Inny Piotrek i bandyciTekst

Z serii: To lubię
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wydawnictwo Literatura

Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

ŚRODA

Rozdział I Pilna wiadomość

Rozdział II Wyjeżdżamy

Rozdział III Czy tata ma brata?

CZWARTEK

Rozdział IV Lulo, Wacio i Makaron

Rozdział V Gdzie jest Piotrek?

Rozdział VI Rozmowa z „ojcem”

Rozdział VII Gdzie jest Kocia?

Rozdział VIII Koszmarny poranek

Rozdział IX Dworek

PIĄTEK

Rozdział X Duch Xymeny

Rozdział XI I co dalej?

Rozdział XII Ten drugi Piotrek

Rozdział XIII W paśniku

Rozdział XIV Poszukiwania

Rozdział XV Paryż czeka

Rozdział XVI Gdzie są ciała?

Rozdział XVII Rzęch za pół miliona

Rozdział XVIII Zimna krew

Rozdział XIX Babeczki

SOBOTA

Rozdział XX Maksy i supery

Rozdział XXI Na schodkach

Rozdział XXII Odloty

DWA TYGODNIE PÓŹNIEJ

Rozdział XXIII Piotrek i Piotrek

Z ostatniej chwili

Okładka i ilustracje: OLGA RESZELSKA

Skład i korekta: LIDIA KOWALCZYK, JOANNA PIJEWSKA

© by Irena Landau

© by Wydawnictwo Literatura

ISBN 978-83-7672-297-9

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

tel. (+48 42) 630 23 81

fax. (+48 42) 632 30 24

e-mail: handlowy@wyd-literatura.com.pl Strona internetowa: www.wyd-literatura.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.


Wstęp

Cała historia porwania opisana w tej książce jest oczywiście fikcją literacką, wymyśloną przez autorkę. W rzeczywistości porwanie to nie przygoda, tylko jedna z najobrzydliwszych i najniebezpieczniejszych sytuacji, jakie człowieka mogą spotkać i nie ma w niej absolutnie nic zabawnego. A w prawdziwych porywaczach nie ma nic sympatycznego. Przeciwnie – jest to niesłychanie poważna sprawa, a porywacze to okrutni ludzie bez wyobraźni, zasługujący na najsroższe kary. Autorka ma nadzieję, że nigdy nikt z was nie będzie taki niemądry, żeby iść gdzieś z kimś obcym, nie da się bez głośnego protestu wciągnąć do cudzego samochodu. I nigdy nie spotka na swojej drodze porywaczy.

Ale poczytać sobie przecież zawsze można.

Notatka w gazecie „Wiadomości Wczorajsze”


UWAGA! SENSACJA!!!

Nasza dzielna policja ujęła trzech porywaczy bohaterskiego trzynastolatka Piotrka K., którego imię, choć pospolite, było jednak przyczyną kosmicznego zamieszania!!! Oskarżenie wnieśli wyżej wymieniony nieletni Piotrek K. oraz jego ojciec. Świadkami są: także nieletni Piotr A., jego rodzice oraz personel hotelu Motylek.

Związana ze sprawą panna Janina oraz jej bracia wycofali oskarżenie przeciwko ojcu Piotra A., a sąd, na wniosek pokrzywdzonego Piotrka K., prawdopodobnie umorzy sprawę przeciwko kelnerce hotelowej, pannie Basi.

Autorem powyższego artykułu jest wasz ulubiony reporter, Horacy Kserski.

Redakcja „Wiadomości Wczorajszych” zawiadamia, że w rozszerzonej nieco formie zdarzenia te zostały opisane w książce, którą właśnie trzymacie w rękach. Jej autorem nie jest, niestety, nasz wspaniały reporter, Horacy Kserski. Nie dysponował on potrzebnym do spisania tej historii czasem, gdyż po jego ślubie ze Stefanią Romankówną, obecnie Kserską, młoda para udała się w podróż na Karaiby.

ŚRODA

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Rozdział I

Pilna wiadomość

Elegancki samochód zatrzymał się na podjeździe. Panna Basia, prawa ręka właścicielki hoteliku, nie znała się na motoryzacji, ale mercedesa umiała rozpoznać. Ten był wyjątkowo piękny, a nowiutki lakier lśnił w słońcu. Z samochodu wysiedli goście, ładna brunetka z wytwornie ubranym mężem. Za nimi wyskoczył chłopiec i spojrzał na niewielki budynek.

– Nie wiem – burknął – po jakiego grzyba mamy tu siedzieć do jutra. Jakby tata dodał gazu, w try miga bylibyśmy w domu. Mama mogłaby wziąć proszki, od razu lepiej by się poczuła. Odpoczęłaby w domu. Mnie też mdli, kiedy się tak wleczemy jak chore żółwie. Stówa to pestka dla naszego wózka, a tata, jak wrzuci osiemdziesiąt, to uważa, że jest statkiem kosmicznym. Trzeba było kupić rower, a nie merca.

– Uspokój się, wyciągam tyle, ile wolno, chcesz, żeby nas policja złapała?

– E tam, najwyżej dostaniesz mandat, co to dla nas te parę groszy.

– Kiedy, Piotrek, ja naprawdę muszę odpocząć – odezwała się brunetka.

– Oj, mamo, przesadzasz. Umówiłem się na jutro rano z Adrianem, a teraz nici z tego.

– Trudno. Zadzwoń do niego i odwołaj. Ja naprawdę źle się czuję. Zmęczyłam się.

– Nie wiesz – powiedział ironicznym tonem mężczyzna – że mama jest delikatnym i wątłym stworzeniem? Chyba że wydaje moje pieniądze, wtedy jest pełna sił i energii.

Panna Basia spojrzała na pyskatego chłopaka i jego nadętego ojca. Nie lubiła takich ludzi.

– Państwo mają rezerwację? – zapytała.

– No nie, skąd, nie mogłem przewidzieć, że moja małżonka raczy się źle poczuć – burknął ojciec rodziny. – Ale chyba znajdą się w tym pałacu wolne pokoje? Mają tu może państwo apartament?


Owszem, był jeden dosyć drogi apartamencik, dwa pokoje z łazienką. Rzadko kto go zajmował i właścicielka myślała nawet o jego likwidacji. Panna Basia wypełniła wszystkie rubryczki, dała gościom klucz do pokoju i nagle zamarła.

Mój Boże, to przecież właśnie byli tacy ludzie, na jakich zależało Makaremu. Niestety! Barbara miała nadzieję, że nikt taki nie zjawi się w Motylku i nie będzie musiała brać udziału w tej całej niebezpiecznej i obrzydliwej sprawie. Ale Makuś wyraźnie powiedział:

– Albo nadasz mi robotę, albo nici ze ślubu. Nie będę cię skazywał na poniewierkę. Musimy zacząć życie w godny sposób, a nasz statek idzie na złom i koniec z moją pracą. To jedyny sposób, a jeśli się uda, od razu kupujemy eleganckie mieszkanie, a potem wezmę się do normalnej pracy. Przyrzekam ci, że nikomu włos z głowy nie spadnie, to po prostu taki kawał. No?

– Ależ, Makusiu, to jest przestępstwo, tak nie można – usiłowała się bronić Barbara. – Ja się nigdy na to nie zdobędę, nawet psu nie zrobiłabym krzywdy, a co dopiero...

 

– Psu to ja też bym nie zrobił krzywdy, za kogo mnie masz! – oburzył się Makary. – Zresztą nikomu krzywdy nie zrobimy. Przyuważysz nadzianych gości, zadzwonisz, opiszesz mi ich, a reszta cię nie obchodzi. Resztę załatwię z kumplami. Zwiniemy dzieciaka, tatulo zapłaci okup, wypuścimy dzieciaka i koniec pieśni. Parę godzin i po sprawie.

– A jeśli was potem rozpozna?

– Powiemy mu, żeby o nas zapomniał. Jedno słowo, a tatusia i mamusię będzie mógł odwiedzać tylko na cmentarzu. Każdy dzieciak się na to nabierze.

– Makusiu, chyba żartujesz – jęknęła panna Basia. – Niech ja pomyślę. Jutro ci powiem, dobrze?

– Jak uważasz – oznajmił zimnym tonem narzeczony. – Ale wybieraj: albo się zgodzisz, albo...

To była bardzo ciężka noc. Panna Basia miała już przeszło trzydzieści lat, marzyła o własnym domu, o dobrym mężu, o dzieciach, a jak dotychczas nikt jej się jeszcze nie oświadczył i, jak sądziła, nikomu się nie podobała. Tymoteusza, kelnera z ich hoteliku, nie brała już pod uwagę. Nawet jej się na początku podobał, ale wyglądało na to, że się Basią w ogóle nie interesuje. No i zrezygnowała, przecież nie będzie się nikomu narzucać. Tak więc oświadczyny Makarego wydawały jej się darem niebios. Wprawdzie Makuś dużo podróżował i często wyjeżdżał, ale był, jak mówił, kucharzem na statku, więc nic nie można było na to poradzić.

Barbara zdążyła już o swoim zamążpójściu zawiadomić przyjaciółki i matkę. Mama rozpłakała się wtedy z radości.

– Chwała Bogu – mówiła – nareszcie. To chyba porządny człowiek? Kawaler? Ile ma lat?

Lat miał akurat tyle, ile trzeba, trzydzieści sześć, a o tym, że jest porządnym człowiekiem, z zawodu kucharzem, panna Basia była aż do tej pamiętnej rozmowy przekonana. Zapytała go wtedy, czy może jest wdowcem.

– Nie jestem ani wdowcem, ani rozwodnikiem – odpowiedział zgodnie z prawdą Makary. I to Basi wystarczyło. Nawet jej przez myśl nie przeszło, że narzeczony pominął trzecią możliwość, że wprawdzie nigdy się nie rozwodził, ale jego żona żyła i miała się dobrze, a dwoje dzieci chowało się zdrowo.

Koleżanki, przeważnie już dzieciate, winszowały Basi z całego serca, chociaż uważały, że ten Makary wygląda jak pączek bez lukru. Ale trudno, Basia już nie mogła wybierać. Jedna z nich, krawcowa, przyrzekła uszyć przyjaciółce w prezencie ślubną suknię.

– I dla dzieci, jeśli będziesz je miała, też ci wszystko poszyję – obiecała, a Basia wyobraziła sobie dwóch uroczych chłopczyków i dziewczynkę. Najsłodszą pod słońcem. Jej własną.

I co teraz? Zrezygnować z dzieci? I jak przyznać się do porażki, jak odwołać ślub? Przecież nie mogła nawet powiedzieć prawdy, nie wiadomo, co by mógł zrobić Makary, może by się mścił? Wszyscy pomyślą, że ją po prostu rzucił, a Basia tego za nic nie chciała.

Ten jeden jedyny raz mu pomogę – myślała – a potem będziemy mieli pieniądze i będziemy żyli spokojnie i uczciwie. Załatwię mu posadę w naszej kuchni. Więc trudno, niech już będzie. Ten jeden jedyny raz.

Basia nie wiedziała, że owszem, ma rację, to byłby jedyny raz, bo po udanej akcji jej Makuś planował powrót na łono rodziny – czekającej na męża i tatusia powracającego z Londynu, gdzie rzekomo się właśnie bogacił. O swoich bliskich Makuś nie był oczywiście łaskaw poinformować „narzeczonej”.

Basia nie spała całą noc i kiedy następnego dnia rano ukochany zjawił się w jej mieszkaniu, powiedziała:

– No trudno. Niech będzie. Tylko raz. I uważaj, niech się koledzy dobrze obchodzą z dzieckiem.

– Mądra dziewczynka. – Makary łaskawie pogładził Basię po głowie. – Nikt dzieciakowi krzywdy nie zrobi. To zresztą może raptem trwać dzień, góra dwa. Tata zbierze kasę i po krzyku.

Ale od tej rozmowy upłynęło dużo czasu, do Motylka rzadko kiedy przyjeżdżali bogaci ludzie. Hotelik, chociaż czysty, ładny i cichy, był średniej klasy i milionerzy raczej go omijali. Już od wielu miesięcy Makary naciskał, denerwował się i podejrzewał ukochaną o sabotowanie swoich planów.

No i teraz nadarzała się okazja, żeby go udobruchać. Panna Basia zastanawiała się jeszcze jakiś czas, weszła nawet do pokoju nowych gości, żeby sprawdzić, czy w łazience są ręczniki, usłyszała ich rozmowę, zamieniła kilka słów z panią Konstancją. W końcu, drżąc z emocji, a także z obrzydzenia do własnych poczynań, wystukała numer tajnej komórki Makarego, kupionej na kartę specjalnie w tym celu.

– Tu Basia. Mam wiadomość. Pilną.

– Słyszę, że Basia. Jeżeli chcesz mi powiedzieć, że znowu przyjechał do was jakiś żebrak, to się wyłączam.

– Czekaj, kochanie... – szepnęła Basia. – Właśnie, że coś mam. Piękny mercedes, chłopak ze szkoły podstawowej. Szatyn. Szczupły. Pyskaty. Kiedy ich przyjmowałam, zapisałam wszystkie dane. Ojciec nazywa się Remigiusz Abradowski, jego żona... czekaj, niech zajrzę... o, Konstancja, a chłopak nazywa się Piotr. Zapisz numer komórki jego ojca.

– Nie mogę, dał ci numer komórki? Tak bez niczego?!

– Dał, i numer stacjonarnego w Warszawie też.

– Bomba! Po co?

– Nie wiem, podał mi w recepcji, to zapisałam. Pewnie dyktował mi te numery z rozpędu. Zresztą czy to ważne?

– Bardzo ważne! Ale fart!

– No i czekaj, będą tylko do jutra, wyjeżdżają od razu po śniadaniu.

– Laluniu, jesteś super! – usłyszała panna Barbara. – Weź jutro wolne przedpołudnie, ma cię tam nie być.

– No dobrze, ale pamiętaj...

– Dobra, dobra, wszystko pamiętam. Co jeszcze wiesz?

Panna Basia powtórzyła wszystko, o czym słyszała.

– Za mało, ale czekaj – powiedział nagle Makary – sprawdzę faceta w internecie, właśnie wszedłem... Jest! Mam go, znalazłem! Słuchaj, jest! Już niczego nie musisz się dowiadywać, facet ma firmę! Wspaniale! Pamiętaj, nikomu ani słowa.

– Przecież wiem...

– No, to cześć, do zobaczenia – pożegnał się kłamliwie Makuś, jako że żadnego „zobaczenia” już nie planował.

– Ale, Makusiu...

Niestety, ukochany panny Basi wyłączył się. Dziewczyna siedziała zgnębiona przy aparacie i zaczynała gorzko żałować tego, co zrobiła. Ale skoro to był warunek, jeżeli miałaby znowu być samotną starą panną...

Życie jest doprawdy okropnie skomplikowane – pomyślała i z żalem spojrzała na rodzinę państwa Abradowskich, którzy właśnie schodzili do jadalni. Biedni, nie wiedzieli, co planuje narzeczony panny Basi.

I oczywiście nie wiedzieli, że właśnie do wyjazdu szykuje się inny Piotrek, który przypadkowo mieszka w Warszawie niedaleko nich, także na Mokotowie.


Rozdział II

Wyjeżdżamy

Prawdę mówiąc, mam tego po dziurki w nosie, chociaż już powinienem był się przyzwyczaić. Ale ciągle nie rozumiem, jak mogli? No, jak mogli?! Kochali się, kochali, a potem przestali?!

– Nie martw się, to ciebie nie dotyczy. Oboje najbardziej kochamy ciebie – zapewnia mama co najmniej po raz tysiączny, jeśli nie milionowy. – I to, że tatuś... no, że tatuś... no... że się wyprowadził, niczego nie zmienia. I tak cię kocha. No... Więc nie martw się. A jeśli chcesz jechać pod koniec wakacji na ten tydzień czy dwa z tatusiem i tą... tą... tą panią, bardzo miłą panią, oczywiście, owszem, tak, właśnie bardzo miłą, która na pewno też cię kocha, to ja doprawdy nie mam nic przeciwko temu. Nic a nic. Ale jakby coś, to dzwoń, tu masz ładowarkę, a tu zapasową kartę do komórki, tu zdrapiesz, a numer...

– Ojej, przecież wiem.

– Nie martw się – mówi coś zupełnie nowego tata – to ciebie nie dotyczy. Oboje najbardziej kochamy ciebie i to, że Pliszka... to znaczy Paulinka, twoja mama... no... że wolała, żebym się wyprowadził, niczego nie zmienia. I tak cię kocham. No więc nie martw się. A jeśli chcesz jechać na tydzień czy dwa ze mną i z Moniczką, która jest naprawdę bardzo miła, oczywiście, szalenie miła i też cię kocha, to naprawdę sprawisz nam wielką radość.


– Nie martw się – wzdycha babcia Ksenia, mama mamy – tatuś przecież nie przestał cię kochać i chociaż ta jego cała Monika, to... Nieważne, najważniejsze, że to niczego nie zmienia. Jedź i o nic się nie martw, a jakby coś, to dzwoń. Do Pliszki, to znaczy Paulinki, do cioci Steni, do mnie albo do babci Wioli. Tu masz zapasową kartę do komórki, tu zdrapiesz, a numer...

– Kiedy mama już mi dała.

– Nie szkodzi. I, co to ja chciałam... Nie martw się. Właśnie... Mój kochany wnuczuś...

– Nie masz powodów, żeby przez ten wyjazd mieć wyrzuty sumienia – mówi na szczęście ciutkę co innego babcia Wioletta, mama taty. – Paulinka ma pracę, Stenię, koleżanki, ma rodzinę. Żebyś wiedział, że ich rozwód, jeśli chodzi o mnie, się nie liczy. Twoją mamę zawsze będę uważać za córkę, a ten mój gagatek... no, nieważne. I oni oboje kochają cię tak samo, to znaczy ojciec i twoja matka. I w końcu ta... ta Monika to dobra dziewczyna. Oczywiście nie to, co Paulina. I bardzo cię lubi, ta Monika, sama mi powiedziała, kiedy Łukasz miał... tego... kiedy ją tu, masz pojęcie, moje dziecko, śmiał przyprowadzić. Nie to chciałam powiedzieć, ale... Więc możesz śmiało jechać, a jakby coś, to proszę, tu masz zapasową kartę.

– Już mam dwie!

– Nie kłóć się ze mną, tu zdrapiesz, a numer...

Tak więc kart do komórki mam na jakieś trzysta lat z hakiem. Czy oni myślą, że telefon coś może zmienić? I niepotrzebnie tyle nawijają, doskonale wiem, że rodzice nie przestali mnie kochać. Tylko siebie nawzajem nie kochają, bo ojcu nagle odbiło i spodobała mu się ta jakaś Monika. Nie wiem, ale dorośli chyba mają nierówno pod sufitem, mama jest sto razy fajniejsza, a ta Monika wygląda jak lalka Barbie. Szału można dostać. Ale ojciec tak prosił, wszyscy się zgodzili na ten wyjazd, więc ja też. Pojadę z tatą, wolałbym bez Moniki, ale się nie da.

Od tych rozmów minęło kilka dni, a w środę tatuś podjechał pod blok, zatrąbił, mama zapięła plecak, uścisnęła mnie tak, jakbyśmy się żegnali na wieki, a potem odprowadziła aż do drzwi samochodu. Tata wysiadł.

– Cześć, Pliszko...

– Nie nazywaj mnie Pliszką, dla ciebie koniec z Pliszkami!

– Jak uważasz. Więc co u ciebie słychać?

– Nic nowego.

– Ale ja naprawdę pytam.

– A ja naprawdę odpowiadam.

– A jak tam twoje kolano?

– OK.

– A co powiedział okulista?

– Nie twój... – zaczęła mama i wyobrażam sobie, jak by skończyła, ale spojrzała na mnie i bąknęła: – Że to ostre zapalenie spojówek.

– I co ci dał?

– Receptę.

– Plisz... Paulina!

– Daj spokój, jedźcie już. Jak masz go zabierać, to zabieraj. A gdzie twoja Moniczka?

– Co cię to... – zaczął tata, ale przypomniał sobie o mnie i powiedział: – Czeka w domu, podjedziemy po nią.

– W czyim domu?

– W swoim, myślałaś, że na Wawelu?

– To jedź, niech słodkie biedactwo nie czeka.

– Daj spokój – przerwał tatuś. – Wsiadaj, Piotrek. Do widzenia, Pliszko, i...

– Nie nazywaj mnie Pliszką, ile razy mam ci powtarzać?!

– Ojej, no, przepraszam, więc do widzenia, Paulino. Nie martw się, Piotrkowi nic się nie stanie, a Monika jest szczęśliwa, że on z nami jedzie.

– He, he – burknęła ponuro mama – hi, hi. Na pewno. Na bank. Już większego szczęścia na pewno sobie nie wyobraża. Ubóstwia Piotrka, szkoda tylko, że go nie zna.


Tata wolał widocznie nie odpowiadać, bo tylko kiwnął głową, zamknął drzwiczki i ruszył. Mama stała, odwróciłem się i zobaczyłem ją przez tylną szybę. Miała taką smutną minę, że o mało nie poprosiłem taty, żeby się zatrzymał. Wysiadłbym i tyle. Ale na szczęście do mamy biegła już ciocia Stenia, jej siostra. W ręce miała jakiś kartonik, głowę dam, że kartę do komórki. Spóźniła się, nie zdążyła mi jej dać! Jaka szkoda! Ale chyba dam sobie bez tej karty radę. Ucieszyłem się, że mama nie została sama, bardzo się z ciocią kochają i przyjaźnią. Ciotka mieszka nawet w tym samym bloku, tylko piętro niżej. Więc na pewno pocieszy mamę.

Wobec tego nic już nie powiedziałem i pojechaliśmy dalej.


Rozdział III

 

Czy tata ma brata?

Jak ja mam właściwie mówić do tej całej Moniki? Siedziałem na tylnym fotelu i wpatrywałem się w jej kark. Miała długą szyję, tylko trochę zaczerwienioną, pewnie drapało ją zapięcie od naszyjnika. Pochyliłem się i spojrzałem uważniej. Owszem, zapięcie mogło ją drapać, ale oprócz tego miała niedomytą skórę pod lewym uchem. Dorosła osoba, a nie umie się wyszorować. Do mnie wszyscy mają pretensje, a umyj uszy, a zetnij pazury, a to, a tamto. I w ogóle czytałem, że ciągłe mycie uszu wcale nie jest zdrowe. Ale szyję można myć i myć do woli. A tymczasem – proszę!

No dobra, nie moja szyja, nie mój kłopot.

Monika się odwróciła.

– Synuś, może zjadłbyś mandarynkę?

„Synuś”!!! Chyba oszalała, nie jestem jej synem! A może zapomniała, jak się nazywam?

– Piotrek jestem.

– No co ty, oczywiście, przecież wiem.

– Komu „synuś”, temu „synuś”, a dla pani Piotrek. A na drugie mam Jakub, jakby... jakby pani wolała.

Tata o mało nie puścił kierownicy.

– Piotrek! Jak ty mówisz do Moniki?!

– Zwyczajnie.

– Daj spokój, Łukasz – westchnęła Monika. – Rzeczywiście, nie mogłabym mieć takiego dużego syna. Ale, Piotrek, nie mów do mnie „pani”.

– To jak mam mówić?

– Może „ciociu”?

– Pani nie jest moją ciocią, ani siostrą mamy, ani żoną brata taty, ani...

– O, to ciekawe – zaszczebiotała Monika. – Łukaszku, masz brata? Nic mi nie mówiłeś.

– Bo nie mam brata.

– A Piotrek powiedział...

– Gada byle co.

– Ale nie bądź taki tajemniczy, nie będę się gniewać, dlaczego nic nie mówiłeś o tym bracie? Może jest chory? Widziałam taki film, nazywał się chyba Rain Man, o facecie, którego brat był jakiś dziwny i ten facet na początku nawet nie wiedział, że ma brata, bo się o nim w rodzinie nie mówiło.

– Bo brat był autystyczny.

– Jaki?

– No, niepełnosprawny umysłowo. Dlatego nikt o nim nie mówił. Co za ludzie! – zdenerwował się tata.

– Mnie możesz powiedzieć.

– O czym?

– No, na przykład, jak się nazywa.

– Kto?

– Ten twój niepełnosprawny brat! – pisnęła Monika.

– Nie mam brata!

– Jak to? To o kim mówimy tu przez cały czas?

Śmiać mi się chciało, też widziałem ten film, mama mi pozwoliła obejrzeć, chociaż jest dla dorosłych. Bardzo fajny film.

– Zlituj się, Monika, o filmie mówimy. Zresztą była też taka książka.

– To czemu Piotrek...

– Wygłupia się i tyle. Piotrek, o co ci chodzi?

– O to – odpowiedziałem – że nie wiem, jak do pani mówić. Nie jest moją ciocią. Ani nawet kuzynką.

– I tak możesz mówić do mnie „ciociu”, a kiedy się pobierzemy z Łukaszkiem, to nawet...

– Monika!

– O co ci chodzi?

Wiedziałem, o co tacie chodzi. O to, że po pierwsze, jeszcze nie ustalili nawet daty ślubu i nie jestem pewien, czy tato chce się tak od razu żenić, a po drugie, że Monika chciała zaproponować, żebym po ich ślubie mówił do niej „mamo”. Na bank! Miała to na końcu języka. O, tu, tutaj, na samym środku dłoni kaktus mi wyrośnie! I zakwitnie, najlepiej w noc świętojańską. I tato wie, że nigdy się na to nie zgodzę, mama to mama. I nikt inny!

– Mów do Moniki po imieniu, dobrze? Monika, zgadzasz się?

– Niech będzie. Mów do mnie „Moniko” albo „Monisiu”. Chcesz?

Do takiej dorosłej osoby mam nagle mówić jak do koleżanki? Inna rzecz, że nie jest bardzo stara. Ale jakoś głupio.

– A ile pani ma lat?

– Nie zadawaj takich pytań kobiecie – zaśmiał się ojciec.

– Dwadzieścia... szszszsz... – burknęła Monika.

Czyli dwadzieścia z jakimś porządnym hakiem. Dużo, ale tata ma czterdzieści jeden, więc i tak o wiele więcej. A ja mam prawie trzynaście, ile to jest, kiedy się odejmie prawie trzynaście od dwudziestu z dużym hakiem? Co najmniej dziesięć, a może trochę więcej. No tak, jej synem nie mógłbym być. Ciekawe, czy ma też jakieś zupełnie swoje imię, bo na przykład na mamę cała rodzina od dzieciństwa mówi Pliszka. Ale nawet nie zapytam, bo co będzie, jeśli się okaże, że mówią do niej na przykład Gwiazdeczko albo Serduszko, albo Kiciuniu? Nie dam się w to wkręcić. Już lepsza jest Monika.

– No, dobra – powiedziałem – niech będzie.

Tata uśmiechnął się, a ja sobie przypomniałem Artura.

– A poza tym – powiedziałem – tata ma brata.

– Piotrek, o czym ty mówisz?

– Nie o czym, tylko o kim. O Arturze.

– No wiesz!

Monika zastrzygła uszami.

– Łukasz, nie rozumiem, więc masz brata czy nie?

– Nie wiem.

– Nie próbuj mi wciskać kitu – rozzłościła się Monika. – Sam jesteś chyba niepełnosprawny umysłowo! Nie wiesz, czy masz brata?!

– Naprawdę nie wiem, może ty mi powiesz.

– JA?!

Śmiać mi się chciało, bo o tym „pokrewieństwie” z Arturem była już niejeden raz mowa i mama tak samo się denerwowała, jak teraz Monika. Bardzo długo nawet nie wiedziałem, że jest w rodzinie ktoś taki. Ale pewnego dnia zatelefonował jakiś facet. Tata długo z nim rozmawiał, umówili się w hotelu, bo ten gość przyjechał ze Stanów tylko na dwa dni w interesach i przy okazji chciał zobaczyć tatę. I okazało się, że on był synem pierwszego męża babci Wioli. Bo babcia Wiola, mama taty, wyszła pierwszy raz za mąż, kiedy miała osiemnaście lat, ale im nie wyszło, więc rozwiedli się już po dwóch latach, i ten jej pierwszy mąż wyjechał do Ameryki, tam się ożenił drugi raz i miał syna, tego Artura. A babcia wyszła drugi raz za mąż za mojego dziadka i też miała syna, czyli mojego tatę, Łukasza. Czyli ten Artur był synem babci męża, ale nie mojego dziadka. I tak naprawdę nie ma nic wspólnego z tatą, oprócz tego, że jego tata był kiedyś mężem mamy mojego taty. To w ogóle nie są krewni. A jednak wtedy, w tej kawiarni hotelowej, bardzo się zaprzyjaźnili i w końcu nawet pojechali razem na kolację do babci Wioli, która była ciekawa, jak wygląda syn jej pierwszego męża.

– Moglibyście być braćmi... – wyrwało jej się ni z gruszki, ni z pietruszki. I podobno obaj panowie wypili po kieliszku wina za to „braterstwo”.


Uczyłem się tej rodzinnej historyjki przez tydzień, tata mi to nawet narysował. Ze strzałkami. „O, to jest babcia Wiola, tu jej pierwszy mąż, a tu drugi, czyli twój dziadek, a tu...”. W końcu mama powiedziała, że już dobrze, że taki on taty brat, jak ze mnie cesarz Chin. Ale oni i tak do siebie pisują listy, i Artur dopisuje – „pozdrawiam cię, Piotrusiu, twój wujek”. I rzeczywiście czuję się tak, jakby to była prawda. Więc czy tata ma brata? To brzmi jak tytuł wierszyka.

Przez chwilę miałem spokój, bo ojciec tłumaczył Monice, kim jest Artur. W końcu powiedziała: „Nie zawracaj mi głowy” i na tym się skończyło.

Ale dobrze, że wiem, jak mówić do tej całej Moniki. Inna rzecz, że wcale nie mam ochoty się do niej zwracać, nie jestem małym dzieckiem i czuję, że jej przeszkadzam. Upał też jej przeszkadzał, narzekała, że ledwo żyje, więc tata zatrzymał wóz i powiedział, że też jest zmęczony i głodny. Nie chce kanapek z serem ani z szynką i zjadłby na przykład obiad. Niektórzy ludzie podobno jedzą obiady, czy Monice obiło się to o uszy?

– Tam, za drzewami, jest gospoda, nazywa się Motylek. Z hotelikiem – powiedział. – Byłem tu kiedyś z Pliszką. Dają wspaniałe sznycle po wiedeńsku. Teraz już jakby wymarły, ale tu może jeszcze są. Wejdziemy, dobrze?

Owszem, ja bardzo chętnie, a Monika niechętnie, bo szkoda czasu.

Ale weszliśmy i usiedliśmy przy stoliku, to znaczy ja i tata, bo Monika od razu pobiegła do dwóch zer. My też, ale tylko na chwilkę, a jej nie było i nie było. Kelner przychodził ze trzy razy, a tata czytał kartę dań. Nie wypadało nic zamawiać, dopóki Monika nie wróci. Więc tylko wybraliśmy, ja stek z frytkami i surówką z porów, a tato ten swój sznycel po wiedeńsku z jajkiem sadzonym na wierzchu, jeszcze czegoś takiego nie widziałem.

– Mama czasem mi to robiła, ale ty nie lubisz jajek, więc dla ciebie był sam sznycel. Nie pamiętasz? – przypomniał sobie tatuś.

Może, ja rzeczywiście nie lubię jajek i nie zwracałem dotąd za bardzo uwagi na talerz taty.

Na razie siedzieliśmy jak durne osły przy tym stole, tata zamówił wodę mineralną, wypiłem całą szklankę, a Monika nie wracała.

Z nudów zacząłem rozglądać się po salce, kelner roznosił jedzenie, pomagała mu pokojówka. Pod oknem jakiś staruszek z siwymi wąsami pił piwo, a obok nas siedziało małżeństwo z chłopakiem mniej więcej w moim wieku. Widać było, że biedak nudzi się jeszcze bardziej niż ja. Na dodatek chyba nie smakowało mu to, co jadł, rozmazywał różowy sos na talerzu. Nie chciałem podsłuchiwać, ale ci jego starzy mówili bardzo głośno, on też, trudno było nie słyszeć.

– Jedz, nie marudź – denerwował się ojciec.

– Ależ Piotrku – nawijała jego matka, a ja pomyślałem, że rodzice mogli mi wybrać jakieś mniej popularne imię. Co drugi facet to Piotr! – Ależ synku, jak można nie lubić sushi?

– Można.

– Wybrałam ci najlepszą potrawę z całej karty, wiesz, ile to kosztuje?

– Wolałbym stek z keczupem. I frytki.

– Ależ Piotrze...

– Albo schabowego z kapustą. Mam dosyć tego egzotycznego żarcia, surowych rybek, żab i ślimaków, kumacie?

– Jak ty się odzywasz, smarkaczu! – zdenerwował się ojciec chłopaka. I nie wiem, co było dalej, przestałem zwracać na nich uwagę, bo tata kręcił się na krześle i ciągle patrzył na drzwi. A Moniki jak nie było, tak nie było.

– Może coś jej się stało? – denerwował się tatuś. – Może ją okradli? Ten jej pierścionek, wiesz, jest bardzo drogi, dostała go od ojca na osiemnaste urodziny. Może ktoś...

– Nic jej nie jest, pewnie się maluje – mruknąłem i miałem rację, bo po dwustu godzinach, kiedy już o mało nie umarłem z głodu i ze złości, wreszcie wyłoniła się zza drzwi, cała umalowana, od rzęs do paznokci.

– Tata się niepokoił – powiedziałem. – Jak tak ma być dalej, to ja się wypisuję z tej imprezy. Też frajda, siedzieć tu i czekać.

– Nie przesadzaj. I jak to „wypisujesz się”, o czym ty mówisz?

– O tym – rozzłościłem się – że ucieknę i tyle mnie zobaczycie.

– Nie wygaduj głupstw – westchnął tatuś. – A ty, Monika, mogłaś się trochę pospieszyć. Myślałem, że cię okradli, że wpadłaś pod samochód!

– W toalecie?! No wiesz, nie mogłam przecież w lokalu wyglądać jak straszydło.

– Dobrze, wybierz coś, bo przyrośliśmy już do krzeseł.

No i zaczęło się, Monika czytała tę kartę, jakby to był kryminał. Czytała i mruczała.

– Nic tu nie ma... nie, nie to... nigdy... może... nie...

– Monika, zlituj się!

– No dobrze, to ja wezmę sałatę bez sosu.

– Ale co na obiad?

– Przecież mówię – sałatę. Nie będę się obżerać, chcesz, żebym była tłusta jak Pa... jak niektóre panie?

Aż mną rzuciło, chciała powiedzieć „Paulina”, chciała obgadać mamę! A mama wcale nie jest gruba, jest w sam raz, a na tej całej Monice ciuchy wiszą jak na wieszaku! Tata też się zorientował, bo spojrzał na Monikę złym wzrokiem.

– Chcesz sałaty, będziesz miała sałatę – burknął, kelner znowu przyszedł i tym razem tata zamówił wszystko, co wybraliśmy, plus deser.

– Piotrek, zjadłbyś lody? To dwa razy duże lody z kremem, jedna kawa, jedna herbata. Ty, kochanie, na pewno nie chcesz lodów, są bardzo tuczące – zwrócił się do Moniki, a ona się zaczerwieniła.

– Może, wiesz, może się skuszę – zaszemrała. – Ten jeden raz... skoro mnie tak namawiasz... dla towarzystwa...

Tere-fere kuku, nikt jej nie namawiał. Po prostu lubi lody i głowę dam, że tata o tym wiedział i naumyślnie ją podpuścił.

– To trzy razy lody i dwie kawy – powiedział, a kelner wyglądał tak, jakby się powstrzymywał od śmiechu.

– Już podaję – kiwnął głową. – Dla szanownej pani sałatę przyniosę piorunem, a panowie trochę poczekają, kucharz usmaży świeżutkie mięsko.

I rzeczywiście, Monika od razu dostała swoją zieleninę przybraną połówką pomidora, dwoma plasterkami ogórka i jedną oliwką. Tę oliwkę Monika odsunęła na bok.