Wieczór panieńskiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Izabela Pietrzyk, 2012

Projekt okładki

Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce

© Datha Thompson/arcangel-images.com

Redaktor prowadzący

Konrad Nowicki

Redakcja

Irma Iwaszko

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-523-0

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Nie da się żyć bez Internetu – stwierdziłam, miotając się pomiędzy routerem i ekranem komputera. Wedle wskazań, jeden i drugi był pełnosprawny, a ja – odcięta od „galaktyki” – czułam się kompletnie niesprawna.

Trwało to już trzeci dzień, więc ze zniecierpliwieniem oczekiwałam zbawcy, ukrytego pod gazetowym ogłoszeniem: „Usługi informatyczne w domu klienta”. Kiedy wybrałam podany w gazecie numer, telefon odebrał jakiś chłopiec.

– Dzień dobry. Ja w sprawie ogłoszenia o usługach informatycznych. Możesz dać do słuchawki tatę?

– To ja naprawiam komputery – wydawał się bardziej rozbawiony niż urażony. – A tatusia nie mogę dać do słuchawki, bo jest teraz w pracy.

– Przepraszam najmocniej. Ma pan taki młody głos – tłumaczyłam się, jak umiałam najpiękniej. – Na pewno nie ja pierwsza wzięłam pana za dziecko, prawda?

– Na szczęście są też takie, które biorą mnie za mężczyznę.

Pomyślałam, że lepiej przestać się tłumaczyć i przejść do rzeczy.

Wyszczekany informatyk z głosem dziecka okazał się bardzo kompetentny. Z miejsca potraktował mnie jak skończoną idiotkę. Może dlatego, że na pytanie o to, jaki mam router, odpowiedziałam – zgodnie z prawdą zresztą – że czarny i płaski.

– Okej – westchnął bardzo dyskretnie. – Czy widzi pani na nim jakieś napisy?

– Thomson – przeczytałam usłużnie.

– A coś innego?

– No są jakieś literkowo-cyferkowe symbole – sylabizowałam wszystkie po kolei.

– Dobrze. Proszę teraz powiedzieć, czy widzi pani… mmm… jak by to… Czy widzi pani takie migające coś, co przypomina malutki żagielek?

– Widzę! – ucieszyłam się, że tak gładko idzie nam ta rozmowa. – Żagielek z wiatrem od wschodu? Bo na lewo się wydyma.

– Nooo…

– Ten żagielek miga na zielono. To dobrze?

– Tak, to dobrze. Teraz proszę poszukać symbolu przypominającego antenę albo radar, albo coś innego, co rozsyła promyczki czy falki…

– Nie ma – zasmuciłam się po dokładnych oględzinach routera. – Jest tylko ten żagielek i osiem świecących kwadracików: siedem wciąż się pali, a ósmy miga. Ale nie tak szybko jak żagielek, tylko…

– Oj, przepraszam! – przerwał mi. – Mało precyzyjnie się wyraziłem. Tego symbolu proszę szukać na komputerze, a nie na routerze.

– Aha! Już patrzę… już patrzę… Jest! – wykrzyknęłam radośnie. – Jest! Ni to antenka, ni wiatraczek. Ale nie miga, tylko bez przerwy się świeci. To dobrze?

– To bardzo dobrze. Zrobimy teraz coś takiego: najpierw sprawdzi pani wszystkie kable, a potem je odłączy na kilka minut. Zaraz wyjaśnię, które to mają być. Potem ponownie je pani podłączy i spróbuje wejść w Internet. Zadzwonię za kwadrans i zapytam, czy się udało.

Dostałam jasną instrukcję odłączania i podłączania kabli wraz z sugestią oznakowania ich różnymi kolorami nitek – na wypadek gdyby po wypięciu z gniazda spadły na ziemię i się poplątały.

Idąc za radą mojego sympatycznego rozmówcy, zanurkowałam pod ogromne biurko i ucieszyłam się, że nie jestem uczulona na kurz. Gdybym była, zmarłabym pod sosnowym blatem.

Prychając i trąc podrażniony nos, z podziwem oglądałam wszystko, co tu zgromadziłam. Papiery, stare gazety, pudło z kolekcją szpulowych kaset… Wypchnęłam je na środek pokoju i postanowiłam wyrzucić, bo po jaką cholerę mi kasety, których – z braku sprzętu – nie mogę słuchać?!

Wróciłam pod biurko i dłuższą chwilę wpatrywałam się w stary adapter, ważąc w myślach jego przyszłość: wynieść na śmieci razem z kasetami czy zostawić?

Swoją drogą, to zdumiewające, jakim cudem udało mi się doprowadzić do obecnego stanu rzeczy: posiadam kasety, których nie mam na czym odtwarzać, i adapter, na którym nie mam czego odtwarzać.

Finalnie adaptera zrobiło mi się żal. Ileż ten staruszek ma lat? Chyba ze czterdzieści! Towarzyszył wszystkim imprezom rodzinnym. Babcia słuchała na nim swojej Kapeli Czerniakowskiej. Zapamiętałam nawet jej ulubiony kawałek: „Panno Zosiu, ja funduję! Niech się panna nie krępuje! Bardzo proszę, bardzo proszę! Na co tylko panna Zosia chętkę ma!”.

Babcia, Zofią ochrzczona (stąd pewnie jej sympatia do treści strofki), śmiała się i klaskała w ręce…

Mama natomiast maltretowała adapter „Kapitańskim tangiem”. Kiedy tata wracał z morza, wszystkie imprezy zaczynały się od tego przeboju. Mama, wsparta na jego ramieniu, tańczyła i śpiewała na cały głos: „Marynarze, lwom podobni, gdy ich wita ląd, tracą zwykłą swą zuchwałość. Skąd ta zmiana, skąd?”.

Tata nie wyjaśniał skąd. Użyczał ramienia, robił maślane oczy, tracił zwykłą swą zuchwałość i wszyscy byli szczęśliwi.

A ja? Ja też ten adapter eksploatowałam. Nie Kapelą Czerniakowską wprawdzie i nie „Kapitańskim tangiem”, tylko płytami Boney M. i Modern Talking, i Izabelą Trojanowską…

Szarpana wspomnieniami i emocjami darowałam mu w końcu eksmisję i wepchnęłam z powrotem pod biurko.

Skoncentrowałam się nad kablami, które tworzyły kłębowisko futurystycznych żmij.

Nie byłam pewna czy dobrze zrozumiałam, które z nich mam wyjąć, więc postanowiłam rozbroić wszystkie gniazda. Kierując się radami zbawcy, znakowałam wyciągane wtyczki, ale nie za pomocą nitek – kabli było dużo, a ja miałam w domu jedynie monochromatyczny zestaw krawiecki typu „Rambo”: do zacerowania bicepsa Slya Stallone byłby jak znalazł, ale do identyfikacji drucianych zwojów okazał się zbyt ubogi. Za to samoprzylepnych karteczek przypominajek miałam więcej niż Rembrandt farbek.

Łącząc się w bólu tworzenia z rzeczonym, pociłam się i jęczałam, jakbym malowała „Oślepienie Samsona”, chociaż zamiast pędzla trzymałam długopis i jedyne, czego mogłam nim dokonać, to rysowanie pełnych dziur tylnych ścianek komputera i routera. Każde wyrysowane gniazdko opatrywałam strzałką z napisem: pistacjowy, budyniowy, karminowy, biskupi… Odpowiadającymi tym kolorom karteczkami otulałam kolejne wypinane kable, które na trzy zdrowaśki zostały zwolnione z pracy. Jak twierdził ten od migającego żagielka, kable powinny w tym czasie się opamiętać, reaktywować i pójść na współpracę. Nie poszły! Miałam ochotę je przegryźć ze złości, ale bałam się pokopania prądem, więc uzbroiłam się w cierpliwość i czekałam na wizytę cyberdoktora. Oczekiwanie umilałam sobie skrobaniem kabli – został na nich cały klej z karteczek przypominajek…

Tak jak przewidywałam, przyszło pacholę, które jeszcze długo nie będzie potrzebowało porządnej maszynki do golenia. Zaprowadziłam je do pacjenta i zapytałam o gusta: kawa, herbata, woda, sok? Siliłam się na obojętność, chociaż miałam ochotę rzucić mu się do nóg z okrzykiem: „Oddaj mi życie! Cena nie ma znaczenia!”.

Cyberdoktor poprosił o wodę i zapałał młodzieńczym rumieńcem niczym mickiewiczowska dzięcielina.

– A ma pani gazowaną?

Wpadłam w panikę, gdyż gazowanej mineralki używałam tylko na kacu, wrzucając w nią aspirynę i sok z dwóch cytryn. Co za pech, że wczoraj nie piłam!

Pacholęciu, które rozsiadło się na moim krześle i bębniło w klawisze, obiecałam, że zaraz dostanie wodę z gazem, bo to dla mnie żaden problem. Na ekranie wyświetlały się niebywałe rzeczy – w życiu bym swojego komputera nie podejrzewała, iż posiada je w sobie: tabele, ramki, kolorowe schematy… Bałam się, że młodociany informatyk do cna mi go zepsuje, i wolałam na to nie patrzeć. Pobiegłam po wodę z bąbelkami do spożywczaka po drugiej stronie ulicy i już po chwili usłużnie podstawiłam musującą szklanicę pod nos gołowąsa.

Znowu zaniepokoiłam się o swój komputer. Klawisze trzeszczały od uderzeń, a ekran wciąż zmieniał wyświetlane komunikaty, z których rozumiałam tylko spójniki.

Po kilku minutach cyberdoktor zakończył sekcję zwłok. Wziął trzy ogromne łyki wody, a zaraz potem zaczął kurtuazyjnie maskować beknięcia wynikające z napełnienia żołądka gazem. Kiedy wreszcie uporał się z problemami gastrycznymi, rzucił okiem pod blat biurka i powiedział z dużą dozą pewności siebie:

– Wydaje mi się, że jest problem z adapterem. Będę go musiał zabrać i sprawdzić.

Zdębiałam tak, że dąb Bartek mógłby się ode mnie uczyć.

– Ale co ma adapter do komputera? – dociekałam.

– Wszystko. – Pociągnął ze szklanki i znowu dyskretnie odbił w utworzoną z dłoni tutkę. – To co pani dostaje na pocztę albo wysyła… przepraszam… – po kolejnym beknięciu był wyraźnie skonfundowany – cały kontakt oparty jest na adapterze – znowu beknął.

To zdumiewające, że ktoś z tak delikatnym układem trawiennym sam się prosi o wodę z gazem! Miałam to jednak gdzieś. Wpadłam w dysonans poznawczy i za wszelką cenę chciałam się z niego wydostać.

– Przepraszam, ale nadal nie rozumiem – uśmiechnęłam się blondynkowato. – Twierdzi pan, że odbieram Internet przez adapter?

 

– Dokładnie – przytaknął i ponownie skinął głową pod biurko. – Adapter łączy komputer z siecią.

No zwariował chyba? Bąbelki z wody najwidoczniej wpadły mu do mózgu i przepchnęły rozum do żołądka, skąd odbijał się co chwila gwałtownymi pretensjami.

Po pierwsze, adapter był kupiony w czasach, kiedy nikt nie podejrzewał, że telefon może działać bez sznurka przy słuchawce, a po drugie, stał sobie zakurzony i niekarmiony prądem od lat. To jakim cudem miał coś wspólnego z Internetem?

Ech ty, nikczemny chłopaku! Żeby tak sobie kpić z pani, która mogłaby być twoją matką albo nawet – z braku prezerwatyw na szkolnej potańcówce – babką?

– Dobra – uśmiechnęłam się jeszcze bardziej głupkowato. – Tylko uprzedzam, że nie mam już płyt, więc co panu po tym adapterze?

– Nie potrzebuję żadnych płyt – nawet brew mu nie drgnęła – mam u siebie w firmie. To jak? Decyduje się pani?

– Na adapter to raczej nie. Ostatnio o nim myślałam i doceniłam jego walory. Nawet chciałam go wyrzucić, ale sumienie mi nie dało. Przyznaję, że jest wyjątkowy, bo tyle wspomnień i w ogóle… Ale jeśli zakłóca mi komunikację, to go jednak wywalę. Myśli pan, że wtedy Internet zacznie działać?

– Nie rozumiem. – Dopił do końca wodę, tym razem bez odżołądkowych efektów ubocznych. – Ma pani wspomnienia związane z adapterem?

– No wie pan: Kapela Czerniakowska, „Tylu chłopców odeszło z naszego puebla”, „Kapitańskie tango” i „Bananowy song”…

– Nie bardzo kojarzę. – Rozwalony w krześle kiwał kolanami to w prawo, to w lewo. – I nie wiem, co to ma wspólnego z Internetem. To jakieś piosenki są? Ściągała je pani z sieci?

– Nie. Były na płytach, ale nie mam ich już, jak mówiłam. Nawet nie wiem, gdzie się podziały…

– Zrobimy ten adapter, to je sobie pani ściągnie i znowu wrzuci na płyty. – W jego głosie zabrzmiało coś na kształt pokrzepienia. – To co?

– A jak go pan zapakuje? – Byłam ciekawa, ile jeszcze ta szopka potrwa. – Bo pudła po adapterze też nie mam.

– Pudła? – Popatrzył z uśmiechem. – Nie potrzebuję pudła.

– W kieszeń pan sobie wsadzi? – zgadywałam uprzejmie.

– Chociażby. To co? Zabierać go?

– Proszę bardzo – zapraszająco machnęłam ręką w czeluść pod biurkiem. – Tylko uprzedzam, że kurzu się pan nawdycha.

Pacholę pochyliło się we wskazanym przeze mnie kierunku, wysunęło umocowaną tuż pod blatem półkę i wypięło malutką czarną kosteczkę tkwiącą w połowie jednego z kabli.

– Mam nadzieję, że do jutra się z tym uporam. O której możemy się spotkać? – zapytał, podrzucając czarną kosteczkę na dłoni.

– To… to jest według pana ad… adapter? – wydukałam zdumiona.

– A według pani co to jest? – też wydawał się lekko zdezorientowany.

– Matko święta! Czy wy, informatycy, nie możecie wymyślić sobie nowych słów na określanie tego całego komputerowego bałaganu? Ja myślałam, że pan mówi o adapterze. Takim do grania. Takim jak stoi pod biurkiem.

Zanurkował głową pod blat i dłuższy czas tam pozostał. Kiedy wreszcie się wynurzył, popatrzył na mnie z niedowierzaniem w oczach.

– Pani cały czas o tym adapterze mówiła?

Zapewne odtwarzał w pamięci całą naszą rozmowę, bo uśmiechał się coraz szerzej.

– Byłam pewna, że pan się ze mnie nabija…

– Ach, i stąd to pudło? – śmiał się już bez żadnego skrępowania. – I stąd te wspomnienia…

– No bo kto nazywa czarną kosteczkę adapterem? – oburzyłam się dla usprawiedliwienia własnej głupoty.

– Każdy – wyjaśnił uprzejmie – bo to jest adapter. A to, co stoi pod pani biurkiem, nazywa się gramofon. Rączka tego gramofonu jest na końcu trochę szersza, prawda?

– Chyba tak – starałam się wytężyć pamięć.

– A jest szersza, bo tkwi w niej mała czarna kosteczka. Adapter, konkretnie.

Fiu, fiu. Proszę, proszę. Rozbekany mądrala!

– No, jeśli pan tak twierdzi… – zgodziłam się z pewnymi oporami, bo nie podobało mi się, że jajo pokonało intelektualnie kurę. – To co? Jutro dostanę ten… aaa…dapter?

– Postaram się, łaskawa pani.

Kandydat na potencjalnego syna i ewentualnego wnuczka, odróżniający gramofon od adaptera zamontowanego w gramofonie (jak to w ogóle brzmi?!), lekko mnie zirytował tą „łaskawą panią”. Przypomniałam sobie jednak, że w jego rękach spoczywa moje internetowe być albo nie być, więc uśmiechnęłam się z pokorą i złożyłam ręce jak do modlitwy.

– No dobrze, dobrze. – Jajo popatrzyło na kurę litościwie, jakby była, na dodatek, zmokła. – Jutro zadzwonię.

Przytaknęłam potulnie i odprowadziłam chłopczę do drzwi. Oglądając jego znikające plecy, pokrzepiłam się myślą, że chociaż nie wiem, czym jest adapter, to przynajmniej bezproblemowo trawię gazowane napoje. Dobre i to!

Ponieważ cyberdoktor swoim przybyciem przerwał mi rozmowę z Dorocią, więc gdy tylko wybył, złapałam za telefon.

– No i co? – odezwała się po pierwszym sygnale. – Masz już Internet?

– Mam zepsuty adapter – postanowiłam przetestować jej wiedzę w tym zakresie.

– Jaki adapter? – cmoknęła zniecierpliwiona. – Co mnie adapter obchodzi? Ja się o komputer pytam.

Czyli test wypadł pomyślnie – dla mnie, przynajmniej. Nie jestem jedyna, jak się okazuje...

Zrelacjonowałam Doroci wizytę pacholęcia i wprowadziłam ją w gramofonowo-adapterowe meandry.

– Taką samą idiotkę bym z siebie zrobiła – pocieszyła mnie. – Ty, ale o jakich płytach on mówił w takim razie? Że ma je w firmie?

– Nie wiem – chwilę się zastanowiłam i zaryzykowałam hipotezę – pewnie jakieś do komputera… instalacyjne może?

– A no tak – zgodziła się z moimi przypuszczeniami. – Pewnie do komputera. To kiedy będziesz na forum?

– Da Bóg, że jutro – westchnęłam. – A co Dziewczynki napisały? Przeczytaj mi ostatnie posty, bo czuję się, jakbym ogłuchła i oślepła.

Dziewczynki tworzyły malowniczą grupę dojrzałych fizycznie i niedojrzałych psychicznie kobiet, które poznały się w ogólniaku i konsekwentnie nie przyjmowały do wiadomości, że od ich matury upłynęło już prawie trzydzieści lat. Spotykałyśmy się bardzo często na babskich plotkach, a odwiedziny na forum były jednym z naszych codziennych obowiązków. Uwielbiałam je wszystkie, chociaż Dorocia była w tej grupie kimś szczególnie mi bliskim i wyjątkowym. Pierwsze dwadzieścia lat naszych biografii można by w zasadzie opisać jednolitym tekstem: ten sam rok urodzenia, wspólny adres zameldowania (tylko numery mieszkań inne), ta sama klasa w tej samej szkole podstawowej i tym samym liceum…

– Wspomniałam im, że masz problemy z Internetem i jesteś odcięta od świata. Kazały ci przypomnieć, że posiadamy telefony komórkowe.

– Niech nie będą takie mądre! – prychnęłam. – Przez telefon nie da się gadać ze wszystkimi jednocześnie. No, ale co poza tym? Nad czym dyskutujecie?

– Tematu przewodniego brak. Takie tam pitolenie i raporty dnia. Alusia poleca ostatniego Almodóvara. „Przerwane objęcia”. – Usłyszałam stukanie w klawisze. – Czekaj, zaraz ci dokładnie przeczytam… – pomrukiwała pod nosem, błądząc po stronach forum, i w końcu, po krótkim tryumfalnym okrzyku, zacytowała:

„Przerwane objęcia” opowiadają o miłości. Bo o czym innym mógłby opowiadać Almodóvar? Scena, gdy niewidomy mężczyzna gładzi ekran, na którym jest jego nieżyjąca ukochana, sprawiła, że miałam gęsią skórkę. Gęsia skórka zresztą też zagrała w filmie. I do tego słońce, czerwienie i żółcie. I Penélope Cruz zjawiskowa jak zawsze.

Alusia pracowała w lokalnej rozgłośni radiowej, gdzie była odpowiedzialna, między innymi, za odchamianie szczecinian. Przygotowując swoje cykliczne audycje, reportaże i wywiady, siłą rzeczy musiała bez przerwy coś czytać, oglądać, czegoś słuchać. Robiła to z chęcią, a że zawsze na forum dzieliła się swoimi pierwszymi spostrzeżeniami na temat kolejnej połkniętej dawki kultury, nazywałyśmy ją często naszym kaowcem.

– Widziałaś te „Przerwane objęcia”? – zapytałam, przywołując w pamięci postać zjawiskowej jak zawsze Penélope Cruz z filmu „Vicky Cristina Barcelona”. Nie wiem ile razy go już obejrzałam…

– Jasne! – zaśmiała się kpiąco. – Przecież ja nic, tylko melodramaty oglądam! Wiesz, że nie lubię takich klimatów.

Dorocia była niezmiennie wierna faktografii – zarówno w wydaniu papierowym, jak i ekranowym.

– A ja bym gęsią skórkę w roli głównej obejrzała. I co tam jeszcze ciekawego?

– Ewcia napisała, że już nigdy nie powie, że faceci to idioci – wyraźnie czekała na moje zdziwienie i się nie rozczarowała.

– O Maurycy! A czemu? – Faktycznie zdziwiłam się tak radykalną deklaracją naszej bankierki, z którą zdecydowanie częściej spotykałyśmy się na forum niż w rzeczywistym świecie, gdyż wadzenie się z czasem stanowiło główną pasję jej życia na walizkach. Wiecznie przemieszczała się między kolejnymi placówkami swojego banku i tylko od czasu do czasu zahaczała o Szczecin, żeby sprawdzić, czy mąż nadal wytrzymuje ten nietypowy model funkcjonowania rodziny. Wpadała, stwierdzała, że mąż jej nie zostawił, a dzieci rozwijają się prawidłowo, i jechała dalej.

– Potrzebowała krawat założyć – wyjaśniła Dorocia przyczynę nobilitacji mężczyzn w oczach Ewy. – Weszła na net i obejrzała piętnaście różnych instrukcji wiązania krawatów. Robiła wszystko wedle zaleceń, ale wciąż wychodził jej kołtun. Powiedziała, że dużo łatwiej kredyt przewalutować…

– A skąd ten krawat? Za faceta się przebierała? – przerwałam, zdziwiona jeszcze bardziej. Jeśli Ewa próbowałaby ukryć swoją płeć pod męskim ubraniem, to i tak nikt by się nie dał nabrać – nie ma na świecie takich krawatów, które przysłoniłyby jej biust.

– A skąd mam wiedzieć? – Dorocia odpowiedziała z przekąsem. – Wiesz, jak to ona. Wpadła na forum, napisała o krawacie i ślad po niej zaginął. We Wrocławiu teraz jest. A przynajmniej była we Wrocławiu, jak się ze zwisem męskim szamotała. Gdzie jest dzisiaj, pojęcia nie mam. A jeszcze bardziej pojęcia nie mam, jak ona wytrzymuje te niekończące się wyjazdy i rozjazdy.

– Ale w sobotę będzie na naszym walnym sabacie? – zaniepokoiłam się nie na żarty.

– Aś się uparła na durne pytania! – jęknęła. – Mówię ci, że wpadła i wypadła. Nie wiem, czy miała czas nadrobić zaległości na forum i czy w ogóle przeczytała nasze rozmowy o spotkaniu. Tak przy okazji, to Dziewczynki klną na ciebie, że nie chcesz zdradzić, z jakiego powodu włączyłaś nam czerwony alarm na sobotę. Domyślają się, że ja wszystko wiem, i próbowały ze mnie wydusić, co za bombę zamierzasz odpalić…

– Ale nie powiedziałaś im? – Natychmiast zrugałam się w duchu za to niepotrzebne pytanie.

– No wiesz co? – oburzenie wypływało cienkimi strużkami ze słuchawki telefonu wprost w moje ucho. – No wiesz…

Powierzanie jej zastrzeżonych informacji było równoznaczne z utopieniem ich w studni, i to na innej planecie.

– Sorry, głupio pytam. Ale sama wiesz, jaką grupę nacisku one potrafią stworzyć. Jak przyduszą, to…

– Nic nie powiedziałam. – W jej głosie plątały się jeszcze resztki oburzenia. – Tylko tyle, że to chyba będzie coś miłego, bo gdybyś tragedię życiową miała, to ja bym coś wiedziała. O! Rym mi wyszedł – ucieszyła się. – Chyba pierwszy raz w życiu coś zrymowałam!

Też się ucieszyłam. Mniej rymem, bardziej tym, że jej oburzenie ostatecznie zniknęło.

– Dobra – wróciłam do tematu. – W takim razie zadzwonię do Ewy. Może cudem mniemanym będzie w Szczecinie i przyjdzie do Reni?

– Jak to do Reni? To nie u ciebie się spotykamy? Czemu ja nic nie wiem? – oburzenie wróciło.

– Nie wiesz, bo nikt nie wie – wytłumaczyłam szybko. – Renia dzisiaj do mnie zadzwoniła i zaproponowała, żebyśmy spotkały się u niej. Jest szansa na resztki lata, to może grilla zrobimy?

– Ooo, super! – Pomysł z grillem najwyraźniej przypadł Doroci do gustu. – A co mamy kupić? Kiełbasę czy kaszankę? Może ja zrobię jakąś sałatkę?

– To już z Renią trzeba uzgodnić. – Materia żywieniowa była dla mnie antymaterią, więc wolałam się nie wypowiadać. – No i trzeba poczekać, co nam Bozia zafunduje w sobotę.

– A co ma pogoda do sałatki? Co to ja jestem? Niedźwiedź albo jakiś świstak? Ja w sen nie zapadam i nie muszę czekać z jedzeniem na słońce, prawda?

Przytaknęłam, bo nie sposób było zaprzeczyć, ale rozwijanie wątku o pokarmach zupełnie mnie nie pociągało.

– Słuchaj, weź wrzuć na forum zmianę lokalizacji. Myślałam, że sama to zrobię, ale niestety nie mogę.

– Dobra. Napiszę, że spotykamy się u Principessy. I dorzucę, że nie możesz korzystać z Internetu, bo ci adapter nawalił – zachichotała. – Zobaczymy, jaka będzie reakcja.

 

Renia została ochrzczona przez nas Principessą z powodu urody i stylu bycia. Buźkę miała jak porcelanowa laleczka: z nienagannym makijażem i długimi na kilometr rzęsami. Równie nienagannie prowadziła dom – dbałość o detale świadczyła, że w jej żyłach musi płynąć błękitna krew. Ubierała się w stylu mojej Doroci, czyli z nonszalancją dla wieku. Jej najserdeczniejsza przyjaciółka – Małgoś – żartobliwie ubolewała, że ktoś, kto jest już babcią, nie powinien trzymać się takiego image’u.

Principessa faktycznie babcią była – dwa lata temu padła ofiarą niecierpliwych nastoletnich plemników, które spłatały figla jej córce. Młodzi – wbrew czarnowidztwom – stworzyli kochającą się rodzinę opartą na dość trudnym, ale za to ambitnym modelu: studiujemy, pracujemy, wychowujemy. Renia wspierała ich, jak mogła, a przy okazji poprawiała sobie humor za każdym razem, kiedy szła z wnuczkiem na plac zabaw czy do sklepu. Teksty: „Poproś mamusię, to na pewno ci kupi” albo „Zapytaj najpierw mamę, czy możesz”, utwierdzały ją w przekonaniu, że tak źle z nią nie jest.

Żeby się jednak naszej Principessie do końca w głowie nie poprzewracało, nazywałyśmy ją czasami babką-Renką lub Barbie-babcią i lubiłyśmy jej trochę podokuczać. W złośliwych przytykach zdecydowanie brylowała Małgoś, potwierdzając tym samym, że im bardziej ktoś się lubi, tym bardziej się czubi.

Jeśli, na przykład, Principessę wyginał w tańcu jakiś „Travolta”, Małgoś patrzyła z troską na te harce i wzdychała: „Wszystko ładnie pięknie, ale jak naszej babce zaraz błędnik huknie od tych wygibasów, to będzie po imprezie”.

Świadoma swojej urody i nienagannej figury Renia zupełnie nie przejmowała się tego typu uwagami. Odpłacała Małgoś pięknym za nadobne. Kiedy tylko zobaczyła na wystawie jakieś koszmarnie oficjalne czółenka – koniecznie czarne, koniecznie z elementem lakierowanej skóry i koniecznie na kwadratowym obcasie: dwa centymetry wysokim i pięć centymetrów szerokim – natychmiast zachęcała przyjaciółkę żeby je sobie kupiła, bo ma już dwadzieścia par w tym stylu, to i dwudziesta pierwsza też się jej przyda.

Małgoś faktycznie ubierała się dość konserwatywnie. Z pozoru konserwatywnie się też zachowywała. Nie była babcią i wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby się okazało, że jej syn zakłada po trzy prezerwatywy naraz – bardziej ze strachu przed reakcją matki na wieść o przedwczesnej ciąży niż przed samą ciążą. Zimna i oschła na zewnątrz pozwalała poznać swój prawdziwy charakter dopiero po dłuższej znajomości. I tylko wtedy, gdy sama uznawała za stosowne się na kogoś otworzyć. Ten ktoś mógł wówczas odkryć ze zdumieniem, że ma niepospolite poczucie humoru, a jej misja życiowa polega na zaradzaniu wszelkim problemom świata, jakie spadają nie tylko na ludzi, ale i na bezdomne zwierzęta.

Wyniosła, perfekcyjna, zimna, z denerwująco nieskazitelną cerą – wypisz wymaluj Królowa Śniegu – oceniłam ją na „dzień dobry”, wstydząc się potem w duchu za tę pochopną opinię. Uwielbiałam jej sposób narracji: bez względu na temat, mówiła ze śmiertelną powagą lub z lekko ironicznym uśmiechem na ustach. Poza tym miała wyjątkowy dar karykaturalnego naśladowania ruchów i każde jej opowiadanie przypominało komiczną parodię rzeczywistości.

W odróżnieniu od reszty towarzystwa, z Renią i Małgoś nie łączyła nas wspólna przeszłość licealna – nie było ich więc na naszym klasowym forum.

Spotkałyśmy je przypadkiem kilka lat temu i jakoś nie umiałyśmy się już rozstać na dłużej niż tydzień. One nie umiały przeżyć bez siebie nawet jednego dnia, chociaż ich przyjaźń mogła, na pierwszy rzut obcego oka, wydawać się niewytłumaczalnym fenomenem. Jedna z sercem na dłoni i serdecznością bijącą z każdego gestu, druga – wedle racjonalnej anatomii – z sercem w klatce piersiowej i powściągliwą uprzejmością w ruchach. I ta ich skrajna odmienność stylu!

Kiedy na moje ostatnie urodziny Renia przyszła w zapiętej pod szyję czarnej bluzce z żabotem, a Małgoś w obcisłej panterce z ogromnym dekoltem, wykrzyknęłyśmy w najwyższym zdumieniu.

– Czy wyście się za siebie przebrały? Renia za Małgoś, a Małgoś za Renię?!

– Nie do końca – zastrzegła Małgoś. – Gdybym napakowała sobie na rzęsy tyle tuszu co ona, to nie starczyłoby mi siły, żeby podnieść powieki.

– Nie do końca – odgryzła się Principessa. – Gdybym miała na sobie takie buty jak ona, tobym była przekonana, że w trumnie leżę.

Ta pozorna odmienność nie powinna mnie w sumie dziwić. Bo czy ja miałam z Dorocią chociaż jedną wspólną cechę charakteru? Że o garderobie nie wspomnę…

– Ciekawe, która wie, co to adapter? – zaśmiało się moje alter ego z fotograficznego negatywu.

– Mam nadzieję, że żadna. – Po co było ukrywać, że sprawiłoby mi to przyjemność? – A ominęło mnie coś zabawnego na forum?

– Bo ja wiem? Raczej nic… Ziuta się odezwała i napisała, że nie musimy przejmować się jesienną grypą. Wyczytała na Onecie, że są dwa sposoby jej leczenia. Ruskie media…

– Rosyjskie! – krzyknęłam ile sił w płucach, bo moja rusycystyczna dusza poczuła się urażona.

– Dobra, dobra – westchnęła ostentacyjnie – rosyjskie media zalecają plasterki czosnku, które należy włożyć między warstwy maseczki zrobionej własnoręcznie z gazy. Natomiast portal internetowy Newsland pisze, powołując się na „lekarzy z szeregu państw europejskich”, że sposobem na walkę ze schorzeniami grypowymi jest seks. Tylko trzeba to robić regularnie i bez fanatyzmu, bo…

– „Regularnie” rozumiem – przerwałam jej – ale „bez fanatyzmu”?

– A co to ja? Wisłocka jestem? – oburzyła się. – Relację z forum ci zdaję, a nie seksoterapię urządzam!

– Przepraszam – położyłam uszy po sobie. – I co na to Dziewczynki?

– Po sugestii, żeby połączyć czosnek z seksem, Caryca napisała, że Ziuta może sama sobie, czyli własnoręcznie, taki seks uprawiać, bo ona osobiście woli umrzeć na grypę, choćby świńską nawet! A ja ją poparłam i dorzuciłam, że taki własnoręczny seks to w ogóle bezpieczny jest, bo nie tylko przed grypą chroni. Potem Caryca zapytała jeszcze, czy naszej rycerce nie pomyliły się przypadkiem słowa „grypowy” i „grupowy”.

Ziuta należała do braci rycerskiej i co roku, wraz ze swoim mężem Kazimierzem Atrakcyjnym, uczestniczyła we wszelkiego rodzaju rekonstrukcjach średniowiecznych bitew. Żyjąc w rozdarciu między współczesnością a piętnastym wiekiem, nie mogła się do końca zdecydować, której epoki języka ma używać, więc obcy miewali czasami problemy z jej zrozumieniem. Tym bardziej że przy jej temperamencie wszystkie zebrane pod Grunwaldem polskie i litewskie rumaki wydawałyby się zdechłymi szkapami. Buzia jej się nie zamykała, a kiedy mówiła, podrygiwała i podskakiwała niczym uwolniona z termometru rtęć. Nie miała stwierdzonego ADHD tylko dlatego, że w czasach naszej młodości nikt o takiej jednostce chorobowej nie słyszał.

Caryca, w przeciwieństwie do Ziuty, była oceanem zimnego cynizmu. Nie lubiła rozwlekłych opowiadań, natomiast celowała w zabawnych puentach i ironicznych ripostach. Swoją naturą przypominała trochę kota, który da się pogłaskać tylko wtedy, kiedy sam ma na to ochotę. Jeśli nie ma – zadziera ogon i odchodzi, nie oglądając się za siebie i nie przejmując zupełnie, kto i co o nim myśli.

Projektowała ciuchy, szyjąc je we własnej pracowni krawieckiej, i ubierała w nie szczecinianki pogardzające banalną ofertą sklepów sieciowych.

– To widzę, Dorociu, że jednak znalazłyście jakiś temat do rozmowy – zaśmiałam się. – O seksie rozprawiacie, a ty mówisz, że niczego ciekawego nie było.

– O przepraszam! – oburzyła się. – Nie tylko o seksie. Alusia, na przykład, podzieliła się wrażeniami z koncertu Filipinek. Słuchałaś?

– No jasne! Na początku tak jej głos drżał, że aż się bałam, czy pociągnie konferansjerkę. Ale szybko się ogarnęła. Niepotrzebnie trzy paznokcie obgryzłam. Napisałam jej gratulacyjnego SMS-a.

– A w najbliższym weekendowym wydaniu gazetowym ma być podobno artykuł i zdjęcia z tej imprezy!

– To muszę kupić. A Alusia jakie wrażenia miała z tego koncertu? Zdradziła jakieś tajemnice spoza anteny?

Po chwili ciszy usłyszałam śmiech Doroci.

– Zdradziła! Ale wiesz co? – śmiała się coraz głośniej. – To też się na seksie skończyło.

– No żartujesz chyba? Brom powinnyście łykać. Czytaj mi natychmiast! – zadysponowałam.

– Jak gadałyśmy o tym artykule i zdjęciach w gazecie, to Alusia odpowiedziała:

Mam nadzieję, że będzie to zdjęcie bez garbu – nasze radiowe fotografie pokazują tajemniczy wzgórek na moich plecach. To odbiornik do słuchawki, którą miałam w uchu. Okazało się, że jako osoba nieobyta z takimi imprezami nie wiedziałam, że nie można się ubrać we wiotką sukienkę bez paska i nie włożyć marynarki, bo nie ma do czego doczepić tego sprzętu. Musieli mi to zatknąć na plecach za biustonosz. Stres był taki, że kompletnie nie odczuwałam wstydu ani zażenowania, że dwóch obcych, dużo młodszych facetów grzebie mi koło biustonosza.