Wieża pragnień

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wieża pragnień
Wieża pragnień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 12,98  10,38 
Wieża pragnień
Wieża pragnień
Audiobook
Czyta Artur Ziajkiewicz
7,99  5,68 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Iwona Surmik

Wieża pragnień

Saga

Wieża pragnień

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 0, 2021 Iwona Surmik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726891485

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

WIEŻA PRAGNIEŃ

Równina wokół Pelandoru usłana była trupami. Z niektórych ciał sterczały strzały lub włócznie, inne stratowano końskimi kopytami, ale większość zwłok wydawała się nienaruszona. Wiejący od gór wiatr szarpał odzienia i rozwiewał włosy, odsłaniając twarze zmarłych, ukazuwał dziwacznie wykręcone członki. Oczy trupów były nienaturalnie wytrzeszczone, usta rozwarte do krzyku, a w zaciśniętych dłoniach zamiast oręża można było dostrzec strzępy ubrań, wyrwane włosy, kępy wyschniętej trawy. Polegli wyglądali jakby zmarli nie w bitwie, lecz ze strachu. Ponad tym przerażającym pobojowiskiem unosiły się chmary ptactwa, obrzydliwie skrzeczące, gotujące się na ucztę.

Mimo tysięcy zabitych Pelandor zdobyto, a z jego obrońców nikt nie pozostał żywy. Dumni zwycięzcy przechadzali się wzdłuż poszczerbionych murów, spoglądali na fasadę zamku i świeżo zatknięty na blankach proporzec. Przemierzali zasypane gruzem ulice, place i ogrody ze strzaskanymi fontannami. Ciała poległych jeszcze nie zdążyły ostygnąć, zdeptana ziemia nie wchłonęła ich krwi, domy płonęły, a oni już snuli plany odbudowy i uczynienia z Pelandoru swojej stolicy, symbolu nowego porządku.

Wśród tych zgliszcz tylko jedna budowla pozostała nienaruszona. Była to strzelista, kamienna wieża, ustawiona w pewnej odległości od zamku. Ku niej właśnie podążył młody człowiek ubrany w szarą szatę. Nikt nie zauważył jego odejścia, nie zawrócił ani nie poszedł za nim, więc młodzieniec stanął samotnie naprzeciw iglicy.

Z bliska wyglądała jakby wyciosano ją z jednego skalnego bloku, pozbawiona była drzwi i okien. W wypolerowanej, kamiennej powierzchni wyraziście odbijała się sylwetka krążącego wokół. Odbicie było tak wierne, że młody mężczyzna z niedowierzaniem dotknął gładkiej ściany. Kiedy lustrzana powierzchnia zarysowała się, ukazując drzwi, pchnął je bez namysłu i wszedł do ciemnego przedsionka.

Zbroja

Komnata na szczycie wieży zdawała się być pozbawiona ścian. Miała drewnianą, wyłożoną kobiercem podłogę i zawieszony nad nią belkowany sufit, ale przestrzeń pomiędzy nimi była pustką. Kunsztownie tkany arras zawieszony był w próżni, a ciężkie, rzeźbione meble stały na skraju przepaści. Wystarczyło jednak wyciągnąć dłoń, by poczuć pod palcami idealnie przezroczystą i gładką powierzchnię. Poprzez nią widać było całą okolicę: fasadę zamku, mury obronne, równinę i las, aż do skalistych pagórków odcinających się szaro od pobielonych śniegiem drzew.

Spokojny, nieruchomy krajobraz powoli roztapiał się w mroku, gdy nagle zaszła w nim zmiana. Na szczycie burego wzgórza pojawiła się ledwo widoczna plamka.

Znużony obserwator ożywił się. Chwilę jeszcze patrzył na odległy punkcik, uśmiechając się i zacierając dłonie, a potem podszedł do lustra ustawionego pod niewidoczną ścianą. Wyciągnął rękę i dotknął zmatowiałej powierzchni. Jego zamglone odbicie zafalowało i zniknęło, a w gładkiej tafli odbiły się kolory zachodzącego słońca.

* * *

Gian wjechał na wzgórze i rozejrzał się wokół. Powietrze było przejrzyste, takie jakie bywa w mroźny, zimowy dzień. Barwy zachodu słońca lśniły niczym tęcza, załamywały się na konturach lasu, pagórków i dolin, uwypuklały cienie na widocznych na wschodzie murach Pelandoru. Zabarwione światło sączyło się przez okna zamku, sprawiając wrażenie obserwujących otoczenie źrenic. Jeździec niemal czuł, jak ten wzrok skupia się na nim, a czujne spojrzenie przewierca go na wylot. Wzdrygnął się i zwrócił oczy na wieżę stojącą w oddaleniu od głównego budynku. Była ciemna i ponura; martwy, kamienny blok, niby palec wycelowany oskarżycielsko w kolorowe niebo. Jakby na przekór tej martwocie unosiła się nad nim smużka dymu.

Słońce powoli chowało się za horyzontem, a feeria fioletów, czerwieni i żółci przygasała, zamieniając się w czerń nocy. Pelandor rozpływał się w tej czerni, by po chwili stopić się z nią w jedno. Jeździec zawrócił i zjechał ze wzgórza do upatrzonej wcześniej kotliny, by spędzić tam noc. Rankiem znów ruszył na wschód.

Podróżował od wielu dni. Ciepła, zimowa odzież była brudna i zniszczona, twarz nosiła ślady trudów i zmęczenia nieustanną czujnością, a wierzchowiec miał zapadnięte boki. Mimo to Gian nie tracił czasu na dłuższy wypoczynek ani gorący posiłek. Jedyną zwłoką, na którą sobie pozwolił było polowanie. Musiał mieć świeże mięso. Przez cały ten czas wrażenie, że jest obserwowany, nie znikało, a im bliżej był celu, stawało się coraz bardziej natrętne.

Pelandor pojawiał się przed nim, kiedy pokonywał kolejny wzgórek i znikał, gdy zjeżdżał w dolinę, ale jeździec wiedział, że zamek czeka na niego, nieruchomy i niezmienny, jednaki od setek lat.

Nim zjechał z ostatniego wzgórza i pozostawił za sobą oszronione drzewa, słońce minęło zenit i powoli rozpoczęło swoją wędrówkę ku zachodowi. Przed nim rozciągała się równina. Koń zarżał i zatańczył nerwowo, gdy silną ręką pokierował go na jałową glebę.

Równina Kości otaczała zamek ze wszystkich stron, niczym zaklęte koło. Mimo, że wszystko wokół pokrywał śnieg, tu ziemia była sucha i pozbawiona życia, nie rosła na niej najmniejsza roślina, jej wnętrza nie spulchniały najpodlejsze robaki, a deszcz i śnieg wysychały na powierzchni, nie przenikając w głąb. Im dalej posuwał się jeździec, tym otoczenie stawało się bardziej przerażające. Pomiędzy spękanymi grudami widać było bielejące kości czaszek śledzące go pustymi oczodołami, a powietrze, ciężkie i nieruchome, zdawało się pełne bitewnych odgłosów. Gian mógłby przysiąc, że słyszy świst strzał, bojowe okrzyki i gardłowo wywrzaskiwane rozkazy. W miarę zbliżania się do zamku, w tym ledwie słyszalnym szumie, coraz więcej było bólu i żałości, niż bitewnego zapału.

Jechał otoczony odgłosami dawno rozegranej walki, z włosami zjeżonymi ze strachu, z sercem ściśniętym żalem tych, co umarli. Kiedy wreszcie zatrzymał się za murami, wszystko ucichło. Zsiadł z konia i ruszył na dziedziniec.

Dopiero z bliska widać było, że to nie pełen życia zamek, lecz ruiny, tak samo martwe jak równina. W opasujących je murach widoczne były wyłomy, na kamieniach, niczym świeże rany, wyraźnie odznaczały się rysy po grotach strzał, a oparzeliny od ognia ciemniały sadzą, jakby bitwa o Pelandor rozegrała się ledwie wczoraj, a nie przeszło pięć wieków wcześniej. Kiedy Gian spoglądał na twierdzę wczorajszego wieczora, zdawało mu się, że zamek przetrwał nietknięty, teraz przekonał się, że z okazałego budynku pozostała tylko frontowa ściana, strasząca pustymi oczodołami okien, z wejściem prowadzącym donikąd.

Błąkając się pomiędzy ruinami, natrafił na miejsce, które niegdyś musiało być ogrodem. Kamyki wyznaczały ścieżki, a wzdłuż nich stały kamienne ławy. Wstrząsnął nim widok drzew, szarych jak ziemia i jak ona martwych. Trwały, dając świadectwo, że niegdyś toczyło się tu życie.

Wyszedł z ogrodu i skierował się ku wieży. Tylko ona naprawdę była taka, jaką widział ją z oddali – ciemna i groźna, ale i w niej było coś z majestatycznego piękna, które można było dostrzec w fasadzie zamku. Zbudowano ją z czarnego kamienia wypolerowanego tak, że mężczyzna ujrzał w nim własne odbicie. Zafascynowany gładkością budulca zdjął rękawicę i nagą dłonią dotknął swego lustrzanego wizerunku.

... w palcach poczuł mrowienie, jak gdyby poruszył nie martwe głazy, lecz żywe, czujące ciało. W umyśle uformował mu się obraz Elaine. Czuł ciepło jej skóry: miękkiej i jedwabistej. Dłonie mu zwilgotniały, oddech przyspieszył, mięśnie napięły...

Siedzącego przed lustrem obserwatora przeszedł dreszcz, kiedy odczuł siłę pożądania tulącego się do kamiennych ścian rycerza. Poczuł, jak w żyłach krew zaczyna tętnić w dawno zapomnianym rytmie, a ciało drży w oczekiwaniu. Kradł cudze pragnienia, rozkoszując się ich siłą, pozwalając, by napełniały go nową energią. Pustka, która nastąpiła, kiedy przybysz cofnął dłoń, przyprawiła go kolejny dreszcz, ale te parę chwil bezpośredniego kontaktu wystarczyło, by zatęsknił za obecnością drugiego człowieka. Otworzył drzwi.

* * *

Twarz Giana płonęła ze wstydu i upokorzenia, ciało wibrowało podnieceniem. Patrzył oszołomiony na gładką taflę kamienia, nie pojmując, co mu się przytrafiło. Mimo determinacji, która popchnęła go do tej szalonej wyprawy, gotów był zawrócić, opuścić to martwe, przeklęte miejsce, kiedy w lustrzanej powierzchni wieży, ukazało się wejście. Gapił się na szczelinę, którą przesączało się światło, nie dowierzając zmysłom. Wreszcie ubrał rękawicę i ostrożnie popchnął drzwi. Były prawdziwe. Przekroczył je i znalazł się w malutkim, widnym przedsionku. Wokół stojącego na środku filara wiły się schody. Kiedy postawił nogę na pierwszym stopniu wejście zniknęło, a światło zgasło. Cofnął się, ale ciemność nie ustąpiła, a ściana znów była tylko gładkim kamieniem.

Wspinał się, stukając mieczem w kolejne stopnie. Choć z zewnątrz wieża nie wydawała się wysoka, idąc wciąż w górę i w górę miał wrażenie, że całe lata pełznie po schodach, niczym robak przemierzający podziemne korytarze. Nim stanął na podeście kończącym schody oddychał głośno i ciężko, a łydki drżały mu z wysiłku.

 

Kolejne drzwi uchyliły się zachęcająco, wszedł więc zdecydowanie i zatrzymał się, osłupiałym wzrokiem wodząc po niezwykłym wnętrzu. Poraził go widok zawieszonego w powietrzu arrasu i powały, która powinna runąć mu na głowę. Gdzieś na skraju świadomości błysnęła myśl, że wszak znajduje się we wnętrzu wieży, a brak ścian jest tylko iluzją, sztuczką mającą go otumanić i przestraszyć. Mimo to bał się poruszyć, uczynić choćby najmniejszy krok ku przepaści. Na samą myśl o tym zakręciło mu się w głowie. Opuścił miecz i wsparł się, mocno zaciskając palce na karbowanej rękojeści. To przywróciło mu odrobinę równowagi.

Słońce jeszcze nie zaszło i oświetlało wykonane z ciemnego drewna meble, ukazując misterne rzeźbienia w kształcie liści i kwiatów, jakich Gian wcześniej nie widział. Były równie niezwykłe jak te, które dostrzegł na wyblakłym gobelinie i rozłożonym na podłodze kobiercu. Obudowane szarymi kamieniami palenisko migotało języczkami ognia, a w komnacie panował zaduch nigdy nie wietrzonego pomieszczenia.

Umknęła mu chwila, kiedy zza wysokiego oparcia stojącego tyłem krzesła wysunęła się drobna postać i stanęła na wprost niego. Zaskoczony, oślepiony płomieniami rycerz wziął ją za gnoma, taka była mała i pokraczna. Dopiero po chwili zorientował się, że to nie baśniowy potworek, lecz człowiek, staruszek o dłoniach z powykręcanymi ze starości palcami, łysej czaszce i twarzy pooranej głębokimi zmarszczkami. Wydał się Gianowi tak stary, że aż odrażający, niczym żywy trup. Jednak w tej wiekowej fizjonomii tkwiły zadziwiająco przenikliwe oczy o przekrwionych białkach.

– W..., witaj – wyjąkał rycerz, czując jak pod tym spojrzeniem wilgotnieją mu dłonie.

– Dawaj mięso – zaskrzeczał staruch i wyciągnął kościstą rękę.

– Tyś jest mag Ala..., Alaukadus?

– Tak, tak – zniecierpliwił się starzec. – Pokaż mięso.

Rycerz sięgnął do przewieszonej przez ramię sakwy i wyciągnął dwa zające i bażanta ze zwisającym smętnie pokrwawionym ogonem, plon rannego polowania.

Mag zatarł dłonie i mlasnął.

– Pieczyste, zupa i gulasz – zagulgotał, śliniąc się obficie. – Nie stój tak, bierz się do roboty.

Gian nie ruszył się z miejsca, czując, jak powracają zawroty głowy. Mocniej zacisnął dłonie na mieczu.

– Ściany... Gdzie się podziały ściany? – wychrypiał.

Alaukadus zaniósł się niesamowitym, skrzekliwym śmiechem i wykonał nieznaczny gest palcami. W miejscu, gdzie przedtem była tylko pustka, pojawił się gładko wypolerowany kamień. Gian poczuł się pewniej, kiedy sufit wsparł się na solidnej podporze ścian, a meble zajęły kąty. Blask ognia odbijał się w lustrzanej powierzchni i oświetlał teraz pomieszczenie łagodnym, rozproszonym światłem.

– Zadowolonyś? To rusz się nareszcie – pogonił go mag.

Gian skubał, patroszył, mieszał w garnkach niczym kuchcik i czuł coraz większą złość. Zaciskał zęby, żeby mu się nie wyrwało jakieś nieopatrzne słowo, które rozwścieczy maga. Kiedy posiłek był wreszcie gotów, jadł bez apetytu. Teraz on nie spuszczał oczu z Alaukadausa. Patrzył, jak mieli bezzębnymi dziąsłami kawałki mięsa, jak siorbie zupę, nie zważając na spływające mu po brodzie i plamiące ubranie strużki śliny.

– Czym się żywisz, skoro mięso przynoszą ci tylko goście? – zapytał i odwrócił wzrok. Nie mógł dłużej znieść odpychającego widoku.

Mag beknął głośno i wepchnął do ust obśliniony kawałek mięsa, który spadł na talerz.

– Tym – wybełkotał, wskazując leżące na stole suchary. – Spróbuj.

Rycerz wziął kawałek i ostrożnie posmakował. Na języku poczuł kruchość delikatnego pieczywa, lepkość miodu i słodycz owoców.

– Dobre – pochwalił i zjadł następnego.

– Ja też tak myślałem. Kiedyś – wzruszył ramionami mag.

Otarł usta rękawem, odsunął talerz z resztkami, znowu beknął i spojrzał na Giana.

– Opowiedz, co sprawiło, że odważyłeś się wstąpić na Równinę Kości i odwiedzić to przeklęte miasto umarłych – zagaił.

Teraz, kiedy przyszedł długo oczekiwany moment, rycerzowi nagle zabrakło słów. Trudno mu było podzielić się swymi uczuciami z tym odrażającym staruchem. Ciągle się zastanawiał, kiedy poczuł na przegubie szponiastą dłoń maga.

– Nie brak ci chyba odwagi? Mów – usłyszał.

Wzdrygnął się, ledwo znosząc ten zimny i wilgotny dotyk.

Jesteś głupcem, skarcił się w duchu i zaczął mówić. Opowiadał krótkimi zdaniami, przerywał i milkł w nieoczekiwanych momentach, nie śmiejąc podnieść oczu na starca.

– Wyruszam na wojnę... Zima ustępuje, wiosną Darlyk roześle wici. Jestem wojownikiem, rycerzem. Walczyć u boku króla to moja powinność i mój honor. Nie boję śmierci... Kanatia każdego weźmie do swoich ogrodów, a lepiej zginąć na polu bitwy, niż gnić w łożu, we własnych szczynach... Rzekłem, że nie boję śmierci i tak jest naprawdę..., ale widzisz... ja nie chcę, nie mogę zginąć na tej wojnie. Nie teraz... Muszę żyć, dla niej! Nie śmiej się, magu! Na bogów, nie śmiej się! Nie znasz mojej Elaine, nigdy nie widziałeś jej wabiącej postaci, słodkiej twarzy, nie słyszałeś głosu... Długo się o nią starałem... Nie jestem chudopachołkiem i mam pozycję na dworze, ale rodziciele nie chcieli mi jej dać za żonę, bo... popędliwy jestem i w pojedynkach albo i zwykłych burdach niemało łbów poszczerbiłem. Kawalerski żywot wiodłem i dziewek z daleka też nie omijałem... A ona to wypieszczona jedynaczka, delikatna jak kwiat... Przekonałem ich nareszcie i zaślubiny jesienią się odbyły. Teraz Elaine nareszcie moja! I brzemienna jest, latem będzie rodzić. Całym sercem ją miłuję, dobrze nam razem. Na wojnę iść muszę i walczyć dla króla, ale przysięgę sobie i jej złożyłem, że żywym powrócę... O tobie powiadają, żeś mag na świecie największy. Uczyń jakieś czary albo eliksiru mi zadaj, żebyśmy się mogli jeszcze spotkać...

Mag słuchał z przymkniętymi oczami. Uczucia targające rycerzem zalewały go niczym fale. Czuł prawdę zawartą w każdym słowie, doświadczał żaru miłości, rozkoszy spełnienia i niewyobrażalnego gniewu, żalu i strachu – nie o siebie, lecz o kobietę, którą będzie musiał opuścić, może na zawsze.

Gian wstał i gwałtownie przerwał tę grabież. Alaukadus patrzył, jak rycerz przechadza się niecierpliwie wzdłuż stołu, nerwowo przygryza wąsy i machinalnie bawi się sprzączkami pasa. Naładowany był emocjami, o jakich on, największy mag Nowego Świata, mógł tylko marzyć. Jego egzystencja była równie jałowa, jak ziemia wokół wieży. Owładnęła nim zazdrość i żal za życiem, które dobrowolnie porzucił.

– I cóż, magu? Pomożesz mi?

Głos Giana był jak nieprzyjemny zgrzyt: schrypnięty z podniecenia, przepełniony prośbą i nadzieją.

Alaukadus zamyślił się.

– Nie znam ani eliksiru, ani czaru, który na dłużej ochroniłby cię przed niespodziewaną śmiercią – powiedział w końcu i całym sobą poczuł rozczarowanie rycerza. To nieprzyjemne uczucie wstrząsnęło nim równie mocno jak pożądanie, zniecierpliwienie, gniew. – Ale jest pewien artefakt, pozostałość po... nich – dodał, ściszając głos.

Eksplozja nadziei była równie silna, jak przedtem wszechogarniająca beznadziejność. Zgasłe oczy Giana nabrały blasku, a ruchy żywości.

– A więc jest szansa! Gotów jestem na wszystko! Zapłacę, ile chcesz! – wykrzykiwał nieskładnie.

– To nie kwestia ceny, rycerzu – zmitygował go mag.

– Więc czego?

– Badałem pozostałości po Najstarszych i wiem jedno: rzadko która rzecz jest tym, czym się wydaje.

– Nie rozumiem.

– To prawda, nie rozumiesz – mruknął Alaukadus bardziej do siebie niż do Giana. – Jesteś młody, zapalczywy i widzisz tylko cel, który chcesz osiągnąć, bez względu na cenę jaką przyjdzie ci zapłacić. Nie, ty nie rozumiesz...

– I nie chcę rozumieć! – krzyknął Gian – Co ty, stary, możesz wiedzieć o moich pragnieniach... Czy kochałeś kiedy tak gorąco, żeś gotów był poświęcić wszystko, byle tylko być z umiłowaną? Troszczyć się o nią, dawać miłość... I nie dbać o cenę – dokończył łamiącym się głosem.

Mag poruszył się niespokojnie, otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Zacisnął zęby i wstał.

– Chodź ze mną.

Poprowadził go po kręconych schodach aż do podziemi wieży. W migotliwym blasku pochodni przemierzali kolejne sale, niektóre puste, inne po sufit wypełnione beczkami, skrzyniami, omszałymi butlami albo zagracone retortami i probówkami. Gdzieś niedaleko słychać było szum wody z podziemnego źródła. Zatrzymali się wreszcie w pomieszczeniu mniejszym od innych. Po kątach i u powały zwieszały się olbrzymie pajęczyny, a stojące pod ścianami kufry pokryte były grubą warstwą kurzu.

– Niczego nie dotykaj – ostrzegł go mag, podchodząc do pierwszej z brzegu paki. Otworzył ją, przerzucił kilka przedmiotów i ponownie zamknął.

– Nie ten, nie ten – mamrotał, przeszukując kolejne. – O, tu jest...

Wyjął coś i z hukiem zatrzasnął wieko.

Gianowi zdawało się, że starzec obejmuje powietrze, bo choć wysilał wzrok nie potrafił niczego dostrzec. Alaukadus na widok jego miny zaniósł się śmiechem.

– Weź garść piachu i sypnij tutaj.

Rycerz posłusznie rzucił ziemią zebraną z podłogi. Osadzone na przeźroczystym materiale drobinki uwidoczniły trzymany przez maga przedmiot. To była zbroja, przejrzysta, jakby wykuta ze szkła.

– Ten pancerz, to jedyne co mogę ci ofiarować. Nie przebije go żadna strzała, nie przetnie miecz. Jeśli naprawdę tego chcesz, jeśli twoja miłość aż tyle warta, załóż ją na gołe ciało. I nie bacz na cenę...

Gian nagle poczuł, jak lodowate zimno spływa mu wzdłuż kręgosłupa i lokuje się w żołądku. Zacisnął szczęki by powstrzymać ich drżenie i rozebrał się pośpiesznie. Mag ostrożnie, z namaszczeniem zaczął mocować poszczególne części pancerza, przecierając je wcześniej połą szaty.

Rycerz od dziecka przywykł do ciężaru kolczego pancerza, ale ta zbroja była inna. Jej fragmenty łączyły się, nie pozostawiając najmniejszej szczeliny. Była bardzo lekka i zdawała się dopasowywać do jego sylwetki, nie uwierając przy tym.

– Bez ochrony pozostaje tylko krocze i twarz – tłumaczył mu Alaukadus, kiedy w rękach pozostała mu ostatnia część. – Ten hełm nie ma przyłbicy. Jesteś gotów?

Gian skinął głową i poczuł na swym czole kościste dłonie starca.

– Skończone – sapnął mag.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?