Histerie rodzinneTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Izabela Pietrzyk, 2014

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

Vizerskaya/istockphoto.com

Maksim Toome/shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Adam Pluszka

Korekta

Anna Żółkiewska

ISBN 978-83-7961-742-5

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

I

SĘP, CZYLI NIEDOCENIANY ŚCIERWOJAD

Wielkość i duża masa ciała uzależniają go od prądów powietrznych umożliwiających długie szybowanie bez zbędnego wydatku energii. Z pewnością nie cieszy się powszechną sympatią. Już sam fakt żywienia się padliną budzi odrazę. Jeżeli dodamy do tego nagą szyję ubrudzoną krwią, nie dziwi, że sępowi zawsze przypisywano negatywne cechy.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

– Wiesz, jak długo kobieta jest bezbronna? – Wiktoria zakręciła krwistoczerwony lakier i zaczęła powoli machać dłońmi. – Dopóki jej paznokcie nie wyschną.

Stercząca po drugiej stronie stołu gazeta nie zareagowała.

– Słyszałeś, co mówiłam? – Wpatrywała się z determinacją w okładkę popularnego tygodnika tylko dla operatywnych biznesmenów. – Bo moje paznokcie właśnie wyschły i chciałabym z tobą porozmawiać.

Gazeta wyjaśniająca ekonomiczno-polityczne zawiłości kryzysu gospodarczego pozostała głucha na ten apel, więc nie było innego wyjścia, niż wyrwać ją z rąk właściciela.

– Co ty wyprawiasz? Kompletnie zgłupiałaś?! – Twarz Pawła, kiedyś piękna i delikatna, przypominała teraz pysk rozwścieczonego bulteriera. Chętnie by jej przyłożył albo przynajmniej szarpnąłby nią porządnie, ale szybko sobie uświadomił, że nie skończył się jeszcze „miesiąc miodowy”, czyli okres dobroci i fundowania Wiktorii kosztownych rekompensat, jaki obowiązywał po każdym ataku złości. Od dnia, kiedy podarował jej złoty naszyjnik, nie minęły przecież nawet dwa tygodnie…

Nie chciał bić. Zawsze uważał się za niezwykle spokojnego człowieka i święcie wierzył, że z inną kobietą dożyłby sędziwej starości jako wzorowy dżentelmen. Gdyby chociaż Wiktoria umiała docenić jego ciężką pracę, w której bez przerwy balansował na granicy prawa. Gdyby wiedziała, ile nerwów kosztuje go utrzymanie się na zdziczałym polskim rynku. Gdyby starała się zrozumieć swoje miejsce w tym domu i w tym związku. Gdyby potrafiła milczeć, kiedy trzeba milczeć. Gdyby umiała mówić to, co trzeba i kiedy trzeba.

Niestety – nie doceniała, nie wiedziała, nie starała się, nie rozumiała, nie milczała, nie mówiła…

A tyle razy jej tłumaczył, co robi źle. I co? Grochem o ścianę! Minęły zaledwie dwa tygodnie, a ona znowu zachowała się niewłaściwie: wyszarpnęła mu gazetę z rąk i spojrzała z jakąś taką dzikością, bez śladu miłości w oczach. Ale nie może dać się sprowokować tej wariatce, bo znowu będzie musiał zostawić fortunę u jubilera.

– Przepraszam. – Westchnął głęboko i trzepnął gazetą o blat. – Miałem dzisiaj koszmarny dzień. A do tego właśnie przeczytałem, że komunistom słupki idą w górę. Trzeba ich było wyrżnąć w pień, a nie się bawić w politykę grubej kreski. Bardziej by się przydał gruby sznur na szyję. Złodzieje cholerni!

Był tak zdegustowany, jakby w jego ogromnej ogrodowej altanie rozsiedli się właśnie Stalin, Mao Zedong oraz Che Guevara, snujący plany rozkułaczenia kapitalisty Pawła.

– Komunistom słupki idą w górę? To znaczy, że co? Zaczęli nosić wysokie obcasy? Bo nie rozumiem… – Wiktoria nie mogła odmówić sobie zdegustowania go jeszcze bardziej, a wiedziała, że jej głupie żarty zawsze idealnie się do tego nadawały.

– Jakie obcasy?! O czym ty mówisz?

– To nie ja mówię. To ty mówisz, że komunistom słupki idą w górę. A słupek to fason obcasa jest…

Chciała jeszcze dodać, że nie wypada, by ktoś, kto sam prowadzi ciemne interesy, wyzywał innych od złodziei, ale bała się, że wystawi jego cierpliwość na zbyt ciężką próbę. Postanowiła, że ta rozmowa, do której szykowała się już od dawna, będzie właśnie rozmową, a nie tradycyjną – jedną z dziesiątek, a może i setek – awanturą.

Poza tym nie była całkiem pewna, czy Paweł jest złodziejem. Nigdy nie informował jej o niczym i nie opowiadał, co dokładnie robi. Byli ze sobą osiem lat, a Wiktoria – jako ewentualny świadek – mogłaby zeznać tylko tyle, że jej partner prowadzi firmę pośredniczącą w handlu czym się tylko da i że wiecznie wraca z tej pracy skonany. Gdyby ewentualny śledczy dopytywał, dlaczego ma tak mętne pojęcie w tej kwestii, odpowiedziałaby, cytując Pawła: „Nie interesuj się tym, bo po pierwsze, to nie twoja sprawa, po drugie, i tak tego nie zrozumiesz, a po trzecie, im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie – niech przynajmniej jedno z nas sypia spokojnie”. Nie byłby to wierny cytat. Dosłowne przytoczenie słów Pawła mogłoby sprawić, że ewentualnemu śledczemu zwiędłyby uszy.

Nie wiedziała zatem, czy jej facet na pewno jest hochsztaplerem, bardzo jednak wątpiła, by za słowami „im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie” kryła się wyłącznie troska o spokojny sen. Dużo dawały jej do myślenia rozmowy telefoniczne, prowadzone przez Pawła niemal całodobowo – zawsze za zamkniętymi drzwiami. Bała się ponurych mężczyzn, którzy czasami przychodzili do ich domu i znikali w jego gabinecie, burcząc tylko w kierunku Wiktorii zdawkowe powitalne lub pożegnalne formułki. Martwiło ją, że znikał na kilka dni, ostrzegając, żeby nie wydzwaniała z bezsensownymi informacjami typu „rodzice zapraszają na obiad”…

Początkowo próbowała się czegoś dowiedzieć, dzielić z Pawłem jego problemy i zmartwienia. Szybko się jednak poddała i dostosowała do oczekiwań, a potem, nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak, stała się potulną ofiarą.

Dzisiaj miało się to zmienić. Sytuacja była wystarczająco dramatyczna, więc nie chciała bez powodu denerwować Pawła. Dlatego sklęła się w duchu za ten kretyński tekst o słupkach i obcasach. Mogła sobie darować…

– Za chwilę stuknie ci czterdziestka, a pozujesz na infantylną nastolatkę. Irytująca jesteś. – Spojrzenie i ton jego głosu potwierdziły obawy Wiktorii. – Mam tego serdecznie dość.

– Ja też. To już koniec. – Ucieszyła się, że wyznanie tak szybko i tak gładko przeszło jej przez usta. Dodało jej to sił.

– Chwała Bogu. – Uśmiechnął się nawet szczerze i sięg­nął po odłożoną przed chwilą gazetę. – Przynieś mi kawę.

– To już koniec – powtórzyła, nieco mniej pewnie. – Wyprowadzam się. Mam tego serdecznie dość. Podobnie jak ty, z tego co słyszę…

– Tylko nie wlewaj do niej zimnego mleka. Podgrzej je.

– Paweł! – Podniosła głos dużo bardziej, niż chciała. – Czy ty słyszysz, co mówię? To koniec! Wyprowadzam się!!!

Najwidoczniej usłyszał, bo odłożył gazetę i wpatrywał się w nią ze zdumieniem. Milczenie zdawało się nie mieć końca, a dzwoniąca w uszach cisza wpędzała Wiktorię w coraz większy strach. Uderzy? Mimo lęku powtarzała sobie jednak, że nie może odwrócić wzroku i musi patrzeć mu prosto w oczy. Już nigdy więcej nie będzie spuszczać głowy i zerkać na boki. Trudno! Co ma być, to będzie!

Spodziewała się wszystkiego, tylko nie tego, co nastąpiło po chwili. Paweł eksplodował niepohamowaną wesołością i w żaden sposób nie mógł jej powstrzymać. I nie był to wcale złośliwy rechot. Wręcz przeciwnie – zanosił się serdecznym radosnym śmiechem, wyciskającym z jego oczu łzy, które spływały powoli po zarumienionych policzkach.

Wiktoria była zupełnie oszołomiona. Zdumiała ją ta reakcja, ale dużo silniej wstrząsnęła nią myśl, że nie potrafi sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała jego szczery wybuch radości. Taki jak teraz. Taki jak przed laty. Taki jak ten, w którym się kiedyś zakochała…

Zakochała się w Pawle typowo po kobiecemu, czyli na śmierć i życie, w ułamku sekundy i po uszy. Był wieczór, w jednym ze szczecińskich lokali z licznym gronem przyjaciół świętowała swoje trzydzieste urodziny. Podszedł do ich stolika z pąsową różą i pochylił się w wiernopoddańczym ukłonie:

– Wiktorio! Wszystkiego najlepszego. Zatańczysz ze mną?

– Ale ja ciebie nie znam! – Odsunęła się od niego jak od wariata. – Kim ty… pan… Kim pan jest? Skąd wiesz… pan wie… że mam urodziny?

– Wiem i już. Stara cyganka mi cię dzisiaj wywróżyła. No więc jak? Zatańczysz czy będziesz uciekać przed przeznaczeniem?

Zatańczyła i uwierzyła w przeznaczenie, chociaż nie było ani żadnej starej cyganki, ani żadnych wróżb. To postrzelona Anka ustawiła w męskiej toalecie słoik z kwiatami opatrzony fotografią oraz informacją: DRODZY PANOWIE! NA ZDJĘCIU JEST NASZA PRZYJACIÓŁKA WIKTORIA, KTÓRA DZISIAJ OBCHODZI W TYM LOKALU SWOJE TRZYDZIESTE URODZINY. BARDZO PROSZĘ O WRĘCZENIE JEJ RÓŻY, ZŁOŻENIE ŻYCZEŃ I POPROSZENIE DO TAŃCA – NIECH SIĘ DZIEWCZYNA GODNIE POŻEGNA Z MŁODOŚCIĄ! DZIĘKUJEMY. KOLEŻANKI I KOLEDZY JUBILATKI.

Paweł był pierwszym chętnym. Nie wyjaśnił, skąd wie o jej urodzinach, tylko wciąż plótł o cygance i przeznaczeniu. Dzięki temu po kilkunastu minutach ponownie wpadła w zdumienie, kiedy kolejny obcy mężczyzna podszedł do niej z różą, życzeniami i prośbą o taniec. A potem następny i następny… Dopiero szósty zdradził, skąd wie o trzydziestych urodzinach Wiktorii. Obsztorcowała Ankę za wywieszanie zdjęć po męskich kiblach, ale musiała przyznać, że żart się udał.

 

W przeciwieństwie do pozostałych mężczyzn Paweł nie zniknął w bawiącym się tłumie. Przysiadł się do ich stolika, w kilka minut zaskarbił sobie sympatię całego towarzystwa, a serce Wiktorii zdobył szturmem i bez żadnych ceregieli. Był przystojny, zabawny, hojny, inteligentny, dowcipny… Która by się oparła? Która nie chciałaby księcia z bajki?! I to jeszcze takiego, który – jak wskazywały wszystkie znaki na niebie i ziemi – też zakochał się od pierwszego wejrzenia!

Kiedy kilka minut po północy nasty mężczyzna podszedł do Wiktorii i poprosił ją do tańca, Paweł wziął od niego pąsową różę, przekazał ją jubilatce i powiedział stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu tonem: „Żegnam uprzejmie! Ta pani ma z kim tańczyć!”. A potem poszedł do toalety i przyniósł słoik z nielicznymi już pozostałymi kwiatami.

– Ty! Co się rządzisz naszymi różami? – burknęła Anka, wyraźnie niezadowolona z zakończenia zabawy w męsko-kwiatowy korowód.

– Nie rządzę się waszymi różami. – Posłał jej przepraszający uśmiech. – Ja tylko dążę do… do… do zwycięstwa! – Puścił oko i spojrzał znacząco na Wiktorię.

– Dąż, chłopie, dąż. – Kamil, mąż Anki, podniósł do góry palce ułożone w literę V, wywołując salwę śmiechu. Jego żona wciąż jednak zerkała na Pawła niechętnie, więc Wiktoria postanowiła osobiście stanąć w jego obronie.

– Bardzo dobrze, że to się wreszcie skończyło. Pomysł miałaś fajny, tylko przegięłaś z ilością.

– Chciałam, żeby było trzydzieści. To moja wina, że nie kończysz dzisiaj osiemnastu lat?! Cierpisz bardzo?

– Raczej się cieszę, że nie kończę stu…

Broniła go przed Anką, bo jego zachowanie wydawało jej się wtedy bardzo miłe. Takie męskie. Wręcz rycerskie. Naprawdę nie miała już ochoty na zabawę z nachlanymi i śmierdzącymi facetami, którzy z godziny na godzinę bełkotali życzenia urodzinowe z coraz większym trudem. Była zatem wdzięczna, że on – pachnący i prawie zupełnie trzeźwy – uwolnił ją od ich towarzystwa i od płacenia tańcem za każdy wręczony kwiat.

Nie przypuszczała, że to był ostatni wieczór, kiedy mogła bawić się z innym mężczyzną. Potem z żadnym już nie tańczyła, a po kilku latach nawet z żadnym nie rozmawiała. Doszło do tego, że uciekała od nich jak od ognia i wpadała w panikę, kiedy jakiś – bez względu na wiek, wygląd i stan cywilny – zbliżał się do niej. Nieważne, czy chciał zapytać o drogę do łazienki, czy poprosić o wezwanie taksówki dla siebie i żony.

Kiedyś odpowiedziała na taką prośbę kurtuazyjnym: „Ależ zostańcie. Przecież nie jest jeszcze tak późno”. Wtedy uderzył po raz pierwszy. Odczekał, aż wszyscy goście wyjdą, i łupnął bez żadnego ostrzeżenia prosto w policzek. Nie wiedziała za co, więc jej wykrzyczał, że uśmiechała się prowokacyjnie do tego palanta, kokietowała go i na siłę zatrzymywała, tylko po to, żeby pójść z nim do łóżka. Kiedy następnego dnia chciała się wyprowadzić, klęczał przed nią i płakał jak dziecko. Przysięgał, że to się nigdy nie powtórzy, że to wina alkoholu, który odebrał mu rozum, że kocha ją bezgranicznie i życia sobie bez niej nie wyobraża. Została.

Przez ponad cztery lata nie podniósł na nią ręki, więc niemal zapomniała o tamtym zdarzeniu, uznając je za incydentalne, wywołane zgubnym działaniem alkoholu, od którego Paweł raczej stronił.

To były cudowne cztery lata, kiedy wierzyła, że ich związek jest idealny. Dopiero z perspektywy czasu dostrzegła, że przez te cztery lata jej pozornie idealny partner cicho i niepostrzeżenie prządł wokół niej swoje sieci.

Nie wiedząc nawet jak i kiedy, straciła kontakt ze wszystkimi znajomymi. Godziła się na to, bo Paweł zapewniał jej wystarczająco dużo rozrywki i był wystarczająco ciekawym towarzystwem. Dbał, żeby się nie nudziła. Spędzał z nią dużo czasu. Zwiedzali świat, urządzali najpierw mieszkanie, a potem ogromny dom, organizowali przyjęcia dla jego przyjaciół… Imponował jej swoją wiedzą, oczytaniem, umiejętnością zarabiania pieniędzy, swobodą bycia. Uznała zatem, że Paweł ma rację także w ocenie innych ludzi, i zdała się na jego opinie. Z coraz mniejszymi oporami przyznawała, że Anka jest rozpieszczoną babą i zrobiła ze swojego męża żałosnego pantoflarza, którym każdy normalny facet może tylko pogardzać. Nie umiała zaprzeczyć, gdy mówił, że jej rodzice są parą zgryźliwych tetryków, przy których człowiek traci chęć zarówno do życia, jak i do dożycia – starości. Amelię też powoli od siebie odsuwała, tym bardziej że Paweł powtarzał w nieskończoność: „To nieprawdopodobne, że jesteście siostrami”, „Jakie szczęście, że nie jesteś do niej podobna”. Przytakiwała, bo inni nieraz mówili to samo. Nawet rodzice podejrzewali, że Wiktoria trafiła do nich na skutek pomyłki pijanej położnej, która pozamieniała noworodki.

Zanim się obejrzała, stała się jego bezwolną własnością: myślała jak on, słuchała go, podziwiała – i nie było jej z tym źle. W zamian rozpieszczał ją do granic rozsądku. Przez całe cztery lata. Potem znowu uderzył. Znowu bez powodu, czyli przez coś, co powstało w jego chorym umyśle. Znowu przepraszał i płakał, a ona znowu mu wybaczyła, licząc na kolejne cudowne lata. Poza tym dokąd miałaby uciec i co powiedzieć ludziom? Paweł odciął ją od życia i świata tak bardzo, że już dawno zwątpiła, czy zdoła samodzielnie się po tym świecie poruszać. Systematycznie i skutecznie podkopywał jej wiarę w siebie i życiową zaradność. Liczyła na kolejne cztery lata spokoju, a tymczasem stłukł ją już po czterech miesiącach. Podejrzewała, że to wina firmy i coraz większego stresu.

Zaczynał zarabiać duże pieniądze dawno temu, kiedy nie trzeba było być biznesmenem z prawdziwego zdarzenia. Wtedy wystarczyło mieć kilka złotych, lubić ryzyko i znaleźć się we właściwym miejscu o właściwej porze. Udało mu się w to właściwe miejsce i porę wstrzelić i gruba kasa popłynęła nieprzerwanym strumieniem. Niejednokrotnie opowiadał Wiktorii, jak na początku lat dziewięćdziesiątych jeździł do banku z własną maszynką do liczenia pieniędzy, żeby nie korkować kolejki do okienka na kilkadziesiąt minut.

Potem dziki rynek zaczął się oswajać i – jak się domyślała – przyduszać go coraz bardziej. Nie radził sobie z tym. Chciał dalej być panem świata, a świat powoli spychał go na boczny tor. Współczuła mu. Naprawdę i szczerze. Chciała go pocieszyć, zapewnić, że nie potrzebuje ani wielkich pieniędzy, ani tych wszystkich drogich prezentów, ale on przestał z nią rozmawiać. Nawet jej nie przytulał, nawet nie cmokał zdawkowo rano i wieczorem. Oddalił się do jakiegoś swojego niedostępnego królestwa, z którego wracał tylko po to, żeby odreagować na niej swoje niepowodzenia, lęki i frustracje.

Może i dobrze się stało? Pozbawiona jego „opieki” Wiktoria powolutku odzyskiwała zdrowy rozsądek i trzeźwy ogląd rzeczywistości.

Kiedy przyszło jej do głowy, że trzeba to raz na zawsze skończyć, sama się wystraszyła tego hardego pomysłu i mimowolnie skuliła ramiona. Ale decyzja kiełkowała niczym magiczna fasola i nie dawała spokoju. Coraz wyraźniej rysował się też pomysł na najbliższe życie, a przynajmniej na pierwsze dni i tygodnie po ucieczce od sępa, który już dawno uznał ją za padlinę.

Może miałaby jakieś wątpliwości, gdyby jeszcze coś do niego czuła. Cokolwiek. Choćby złość albo nienawiść. Ale już nawet tego nie było. Długo szukała w sobie jakichś emocji, ale nic nie znalazła. Została czysta obojętność.

Dlatego teraz, kiedy wreszcie zebrała w sobie całą odwagę i zdecydowała się powiedzieć mu, że odchodzi, była zszokowana nie tyle sytuacją, co jego szczerym śmiechem. Ile lat temu widziała go tak serdecznie rozbawionego? Cztery? Może pięć?

Postanowiła, że da mu się śmiać do woli. Odważnie wpatrywała się w załzawione oczy, ledwo widoczne zza policzków, i cały czas powtarzała w myśli mantrę: „Nie uciekaj wzrokiem, nie odwracaj głowy. Nie uciekaj wzrokiem, nie odwracaj głowy!”.

Uspokajał się bardzo powoli, a kiedy przestał się w końcu śmiać, wciąż patrzył na nią z życzliwą radością.

– Chodź tu. – Wyciągnął do niej jedną rękę, drugą wycierał mokre policzki. – No chodź, kochanie. Starczy tych wygłupów.

– To nie są wygłupy. Ja naprawdę odchodzę. – Stała nieruchomo, jakby ją ktoś przyspawał do grubego puchatego dywanu.

– Melodramat jakiś obejrzałaś? Czy czytałaś kolejną głupią książkę? – Spojrzenie Pawła nie traciło pobłażliwej łagodności. – Chyba jakiegoś cenzora będę tu musiał zatrudnić. No chodźże!

Przez ułamek sekundy chciała podejść i chwycić wciąż wyciągniętą rękę, bo zaświtało jej, że może jednak w końcu coś zrozumiał i zmieni się z powrotem w czułego rycerza sprzed lat. Ale na szczęście przerobiła taką wersję w wyobraźni i zakazała sobie w nią wierzyć.

„Nie uciekaj wzrokiem, nie odwracaj głowy, nie daj się nabrać” – rozszerzyła swoją mantrę. Zdążyła powtórzyć ją chyba ze dwadzieścia razy, zanim się odezwał.

– Słyszysz, co mówię? – Jego wzrok przestał być życzliwy i łagodny, z twarzy zniknęły wszelkie ślady niedawnego rozbawienia. – Przestań się zachowywać jak głupia idiotka i przestań mnie wkurzać!

– Bo co? Uderzysz mnie? – Zaczepnie wysunęła głowę do przodu i wykrzywiła się złośliwie.

– Nie. – Wzruszył ramionami. – Wywalę cię stąd na zbity pysk, po prostu! Chodź tu!!! – Zastukał w oparcie fotela gestem, jakim przywołuje się psa.

– Nie musisz. Sama się stąd wywalę na zbity pysk. Mogłam to zrobić, kiedy byłeś poza domem, ale to nie byłoby fair. Chciałam ci przedtem powiedzieć, że kiedyś naprawdę cię kochałam i czułam się kochana. I chciałam ci za to podziękować, bo…

– Jak ja uwielbiam to wasze babskie pieprzenie!!! Gdzie ty chcesz iść?! Pod most?! Zdychać z głodu?!

– Pracuję i zarabiam.

– No zaje-kurwa-bista praca! Z usmarkanymi bachorami za dwa tysiaki miesięcznie! To ja ci gratuluję z całego serca takiej przyszłości! Za co będziesz kupowała te wszystkie szmaty i świecidełka, bez których nie umiesz żyć?! Dupą zaczniesz zarabiać? A może już masz jakiegoś alfonsa?!

– Nie dogadamy się. – Wiktoria wzruszyła ramionami i oderwała wreszcie stopy od puchatego dywanu. Ruszyła do przedpokoju, gdzie w ogromnej zabudowanej lustrami wnęce od rana stała spakowana mała czerwona walizka.

Zanim przekroczyła próg salonu, poczuła stalowy uścisk dwóch rąk na swoich ramionach. Zalała ją fala panicznego strachu przed pięściami Pawła.

– Chcesz?! To idź w cholerę! – Odwrócił ją tak, że widziała jego zionącą wściekłością twarz z odległości kilku centymetrów i poczuła na policzkach krople jego śliny. – Ale niczego stąd nie weźmiesz, rozumiesz? Niczego! Spalę te twoje szmaty! Biednym rozdam, a ty będziesz goła chodziła i żebrała o kawałek chleba!!!

„Nie uciekaj wzrokiem, nie odwracaj głowy” – powtarzała w duchu.

– Kim byś była, głupia pusta babo, gdyby nie ja?! Zerem! Zwykłym szarym zerem!!! Wszystko ci dałem! Wszystko miałaś, ale jak nie potrafisz tego docenić, to się wynoś! Tak jak stoisz! W jednych gaciach i w jednej sukience!

– Dobrze. Wszystko ci zostawiam – szepnęła. – Puść mnie, to boli…

Starała się uwolnić ramiona z imadeł jego wielkich łap, ale zacisnął je jeszcze mocniej. Była pewna, że zaraz zacznie bić. Pocieszała się, że to już ostatni raz.

Nie uderzył, ale pchnął tak mocno, że ledwo zachowała równowagę. Odwróciła się i bez pośpiechu otworzyła szafę.

– Zabieram tylko swoje osobiste rzeczy. – Wyjęła małą jaskrawą walizeczkę, postawiła ją przy wieszaku i sięgnęła po płaszcz. Starała się zachować spokój i nie prowokować go ani słowami, ani zbyt gwałtownymi ruchami. Bóg jeden wiedział, ile ten spokój ją kosztował. Modliła się teraz do Niego żarliwie, żeby Paweł pozwolił jej wyjść z domu i nie zabrał walizki. Celowo wybrała najmniejszą, jaką miała, taką, którą można było zabierać na pokład samolotu jako bagaż podręczny.

Udało się. Wprawdzie obrzucił ją stekiem wyzwisk za wcześniejsze perfidne przygotowanie się do wyprowadzki i schowanie walizki w szafie, ale zawartość czerwonego maleństwa zupełnie go nie interesowała.

Nabrała pewności siebie i nawet chciała coś powiedzieć, ale bała się, że wtedy w końcu się doigra. Poza tym co by jej dało to mówienie? Przecież nie miała zamiaru niczego naprawiać, chciała tylko uciec.

– Wynocha!!! – krzyknął ile sił w płucach, stojąc w otwartych na oścież drzwiach i machając ponaglająco ręką. – Wynoś się, niewdzięczna suko! Życie mi zmarnowałaś! Jeszcze będziesz mnie przepraszać i błagać, żebym cię z powrotem wpuścił! Jeszcze będziesz skowyczała na wycieraczce!!!

Zatrzaśnięte drzwi omal nie wypadły z futryny. Utrzymał je chyba tylko system sztab i przemyślnych bolców antywłamaniowych, w które zostały uzbrojone przez zapobiegliwego producenta.

 

Wiktoria stała lekko oszołomiona pośrodku cichej podmiejskiej ulicy, zaciskając dłoń na uchwycie walizki. Czyli to już? Koniec? Już po wszystkim?

Jeśli tak, to poszło dużo łatwiej, niż się spodziewała. Była pewna, że zanim ciężkie dębowe drzwi się za nią zatrzasną, dostanie kilka ciosów i dorobi się kilku siniaków, które będzie przynajmniej przez godzinę starannie pokrywać fluidem, a dopiero potem zadzwoni po taksówkę. Tymczasem była cała i zdrowa, a jedyne, co musiała zrobić, to uciec jak najszybciej i jak najdalej.

Sięgnęła do torebki, wyciągnęła telefon i wybrała numer firmy, która znała ten adres na pamięć, bo obsługiwała wszystkich gości i znajomych Pawła. Kierowcy bili się o te zlecenia, wiedząc, że każdy zabierany stąd pasażer da napiwek równy kwocie z taksometru.

– Oder-Taxi. Dobry wieczór. Czym możemy służyć?

– Niczym. Przepraszam, pomyłka. – Szybko nacisnęła czerwoną słuchawkę, bo zdecydowała, że jak koniec, to koniec! Ze wszystkim! Z tą zaprzyjaźnioną firmą też!

Długo szukała w pamięci namiaru na jakąkolwiek inną korporację. Nie dała rady, chociaż widziała tyle reklam taksówek. Wiedziała, że przewijają się w nich sekwencje cyfr: ósemki… dziewiątki… trójki…? Bezskutecznie próbowała dodzwonić się na wymyślane z tych cyfr numery i w końcu się poddała. Postanowiła, że skontaktuje się z siostrą.

– Cześć Mela! – Starała się, żeby jej głos brzmiał beztrosko. – Możesz podać mi jakiś namiar na taryfę? Pustkę mam kompletną w głowie i lekko jestem jeszcze zszokowana. Odeszłam od niego…

– Wika! Czyś ty zwariowała?! Ustaliłyśmy, że nie zrobisz tego sama. Czemu nie zadzwoniłaś po mnie?! Żyjesz?

– Żyję. A w zasadzie dopiero mam zamiar zacząć żyć. I wolałam załatwić to sama… Różnie mogło być… Daj mi namiar na taryfę, to zaraz u ciebie będę i wszystko opowiem. – Wiktoria wciąż nie dowierzała, że za chwilę wtuli się w siostrę i wypłacze.

– Ten świr mógł cię zabić… Głupia ryzykantka z ciebie. Kretynka skończona!

– Byłoby miło, gdyby już nikt mnie nie wyzywał od głupich i od kretynek. Limit obelg na dziś został wyczerpany. Dasz mi wreszcie numer do jakiejś firmy taksówkowej czy mam pieszo iść na drugi koniec miasta?!

– Przepraszam – powiedziała Amelia już dużo łagodniej. – Nie dzwoń po żadną taksówkę. Zaraz cię sama zabiorę, tylko powiedz, gdzie przyjechać.

– Nie trzeba. Po co się będziesz tłukła taki kawał…

– Bo lubię się tłuc! Gadam z tobą, ale już jestem w samochodzie, więc nie kłóć się z siostrą! Tym bardziej że jestem starsza.

– Czekam zatem grzecznie na drodze wyjazdowej z osiedla. Będę siedziała na ławeczce z walizką na kolanach, jak Ania z Zielonego Wzgórza na peronie w Avonlea. – Czuła, że wpada w chorobliwą wesołość, zupełnie jak Paweł kilkanaście minut temu, kiedy powiedziała, że odchodzi. Może to zaraźliwe? – Słyszysz, jak łomoczę butami, pędząc do ciebie? Dobrze, że mam płaskie podeszwy, bo obcasy to bym na bank złamała. Mela, zabierz mnie stąd!!! – krzyknęła tak głośno, że kilka ptaków poderwało się z okolicznych zadbanych ogrodów, a kilka firanek w oknach odchyliło się dyskretnie.

– Jadę, Wikuś, już jadę! Muszę się rozłączyć, bo mnie zaraz jakiś gliniarz złapie. Nie ruszaj się z wyjazdówki! A ten psychopata mi cię stamtąd nie zabierze? Może wyjdź gdzieś dalej…

– Nie! – Wiktoria swoim głośnym śmiechem ponownie spłoszyła stado ptaków i uruchomiła firanki w oknach. – On teraz będzie siedział w domu i niecierpliwie oczekiwał mojego skomlenia na wycieraczce.

– Jesteś pewna? – zapytała Amelia i posłała współużytkownikowi szczecińskich szos soczyste przekleństwo. – No słyszałaś?! Jakiś chłop mnie bezczelnie obtrąbił!

– Pewnie pierwszeństwo wymusiłaś. Jak zwykle…

– Co za czasy! Żeby facet miał pierwszeństwo! Oto jest cena, jaką płacimy za feminizm…

– Rozłącz się, bo zaraz zapłacisz nie tylko za feminizm.

– Dobra, no to dozo, jak mawia moje dziecko. Bez odbioru.

– Dozo! – Wiktoria schowała telefon i żwawym krokiem ruszyła w kierunku drogi.

Czekając na siostrę, smakowała z rozkoszą zapomniane już uczucia: radość, wolność i poczucie bezpieczeństwa. Wolała, przynajmniej chwilowo, nie zadręczać się pytaniami, dlaczego tak długo zwlekała z tą decyzją i dlaczego pozwalała się tak traktować. Fachowe podręczniki i poradniki psychologiczne mają na to swoje logiczne wyjaśnienia i jej motywy niewątpliwie idealnie się w nie wpasowywały. Objawy się w każdym razie zgadzały…