, który gdyby nie odziewał jego dobrze zbudowanego ciała, mógłby posłużyć Oliwii jako mały namiot – Marek liczył sobie ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Chłopak potarł dłonią swoją kwadratową szczękę z modnie wygoloną trymerem bródką w kolorze ciepłego karmelu, a jego zielone oczy ciepło spoglądały na miotającą się po kuchni Oliwię.

Minutę po nim w salonie pojawił się Polo, czyli Paweł Adamczyk.

Swoją muskulaturą nie odbiegał od Marko, był tylko pięć centymetrów od niego niższy. Miał łagodniejsze usposobienie, co potwierdzała jego owalna twarz i włosy w kolorze dojrzewającego zboża, które zaczesywał do góry. Poprawił okulary, które opadły mu na nos. Spoglądały spod nich życzliwe oczy w barwie zachmurzonego nieba.

Oliwia nie raz zaśmiewała się, że Mariusz Pudzianowski doczekał się godnych następców.

Marko i Polo byli parą najcudowniejszych gejów, jakich miała okazję poznać w swoim dwudziestotrzyletnim życiu. Oprócz tego, że chłopaki przyjaźnili się od czasów piaskownicy, kochali także sport pod każdą postacią. Ale najbardziej upodobali sobie wyciskanie ciężarów i boks.

Początkowo traktowali tę dziedzinę jako sposób na spędzanie wolnego czasu we dwójkę, a także pewnego rodzaju odskocznię od nieprzyjemnych zaczepek i docinków rówieśników w liceum. Ćwiczyli zaciekle każdego dnia. Rok później, kiedy obwód ich bicepsa się potroił, a pięścią potrafili postraszyć niejednego, owa banda chłystków ustąpiła w swoich atakach i dała sobie spokój z dręczeniem wyzwiskami duetu Marko i Polo.

Ten przydomek nadała im Oliwia. Tak do nich przylgnął, że mało kto mówił do nich po imieniu.

Poznała ich pierwszego dnia zajęć na wrocławskiej uczelni.

Stała przed tablicą ogłoszeń, szukając jakiegoś taniego mieszkania do wynajęcia i oczywiście współlokatora, który wraz z nią po połowie dzieliłby się rachunkami. Już wyciągała z torby swoje ogłoszenie, kiedy akurat pojawili Marek i Paweł, prześcigając się w wyliczaniu, jaki charakter powinien mieć ich przyszły współlokator, któremu odstąpią pokój w swoim mieszkaniu.

Oliwia stała z boku, dyskretnie się im przyglądając. Mimo że na pierwszy rzut oka nie obnosili się ze swoją orientacją i zażyłością, wystarczyło, że na nich spojrzała i po prostu wiedziała. Miała nosa do ludzi i podejrzewała, że i tym razem intuicja jej nie myli, a ci dwaj mogą okazać się nie tylko wspaniałymi towarzyszami, ale także idealnym materiałem na wieloletnich przyjaciół.

– Przepraszam – zagadała do nich nieśmiało. – Szukacie może współlokatora?

Mężczyźni wymienili się spojrzeniami, porozumiewając się bez słów.

– Zgadza się – padła krótka odpowiedź tego wyższego.

– A czy zgodzilibyście się na współlokatorkę? – zapytała odważnie. – Ja właśnie szukam mieszkania, nie widzi mi się dojeżdżać kilkadziesiąt kilometrów codziennie tam i z powrotem – wyjaśniła z nadzieją w głosie.

Obrzucili ją spojrzeniem, jakby bredziła trzy po trzy.

– To chyba nie jest… – zaczął ostrożnie Paweł, szukając odpowiednich słów, aby ją spławić.

– Nie będę wam przeszkadzać – wpadła mu w słowo. – Mogę zająć najmniejszy lub najbrzydszy pokój. Jestem spokojna, cicha, nie palę i nie piję – wyliczała swoje niewątpliwe zalety na palcach. – Nie mam chłopaka, więc nikt nie będzie plątał się nocami po mieszkaniu. – Zamilkła, nabierając powietrza w płuca i w napięciu czekała na ich odpowiedź.

Nie miała pomysłu, co mogłaby jeszcze dodać, żeby przekonać tych dwóch olbrzymów, aby ją przygarnęli. Bardzo zależało jej, żeby właśnie z nimi zamieszkać. Czuła, że przy nich będzie bezpieczna.

Kiedy nie mogli się zdecydować, Oliwia złapała się ostatniej deski ratunku. Złożyła ręce jak do modlitwy, błagalnie się w nich wpatrując swymi niebieskimi oczami.

– Będę was prześladować tak długo, aż się zgodzicie – zapowiedziała im buńczucznie. – A wierzcie mi, jak się na coś uprę, to wołami mnie nikt nie odwiedzie.

Zgodzili się, choć nie ukrywali, że robią to tylko po to, aby mieć święty spokój. Z góry zapowiedzieli, że w rachubę wchodzi okres próbny do końca roku. Od tamtej pory minęły już trzy lata, a Marko i Polo nigdy nie żałowali tamtej decyzji. O okresie próbnym zapomnieli już po miesiącu.

Stanowili nierozłączne trio przyjaciół, a z czasem rodzinę. Chłopaki wybrali fizjoterapię, a Oliwia dostała się na wydział farmakologii.

Teraz obaj patrzyli, jak miota się zdenerwowana po kuchni, rozpakowując zakupy, zrobione po drodze z kawiarni, w której dorabiała jako kelnerka.

Obaj kochali te zaledwie sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu z buzią w kształcie serca, niebieskimi oczami i małym zadartym noskiem, przyprószonym kilkoma piegami.

Oliwia tak jak chłopcy lubiła sport. Na co dzień ćwiczyła pilates, zachęcili ją też do ciężarków, dzięki temu po trzech latach miała ładnie wyrzeźbione ramiona i umięśniony brzuch, który wyraźnie rysował się pod obcisłą koszulką. Tylko oni tak naprawdę wiedzieli, jakie nogi skrywają się pod dżinsami, które tak lubiła. Były niesamowicie zgrabne, Oliwia zawdzięczała to tańcowi, w którym się zakochała jeszcze jako dzieciak. Ona jednak nie przywiązywała zbyt dużej uwagi do swojego wyglądu, dlatego też wcale nie zdziwiliby się, gdyby nie miała świadomości, jak wygląda jej ciało, jak apetycznie prezentuje się jej pełny biust, kształtna pupa i wąska talia.

– Oli, usiądź i spokojnie nam opowiedz, co cię tak wyprowadziło z równowagi. – Marko podszedł do dziewczyny, przyciągnął ją w stronę kanapy delikatnie, ale na tyle stanowczo, że bez słowa sprzeciwu podążyła za przyjacielem.

Na jej twarzy malowała się udręka.

– Byłam dzisiaj w banku zrobić przelew za ten ostatni semestr… – zaczęła mówić zrezygnowanym głosem. – Przez pisanie pracy licencjackiej i jej obronę zwyczajnie zapomniałam…

Obaj mogli przypomnieć jej, że powinna przejść do meritum, ale znali ją na tyle dobrze, że wiedzieli, kiedy mają milczeć i dać czas na wygadanie się.

– Zapytałam panią w banku, ile pieniędzy mi zostało – jęknęła zbolałym głosem. – I okazało się, że o wiele za mało. Nie starczy mi na te ostatnie dwa lata magisterki i praktykę, którą trzeba potem zrobić – pochyliła głowę, zanurzając ręce w miodowych włosach, które sięgały jej do pasa. – Wypłacałam je tylko na szkołę, ale biorąc kredyt studencki, nie wzięłam pod uwagę podwyżki czesnego.

Marko i Polo wymienili niespokojne spojrzenia.

– Ile ci brakuje? – zapytał spokojnie Polo, odsuwając włosy z jej twarzy.

Ciężko westchnęła.

– Zostało mi na opłacenie pierwszego semestru przyszłego roku akademickiego, a potem klapa, czyli jakieś… – zaczerpnęła powietrza, bo kwota była tak duża, że nie mogła przejść jej przez gardło – trzydzieści osiem kawałków, wliczając te trzy i pół tysiąca na wspomnianą praktykę. A to, co zarabiam, wystarcza mi na opłacenie czynszu i bieżące wydatki – wydusiła z siebie płaczliwym głosem.

Marko przygarnął dziewczynę do siebie, zamykając w swoich szerokich ramionach. Poczuła się w nich jak mała dziewczynka, bezpieczna jak nigdy wcześniej.

– Kochana, mamy początek czerwca. Masz prawie cztery miesiące, żeby znaleźć lepiej płatną pracę na pełny etat, będziesz musiała zacisnąć pasa – zasugerował Polo.

– A po rozpoczęciu roku złożysz podanie o stypendium. Jesteś chodzącym geniuszem, już dawno powinnaś je dostać – stwierdził Marko.

Oliwia prychnęła w jego klatę.

– To nawet dobry pomysł, ale gdzie ja znajdę taką pracę, żeby na wszystko mi wystarczyło? – mruknęła pesymistycznie.

– No wiesz! – wykrzyknął oburzony Polo. – Kto jak kto, ale ty, taka niestrudzona wieczna optymistka, nie wyskakuj mi tu teraz z wisielczym pesymizmem – skarcił Oliwię, przytulając ją do siebie.

– Pomożemy ci w poszukiwaniach – zapewnił ją Marko.

Miała ochotę się rozpłakać.

– Będę za wami nie miłosiernie tęsknić – rozbrzmiał jej łamiący się głos.

Już chciała błagać ich, żeby jednak nie wyjeżdżali i nie zostawiali jej samej, ale nie mogła być taką egoistką. Obaj przez minione trzy lata pracowali w prywatnym salonie masażu i fizjoterapii, oszczędzając każdy zarobiony grosz po to, żeby pojechać na praktykę w niemieckim ośrodku rehabilitacyjnym.

– To jest myśl! – wykrzyknął entuzjastycznie Polo. – Możemy zrezygnować z wyjazdu i pożyczymy ci tę brakującą sumę.

– Nie! – zaprotestowała gwałtownie, zrywając się na równe nogi. – Nie pozwolę wam zaprzepaścić takiej szansy z mojego powodu. – Chcieli polemizować, ale ściągnęła brwi w grymasie niezadowolenia. – Nawet się nie waż! – oskarżycielsko wymierzyła palcem w Marko, kiedy otworzył usta, podejmując kolejną próbę przekonania jej do pomysłu Polo. – Kocham was i jestem wam bardzo wdzięczna, ale nie przyjmę od was żadnej kasy! – zawołała.

Zrezygnowali. Oliwia była bardzo uparta. Jak raz coś postanowiła, żadne argumenty nie były w stanie do niej przemówić i wpłynąć na zmianę decyzji.

– Dobrze, skoro takie jest twoje życzenie, uszanujemy je – oznajmił niechętnie Polo.

– W takim razie pora zacząć misję „lepsza praca” – zawyrokował Marko.

 

Dwa tygodnie później Oliwia nadal spędzała długie godziny na poszukiwaniach. Marko i Polo dzielnie dotrzymywali jej towarzystwa, a kiedy tego nie robili, pytali swoje stałe klientki, czy nie słyszały o propozycji pracy dla farmaceuty.

Dzień przed wyjazdem do Berlina zastali swoją przyjaciółkę jak zawsze przed komputerem.

– Cześć, chłopaki – przywitała ich ciepło, nie odwracając wzroku od ekranu.

Obaj usiedli przy niej, z ciekawością spoglądając na wyświetloną stronę.

– Dalej nic? – zapytał z troską Marko.

Ciężko westchnęła zrezygnowana.

– Można tak powiedzieć – mruknęła w odpowiedzi. – Praca jest. Ale nie w moim zawodzie, tym bardziej że jeszcze nie posiadam pełnych kwalifikacji. Natomiast inne oferty klasyfikują zarobki poniżej średniej krajowej. A te, które znalazłam na przykład w Opolu, wiążą się z kosztami dojazdu lub wynajmu mieszkania, czyli po podsumowaniu wychodzi na to samo, co gdybym znalazła pracę na miejscu – odpowiedziała rozczarowana.

– Może powinnaś na ten czas zamieszkać u rodziców? – podsunął rozsądny pomysł Polo. – Zawsze to jakieś mniejsze koszty.

Zerknęła na niego, rozprostowując obolałe od długiego siedzenia plecy. Automatycznie zaczął rozmasowywać jej sztywne mięśnie.

– Teoretycznie tak. Ale Lubliniec to małe miasteczko, więc i zarobki o wiele niższe niż tu we Wrocławiu – westchnęła z ulgi, kiedy czarodziejskie dłonie Polo krążyły po jej plecach. Przymknęła na chwilę oczy, które piekły ją od ciągłego wpatrywania się w ekran – Ni w ząb, ni w oko. Każda opcja ma swoje mankamenty. Podsumowując, nie ma dla mnie odpowiedniej pracy.

– A sprawdziłaś oferty na Śląsku? – zapytał Marko, podając Oliwii kieliszek z białym winem.

– Nie. Skupiłam się na tych dookoła Wrocławia. Nawet nie przyszło mi to do głowy – przyznała szczerze. – Czegokolwiek bym nie znalazła, rachunek wyjdzie ten sam. Ale dla świętego spokoju sprawdzę – obiecała. – Jesteście spakowani? – spytała, zmieniając temat.

Na ich twarzach pojawiły się uśmiechy.

– Od wczoraj – padła odpowiedź z ust Polo, który puścił do niej oko.

Spodziewała się takiej odpowiedzi. Chłopaki byli bardzo zorganizowani i sumienni, a do tego niezależnie od tego, co akurat robili, w swoje działania wkładali mnóstwo serca i zaangażowania.

Nie to, co ona, zawsze roztrzepana i zapominalska. Jeśli nie zapisała sobie wcześniej, co ma do zrobienia, było pewne, że większość pójdzie w niepamięć. Walczyła z tym. Przynajmniej się starała. Czasami odnosiła zwycięstwo, innym razem przegrywała z kretesem. To był cud, że skończyła trzeci rok studiów z tak dobrym wynikiem.

– Będę za wami tęsknić aż do bólu – zapewniła ich gorąco.

– My za tobą jeszcze bardziej, nasza mała siostrzyczko – oznajmił z tkliwością w głosie Marko przy wtórze aprobaty swojego partnera.

– Zobaczysz, te trzy miesiące miną jak jeden dzień – dodał Polo. – A poza tym będziemy dzwonić.

– Kiedy Niemcy zobaczą, jacy z was fachowcy, nie wypuszczą was z rąk – zażartowała.

Marko i Polo parsknęli śmiechem.

– To wtedy będziemy nalegać, żebyś przyjechała do nas – podsumował rozsądnie Marko.

2.

Kilka dni później Oliwia późnym popołudniem wysiadała z pociągu na dworcu kolejowym w Gliwicach.

Po wyjeździe chłopaków w końcu przestała się nad sobą użalać i zabrała się za przeglądanie ogłoszeń z województwa śląskiego. Skupiła się na tych w pobliżu swojego miasta rodzinnego, żeby w razie potrzeby mogła zatrzymać się przez te kilka miesięcy u rodziców. Nie przewidywała, żeby mieli coś przeciwko. Była jedynaczką, a oni nigdy nie odmówili jej pomocy. Zresztą byliby bardzo szczęśliwi, mając ją ponownie przy sobie. Ostatnimi czasy przez natłok zajęć na uczelni nie miała czasu, żeby ich regularnie odwiedzać.

Oferty prawie niczym się od siebie nie różniły, zmieniały się tylko miejscowości. Ale wśród tych wszystkich znalazła jedną perełkę.

Przyjmę kelnerkę lub barmankę do ekskluzywnego klubu w spokojnej dzielnicy Gliwic. Możliwość zakwaterowania. Wysokie napiwki. Miła atmosfera współpracy.

Zadzwoń: 595 638 115

Przygryzła końcówkę długopisu, co zdradzało, że poważnie zastanawiała się na wykręceniem numeru. Machnęła ręką w myślach. Co jej szkodzi? Przecież i tak ma darmowe minuty. A poza tym kto pyta, nie błądzi. Zadzwoniła.

Dlatego teraz stała na chodniku przed dworcem, wypatrując auta, które podobno miało zostać wysłane specjalnie po nią.

Po drugiej stronie słuchawki usłyszała głęboki i pogodny męski głos. Została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Reszty miała się dowiedzieć na miejscu. Chciała zadać wiele pytań. O warunki, pracę, wspomniane zakwaterowanie i zakres obowiązków. Sama rozmowa nie wyjaśniła dręczących ją pytań. Głos był jednak hipnotyzujący… Spodobał się jej. Miał coś w swoim brzmieniu, że zdecydowała się na ten krok i umówiła na spotkanie.

Kiedy usłyszała, że przyjedzie po nią samochód, poczuła się mile zaskoczona, że pracodawca tak dba o przyszłych pracowników. Niestety ta pewność i uśmiech zniknął z jej twarzy, kiedy podane wcześniej numery rejestracyjne wypatrzyła na według niej podejrzanym aucie.

Wyglądem przypominał jej samochody rządowej elity, ciemne szyby spowodowały u niej zwątpienie i wahanie. Gdzieś z tyłu głowy odezwał się cichutki, ale bardzo wyraźny głosik, ostrzegający ją przed konsekwencjami obdarzania zbyt dużym zaufaniem obcych ludzi.

Przecież nie miała pewności, z kim rozmawiała. A jeśli była to zorganizowana grupa przestępcza, która pod pretekstem dobrze płatnej pracy zwabiała swoje ofiary, a potem wywozi je za granicę i sprzedaje jako dawców żywych organów lub w najlepszym razie do domów publicznych. Była za młoda, żeby umierać. Rodzice nie przeżyliby, gdyby coś jej się stało.

Wyobraźnia podsuwała jej coraz czarniejsze scenariusze, z których żaden nie przypadł Oliwii do gustu. Miała ochotę się wycofać. Wrócić na stację i poczekać na powrotny pociąg do Wrocławia.

Los zdecydował za nią.

Telefon Oliwii rozbrzmiał melodią Marka Grechuty Dni, których nie znamy. Zerknęła na ekran. Rozpoznała dzwoniący numer.

– Słucham? – Jej głos nieznacznie zadrżał, zdradzając zdenerwowanie.

– Witam, Oliwio. Z tej strony Leon Tomczyk. Rozmawialiśmy kilka dni temu…? – Zawiesił pytająco głos.

– Zgadza się. Pamiętam – odpowiedziała sztywno, z niepokojem wciąż patrząc w stronę niedaleko zaparkowanego samochodu. Czyżby w nim siedział i ją obserwował? – zastanawiała się.

– Więc nasze spotkanie jest nadal aktualne? – zapytał pogodnie.

Oliwia przygryzła dolną wargę, ciągle nie mając pewności, czy się zgodzić. Głos Leona z ledwo słyszalną chrypką brzmiał bardzo przyjaźnie, ale i profesjonalnie. Nie wzbudzał w niej żadnych negatywnych odczuć. Pomyślała, że jej rozmówca jest być może inteligentny, ale z pewnością ma kompleksy, skoro nadrabia luksusowymi samochodami. Może ma pryszcze na twarzy? Albo krzywe zęby? Rude włosy? Albo jest zbyt gruby…

Ale to auto… wciąż ją martwiło.

Idiotko! – zrugała się w myślach. To tylko pojazd na czterech kołach, jak jeden z wielu.

– Jeśli pytasz, czy jestem w Gliwicach… to tak. Jeśli chodzi o nasze spotkanie, to wciąż się waham – wyznała szczerze jednym tchem, póki miała jeszcze odwagę.

– A co cię powstrzymuje? – zapytał zaintrygowany.

– Auto – wypaliła bez chwili zastanowienia.

W myślach skrzywiła się na swoją bezmyślną, ale szczerą umiejętność mówienia, co ślina przyniesie na język.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem… – odezwał się z powątpiewaniem w głosie – Nie wiesz, czy się ze mną spotkasz, bo nie przypadło ci do gustu auto, które po ciebie wysłałem? – zapytał zwyczajnie, ale Oliwia miała wrażenie, że ledwo się powstrzymuje, żeby nie parsknąć śmiechem.

– Można tak powiedzieć. Śmiej się, ale wygląda, jakby siedział w nim gangster w białych rękawiczkach – powiedziała, kręcąc nosem, czego jej rozmówca nie mógł zauważyć.

I znów chwila ciszy. A potem śmiech.

– Niewiarygodne – powiedział, próbując się uspokoić – Jeszcze nigdy nie usłyszałem czegoś podobnego – odezwał się już całkowicie opanowany. – Dobrze. Zróbmy tak. Mam teraz chwilę wolnego, więc wezmę inne auto, mniej gangsterskie – podkreślił ostatnie słowo. – Czekaj na mnie w tej kawiarni po drugiej stronie ulicy. Potem podejmiesz decyzję o naszej ewentualnej współpracy. Czy takie rozwiązanie ci odpowiada? – teraz jego ton dla odmiany był rzeczowy i stanowczy.

– Tak – odpowiedziała cicho.

– Świetnie. Będę za pół godziny. Muszę przebić się przez całe miasto – oznajmił i się rozłączył.

Oliwia zdumiona wpatrywała się w wyświetlacz telefonu. Miała ochotę pokazać mu środkowy palec. Co zresztą zrobiła, ale tylko w myślach.

Z ich rozmowy mogła wnioskować, że jeśli nie był właścicielem firmy, to z całą pewnością zajmował w niej kierownicze stanowisko. A co za tym idzie, mógł być jej przyszłym szefem.

Pięknie. Jeszcze nie dostała pracy, a już dała się poznać z niewłaściwej strony. Stroi fochy i grymasi niczym księżniczka na ziarnku grochu. O Boże! Masakra! Nie ma jak zrobić dobre pierwsze wrażenie, stwierdziła, krzywiąc się do swojego odbicia w szybie kawiarni, do której właśnie weszła. Zamówiła zieloną herbatę i usiadła przy stoliku. Zalogowała się na swoje konto na Facebooku. Chciała zobaczyć, czy chłopaki wstawili jakieś zdjęcia z Berlina. Niestety musieli być tak zapracowani, że nie mieli na to czasu. Ale nigdy nie zapominali do niej zadzwonić. Robili to codziennie. Westchnęła ciężko. Bardzo, ale to bardzo za nimi tęskniła. Każdego wieczoru z niecierpliwością czekała na telefon od nich.

Nie dalej niż przedwczoraj opowiadali, jak dziewczyna, która ma razem z nimi staż, próbowała się umówić z Marko. Biedaczka nie zorientowała się, że tuż obok stoi miłość jego życia. Zresztą nie ona jedna pomyliła się w swoich osądach. Marko i Polo nie wyglądali jak para. Ba! Żaden z nich na pierwszy rzut oka nawet nie wyglądał na geja. Doskonale się maskowali. Nie dlatego, że wstydzili się swojej orientacji, uważali po prostu, że to ich sprawy prywatne i nie chcieli się afiszować ze swoimi uczuciami.

Dopiero za zamkniętymi drzwiami zrzucali obojętność i pozwalali sobie na okazywanie uczuć. Oliwia niejednokrotnie widziała, jak rzucali się na siebie, chcąc nadrobić cały dzień.

A najlepsze były plotki, jakie krążyły po uczelni i wśród ich znajomych. Zaledwie kilka osób znało prawdę. Reszta sądziła, że Oliwia sypia raz z jednym, raz z drugim, a oni nie mają o tym pojęcia. A znaleźli się też tacy, którzy twierdzili, że Oliwia i chłopaki tworzą trójkąt. Najpierw ich zamurowało, a kiedy minął szok i zdumienie, parsknęli śmiechem. Doszli do wniosku, że ludzie zawsze będą szukać sensacji tam, gdzie jej nie ma, a oni nie zdołają zrobić nic, co by powstrzymało falę plotek. Zaprzeczanie nie było warte ich czasu i energii. Odpuścili. Plotki po jakimś czasie ucichły, chociaż temat powracał czasami jak bumerang.

– Oliwia? – drgnęła przestraszona na dźwięk swojego imienia.

Poderwała głowę. Była szczerze zaskoczona widokiem mężczyzny. Nie tak go sobie wyobrażała. Choć nie miał urody filmowego amanta, to jednak był niewątpliwie przystojny, a jego nietypowe oczy wręcz hipnotyzowały rozmówcę. On sam doskonale zdawał sobie z tego faktu sprawę.

Stał, cierpliwie czekając, aż Oliwia ocknie się z zadumy i pozbiera myśli.

– Tak. Oliwia Korcz – przedstawiła się, podając mu dłoń, którą przytrzymał dłużej, niżeli było to przyjęte.

– Leon Tomczyk – górował nad nią wzrostem o dobre piętnaście, a może nawet dwadzieścia centymetrów. Modnie przycięte ciemnobrązowe włosy zaczesywał na prawo. Miał prostokątną twarz z nosem typu rzymskiego i lekkim zarostem. Jego budowa ciała była szczupła, ale nie chuda, wręcz przeciwnie – wyglądało, że ciężko pracował nad sobą na siłowni. Ubrany był w białą koszulę dopasowaną w talii, z niedopiętymi dwoma górnymi guzikami, luźno opuszczoną na popielate spodnie. Na nadgarstku błyszczał złoty zegarek. A całości dopełniały białe trampki. Elegancko, ale na luzie.

Przełknęła ślinę. Miała słabość do takich mężczyzn, ale z wiadomego powodu unikała ich jak ognia.

Sama kiedyś przekonała się, że nie warto. Na pierwszym roku spotykała się przez chwilę z podobnym mężczyzną. Jak tylko udało mu się zaciągnąć Oliwię do łóżka, jego zainteresowanie niemal natychmiast zniknęło, a on sam zaczął uganiać się za inną.

Zgroza.

Leon zmierzył jej niską, ale niewątpliwie smaczną sylwetkę. Biała, koronkowa sukienka na szerszych ramiączkach, z dekoltem zbyt poprawnym jak na jego gust, chowała jej ponętny biust, ale ciasno opinała szczupłą talię. Jednak najbardziej fascynowała go jej twarz. Malowała się na niej niewinność, a błękitne oczy spoglądały na niego z nieśmiałością. Ale przez jego życie, a raczej łóżko, przewinęło się tyle kobiet, że nie łudził się co do ich szczerości. Nie ufał kobietom. Lubił je, nawet bardzo. A szczególnie wtedy, kiedy lądowały w jego łóżku. Zazwyczaj jednak trafiał na oszustki, które manipulowały wszystkim, czym się dało.

 

– Chodź – wyciągnął ku niej swoją wypielęgnowaną dłoń. – Może tym razem samochód uzyska twoją akceptację – powiedział z lekką drwiną, z przyjemnością patrząc, jak na jej policzkach wykwita rumieniec.

Oliwia pominęła jego kąśliwą uwagę milczeniem. W duchu pacnęła się dłonią w czoło za tę niezręczną sytuację, za którą była sama sobie winna. Złapała błękitną torebkę i opuściła kawiarnię.

Leon z premedytacją puścił dziewczynę pierwszą. Dzięki temu bez przeszkód mógł otaksować jej sylwetkę. Podobał mu się zapach, który ją otaczał. Delikatny i subtelny jak ona sama. Ale był pewien, że to tylko pozory. Z doświadczenia wiedział, że żadna kobieta nie jest tą, na którą się kreuje.

– To ten – oznajmił, kiedy znaleźli się na parkingu.

Leon otworzył drzwi do swojego ciemnoszarego rangerovera z serii discovery sport.

Oliwia w duchu zagwizdała. Ten model był jej marzeniem. Święty Graal. Uwielbiała ten design, nowoczesność, wygodę. Ale znała też cenę tego cacka i zdawała sobie sprawę, że nigdy nie będzie jej stać na jego kupno.

Przekrzywił głowę, zastanawiając się nad jej zagadkową miną. Wsiądzie czy nie…? W tej chwili nie potrafił nic z niej wyczytać.

Oliwia przechwyciła jego spojrzenie.

– No co? – zapytała buńczucznie, zapominając, że ma przed sobą potencjalnego pracodawcę.

Ale było w nim coś, co ją drażniło. Nie potrafiła udawać ani tym bardziej ukrywać swoich uczuć. Bez słowa zajęła miejsce po stronie pasażera.

Leona zaskoczyła, ale też i rozbawiła jej krnąbrność. Oliwia spodobała mu się nie tylko z wyglądu. Przeczuwał, że będzie się dobrze bawić w jej towarzystwie. O ile zgodzi się dla mnie pracować, pomyślał, włączając się do ruchu zatłoczonych gliwickich ulic.

Oliwia kilkakrotnie była już w tym mieście, ale tylko przejazdem, po drodze do Katowic. Dopiero dzisiaj popatrzyła na nie oczami turysty. Przy ulicach rzędami stały przyklejone do siebie kamienice. Większa ich część pamiętała jeszcze czasy PRL-u, ale dało się też zauważyć, że część już odnowiono. Górna ich część zazwyczaj była przeznaczona na lokale mieszkalne, na parterze były sklepy, banki, butiki, gabinety lekarskie. Typowe miasto w naszym kraju. Choć perełką architektoniczną była sama Arena, podobno największa hala widowiskowa w Polsce. Oliwia obiecała sobie, że musi ją zobaczyć.

– Pierwszy raz w Gliwicach? – zagadnął Leon, kątem oka widząc jej zainteresowanie obrazami przesuwającymi się za szybą.

Ocknęła się z zadumy, przypominając sobie o jego obecności, a także w jakim celu tu się znalazła.

– Nie, no coś ty – odparowała. – Ale przyznaję się bez bicia, że nigdy nie zwracałam na nie specjalnej uwagi – wyjaśniła pośpiesznie, chcąc zatrzeć lekkomyślną odpowiedź.

Leon przytaknął ze zrozumieniem.

– A mieszkasz…? – zapytał zainteresowany.

– Obecnie we Wrocławiu – padła jej krótka odpowiedź.

Nie widziała powodu, dla którego miałaby wdawać się w szczegóły. Zresztą jeśli nawet chciał ją jeszcze o coś zapytać, zaniechał dalszej próby, bo dojechali na miejsce.

Znaleźli się na obrzeżach miasta. Można by powiedzieć nawet, że na całkowitym odludziu, położonym na lekkim wzniesieniu. Teren był ogrodzony betonowym płotem, który niknął wśród wysokich świerków i tui.

Leon otworzył pilotem kutą bramę. Jechali wolno krętą drogą wyłożoną kostką brukową, aż spośród drzew zaczął się wyłaniać budynek. Swoim wyglądem przypominał starodawny dworek, tyle tylko że był bardzo nowoczesny.

Okna przy zachowaniu dawnego wyglądu zostały wymienione na nowe, tak samo jak i drzwi, przy których Oliwia dostrzegła dwóch ochroniarzy postury jej współlokatorów. Elewacja w tonacji białej i antracytu była odświeżona. Na przyległym parkingu w równych rzędach stały bardzo drogie samochody z obcymi rejestracjami z całego kraju i nie tylko.

Leon podjechał pod główne wejście i wyskoczył z auta. Zanim zdążyła zareagować i złapać za klamkę drzwi, one stały już otworem.

– Zapraszam – odezwał się pogodnym głosem, kolejny raz oferując swoją dłoń.

Nie myśląc, co robi, oddał kluczyki chłopakowi, który zajmował się parkowaniem. Trzymając dłoń na plecach Oliwii, poprowadził ją do wejścia głównego, nad którym dopiero teraz dojrzała czerwoną literę „Q” i nic poza tym.

Ogarnęły ją złe przeczucia. Zawahała się, ale dłoń, którą czuła na sobie, nie pozwalała jej na zmianę decyzji. Szukała jeszcze innych oznak na potwierdzenie swoich podejrzeń, ale nie zauważyła niczego niepokojącego. Ochroniarz, napakowany i łysy, ale o spokojnym usposobieniu, otworzył przed nimi drzwi. Oczom Oliwii ukazał się świat, z którym jeszcze nigdy nie miała styczności.

Ten dzień raz na zawsze miał wywrócić jej dotychczasowe spokojne i poukładane życie do góry nogami.