Agent Fundacji

Tekst
Z serii: s-f
Z serii: Fundacja #9
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Agent Fundacji
Agent Fundacji
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,80  62,24 
Agent Fundacji
Audio
Agent Fundacji
Audiobook
Czyta Jacek Rozenek
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: Foundation’s Edge


Copyright ©  1982 by Nightfall, Inc.

All rights reserved


This translation published by arrangement with DOUBLEDAY, a division of Random House, Inc.


Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2013


Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.


Redaktor serii: Piotr Hermanowski


Redaktor: Błażej Kemnitz


Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński


Ilustracja na okładce

© John Harris


Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Agent Fundacji, wyd. II poprawione, dodruk, Poznań 2010)


ISBN 978-83-7818-217-7


Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@com.pl

www.rebis.com.pl


Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Betty Prashker, która się domagała, i dla Lestera del Reya, który wiercił dziurę w brzuchu



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Pierwsze Imperium Galaktyczne chyliło się ku upadkowi. Rozsypywało się już od wieluset lat, ale tylko jeden człowiek zdawał sobie z tego w pełni sprawę.

Człowiekiem tym był Hari Seldon, ostatni wielki uczony Pierwszego Imperium. Seldon stworzył i wzniósł na najwyższy poziom rozwoju psychohistorię – naukę o ludzkich zachowaniach sprowadzonych do równań matematycznych.

Jednostka jest nieobliczalna, ale – jak odkrył Seldon – reakcje wielkich zbiorowisk są przewidywalne, gdyż można je ująć statystycznie. Im większe zbiorowisko, tym większa dokładność takich wyliczeń. A zbiorowisko, którym zajmował się Seldon, obejmowało ludność wszystkich zamieszkanych światów w Galaktyce. Były ich miliony.

Na podstawie swoich obliczeń Seldon doszedł do wniosku, że pozostawione same sobie, Imperium runie i że minie trzydzieści tysięcy lat, nim na jego gruzach powstanie Drugie Imperium. Gdyby wszakże udało się odpowiednio zmienić niektóre czynniki, okres tego interregnum można by skrócić do jednego zaledwie tysiąclecia.

W tym właśnie celu Seldon założył dwie kolonie naukowców, które nazwał Fundacjami. Zgodnie ze starannie obmyślonym planem umieścił je „na przeciwnych krańcach Galaktyki”. Powstaniu Pierwszej Fundacji, której mieszkańcy koncentrowali się na naukach fizycznych, towarzyszył wielki rozgłos i zainteresowanie środków masowego przekazu. Istnienie Drugiej Fundacji, świata psychohistoryków i mentalistów, spowite było tajemnicą.

Fundacja, Fundacja i Imperium oraz Druga Fundacja opowiadają o czterech pierwszych wiekach interregnum. Pierwsza Fundacja (zwana po prostu Fundacją, jako że o istnieniu drugiej nie wiedział prawie nikt) zaczynała jako niewielka społeczność rzucona w pustkę galaktycznych Peryferii. Co pewien czas stawała ona w obliczu kryzysu spowodowanego czynnikami społecznymi i gospodarczymi, który groził jej unicestwieniem. Podczas każdego z nich jej swoboda działania była tak ograniczona, że istniała tylko jedna droga wyjścia. Kiedy Fundacja wkraczała na tę drogę, otwierały się przed nią nowe horyzonty i perspektywy rozwoju. Wszystko to zaplanował od dawna już nieżyjący Hari Seldon.

Pierwsza Fundacja, dysponując nieporównanie bardziej rozwiniętą nauką, zapanowała nad otaczającymi ją barbarzyńskimi planetami. Stawiła czoło wojowniczym władcom, którzy oderwali się od dogorywającego Imperium, i pokonała ich. Za czasów ostatniego silnego imperatora stawiła czoło resztkom samego Imperium i pokonała je.

Wydawało się, że Plan Seldona działa sprawnie i że nic nie powstrzyma Fundacji od ustanowienia we właściwym czasie – w minimalnie zniszczonej Galaktyce – Drugiego Imperium.

Ale psychohistoria jest nauką statystyczną. Zawsze istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że coś potoczy się wbrew przewidywaniom. I rzeczywiście, stało się coś, czego Hari Seldon nie był w stanie przewidzieć. Pojawił się nie wiadomo skąd jeden tylko człowiek, mutant. Człowiek ów, znany pod przydomkiem Muł, posiadał niezwykłą zdolność kształtowania uczuć innych ludzi i kierowania ich umysłami. Swych najzagorzalszych wrogów zmieniał w całkowicie oddane sobie sługi. Nie mogła mu nic zrobić żadna armia. Ugięła się przed nim i padła Pierwsza Fundacja, i wydawało się, że Plan Seldona legł w gruzach.

Pozostała tajemnicza Druga Fundacja, którą zupełnie zaskoczyło nagłe pojawienie się Muła, ale która zaczęła stopniowo przygotowywać się do kontrataku. Była w o tyle dobrej sytuacji, że nikt nie znał jej położenia. Muł szukał jej, aby zakończyć dzieło podboju Galaktyki. Uchodźcy z Pierwszej Fundacji szukali jej, aby uzyskać pomoc.

Nie znalazł jej jednak ani Muł, ani wierni swej ojczyźnie uchodźcy. Muła udało się powstrzymać na krótko Baycie Darell. Dzięki temu Druga Fundacja zyskała dość czasu, aby przygotować się i powstrzymać go ostatecznie. Potem powoli przystąpiła do odbudowy Planu Seldona.

To wszystko spowodowało jednak, że Pierwsza Fundacja zdała sobie sprawę z istnienia Drugiej. Jej obywatelom nie odpowiadała wizja przyszłości, w której byliby nadzorowani przez mentalistów. Pierwsza Fundacja była największą fizyczną potęgą w Galaktyce, Drugiej krępowało ruchy nie tylko to, ale również jej podwójne zadanie: musiała powstrzymać Pierwszą Fundację, ale też odzyskać dawną anonimowość. Udało jej się to pod przywództwem największego z Pierwszych Mówców, Preema Palvera, który upozorował zwycięstwo Pierwszej, a zagładę Drugiej Fundacji. Pierwsza Fundacja, zupełnie nieświadoma faktu, że Druga nadal istnieje, rosła coraz bardziej w siłę.

Minęło właśnie czterysta dziewięćdziesiąt osiem lat od założenia Pierwszej Fundacji. Jest ona u szczytu swej potęgi, ale znalazł się człowiek, który nie daje się zwieść pozorom…

Rozdział 1
Radny

1

– Oczywiście nie wierzę w to – rzekł Golan Trevize, stojąc na szerokich schodach wiodących do Gmachu Seldona i spoglądając na lśniące w słońcu miasto.

Terminus miał łagodny klimat, a wody zajmowały na nim, w porównaniu z lądem, stosunkowo dużą powierzchnię. Wprowadzenie regulacji pogody sprawiło, że stał się jeszcze przyjemniejszym niż przedtem, lecz – zdaniem Trevizego – znacznie mniej ciekawym miejscem.

– Absolutnie nie wierzę – powtórzył i uśmiechnął się, błyskając równymi, białymi zębami.

Jego towarzysz i kolega z rady Munn Li Compor, który – wbrew panującym na Terminusie zwyczajom – używał dwóch imion, pokręcił z dezaprobatą głową.

– W co nie wierzysz? Że ocaliliśmy miasto?

– Ależ skąd! W to wierzę. Przecież zrobiliśmy to, prawda? A Seldon stwierdził, że to właściwe posunięcie i że o tym, że tak postąpiliśmy, wiedział już pięćset lat temu.

Compor zniżył głos prawie do szeptu.

– Słuchaj, mnie możesz mówić takie rzeczy, bo traktuję to jako zwykłe gadanie, ale jeśli będziesz rozpowiadał o tym wszem i wobec, to powiem szczerze, nie chcę być blisko ciebie, kiedy spadnie cios. Nie jestem po prostu pewien, czy będzie wystarczająco precyzyjny.

Trevize nie przestał się uśmiechać.

– Czy mówienie o tym, że miasto zostało ocalone, to szkodliwa działalność? – rzekł. – Albo o tym, że udało się to osiągnąć bez wojny?

– Nie było z kim jej toczyć – powiedział Compor. Miał włosy żółte jak masło, a oczy niebieskie jak niebo i stale kusiło go, aby zmienić te niemodne kolory.

– Nie słyszałeś nigdy o wojnie domowej? – spytał Trevize. Był wysokim mężczyzną o czarnych, lekko falujących włosach i miał zwyczaj chodzić z kciukami zatkniętymi za pas z miękkiej tkaniny, który stanowił nieodłączną część jego stroju.

– Wojna domowa z powodu sporów o lokalizację stolicy?

– Niewiele brakowało, żeby te spory doprowadziły do kryzysu Seldona. Zniszczyły karierę polityczną Hannisa, a ciebie i mnie wyniosły podczas ostatnich wyborów do rady. Ta sprawa ważyła się na… – Pokiwał powoli dłonią w przód i w tył, naśladując ruchy wskazówki wagi wychylającej się to w jedną, to w drugą stronę pod wpływem równo obciążonych szalek.

Zatrzymał się w połowie schodów, nie zwracając uwagi na innych członków rządu i przedstawicieli środków masowego przekazu oraz ludzi z towarzystwa, którzy w sobie tylko wiadomy sposób zdobyli zaproszenia na uroczystość powrotu Seldona, a w każdym razie jego holograficznej podobizny.

Wszyscy oni schodzili teraz po schodach, rozmawiając głośno, śmiejąc się, podziwiając dokładność wszystkich prognoz i pławiąc się z rozkoszą w słowach aprobaty, które usłyszeli od Seldona.

Trevize stał i czekał, aż minie go kłębiący się tłum. Compor zrobił dwa kroki, ale zatrzymał się, jakby łączyła go z Trevizem niewidzialna nić.

– Nie idziesz? – spytał.

– Nie ma pośpiechu. Posiedzenie nie zacznie się, póki pani burmistrz nie naświetli sytuacji w swój monotonny, powolny i nudny sposób. Wcale mi się nie spieszy, żeby wysłuchać jeszcze jednego nudnego przemówienia… Popatrz lepiej na miasto.

– Widzę je. Wczoraj też widziałem.

– A widziałeś je pięćset lat temu, kiedy powstawało?

 

– Czterysta dziewięćdziesiąt osiem – poprawił go odruchowo Compor. – Za dwa lata będziemy świętowali pięćsetlecie, a burmistrz Branno będzie nadal sprawowała swój urząd, stawiając czoło wypadkom o mniejszym, miejmy nadzieję, stopniu prawdopodobieństwa.

– Miejmy nadzieję – powtórzył sucho Trevize. – Ale jak tu wszystko wyglądało pięćset lat temu? Przecież wtedy istniało tylko to jedno miasto! Jedna mieścina, zamieszkana przez grupę ludzi przygotowujących Encyklopedię, która nigdy nie została ukończona.

– Została.

– Masz na myśli obecną Encyklopedię Galaktyczną? To nie jest to, nad czym oni pracowali. Nasza tkwi w całości w komputerze i jest codziennie poprawiana i uzupełniana. Widziałeś kiedy nie dokończony oryginał?

– Ten w Muzeum Hardina?

– W Muzeum Początków im. Salvora Hardina, skoro tak dbasz o szczegóły. Widziałeś ją?

– Nie. A powinienem?

– Skądże, nie warto. Ale tak czy inaczej, ta grupka Encyklopedystów stworzyła zalążek naszego miasta, małą, mizerną mieścinę na planecie absolutnie pozbawionej metali, krążącej wokół słońca odizolowanego od reszty Galaktyki, na samym jej skraju. A teraz, po pięciuset latach, jesteśmy światem willowym. Całe to miejsce to jeden wielki park. Metalu mamy, ile chcemy. I jesteśmy w centrum wszystkich wydarzeń.

– Niezupełnie – odparł Compor. – Nadal krążymy wokół słońca odizolowanego od reszty Galaktyki. I nadal znajdujemy się na jej skraju.

– Mówisz bez zastanowienia. O to właśnie chodziło w tym małym kryzysie Seldona. Nie jesteśmy już samotnym Terminusem. Jesteśmy Fundacją, która obejmuje swoimi wpływami całą Galaktykę i która rządzi nią z jej skraju. A może to robić właśnie dlatego, że nie jest odizolowana od reszty w niczym z wyjątkiem położenia, co się nie liczy.

– W porządku. Zgadzam się. – Compor był wyraźnie znudzony tą rozmową. Zszedł o stopień niżej. Niewidoczna nić napięła się jeszcze bardziej.

Trevize wyciągnął rękę, jakby chciał z powrotem wciągnąć przyjaciela na schody.

– Nie widzisz, jak ogromne konsekwencje ma ta zmiana, Compor? Przecież my jej nie akceptujemy. W głębi duszy pragniemy powrotu do starej, małej Fundacji, do spraw jednego świata, do dawnych czasów herosów ze stali i szlachetnych świętych, które bezpowrotnie minęły.

– No dalej, mów, o co chodzi!

– Właśnie o to. Popatrz choćby na Gmach Seldona. Podczas pierwszych kryzysów, za Salvora Hardina, była tu po prostu Krypta Czasu, mała salka, w której pojawiał się hologram Seldona. To było wszystko. A co mamy teraz? Potężne mauzoleum. Może prowadzi do niego pochylnia oparta na polu siłowym? Albo chodnik ślizgowy? A może winda grawitacyjna? Nic z tych rzeczy. Tylko schody, po których wspinamy się, jakbyśmy żyli w czasach Hardina. Tyle że wtedy nie było tych schodów. W ciężkich chwilach szukamy otuchy i pomocy w przeszłości. – Wyciągnął gwałtownie rękę. – Czy w całej tej konstrukcji widzisz choć jeden metalowy element? Nie ma ani jednego! A dlaczego? Bo w czasach Hardina miejscowego metalu nie było wcale, a importowanego tyle co nic. Użyliśmy nawet do budowy tak wiekowego, różowego ze starości plastyku, że turyści z innych światów zatrzymują się ze zdumieniem i wołają: „Na Galaktykę! Jaki cudny stary plastyk!” Wiesz, co ci powiem, Compor? To oszustwo.

– I właśnie w to nie wierzysz? W autentyczność Gmachu Seldona?

– I we wszystko, co w nim jest – syknął Trevize. – Nie wierzę, że ukrywanie się tu, na skraju wszechświata, ma sens tylko dlatego, że tak robili nasi przodkowie. Uważam, że nasze miejsce jest tam, w centrum Galaktyki.

– Ale Seldon uważa, że jesteś w błędzie. Jego plan rozwija się tak, jak powinien.

– Wiem, wiem. Każde dziecko na Terminusie jest wychowywane w wierze, że Hari Seldon stworzył Plan, że pięćset lat temu przewidział wszystko, że założył tę Fundację tak, by móc niezawodnie przewidzieć kryzysy, że jego hologram będzie się ukazywał podczas tych kryzysów, przekazywał nam minimum wiedzy niezbędne do przetrwania i tak prowadził nas przez tysiąc lat, aż w końcu zbudujemy na gruzach starego, zmurszałego Imperium, które zaczęło się chwiać pięćset lat temu, a ostatecznie runęło przed dwustu, potężniejsze Drugie Imperium Galaktyczne.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz, Golan?

– Dlatego, że to oszustwo. To wszystko oszustwo! Nawet jeśli na początku było tak naprawdę, teraz jest to już oszustwo. Nie jesteśmy panami naszych poczynań. To nie my wcielamy Plan w życie.

Compor spojrzał na niego badawczo.

– Mówiłeś to już nie raz, Golan, ale zawsze myślałem, że żartujesz. Ale teraz, na Galaktykę, myślę, że mówisz poważnie.

– Oczywiście, że mówię poważnie.

– Niemożliwe. Albo to jakiś skomplikowany kawał, albo zwariowałeś.

– Ani jedno, ani drugie – rzekł Trevize. Uspokoił się już i zatknął swym zwyczajem kciuki za pas, jakby nie potrzebował dłużej rąk dla podkreślania swych uczuć. – Przyznaję, że już wcześniej myślałem o tym, ale była to tylko intuicja. Dopiero ta dzisiejsza farsa spowodowała, że nagle wszystko sobie jasno uświadomiłem. I teraz zamierzam przedstawić to równie jasno całej radzie.

– Jesteś szalony! – powiedział Compor.

– Tak? No to chodź ze mną i posłuchaj.

Zeszli ze schodów. Byli ostatnimi, którzy opuszczali to miejsce. Kiedy Trevize wysunął się nieco do przodu, Compor poruszył bezgłośnie ustami, rzucając w ślad za nim: „Głupiec!”

2

Burmistrz Harla Branno przywołała do porządku zebranych na sesji członków Rady Wykonawczej. Patrzyła bez zainteresowania na salę, ale nikt nie wątpił, że dokładnie odnotowała wszystkich obecnych i tych, którzy jeszcze nie przybyli.

Jej siwe włosy były starannie ułożone w stylu, który nie był ani wyraźnie kobiecy, ani męski. Był to po prostu sposób, w jaki się czesała, nic więcej. Jej rzeczowa twarz nie wyróżniała się pięknem, ale piękno jakoś nie było tym, czego szukano w jej twarzy. Była najzdolniejszym administratorem na planecie. Nikt nie posądzał jej o bystrość Salvora Hardina czy Hobera Mallowa, których rządy ożywiały historię pierwszych dwu stuleci istnienia Fundacji, ale też nikt nie mógł jej zarzucić żadnego z szaleństw dziedzicznych burmistrzów Indburów, którzy rządzili Fundacją tuż przed nastaniem Muła.

Jej przemówienia nie poruszały umysłów, nie miała też daru wykonywania dramatycznych gestów, posiadała za to umiejętność podejmowania cichych decyzji i upierania się przy nich tak długo, jak długo była przekonana o swej racji. Nie miała charyzmy, ale miała talent przekonywania wyborców do tych właśnie cichych decyzji.

Ponieważ na mocy doktryny Seldona bieg historii bardzo trudno odwrócić (chyba że, o czym większość seldonistów – mimo przykrego incydentu z Mułem – zapomina, mamy do czynienia z czymś nieprzewidywalnym), Terminus mógł pozostać stolicą Fundacji bez względu na okoliczności. Była to jednak tylko możliwość. Seldon, podczas swej dopiero co zakończonej wizyty pod postacią pięćsetletniego hologramu, ocenił spokojnie prawdopodobieństwo pozostania stolicy na Terminusie na 87,2 procent.

Niemniej jednak nawet dla seldonistów oznaczało to, że prawdopodobieństwo przeniesienia stolicy w jakieś miejsce bliższe centrum Federacji Fundacyjnej, z wszystkimi strasznymi, zarysowanymi przez Seldona konsekwencjami takiego posunięcia, wynosiło 12,8 procent. Nie stało się tak z pewnością tylko dzięki pani burmistrz Branno.

Było pewne, że nigdy by do tego nie dopuściła. Mimo okresów spadku popularności trwała niezłomnie na stanowisku, że Terminus, który był od początku siedzibą Fundacji, powinien nią pozostać. Przeciwnicy polityczni przedstawiali w karykaturach jej wydatną szczękę (dość udatnie, trzeba przyznać) jako grożący osunięciem granitowy blok.

I oto teraz Seldon poparł jej punkt widzenia, co – przynajmniej w tej chwili – dawało jej miażdżącą przewagę nad przeciwnikami. Mówiono, że przed rokiem wyznała, iż jeśli Seldon następnym razem poprze ją, to uzna, że wypełniła swe zadanie, i wycofa się z czynnego życia, kontentując się rolą zasłużonego polityka i nie ryzykując sławy, którą mogłaby utracić w dalszych walkach politycznych.

Prawdę mówiąc, nikt w to nie wierzył. Walka polityczna była jej żywiołem i teraz, kiedy pojawił się i zniknął hologram Seldona, nic nie wskazywało na to, że zamierza się wycofać.

Mówiła czystym głosem, nie starając się ukryć swego fundacyjnego akcentu (była niegdyś ambasadorem na Mandress, ale nie przyswoiła sobie starego, imperialnego sposobu mówienia, który był teraz tak modny i łączył się nierozerwalnie z quasi-imperialnymi ciągotami ku wewnętrznym prowincjom).

– Kryzys Seldona został zażegnany. Zgodnie ze starą, dobrą tradycją nie będziemy stosowali żadnych represji wobec tych, którzy opowiedzieli się po przeciwnej stronie. Nie będziemy ich także piętnować w oczach opinii publicznej. Wielu ludzi chciało tego, czego nie chciał Seldon, lecz działali w dobrej wierze. Nie ma sensu wypominać im błędów, gdyż broniąc swego dobrego imienia, mogliby się posunąć nawet do zakwestionowania całego Planu Seldona. Mamy w zwyczaju, że strona, która przegrała, przyjmuje swoją porażkę ze spokojem i bez dalszych, zbędnych dyskusji. A zatem zarówno my, jak i nasi niedawni przeciwnicy, uważamy sprawę za zamkniętą. – Przerwała na chwilę, popatrzyła po twarzach zebranych i podjęła: – Minęło już pięćset lat, panowie radni, połowa czasu, który oddziela dwa Imperia. Był to trudny okres, ale zrobiliśmy dużo. Już teraz jesteśmy niemal Imperium Galaktycznym i nie mamy poważnych wrogów zewnętrznych. Gdyby nie Plan Seldona, interregnum trwałoby trzydzieści tysięcy lat. Być może po trzydziestu tysiącach lat nie byłoby już w Galaktyce siły zdolnej stworzyć nowe Imperium. Być może składałaby się ona tylko z odizolowanych od siebie i ginących światów. Wszystko, co osiągnęliśmy, zawdzięczamy Hariemu Seldonowi i dalej musimy na nim polegać. Teraz, panowie radni, prawdziwe zagrożenie dla Planu stanowimy my sami. Dlatego od tej pory nie może być żadnych publicznych zastrzeżeń co do jego wartości. Umówmy się, że poczynając od dzisiaj, nikt nie będzie oficjalnie podawał Planu w wątpliwość, krytykował go czy potępiał. Musimy przyjmować go bez zastrzeżeń. Jego słuszności dowiodło minione pięćset lat. Ma on zapewnić bezpieczną przyszłość rodzajowi ludzkiemu i nie możemy dopuścić do żadnych zmian czy odstępstw od niego. Zgadzacie się ze mną?

Odpowiedział jej cichy pomruk. Nie musiała rozglądać się po sali, by szukać wyraźniejszych dowodów aprobaty. Znała każdego członka rady i wiedziała, jak zareaguje. Teraz, w chwili jej tryumfu, nikt nie odważy się sprzeciwić. Może za rok, ale nie teraz. A tym, co będzie za rok, będzie się przejmowała za rok.

Z tym, że zawsze…

– Czyżby kontrola myśli, pani burmistrz? – spytał Golan Trevize, schodząc wielkimi krokami między rzędami foteli i mówiąc donośnym głosem, jakby starał się zrekompensować w ten sposób milczenie pozostałych. Nie spojrzał nawet w stronę swego miejsca, które – jako że był nowym członkiem rady – znajdowało się w tylnych rzędach.

Branno nadal nie podnosiła głowy.

– Jak pan to ocenia, radny Trevize? – spytała.

– Moim zdaniem, rząd nie może znieść wolności słowa, każdy obywatel – a więc oczywiście także radny czy radna, którzy zostali wybrani specjalnie w tym celu – ma prawo dyskutować na temat aktualnych wydarzeń politycznych, a żadnego wydarzenia politycznego nie sposób rozpatrywać w oderwaniu od Planu Seldona.

Branno założyła ręce na piersi i podniosła głowę. Z jej twarzy nie można było nic wyczytać.

– Radny Trevize – powiedziała – zabrał pan głos w tej debacie z naruszeniem regulaminu i porządku obrad. Ponieważ jednak prosiłam, by przedstawił pan swój punkt widzenia, odpowiem panu teraz. Nie ma żadnych ograniczeń wypowiedzi dotyczących Planu Seldona. To po prostu Plan, z samej swej istoty, ogranicza nas. Zanim hologram Seldona podejmie ostateczną decyzję, można interpretować zdarzenia na wiele sposobów, ale z chwilą gdy decyzja ta już zapada, jej zasadność nie może być kwestionowana na posiedzeniach rady. Nie może też być kwestionowana z góry wypowiedziami typu: „Gdyby Seldon powiedział tak i tak, to myliłby się”.

– A gdyby ktoś rzeczywiście tak uważał, pani burmistrz?

– To mógłby dać temu wyraz jako osoba prywatna, omawiając tę sprawę w prywatnym gronie.

– Zatem ograniczenia wolności słowa, które pani proponuje, mają dotyczyć tylko i wyłącznie członków rządu.

– Tak. To nie jest żadna nowość w systemie prawnym Fundacji. Ta zasada była już stosowana przez burmistrzów, i to wywodzących się z różnych partii. Prywatny punkt widzenia jest bez znaczenia, natomiast opinia wyrażona oficjalnie ma swą wagę i może być niebezpieczna. Nie po to osiągnęliśmy tyle, żeby teraz narażać się na ryzyko przegranej.

– Pragnę zauważyć, pani burmistrz, że zasada, o której pani wspomniała, była stosowana, i to nadzwyczaj rzadko, w odniesieniu do konkretnych uchwał rady. Nigdy natomiast nie zastosowano jej do czegoś tak ogólnego i nieokreślonego jak Plan Seldona.

 

– Plan Seldona wymaga szczególnej ochrony, ponieważ kwestionowanie jego rozstrzygnięć może być szczególnie niebezpieczne.

– Czy nie uważa pani… – Trevize odwrócił się, kierując tym razem słowa do członków rady, którzy wstrzymali oddech, jak gdyby czekali na wynik pojedynku. – Czy nie uważacie, panie i panowie, że mamy wszelkie powody sądzić, że w ogóle nie ma żadnego Planu Seldona?

– Dzisiaj byliśmy wszyscy świadkami jego działania – rzekła burmistrz Branno, której spokój zdawał się wzrastać, w miarę jak Trevizego ogarniał zapał krasomówczy.

– Właśnie dlatego, panie i panowie, że widzieliśmy dzisiaj jego działanie, możemy stwierdzić, że Plan Seldona, w jaki nauczono nas wierzyć, nie może istnieć.

– Radny Trevize, łamie pan porządek obrad. Proszę zakończyć te wywody.

– Mam do tego prawo z racji mojej funkcji, pani burmistrz.

– Prawo to zostaje niniejszym zawieszone.

– Nie może go pani zawiesić. Pani oświadczenie ograniczające wolność słowa nie ma mocy prawnej. Nie zostało przegłosowane przez radę, a nawet gdyby zostało, miałbym prawo zakwestionować jego prawomocność.

– To zawieszenie, panie radny, nie ma nic wspólnego z moim oświadczeniem dotyczącym ochrony Planu Seldona.

– Na czym wobec tego się zasadza?

– Oskarżam pana o zdradę, panie radny. Ze względu na radę nie chcę, żeby aresztowano pana w sali posiedzeń, ale za drzwiami czekają ludzie z Urzędu Bezpieczeństwa, którzy doprowadzą pana wprost do aresztu. Proszę teraz, żeby spokojnie opuścił pan salę. Jeśli wykona pan jakiś podejrzany ruch, oczywiście zostanie to potraktowane jako bezpośrednie zagrożenie i funkcjonariusze wkroczą na salę. Wierzę, że postara się pan, by do tego nie doszło.

Trevize zmarszczył czoło. W sali panowała zupełna cisza. (Czy ktokolwiek – ktokolwiek z wyjątkiem jego i Compora – spodziewał się tego?) Spojrzał na drzwi. Nic nie zauważył, ale nie miał wątpliwości, że burmistrz Branno nie blefuje.

– Re… reprezentuję ważny okręg wyborczy, pani burmistrz – wykrztusił z wściekłością.

– Nie wątpię, że zawiodą się na panu.

– Na jakiej podstawie wnosi pani to szalone oskarżenie?

– To się okaże we właściwym czasie, ale mogę pana zapewnić, że mamy wszystko, czego potrzebujemy. Jest pan bardzo nierozważny, młodzieńcze. Powinien pan sobie uświadomić, że ktoś może być pańskim przyjacielem, ale nie na tyle, żeby zostać pańskim wspólnikiem w dziele zdrady.

Trevize gwałtownie odwrócił się i spojrzał w niebieskie oczy Compora. Ich spojrzenie było twarde jak kamień.

Burmistrz Branno powiedziała spokojnie:

– Wzywam wszystkich na świadków, że po moim ostatnim zdaniu radny Trevize odwrócił się i spojrzał na radnego Compora. Wyjdzie pan sam, panie radny, czy chce pan nas zmusić do nietaktu wobec rady i aresztowania pana w sali posiedzeń?

Golan Trevize odwrócił się i wszedł na schody prowadzące do wyjścia. Za drzwiami stanęło po jego bokach dwóch dobrze uzbrojonych ludzi w mundurach.

Harla Branno odprowadziła go wzrokiem i syknęła przez zaciśnięte zęby: Głupiec!