Fundacja

Tekst
Z serii: s-f
Z serii: Fundacja #6
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Fundacja
Fundacja
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Fundacja
Fundacja
Audiobook
Czyta Jacek Rozenek
34,90  25,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

  Rozdział I Psychohistorycy

  Rozdział II Encyklopedyści

  Rozdział III Burmistrzowie

  Rozdział IV Handlarze

  Rozdział V Magnaci handlowi

  Przypisy

Tytuł oryginału: Foundation

Copyright © 1951 by Isaac Asimov.

This translation published by arrangement with DOUBLEDAY, a division of Random House, Inc.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2013

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana

zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor serii: Piotr Hermanowski

Redaktor tego wydania: Błażej Kemnitz

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Jacek Pietrzyński

Ilustracja na okładce

© John Harris

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Fundacja, wyd. III poprawione, dodruk, Poznań 2013)

ISBN 978-83-7818-214-6

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział I Psychohistorycy

HARI SELDON – (…) Urodzony w 11988 roku ery galaktycznej, zmarł w roku 12069. Licząc w latach obecnej ery fundacyjnej, życie jego przypada na okres od 79 do 1 roku e.f. Pochodził ze średnio zamożnej rodziny osiadłej na Helikonie w Sektorze Arktura (gdzie – według legendy wątpliwej autentyczności – jego ojciec uprawiał tytoń na plantacjach hydroponicznych). Wcześnie zaczął wykazywać zdumiewające zdolności matematyczne. Zachowało się wiele anegdot na ten temat, niektóre z nich przeczą sobie nawzajem. Powiada się, że w wieku dwu lat (…)

Niewątpliwie największy wkład wniósł do psychohistorii. Zastał niewiele więcej niż luźny zbiór aksjomatów; gdy odchodził, była to już rozwinięta nauka statystyczna (…)

Spośród zachowanych do naszych czasów źródeł dostarczających szczegółów z jego życia najbardziej wiarygodna jest biografia pióra Gaala Dornicka, który poznał Seldona w czasach swej młodości. Było to na dwa lata przed śmiercią wielkiego matematyka. Historia tego spotkania (…)

Encyklopedia Galaktyczna1

1

Gaal Dornick był chłopcem z prowincji, który nigdy jeszcze nie widział Trantora. To znaczy, nie widział go na żywo. Widywał go bowiem wiele razy na hiperwideo, a niekiedy także w ogromnych trójwymiarowych wydaniach dziennika z okazji koronacji lub otwarcia posiedzenia Rady Galaktycznej. Tak więc, mimo że dotychczas nie wychylił nosa poza Synnax, planetę krążącą wokół jednej z gwiazd na krańcach Niebieskiego Dryfu, nie był bynajmniej odcięty od cywilizacji. W tamtych czasach nie było takiego miejsca w całej Galaktyce.

Istniało wówczas w Galaktyce prawie dwadzieścia pięć milionów zamieszkanych planet, a wśród nich ani jednej niezależnej od Imperium, którego stolicą był Trantor. Było to ostatnie półwiecze jego potęgi.

Podróż ta była momentem przełomowym w życiu młodego naukowca. Gaal bywał już w przestrzeni i sam fakt, że ponownie się w niej znalazł, nie miał dla niego większego znaczenia. Po prawdzie dotychczas nie zapuszczał się dalej niż na jedynego satelitę Synnaxa, gdzie zbierał dane dotyczące mechaniki meteorów potrzebne mu do rozprawy naukowej, ale wszystkie podróże kosmiczne były do siebie podobne, bez względu na to, czy prowadziły do miejsc oddalonych o pół miliona mil czy o pół miliona lat świetlnych. Przygotował się tylko nieco na skok przez nadprzestrzeń – manewr nie stosowany w zwykłych lotach międzyplanetarnych. Skok był i prawdopodobnie na zawsze pozostanie jedyną praktyczną metodą komunikacji międzygwiezdnych. Podróż przez zwykłą przestrzeń nie mogła się odbywać z prędkością większą od prędkości światła (była to jedna z niewielu prawd naukowych poznanych już u zarania ludzkich dziejów), a to oznaczało, że nawet wędrówka między sąsiednimi zamieszkanymi systemami musiałaby trwać długie lata. W nadprzestrzeni, tym niewyobrażalnym obszarze, który nie był przestrzenią ani czasem, materią ani energią, bytem ani niebytem, można było przemierzyć całą Galaktykę między dwoma ułamkami czasu.

Gaal czekał na pierwszy skok z lekkim niepokojem czającym się gdzieś na dnie żołądka. Wszystko odbyło się jednak tak szybko, że ledwie zdążył to sobie uświadomić. Był to nieznaczny wstrząs, jakby ledwo wyczuwalne wewnętrzne szarpnięcie. I nic więcej.

A potem był już tylko statek, potężny i lśniący – wytwór dwunastu tysięcy lat rozwoju Imperium – i on sam, Gaal, ze świeżo uzyskanym doktoratem z matematyki i zaproszeniem od wielkiego Hariego Seldona w kieszeni. Leciał na Trantora, aby wziąć udział w wielkim i zasnutym mgłą tajemnicy Projekcie Seldona.

Rozczarowany skokiem, po którym tyle sobie obiecywał, Gaal czekał już tylko na widok Trantora. Zachodził często do pokoju widokowego. Stalowe osłony okien rozsuwały się w zapowiedzianych momentach i Dornick zawsze był wtedy na miejscu, patrząc na zimne lśnienie planet i podziwiając niewiarygodny, mglisty rój gwiazd unoszący się w przestrzeni niczym wielka, zastygła w ruchu chmura świetlików. W pewnej chwili pojawiła się za oknem, niby struga mleka, gazowa mgławica odległa o pięć lat świetlnych od statku, napełniając pomieszczenie lodowatym blaskiem i znikając dwie godziny później, podczas następnego skoku.

Kiedy słońce Trantora znalazło się po raz pierwszy w polu widzenia, było zaledwie małym białym punkcikiem zagubionym pośród miliona innych. Gdyby nie wskazał go ktoś z załogi statku, nikt nie zdołałby go rozpoznać. W centrum Galaktyki było aż gęsto od gwiazd. Ale z każdym skokiem ów punkt świecił coraz silniej, gasząc swym blaskiem inne i usuwając je w cień.

Przechodzący oficer powiedział:

– Pokój widokowy będzie zamknięty już do końca podróży. Proszę się przygotować do lądowania.

Gaal ruszył za nim i chwyciwszy go za rękaw białego munduru z emblematem Imperium, słońcem i statkiem kosmicznym, zapytał:

– Nie mógłbym tu zostać? Chciałbym zobaczyć Trantora.

Oficer uśmiechnął się i Gaal poczuł, że się rumieni. Uświadomił sobie, że mówi z prowincjonalnym akcentem.

– Rano będziemy już na Trantorze – rzekł oficer.

– Chodzi o to, że chciałbym go zobaczyć z przestrzeni.

– Ach, tak. Niestety, mój chłopcze. Gdyby to był jacht, moglibyśmy to załatwić. Ale opuszczamy się korkociągiem w stronę słońca. Nie chcesz chyba zostać w jednej chwili oślepiony, poparzony i napromieniowany, co?

Gaal odwrócił się, aby odejść. Oficer krzyknął za nim:

– Poza tym, chłopcze, Trantor wydałby ci się tylko szarą, bezkształtną plamą. Możesz sobie zafundować wycieczkę w przestrzeń, kiedy już znajdziemy się na miejscu. Są tanie.

Gaal obejrzał się.

– Bardzo dziękuję – odrzekł.

Czuł się zawiedziony jak dziecko, ale w końcu uczucia takie są równie naturalne u dorosłych, jak u dzieci, i miał wrażenie, że coś dławi go w gardle. Nigdy dotąd nie widział Trantora w całej okazałości i nie przypuszczał, że przyjdzie mu jeszcze na to poczekać.

2

Statek lądował wśród kakofonii dźwięków. Z zewnątrz dobiegał gwizd atmosfery trącej o metal wrzynającego się w nią kadłuba. Słychać było nieustanny warkot aparatury klimatyzacyjnej neutralizującej żar wywołany tarciem i miarowe dudnienie silników hamujących pęd jednostki. W gwar rozmów ludzi zbierających się przy wyjściu wciskał się zgrzyt wind zwożących bagaże, pocztę i pozostały ładunek do pomieszczeń położonych wzdłuż osi statku, skąd to wszystko miało zostać zabrane do luku towarowego.

Gaal poczuł lekkie szarpnięcie, które świadczyło o tym, że statek przestał się poruszać mocą swych maszyn. Już od wielu godzin poddawał się sile przyciągania planety. Tysiące pasażerów siedziało cierpliwie w pomieszczeniach przy wyjściu, które obracając się łagodnie na wytworzonych pod nimi polach siłowych, dostosowywały swoje położenie do ciągle zmieniającego się rozkładu sił grawitacji. Teraz wszyscy tłoczyli się na pochylniach prowadzących do ziejącego w oddali luku.

 

Gaal nie miał dużego bagażu. Stał przy biurku, podczas gdy jego rzeczy zostały szybko i fachowo przejrzane i ponownie złożone. Obejrzano i podstemplowano jego wizę. Na niego samego nikt nie zwrócił uwagi.

To był Trantor! Powietrze wydawało się tu nieco gęstsze, a przyciąganie silniejsze niż na jego ojczystej planecie, ale wiedział, że przyzwyczai się do tego. Zastanawiał się jednak, czy zdoła przywyknąć do widocznej na każdym kroku potęgi Imperium.

Budynek odpraw był olbrzymi. Gaal ledwie dostrzegał jego sklepienie. Oczyma wyobraźni widział tworzące się pod nim obłoki. Nie mógł dojrzeć końca sali, w której się znalazł – jak okiem sięgnąć nic, tylko ludzie i biurka ciągnące się szeregiem aż po zamglony horyzont.

Człowiek przy biurku odezwał się ponownie. W jego głosie brzmiała irytacja:

– Proszę się przesunąć, Dornick. – Musiał raz jeszcze spojrzeć w wizę, aby przypomnieć sobie nazwisko.

Gaal wyjąkał:

– Gdzie… gdzie…

Urzędnik wskazał kciukiem.

– Do postoju taksówek w prawo, a potem trzecia w lewo.

Gaal ruszył, patrząc na jarzące się, zawieszone na niebosiężnej wysokości litery układające się w napis „Taksówki we wszystkich kierunkach”.

Jakaś postać oderwała się od tłumu i zatrzymała się przy biurku, przed którym chwilę wcześniej stał Gaal. Urzędnik podniósł wzrok i nieznacznie skinął głową. Nieznajomy odpowiedział takim samym ruchem i poszedł za młodym przybyszem.

Zdążył akurat na czas, aby usłyszeć, jaki jest cel podróży Dornicka.

Gaal oprzytomniał, gdy na jego drodze wyrosła barierka.

Napis na tabliczce głosił „Dyspozytor”. Człowiek, do którego się odnosił, nie uniósł nawet głowy znad papierów.

– Dokąd? – spytał.

Dornick nie wiedział, co odpowiedzieć, ale wystarczyło kilka sekund wahania, aby za jego plecami utworzyła się długa kolejka.

Dyspozytor podniósł wzrok.

– Dokąd? – spytał ponownie.

Zasoby finansowe Gaala były skromne, ale już nazajutrz miał dostać pracę. Starając się nadać głosowi nonszalancki ton, powiedział:

– Do dobrego hotelu.

Na dyspozytorze nie wywarło to żadnego wrażenia.

– Wszystkie są dobre. No więc, do którego?

– Do najbliższego – odparł zdesperowany młodzieniec.

Dyspozytor nacisnął przycisk. Na podłodze pojawiła się cienka strużka światła, wijąc się wśród mnóstwa innych, które mieniły się wszelkimi możliwymi kolorami w różnych odcieniach. Gaal poczuł, że wciśnięto mu do ręki bilet. Bilet jarzył się słabym światłem.

– Jeden dwadzieścia – powiedział dyspozytor.

Gaal zaczął szperać po kieszeniach w poszukiwaniu monet.

– Gdzie mam iść? – spytał.

– Za światłem. Bilet będzie się świecił tak długo, jak długo będzie pan szedł we właściwym kierunku.

Gaal ruszył. Mijały go setki ludzi. Każdy podążał własnym szlakiem, przeciskając się przez tłum w miejscach, gdzie przecinały się świetliste ścieżki, aby dotrzeć w pożądane miejsce.

Ścieżka Dornicka urwała się. Człowiek w jaskrawym niebiesko-żółtym uniformie z plasto-tkaniny, jakby wprost spod igły, sięgnął po jego dwie walizki.

– Bezpośrednie połączenie z Luxorem – powiedział.

Usłyszał to mężczyzna, który podążał za Gaalem. Usłyszał również jego odpowiedź „Doskonale” i patrzył, jak młodzieniec wsiada do pojazdu o tępo ściętym przodzie.

Taksówka uniosła się pionowo. Gaal wyglądał przez wypukłe okno. Nie potrafił opanować dziwnego uczucia, jakim napełniała go ta niezwykła podróż wewnątrz budynku, i trzymał się kurczowo oparcia fotela kierowcy. Ogromna przestrzeń pod nim ścieśniła się, a ludzie zamienili w biegające bez celu mrówki. Po chwili obraz ten skurczył się jeszcze bardziej i zaczął uciekać do tyłu. Przed nimi wyrosła ściana. Zaczynała się wysoko w powietrzu i ciągnęła w górę, ginąc z pola widzenia. Podziurawiona była jak rzeszoto. Gdy się zbliżyli, dziury okazały się wlotami tuneli. Taksówka podleciała ku jednemu z nich i wkrótce znaleźli się wewnątrz. Gaal przez chwilę zastanawiał się, w jaki sposób jego kierowca odnalazł właściwy otwór.

Wokół panowała ciemność. Raz tylko mignęło za oknem kolorowe światło sygnalizacyjne, które na moment rozproszyło mrok. Świst mknącego pojazdu szczelnie wypełniał tunel. Zwolnili. Gaal pochylił się do przodu, walcząc z siłą, która wciskała go w siedzenie, i wtedy taksówka gwałtownie wystrzeliła z tunelu i osiadła na ziemi.

– Hotel Luxor – oznajmił kierowca. Pomógł Gaalowi wydostać bagaż, przyjął z poważną miną napiwek w wysokości jednej dziesiątej kredyta, zabrał nowego pasażera i wzniósł się w powietrze.

Przez cały ten czas, który upłynął od jego przylotu, Gaal ani przez ułamek sekundy nie widział nieba.

3

TRANTOR – (…) Na początku trzynastego tysiąclecia tendencja ta osiągnęła apogeum. Będąc nieprzerwanie, od setek pokoleń, siedzibą władz Imperium, położony ponadto w centralnym rejonie Galaktyki, pośród gęsto zaludnionych i uprzemysłowionych światów systemu, musiał siłą rzeczy zostać największym i najbogatszym w historii skupiskiem ludzkości.

Nieustannie postępująca urbanizacja osiągnęła w końcu granice rozwoju. Cała powierzchnia Trantora, 75 000 000 mil kwadratowych, stała się jednym wielkim miastem. W szczytowym okresie liczba ludności przekroczyła znacznie czterdzieści miliardów. To gigantyczne skupisko ludzi zajmowało się prawie wyłącznie sprawami administracyjnymi Imperium, a jednak okazało się, że jest to liczba niewspółmiernie mała w stosunku do potrzeb (należy pamiętać, że niemożliwość właściwego zarządzania Imperium Galaktycznym za czasów ostatnich imperatorów stała się jedną z przyczyn Upadku). Dzień w dzień floty liczące dziesiątki tysięcy statków dostarczały całą produkcję dwudziestu rolniczych światów na stoły mieszkańców Trantora (…)

Uzależnienie od dostaw żywności, a właściwie od dostaw wszelkich niezbędnych produktów z innych światów sprawiło, że w razie blokady Trantor musiałby nieuchronnie upaść. W ostatnim tysiącleciu istnienia Imperium niezliczone rebelie coraz wyraźniej uświadamiały kolejnym władcom tę smutną prawdę. Skutkiem tego działalność policji imperialnej została prawie całkowicie ograniczona do ochrony owego czułego punktu Trantora (…)

Encyklopedia Galaktyczna

Gaal nie był pewien, czy świeci słońce, a nawet – prawdę mówiąc – czy jest dzień, czy noc. Wstydził się pytać. Cała planeta wydawała się pokryta metalową skorupą. Posiłek, który właśnie zjadł, nosił co prawda nazwę obiadu, ale było przecież wiele planet, na których układając rytm dnia według tradycyjnych określeń czasowych, nie przywiązywano żadnej wagi do, niewygodnego być może, następstwa dni i nocy. Czasy obrotów poszczególnych planet różniły się, a Gaal nie znał czasu obrotu Trantora.

Na początku pobytu odkrył napisy wskazujące drogę do „pokoju słonecznego”, ale pokój ów okazał się salą przeznaczoną do sztucznego opalania. Posiedział tam chwilę, po czym wrócił do głównego hallu hotelu.

– Gdzie mogę kupić bilet na wycieczkę w przestrzeń? – spytał recepcjonistę.

– Właśnie tu.

– Kiedy się zaczyna?

– Akurat się zaczęła. Następna jutro. Proszę od razu kupić bilet, zarezerwujemy miejsce.

– Och! – westchnął. To będzie za późno. Następnego dnia musiał już być na uniwersytecie. – Nie ma tu jakiejś wieży widokowej albo czegoś w tym rodzaju? – spytał. – Chodzi mi o coś na otwartym powietrzu.

– Ależ oczywiście! Jeśli pan chce, mogę zaraz sprzedać panu bilet. Może lepiej sprawdzę, czy nie pada. – Przekręcił włącznik znajdujący się obok łokcia i popatrzył na litery pojawiające się na matowym ekranie. Gaal czytał razem z nim.

– Pogoda jest dobra – powiedział recepcjonista. – Proszę się zastanowić. Mamy chyba teraz porę suchą. Osobiście nie interesuję się tym, co się dzieje na zewnątrz – dodał. – Ostatni raz byłem tam trzy lata temu. Zobaczy się, wie się, jak jest, i nie ma po co znowu tam wyjeżdżać. Oto pański bilet. Za budynkiem jest specjalna winda. Jest tam tabliczka „Na wieżę”. Wystarczy wsiąść.

Była to winda nowego typu. Poruszała się na zasadzie odpychania grawitacyjnego. Gaal wszedł, za nim wsunęli się inni. Dźwigowy przekręcił włącznik. Przez chwilę, gdy siła przyciągania spadła do zera, Dornick tkwił zawieszony w powietrzu, a potem, w miarę jak winda przyspieszała, wznosząc się, odzyskiwał stopniowo wagę. Winda ponownie zaczęła hamować i podłoga umknęła Gaalowi spod stóp. Bezwiednie krzyknął.

– Stopy pod poręcz! – wrzasnął dźwigowy. – Nie umiesz czytać?

Inni tak właśnie zrobili. Uśmiechali się teraz z wyższością, gdy miotał się, usiłując bezskutecznie zsunąć w dół po ścianie. Ich stopy tkwiły pewnie pod chromowanymi prętami biegnącymi w równych, dwustopowych odstępach w poprzek podłogi. Zauważył te pręty, gdy wchodził, ale nie zainteresował się nimi.

W końcu wysunęła się w jego stronę jakaś ręka i ściągnęła go na dół.

Gdy winda się zatrzymała, wykrztusił słowa podziękowania.

Wyszedł na otwarty taras skąpany w białym, ostrym świetle, które poraziło go. Człowiek, który przed chwilą wyciągnął do niego pomocną dłoń, natychmiast znalazł się za nim.

– Dużo wolnych miejsc – powiedział zachęcającym tonem.

Gaal zawstydził się. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że cały czas gapił się z otwartymi ustami. W końcu odrzekł:

– Na to wygląda.

Ruszył odruchowo w kierunku ławek, ale zatrzymał się w pół drogi.

– Pozwoli pan, że postoję chwilę przy balustradzie? Chcę… chcę trochę popatrzeć.

W odpowiedzi nieznajomy skinął ze zrozumieniem ręką, a Gaal przechylił się przez sięgającą mu do ramion balustradę i pogrążył się w kontemplacji.

W gmatwaninie rozpościerających się wszędzie konstrukcji, będących dziełem ludzkich rąk, nie mógł dojrzeć ziemi. Jak okiem sięgnąć, nic tylko metal i niebo zlewające się na horyzoncie w niemal jednolitą szarość. Wiedział, że tak wygląda cała powierzchnia planety. Wszystko wokół było jak martwe, zastygłe w bezruchu, jedynie w górze, na tle nieba, widać było kilka wolno poruszających się statków spacerowych, ale pod tą metalową skorupą wrzało życie, uwijały się miliardy ludzi.

Oko próżno szukało choćby plamki zieleni. Nie widać było nie tylko zieleni, ale nawet choćby skrawka gołej ziemi. Nigdzie ani śladu życia, oprócz widomych oznak ludzkiej działalności. Gdzieś na tym świecie – przemknęła mu niejasna myśl – otoczony setką mil kwadratowych prawdziwej ziemi, pośród drzew i różnobarwnych kwiatów, wznosi się pałac imperatora, mała wysepka na oceanie stali. Nie było go jednak widać z miejsca, gdzie stał Gaal. Mógł się przecież znajdować dziesięć tysięcy mil dalej.

Trzeba się będzie wkrótce wybrać na wycieczkę w przestrzeń! – postanowił.

Westchnął głęboko i uświadomił sobie ostatecznie z całą wyrazistością, że znalazł się w końcu na Trantorze, planecie, która była centrum Galaktyki i najważniejszym ośrodkiem rodzaju ludzkiego. Nie uświadamiał sobie jej słabości. Nie widział lądujących statków z żywnością. Nie przeczuwał istnienia tej delikatnej żyły łączącej czterdzieści miliardów Trantorczyków z resztą Galaktyki. Zdawał sobie sprawę tylko z tego, że zobaczył największe dzieło człowieka – całkowity i niemal pogardliwy w swej ostateczności podbój świata.

Gdy odchodził od barierki, jego oczy miały trochę nieobecny wyraz. Znajomy z windy wskazał mu miejsce obok siebie. Gaal usiadł.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Jestem Jerril. Pierwszy raz na Trantorze?

– Tak, panie Jerril.

– Tak myślałem. Jerril to moje imię. Trantor dziwnie wpływa na ludzi o poetycznym usposobieniu. Jednak Trantorczycy nigdy tu nie przychodzą. Nie lubią tego. Działa im to na nerwy.

– Działa na nerwy? Aha, mam na imię Gaal. Dlaczego miałoby to działać im na nerwy? To jest wspaniałe!

– To rzecz względna, Gaalu. Jeśli rodzisz się w ciasnej klitce, dzieciństwo spędzasz na korytarzu, pracujesz w małej komórce, a na wakacje jedziesz do zatłoczonego pokoju słonecznego, to taki wypad na otwarte powietrze, gdzie widzisz tylko niebo nad głową, może się skończyć załamaniem nerwowym. Wysyła się tu dzieci, raz na rok, odkąd skończą pięć lat. Nie wiem, czy to ma jakiś sens. Dzieciom to naprawdę nie wystarcza, a w czasie kilku pierwszych pobytów tutaj zawsze wpadają w histerię. Trzeba by zaczynać, gdy tylko odstawi się dziecko od piersi, i taka wycieczka powinna się odbywać co tydzień. Oczywiście, prawdę mówiąc, nie ma to znaczenia – ciągnął. – Czy coś by się stało, gdyby ludzie w ogóle tu nie przychodzili? Są szczęśliwi tam, na dole, i kierują całym Imperium… Jak myślisz, na jakiej jesteśmy wysokości?

 

– Pół mili? – powiedział Gaal, zastanawiając się, czy nie brzmi to naiwnie. Chyba tak było, bo Jerril zachichotał.

– Nie. Tylko pięciuset stóp.

– Co? Przecież winda wiozła nas…

– Tak. Ale większą część tej podróży zajęło nam wydobycie się na poziom gruntu. Budowle Trantora sięgają na milę w głąb planety. Są jak góry lodowe. Dziewięć dziesiątych jest niewidoczne. Na wybrzeżu miasto rozciąga się nawet na kilka mil pod powierzchnią oceanu. Prawdę mówiąc, dotarliśmy tak głęboko, że wykorzystujemy różnicę temperatur między powierzchnią a warstwami położonymi kilka mil niżej do produkcji całej zużywanej przez nas energii. Nie wiedziałeś o tym?

– Nie, myślałem, że korzystacie z elektrowni atomowych.

– Kiedyś korzystaliśmy. Ale tak jest taniej.

– Wyobrażam sobie.

– Co myślisz o tym wszystkim? – spytał Jerril. Znikła gdzieś jego jowialność. Spoglądał podejrzliwie na Gaala, jakby czyhał tylko na jego potknięcie.

Dornick szukał odpowiednich słów.

– To jest wspaniałe – powiedział w końcu.

– Spędzasz tu wakacje? Podróżujesz? Zwiedzasz?

– Niezupełnie. Prawdę mówiąc, zawsze chciałem znaleźć się na Trantorze, ale przyjechałem tu do pracy.

– Ach, tak.

Gaal uważał, że powinien powiedzieć coś więcej.

– Będę pracował na uniwersytecie, w zespole profesora Seldona.

– Seldona Kruka?

– Ależ skąd! Ten, o którym mówię, to Hari Seldon. Psychohistoryk. Nie słyszałem o żadnym Seldonie Kruku.

– To właśnie ten. Nazywają go Krukiem, bo cały czas przepowiada katastrofę. Żargon, rozumiesz…

– Naprawdę? – Gaal był szczerze zdziwiony.

– Przecież musisz o tym wiedzieć. – Jerril już się nie uśmiechał. – Przyjechałeś, żeby pracować dla niego, tak?

– No, tak. Jestem matematykiem. Dlaczego przepowiada katastrofę? Jaką katastrofę?

– No, a jak myślisz?

– Nie mam najmniejszego pojęcia. Czytałem artykuły Seldona i jego współpracowników. Wszystkie dotyczą teorii matematycznych.

– Tak, te, które ogłaszają drukiem.

Gaal wyraźnie się stropił.

– Chyba wrócę już do pokoju – powiedział. – Bardzo się cieszę, że cię poznałem.

Jerril machnął obojętnie ręką na pożegnanie.

W pokoju zastał Gaal oczekującego na niego mężczyznę. Był zbyt zaskoczony, aby wykrztusić „Co pan tutaj robi?”, choć słowa te same cisnęły się na usta. Stał tak dobrą chwilę. Wreszcie mężczyzna podniósł się. Był stary, prawie zupełnie łysy i lekko utykał, ale jego błękitne oczy patrzyły bystro.

– Jestem Hari Seldon – rzekł.

W tej samej chwili Gaal otrząsnął się i skojarzył twarz mężczyzny ze zdjęciami, które widział już tyle razy.

4

PSYCHOHISTORIA – (…) Gaal Dornick, używając niematematycznych pojęć, określił psychohistorię jako gałąź matematyki zajmującą się reakcjami zbiorowisk ludzkich na stałe bodźce ekonomiczne i społeczne (…)

Wszystkie te definicje opierają się na ukrytym założeniu, że zbiorowisko ludzkie będące przedmiotem obserwacji jest na tyle duże, iż można w odniesieniu do niego skutecznie stosować metody statystyczne. Konieczną dla spełnienia tego wymogu liczbę członków zbiorowiska można ustalić za pomocą Pierwszego Twierdzenia Seldona (…) Inny niezbędny warunek wymaga, aby dane zbiorowisko nie zdawało sobie sprawy, że jest obiektem analizy psychohistorycznej, gdyż świadomość tego mogłaby zniekształcić jego reakcje (…)

Wszystkie wartościowe osiągnięcia psychohistorii opierają się na rozwinięciu funkcji Seldona, których właściwości odpowiadają takim siłom społecznym i ekonomicznym jak (…)

Encyklopedia Galaktyczna

– Dzień dobry – powiedział Gaal. – Ja… ja…

– Chcesz powiedzieć, że mieliśmy się spotkać dopiero jutro? W normalnych warunkach tak właśnie by się stało. Jeśli jednak mamy skorzystać z twoich usług, to musimy się spieszyć. Coraz trudniej jest znaleźć nowych pracowników.

– Nie rozumiem pana.

– Rozmawiałeś z kimś na wieży obserwacyjnej, prawda?

– Tak. Ten człowiek ma na imię Jerril. Nic więcej o nim nie wiem.

– Nieważne, jak ma na imię. Jest agentem Komisji Bezpieczeństwa Publicznego. Śledził cię od lotniska.

– Ale dlaczego? Nic z tego nie rozumiem.

– Czy mówił ci coś o mnie?

Gaal zawahał się.

– Nazywał pana Seldonem Krukiem.

– Powiedział, skąd ten przydomek?

– Mówił, że przepowiada pan katastrofę.

– Bo istotnie to robię. Co myślisz o Trantorze?

Wydawało się, że każdy chce znać jego opinię o planecie. Gaal nie potrafił powiedzieć niczego poza jednym słowem.

– Wspaniały.

– Mówisz to bez zastanowienia. A psychohistoria?

– Nie pomyślałem o tym, żeby ją zastosować w tym wypadku.

– Zanim się ze mną rozstaniesz, młody człowieku, stosowanie psychohistorii do analizy wszystkich problemów będzie już dla ciebie czymś oczywistym i naturalnym. Patrz. – Seldon wydobył z sakiewki przy pasie kalkulator. Mówiono, że trzyma go nawet pod poduszką, aby w razie potrzeby był w zasięgu ręki. Szara, polerowana obudowa nosiła ślady częstego używania. Zwinne palce Seldona, poznaczone już starczymi plamkami, poruszały się szybko po plastikowej powierzchni. Na szarym tle zapłonęły czerwone symbole. – To jest obraz stanu Imperium w tej chwili – powiedział. Zamilkł. Czekał.

Wreszcie Gaal przerwał milczenie:

– Oczywiście to nie jest kompletny obraz.

– Nie, nie jest kompletny – odrzekł Seldon. – Cieszę się, że nie wierzysz ślepo moim słowom. Jednak to przybliżenie, które wystarczy, aby wyciągnąć odpowiedni wniosek. Zgadzasz się?

– Pod warunkiem że będę mógł później sprawdzić wyprowadzenie funkcji.

Dornick miał się na baczności, aby nie nadziać się na jakiś haczyk.

– Dobrze. Dodaj do tego znany procent prawdopodobieństwa zamordowania imperatora, rebelii wznieconej przez wicekróla, okresy kryzysu gospodarczego, stale zmniejszający się stopień badań planetarnych…

Seldon wymieniał wciąż nowe czynniki, a ich matematyczne obrazy pojawiały się za kolejnymi naciśnięciami przycisku na ekranie kalkulatora, wzbogacając i zmieniając pierwotną funkcję.

Gaal przerwał mu tylko raz.

– Nie widzę uzasadnienia dla tego przekształcenia zbioru.

Seldon powtórzył działanie, tym razem wolniej.

– Ależ takie operacje są niedopuszczalne w rachunku socjomatematycznym! – zdumiał się Gaal.

– W porządku. Jesteś bystry, ale sporo ci jeszcze brakuje. Akurat w tym przypadku jest to zupełnie dopuszczalne. Zaraz ci to udowodnię.

Trochę to potrwało, ale przy końcu obliczeń Gaal wyznał ze skruchą:

– Tak, teraz rozumiem.

Wreszcie Seldon skończył.

– To jest Trantor za pięćset lat – powiedział. – No i co ty na to? Hę? – Przechylił głowę na bok i czekał.

– Całkowita zagłada! – krzyknął Dornick, nie wierząc własnym oczom. – Ależ… ależ to niemożliwe. Trantor nigdy…

– Powoli, powoli. – Seldon ożywił się, jakby ubyło mu lat. – Widziałeś, w jaki sposób doszedłem do tych wyników. A teraz postaraj się zapomnieć na moment o funkcjach i równaniach i przełóż to na zwykły język.

– W miarę jak Trantor coraz bardziej się specjalizuje, staje się coraz bardziej bezbronny – mówił Gaal. – Ponadto, w miarę jak rośnie jego znaczenie jako centrum administracyjnego Imperium, staje się coraz bardziej łakomym kąskiem. I wreszcie, w miarę jak sprawa następstwa tronu staje się coraz bardziej niepewna, a spory i walki między wielkimi rodami przybierają na sile, znika poczucie odpowiedzialności w społeczeństwie.

– Wystarczy. A jakie jest prawdopodobieństwo całkowitej zagłady w ciągu tych pięciu stuleci?

– Nie potrafię powiedzieć.

– Na pewno potrafisz zróżniczkować pole prawdopodobieństwa.

Gaal zakłopotał się. Seldon nie zaoferował mu swego kalkulatora. Trzymał go z dala od jego oczu. Nie pozostało mu nic innego, jak dokonać obliczeń w pamięci. Liczył tak intensywnie, że aż pot wystąpił mu na czoło.

– Około 85%? – powiedział w końcu.

– Nieźle – stwierdził Seldon, wysuwając dolną wargę – ale niezupełnie dobrze. W rzeczywistości wynosi ono 92,5%.

– I dlatego właśnie nazywają pana Seldonem Krukiem? Nie czytałem nic o tych obliczeniach w gazetach.

– Oczywiście. Tego przecież nie można drukować. Chyba nie przypuszczasz, że Imperium przyznałoby się otwarcie do swojej słabości. Jest to zupełnie oczywiste w świetle psychohistorii. Ale część naszych wyników przeciekła z pracowni i jest znana arystokracji.

– To niedobrze.

– Niekoniecznie. W rachunku uwzględnione jest wszystko.

– I dlatego jestem śledzony?

– Tak. Wszystko, co ma związek z moją pracą, jest pod obserwacją.

– Czy coś panu grozi?

– O, tak. Prawdopodobieństwo, że zostanę stracony, wynosi 1,7%, ale to oczywiście nie wstrzyma prac. To również wzięliśmy pod uwagę. No, ale dajmy temu spokój. Przypuszczam, że jutro spotkamy się na uniwersytecie?