Sąd idzieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sąd idzie
Sąd idzie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,98  26,38 
Sąd idzie
Sąd idzie
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Irena Krzywicka

Sąd idzie

Saga

Sąd idzieZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1998, 2020 Irena Krzywicka i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone. ISBN: 9788726774290

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

SŁOWO WSTĘPNE

Sprawozdawczość sądowa, jedna z najbardziej czytywanych pozycji gazet i tygodników, zamiera albo, co gorzej, bije w oczy płaskością swych relacji. Ta anemiczność jest paradoksem w czasach licznych procesów, na których ławy oskarżonych wypełniają dziesiątki osób, a brutalność wielu zbrodni osiąga niespotykane dotąd nasilenie. Stan ten trwa od wielu lat i nie ma swego wyjaśnienia. Pozbawia on prasę polską zwierciadła, w którym odbijają się dramatyczne i krwawe zdarzenia, splątane losy ludzkie, konflikty społeczne, zakamarki charakterów i uczuć, niedowłady młynów sprawiedliwości. Próżno też szukać w księgarniach współczesnych polskich „Pitawali”

„Czytelnik”, oddając do rąk publiczności pięć reportaży sądowych Ireny Krzywickiej (drukowanych przed sześćdziesięciu ponad laty w „Wiadomościach Literackich”, najlepszym tygodniku międzywojennego dwudziestolecia), wypełnia ważną lukę. Nie tylko przypomina mało znaną część twórczości wielkiej damy polskiej literatury i dziennikarstwa, ale daje świadectwo, czym był i być powinien nadal reportaż sądowy.

Po latach gazety żółkną, szarzeją, przestają interesować kogokolwiek poza gronem historyków, ale sądowe relacje Ireny Krzywickiej pozostały żywe, barwne, zadziwiająco aktualne, także i dziś plastycznie obrazują procedurę karną, klimat rozpraw, trud sądowego dochodzenia prawdy, ferowanie winy i kary. Nie zblakły tu ani skreślone dramaty jednostek, ani wiecznie nękające wymiar sprawiedliwości pułapki, niebezpieczeństwa, słabości. Dlaczego? Krzywicka bowiem nie tylko siedzi na ławie sprawozdawcy prasowego, patrzy i słucha, ale i mocno przeżywa to, w czym uczestniczy. Pragnie być uważnym, bezstronnym i wrażliwym obserwatorem wymierzania sprawiedliwości i jest nim. Oto i wyjaśnienie zainteresowania i także (nierzadko) wzruszenia, które ogarną nas przy tej lekturze.

Morderstwo interesuje każdego i zawsze proces poszlakowy i zabójstwo pochłaniają w dodatku uwagę swymi licznymi zagadkami. Dlatego łatwo zdobyć szerokiego czytelnika, pisząc o procesach zabójców. Jednakże autorka nie towarzyszy tylko zdesperowanemu bezrobotnemu, który strzałem z rewolweru odebrał życie dyrektorowi zakładów włókienniczych w Żyrardowie, pełnemu tajemnic procesowi Gorgonowej o zabójstwo córki kochanka czy zabójcy z zazdrości. Odwiedza także sąd grodzki na warszawskiej Pradze i godzinami, w zatłoczonej salce, obserwuje i słucha sądowej masówki o drobne kradzieże, sprzedaż żywności wątpliwej higieny, lichwę, uprawianie prostytucji bez kontroli sanitarnej. Tu dochodzi do głosu prawdziwy majstersztyk sprawozdawczości sądowej, godny roztrząsania i nauczania w szkołach dziennikarskich. Parę zdań i znamy charakter rozpatrywanych przez sędziego zarzutów, parę dalszych i mamy przed sobą żywe postacie oskarżonych, świadków, sędziów, policyjnych oskarżycieli. Krzywicka wie, że tu, na tej małej salce właśnie, kształtuje się w dużej mierze zły lub dobry obraz wymiaru sprawiedliwości. Pisze: „W porównaniu z wielkim i teatralnym aparatem sądu okręgowego sąd grodzki to mały, kieszonkowy aparacik sprawiedliwości. Muszę wyznać, że taki właśnie więcej mi się podoba. Załatwia się tu wszystko bardziej po domowemu i jednocześnie bardziej po ludzku”. Dzisiaj, kiedy być może już niedługo, po pół wieku, będzie przywrócona ta stara instancja sądowa (powstała w XV stuleciu), a publiczna krytyka wad sądownictwa osiągnęła apogeum, słowa Krzywickiej mają w sobie nadzieję i pokrzepienie. Jeżeli było kiedyś całkiem nieźle, może być tak i w przyszłości. Porażeni obrazem i rozmiarami współczesnej przestępczości nie chcemy już słyszeć o jej społecznych źródłach i korzeniach. Otaczają nas potwory, które co prędzej i na jak najdłużej trzeba izolować – oto najczęstszy, nie tylko w Polsce, pogląd. Krzywicka z gorącym sercem, ale i chłodną głową obserwuje sądową wiwisekcję rozpatrywanych przez trybunały przypadków i łatwo dostrzega społeczne tło zbrodni, które miało swój udział w tym, że ktoś sięgnął po rewolwer, nóż, cudzą własność. Pisze: „Każdy człowiek jest w o wiele mniejszym stopniu indywiduum, niż mu się samemu zdaje, a postępki jego określa najczęściej gromada, której komórkę stanowi”.

Nie jest to wulgarny determinizm, ale uznanie faktów.

Czytelnika z kręgu zawodów prawniczych zadziwi wyczucie i swoboda, z którymi autorka (nie prawnik przecież) porusza się na obszarze na wskroś jurydycznym. Przekonywająco przeprowadza krytykę ławy przysięgłych, z łatwością oddziela plewy oratorstwa od obron poruszających, lecz rzeczowych, trafnie ocenia przeszkody w dotarciu do prawdy i zapadłe wyroki. „Badanie świadków wydało mi się jedną z najbardziej bezlitosnych egzekucji” – powiada i do dzisiaj ma rację.

Odmieniamy na wszelkie sposoby pojęcie „kultury prawnej” i tęsknimy do zapanowania tego ideału. Sprawozdawczość sądowa jest jej ważną, integralną częścią. Sąd idzie Ireny Krzywickiej uczy, jak przybliżyć ideał.

Stanisław Podemski

PROCES O ZABÓJSTWO TANCERKI

Obecność moja w sądzie wzbudziła zdziwienie na ławie prasowej. Cóż to? „Wiadomości Literackie” wysyłają swego sprawozdawcę na sensacyjny proces? Pismo, poświęcone krytyce i sztuce, udziela miejsca sprawom, które podlegały dotąd wyłącznej i chciwej eksploatacji pism codziennych? Widziałam twarze niemal zgorszone. Cóż robić! Literatura ma ten przywilej, że wpycha się wszędzie, wszystko jest dla niej pożywieniem, nęci ją zawsze zagadka przestępstwa i zbrodni. A że coraz bardziej zacierają się różnice w hierarchii rodzajów literackich, lekceważony do niedawna reportaż zaczyna się czuć coraz pewniej wśród swoich czcigodnych poprzedników.

Bywalcy-dziennikarze patrzą z uśmiechem pobłażania na literata, w którego oczach maluje się nieuchronnie silny wstrząs psychiczny, jaki mu daje sala sądowa. Czuje się on do pewnego stopnia jak prostaczek w teatrze. Granica między jego życiem a życiem działających przed nim osób od razu się zaciera: chciałby się wtrącić, rzucić pytanie, pokłócić się o odpowiedź. Czuje się bezpośrednio zamieszany w rozgrywające się przed nim wypadki. Z drugiej znów strony ta natłoczona sala, chciałam powiedzieć – widownia, ci panowie w efektownych togach, ta defilada coraz to nowych osób przed barierką świadków budzi w nim zmysł teatralny. Wstrząsa nim ta ponura commedia dell’arte, której kanwą jest fakt autentyczny, a epilogiem więzienie, jednocześnie zaś trudno mu jest uwierzyć w realność, w nieteatralność tego, co się przed nim dzieje. Nie lubię słowa „misterium”, ale czymże innym jest ten proces o duszę i ciało grzesznika, te dopuszczone do słowa głosy dobrych i złych sił?

Proces Drożyńskiego, w którym nie chodziło o wykrycie zbrodni, ale o charakterystykę oskarżonego, miał niewątpliwie ów charakter moralitetu, gęsto, niestety, naszpikowanego wątpliwej wartości morałami i dość średniowiecznego w koncepcji i w formie. Mieliśmy przed oczami zespół (proszę mi darować tę terminologię, ja teatr traktuję poważnie) amatorów i wytrawnych... graczy (w tym wypadku można by tak bez błędu zastąpić słowo „aktor”). Amatorzy to oczywiście świadkowie i oskarżony; główni aktorzy to panowie w togach. Z jednej strony bezpośredniość, trema, uczucie, z drugiej – kunszt, talent, rzemiosło. Z jednej – lęk, zawstydzenie Z jednej lęk, zawstydzenie – lęk, zawstydzenie, nieraz kłamstwo, z drugiej – bezwzględność, często brutalność, chłodny patos. Przykra jest nierówność między tymi dwiema grupami działających osób. Jedni, ci w togach, mają wszystkie awantaże, przywileje, to jest ich dzień, niejako ich benefis, tamci za barierką to plebs, statyści. Niektórzy ze świadków mają swoje wejście tryumfalne, większość jednak jest postawiona jakby w stan oskarżenia i traktowana niechętnie i pogardliwie.

Jest coś dziwnego i wprost niesamowitego w widoku tych ludzi, którzy są tu zmuszeni do mówienia prawdy, jeżeli nie całej prawdy, to w każdym razie w stopniu o wiele większym, niż to się zdarza w życiu codziennym. Stają przed nami i mówią o swoich najintymniejszych sprawach, odzierają z tajemnic siebie i oskarżonego, otwierają naszym oczom swoje i jego życie. Mówią przed sądem, to konieczne; ale właściwie z jakiej racji my ich słuchamy, przypadkowa publiczność i pilnie notująca ława prasowa? Jest jakaś nieprzyzwoitość w tym niepowołanym i najczęściej bezcelowym słuchaniu cudzych zwierzeń, jest przerażające nieposzanowanie prywatnego życia osób, które są często w najdalszy, w najbardziej przypadkowy sposób związane z oskarżonym. Jest coś niemal średniowiecznego w tym publicznym torturowaniu niewinnych ludzi krzyżowym ogniem pytań dotyczących nie tylko oskarżonego, ale i ich samych – nie tylko faktów, ale zapatrywań i poglądów. Pytania, zadawane przez strony, mają aż nazbyt często formę niewłaściwą i nietaktowną, przy czym świadka zeznającego na korzyść oskarżonego dręczą oskarżyciele, nad świadkiem zeznającym na jego niekorzyść pastwi się obrona. Udziela mu się nauk moralnych, szydzi się z jego słów, ironizuje na temat jego stosunku do różnych spraw życia, podaje się w wątpliwość jego prawdomówność, honor, uczciwość i inteligencję. Świadek odchodzi od barierki spreparowany dokładnie, aby w końcu, o ile pozostanie na rozprawie, usłyszeć mogącą przyprawić o depresję charakterystykę swojej osoby. Ale nawet gdy obie strony chwalą zeznającego, to czyż można zaprzeczyć, że tego rodzaju publiczne colloquium musi w ten czy inny sposób zaciążyć na życiu świadka, że żadna egzystencja nie może wyjść bez szwanku z takiego obnażania, że prywatne konsekwencje takiej półgodzinnej spowiedzi mogą być nieobliczalne. Badanie świadków wydało mi się jedną z najbardziej bezlitosnych egzekucji, tym bardziej przykrą, że publiczną. Mówię o tym z przerażeniem, bo jeżeli nawet założyć optymistycznie, że żaden z nas nie będzie zbrodniarzem, to z pewnością każdy z nas może być świadkiem. Nie życzę tego nikomu.

 

Oto typowy wypadek: jest sobie teatrzyk, podrzędny kabaret. W teatrzyku tym tańczy młodziutka tancerka. Pewien pan na wysokim stanowisku siada od jakiegoś czasu co dzień w pierwszym rzędzie i posyła dziewuszce kwiaty. Zapoznaje się z nią, rozmawia z nią kiedyś za kulisami, idą razem do kina... Co dzień w każdym teatrze na całym świecie zawierają się tego rodzaju znajomości. Ale przypadek sprawia, że tu właśnie następuje katastrofa. Młodą tancerkę zabija jej kochanek. I od razu pan na stanowisku, który dowiedział się o zbrodni z gazet, staje się własnością ogółu. Mówią o nim, piszą o nim, szperają w jego życiu prywatnym. Pan staje przed sądem i musi się zwierzać. Gdyby milczał, wyglądałoby to podejrzanie. Musi opowiadać, co czuł do zabitej, jak z nią rozmawiał, czy ją traktował „z sympatią”, czy bez. Musi się spowiadać ze swoich słów i gestów, i to wobec tłumnie zebranej gawiedzi. Chwalą go potem w przemówieniach za inteligencję i subtelność; można kogoś przyprawić o zgrzytanie zębów takimi pochwałami. Ten świadek jest na stanowisku, więc się go traktuje ostrożnie. Za to innych...

Na ławie oskarżonych siedzi młody, elegancko ubrany chłopak. Maska twarzy nieruchoma, oczy głęboko osadzone, usta zaciskające się kurczowo, tik nerwowy w policzku. Matowa, ciepła bladość południowca. Jednocześnie raczej buzia niż twarz: nic nie znaczący nosek, usta pulchne, gdy nie zaciśnięte, głowa mała i okrągła. Mówią o oskarżonym, że się grubo pudrował i karminował sobie usta: cóż dziwnego, gdy się ma twarz lalczynego pierrota, co, przetłumaczone na język dzisiejszy, oznacza twarz wzorowego żigolo. Oto typowy fordanser, ulubieniec starszych pań i panów-pederastów. Któż by mógł uwierzyć, że tak właśnie wygląda zabójca? Taka powierzchowność predestynuje do pewnego trybu życia, ale któż by pomyślał, że predestynuje do zbrodni?

Prasa zbyt surowo obeszła się z Drożyńskim. Nie bronię go. Zabójstwo z zazdrości, z wściekłości po odtrąceniu przez kochankę – na to nie ma wytłumaczenia. Och, to przywłaszczanie sobie prawa do cudzego życia, ten brak ambicji, czepianie się drugiego człowieka, to niszczenie kochanki, gdy się nie może jej mieć na własność! Dotychczasowa moralność raczej zbyt pobłażliwie odnosiła się do tego rodzaju zbrodni. Drożyński padł do pewnego stopnia ofiarą pojęć, że zazdrość jest uczuciem słusznym i godziwym (trzeba było słyszeć, jak pewnym tonem o tym mówił), że zabicie kobiety, która przestała kochać, to jest jednak gest, za który, gdyby był legalnym mężem, mógłby może uzyskać sympatię sędziów i prasy. Istotnie, nie można się oprzeć uczuciu, że sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby zabójca zajmował właśnie ową legalną pozycję wobec ofiary. Kto wie, czy nie wybielono by go wówczas do czysta? Już by się wtedy nie mówiło o wyzysku materialnym, bo któż by brał mężowi za złe, że żona płaci za niego taksówkę lub rachunek w restauracji? Jego zazdrość poczęto by „szanować”, sprawę siniaka pod okiem uznano by za nie dowiedzioną (jak jest w istocie) i gdyby jeszcze rzecz działa się przed sądem przysięgłych, Drożyński poszedłby do domu wolny.

Czy ten lub inny wyrok zmieniłby coś w istocie sprawy? Nic. Toteż spróbujemy, my widzowie, my słuchacze, my publiczność, których może niesłusznie dopuszczono do udziału w tej ponurej sprawie, wyrobić sobie zdanie o tej dość pospolitej zresztą zbrodni, zwykłym crime passionnel.

Nie ma usprawiedliwienia dla zbrodni Drożyńskiego, mimo iż nazbyt często sądy usprawiedliwiały ten typ zbrodni. Za to cały stosunek jego z Korczyńską nie wydał mi się ani tak podły, ani tak niegodziwy, ani tak niemoralny, jak to przedstawiono i w sądzie, i w prasie. Zapewne, kiedy zaczęły się pogróżki, sprawa nabrała grozy, ale to już był okres desperacji i zapadania się w otchłań. Jeżeli chodzi o sam romans, niemal każdy młody chłopiec może się znaleźć w podobnej sytuacji, tylko że jeden się wydobędzie, inny pójdzie na dno.

Chłopak wybitnie inteligentny i zdolny, to się czuło od pierwszej chwili, kiedy otworzył usta, to mu przyznał zresztą prokurator. Syn adwokata, doskonały uczeń, kończy gimnazjum, wstępuje na uniwersytet. Zarobkuje, zdaje egzaminy, posiada przyjaciół. Jest ładny, zdolny, ma temperament i duże apetyty, sporo zarabia na posadzie w magistracie, dużo wydaje. Nagle traci zajęcie. Przy tym zahamowaniu zarzuca jak samochód, coś pęka w jego psychicznej kierownicy. Dostaje różne posady, coraz pośledniejsze, wreszcie w urzędzie śledczym. Na żadnej nie może się utrzymać. Jest głupio ambitny, chorobliwie drażliwy, wygórowanego mniemania o sobie. Ma kochankę-tancerkę, osiem garniturów, czapkę studencką i pustkę w kieszeni. Raz już wszedł w skórę złotego młodzieńca i nie potrafi z niej wyleźć. W którymś punkcie swego życia wypada z rytmu, mylą się nici, którymi życie porusza tę postać pierrota, stworzonego, aby czarować girlsy i ekspedientki, stworzonego może na to, żeby zostać kimś w życiu. Ten chłopak, dotychczas bez zarzutu, przestaje się uczyć, zaczyna się wałęsać, grać dniami całymi w bilard, w karty, przenosi punkt ciężkości swego życia na osobę dziewczyny tańczącej co wieczór na scenie.

Iluż młodych chłopców przeszło przez taki okres! Na przekór oburzeniu panów prokuratora i powodów cywilnych, którzy nie mogli pojąć, jak niegłupi chłopak może w ten sposób spędzać dnie, znam sama wielu wybitnych ludzi, którzy tak właśnie przefujarzyli młodość, co im nie przeszkodziło odbić się w pewnej chwili do góry. I jeszcze jedno: z całego przewodu sądowego wynikło, że Korczyńska była miłą i wartościową dziewczynką, ale trzeba stwierdzić, że jednak dla młodego chłopca bez pieniędzy była znajomością niebezpieczną. Ktokolwiek należy do świata teatralnego lub choćby się z nim styka, musi się trzymać na pewnym poziomie, musi być ubrany, musi mieć zawsze parę złotych w kieszeni, nie może się wyrzekać taniego luksusu, który obowiązuje w tym otoczeniu. Bezinteresowna aktorka może nie przyjąć grosza od swego kochanka, ale jest nie do pomyślenia, aby pozwoliła wejść za kulisy chłopcu w podartych butach, w wytartej marynarce, aby mógł z nią chodzić ktoś, kto w deszcz nie może jej zawołać taksówki. To już jest minimum, bo to ją ośmiesza, deklasuje, zmniejsza jej możliwości, nakłada na nią stempel niemal perwersji, a dziś ambicją każdej aktoreczki jest być wzorową mieszczką. Może się sama biednie ubrać, nie może mieć kochanka-oberwańca. I cóż się dzieje? Korczyńska kocha swego chłopca, a on nie ma pieniędzy, traci posady, które lekceważy, bo czuje w sobie większe możliwości, bo ma myśli zaprzątnięte miłością, bo jest neurastenicznie drażliwy. Nie ma pieniędzy, a mieć je musi, choćby tyle, aby robić dobrą minę wobec kochanki, a zwłaszcza wobec jej przyjaciółek. Drożyński poczyna miotać się desperacko, aby zdobyć choć parę złotych, gra, pożycza, włazi w najgorsze kompanie, szamoce się spazmatycznie, aby się utrzymać na powierzchni i oczywiście stacza się coraz niżej. Kiedy już nie ma skąd wziąć na te wspólne drobne wydatki, więc jednak dla niej – od kogo bierze? Od niej. I ona mu daje, bo nie chce go stracić, bo wstydziłaby się kochanka-biedaka, bo oboje nie mieli ani rozumu, ani odwagi, aby przeciwstawić się otoczeniu i błysnąć odważnie nagością swojego ubóstwa.

Z tym braniem pieniędzy sprawa się jakoś inaczej przedstawia w sądzie, inaczej w życiu. „Ach, więc pozwalał jej zapłacić za taksówkę, ach, więc ona płaciła w restauracji, ach, więc mu dała pięć złotych!” – wołali panowie prawnicy z oburzeniem, które może zbyt często towarzyszy ich słowom. Nie dowiedziono zresztą, że płaciła, to były uporczywe plotki, zapewne słuszne, ale cóż w tym znów takiego złego? I gdyby cała sprawa nie skończyła się zbrodnią, czy miałby ktokolwiek prawo to osądzać? Tego rodzaju wymiana usług – daje ten, kto ma – jest nader częsta wśród ludzi, którzy się kochają, zwłaszcza w obecnych warunkach, kiedy kobieta zarabia tyleż co mężczyzna albo więcej. Znam wiele takich małżeństw i par, szczególnie wśród sfer proletariackich, inteligenckich, wśród studenterii. Czyż pojęcie, że zawsze mężczyzna powinien płacić za kobietę, nie jest, doprawdy, tym, co się nazywa przesądem burżuazyjnym, przeżytkiem pochodzącym ze sfery, gdzie mężczyzna zawsze ma pieniądze, a kobieta nie potrzebuje zarobkować? Matka Drożyńskiego zeznała, że jeszcze dziś jest w posiadaniu dwóch weksli syna wystawionych za pończochy i pantofle damskie; łatwo by stwierdzić, czy to prawda. Zapewne prawda i nie ulega dla mnie wątpliwości, że kiedy Drożyński miał pieniądze, wydawał na Igę, kiedy nie miał, wydawała ona. Nie widzę w tym hańby. Toteż śmieszne wydały mi się tryumfalne okrzyki panów oskarżycieli: „Ach, więc on jednak wziął od niej sześćdziesiąt groszy, kiedy mu zabrakło w cukierni? Widział pan, czy nie widział, jak ona płaciła za taksówkę?” itd. To są kryteria wzięte z romansów „z wyższych sfer towarzyskich”, nie z życia. Inna rzecz, że Drożyński zaplątał się bez wyjścia w swojej trudnej sytuacji, począł obsuwać się z rozpędem spadającego ciała. Przymusowe próżniactwo, na jakie go skazała utrata ostatniej posady, fatalne znajomości, głupie fałszowanie dokumentów, beznadziejna niemożność zarobienia w jakikolwiek sposób pieniędzy – na poprzednich posadach opatrzono go pewnego rodzaju wilczym biletem, który mu zamykał dostęp do wszystkich biur – oto dzieje grzechu mężczyzny. W tych warunkach Iga, która też zresztą zarabiała już grosze w źle prosperującym „Ananasie”, coraz częściej wtykała mu do ręki złotówki, może w końcu sam ich żądał, kiedy miał długi karciane albo inne, o nędzo! – „honorowe”. Dziewczynie poczęło się to przykrzyć: kobieta ma we krwi od wieków, że jest opłacana, tak dalece, że upokarza ją, gdy to ona ma przez czas dłuższy pomagać mężczyźnie, to ją niejako dyskwalifikuje we własnych oczach. Nic więc dziwnego, że zaczęła narzekać przed koleżankami na tę nieznośną à la longue sytuację. Jestem pewna, że Drożyński ze swą chorobliwą ambicją nie mniej cierpiał nad tym niż ona; był on i pozostał, wbrew swemu postępowaniu, nadziany po czubek głowy całym pasztetem konwencjonalnych zasad moralnych. Inna rzecz, że zaplątał się tak mocno, iż każdym ruchem mógł tylko pogorszyć sytuację, a uratować się jedynie odchodząc, tracąc dziewczynę! Na to nie mógł się zdobyć. Pozostać? Nie mógł nie rozumieć, że taka sytuacja trwać długo nie może, że zjawi się nareszcie jakiś bogaty wielbiciel, z którym walka będzie dla niego niemożliwa. Ten okres musiał być dlań męką, którą łatwo sobie wyobrazić, toteż dziwna mi się wydała ironia pana prokuratora w stosunku do matki Drożyńskiego, która opowiadała, jaką golgotę przechodził jej syn i jak ona cierpiała razem z nim. Pan prokurator zapytał z ogromnym zdziwieniem, co to mogła być za golgota, że to raczej Korczyńska mogła przechodzić golgotę, nie on. Mogła i ona, i on, to sobie chyba nietrudno wyobrazić. Ona skuta z człowiekiem, który był jej już tylko kamieniem u szyi, on patrzący z rozpaczą na ruinę swoich możliwości, na niemożność odegrania się, na nieuchronne następstwo rywala.

Życie splątało wszystkie nitki rządzące figurynką tego banalnego pierrota. Następują już teraz nieskładne podrygi. Istnienie traci wszelki sens, dni wloką się groźne pustką i ponurym próżniactwem. Tępe dni spędzane przy bilardzie. Towarzystwo żigolaków, pokątnych pedeków, kryminalistów, byle kogo. Ambicja, nieuzasadniona pycha rośnie, uniwersytet pozostaje daleko w tyle. Jedna pasja, jedna namiętność, jedna myśl – Iga. Ale ten zdesperowany, zmarnowany, idący na dno chłopak nie umie kochać słodko. Sadyzm czy też chorobliwa zazdrość, może poczucie własnej niedostateczności, każą mu dręczyć dziewczynę, szantażować ją samobójstwem, zabójstwem. Szarpie ją i wyłamuje jej ręce, przeraża, grozi. Jak zauważył nad wyraz przenikliwie pan prokurator, z rąk tego ambitnego i zdolnego człowieka wymknęło się wszystko, co nadaje jakąkolwiek władzę i znaczenie w świecie. Pozostał jedyny teren, na którym mógł czuć swoją wyższość – prosta zakochana kobieta, jedyna istota, której wolno mu było rozkazywać, którą, jak każdy słaby władca, rządził terrorem i strachem. Jednocześnie sam czepiał się kurczowo tej jedynej istoty, która nadawała sens jego zmarnowanemu życiu. Im bardziej opadał w hierarchii społecznej, tym bardziej trzymał się prestiżu czapki studenckiej, „sfery”, z której pochodził, moralności, honoru, wszystkich słów, które zwykle niewiele znaczą, a w jego ustach ziały coraz przeraźliwszą pustką. I kult dla tych słów zachował nawet w ostatnim akcie tragedii, na ławie oskarżonych, kiedy już ze zdolnego, gorącego chłopca zdołał się przedzierzgnąć w ponurego kabotyna, zapewniającego, że chciał uczynić z Igi „damę z towarzystwa”, wzorową niewiastę, że zabił ją jedynie dlatego, gdyż widział, że idzie na „złą” drogę, że szarga jego honor, jego, człowieka, z którym była związana przez parę lat. Plótł te wszystkie brednie nie do darowania, zamiast powiedzieć po prostu, że wreszcie wymknął mu się ostatni atut z ręki, że dziewczyna zbuntowała się i odeszła, i zostawiła go samego na gruzach zniszczonego życia, że to nie tyle zazdrość, ile rozpacz wepchnęła mu rewolwer do ręki: zginąłem, giń razem ze mną.

 

Zamiast tego – mnóstwo żałosnych, przez niego samego pozbawionych wszelkiej treści słów. Miało się wrażenie, że po tej kompletnej katastrofie, po utracie wiary w siebie, w swoją przyszłość, po utracie ukochanej kobiety, po utracie wolności jedno mu tylko zostało: wiara w słowo, w puste, wyświechtane słowo, które w jego mniemaniu ratowało to, na czym mu zawsze w życiu zależało, a czego nigdy nie umiał osiągnąć – prestiż. „Honor”, „uczciwość”, „nie kłamię nigdy”, „cnota”, „czystość”, cały arsenał mieszczańskiej moralności, którą podeptał – oto słowa, które tym bardziej go upajały, im bardziej tracił do nich prawo.

Zdumiewająco brzmiały one w ustach człowieka, który zachował dla nich cały kult, ale najwyraźniej nie skonfrontował ich nigdy z własnym życiem. Niestety, trzeba wyznać, że w ogóle w całym przewodzie sądowym nadużywało się tych szumnych, wieloznacznych i często beztreściwych słów, że równie gęsto siali nimi panowie w togach. Cały proces miał dość antypatyczny charakter, gdyż nie chodziło o to, do czego sąd jest powołany i predestynowany – do stwierdzenia winy – ale o zdanie sobie sprawy z „oblicza moralnego oskarżonego”. Znajdujemy się obecnie w momencie takiego przełomu pojęć etycznych, że trzeba w szermowaniu nimi zachować daleko idącą ostrożność. Próbowałem to zilustrować na przykładzie dotychczasowego stosunku do zabójstwa z zazdrości z jednej strony, a dzielenia się pieniędzmi między kochankami z drugiej. Dziś potępimy to, co się dawniej usprawiedliwiało, usprawiedliwimy to, co dawniej uchodziło za hańbę. Poza tym różne normy obowiązują w różnych środowiskach. Podczas rozprawy mówiło się cały czas o Korczyńskiej jak o panience z Sacré-Coeur. Panowie obrońcy pytali się dobrodusznego tancerza, który się w niej kochał, czy nie uważał za niewłaściwe, że Iga bawiła się do piątej rano na imieninach w mieszkaniu, a zgrozo, nieżonatego człowieka. Drwiono z innego świadka, gdy powiedział, że między Igą a jego przyjacielem porucznikiem istniał stosunek koleżeński: „Więc jak to, porucznik był kolegą tancerki? I pan nie miał nic przeciwko temu?” Pytano innego świadka natarczywie, co rozumie pod słowami: „żyją ze sobą”, ale to już miał być zapewne dowcip.

Patos panów oskarżycieli doszedł szczytu, kiedy mówiono o spędzeniu płodu przez Korczyńską. Pan prokurator tak nawet sformułował pytanie, skierowane do oskarżonego: „Więc powiada pan, że pan z niej chciał uczynić damę z towarzystwa i wzorową niewiastę, może pan nam opowie, jak się pan zabrał do tego. Więc najpierw ją pan zaprowadził do akuszerki?” Oskarżony bardzo impetycznie zaoponował przeciwko takiemu sposobowi stawiania pytań; trudno mu odmówić słuszności. Rozumiem dobrze, że należało ośmieszyć kabotyńskie słowa o „damie z towarzystwa”, ale to oburzenie panów prawników na fakt spędzenia płodu przez młodziutką dziewczynę, niezamężną, tancerkę, której ciąża przeszkodziłaby w wykonywaniu zawodu, i to w dobie kiedy kodeks karny ma ulec bardzo znacznym modyfikacjom – czy to nie zbytek gorliwości? Przy tym zabawne zjawisko: ponieważ chodziło koniecznie o to, aby z Igi uczynić „świetlaną postać”, więc odpowiedzialnością za to „przestępstwo” obarczono jej kochanka. „Więc czemuż jej pan od tego nie powstrzymał? Więc czemuż się pan z nią nie ożenił?” – padały pytania. „Ach, więc to pan ją sam zaprowadził do akuszerki, a może dawał jakieś proszki? Jak to, więc pan nie pragnął mieć dziecka? Własnego syna?” „Pragnąłem mieć syna – zgrywał się w odpowiedzi Drożyński – marzyłem o tym – wołał ten dwudziestopięcioletni chłopak – gdyby go była miała, nie omieszkałbym węzłem małżeńskim uświęcić nasz związek” (niestety, tym stylem przemawiał zarówno oskarżony, jak i panowie w togach). Jednej tylko rzeczy nie powiedział i nie domyślili się jej panowie prawnicy: to właśnie Iga z pewnością nie chciała mieć dziecka – i któż by to jej brał za złe? Rozpoczynała karierę gwiazdy: ładne ułatwienie. Czemu się z nią wówczas nie ożenił? Ona z pewnością nie chciała wyjść za niego, za tego chłopaka bez pozycji, bez pieniędzy, bez przyszłości, ona z takimi możliwościami: urodą, młodością, talentem. Postąpiła tak, jak postępuje mnóstwo znajomych, kto wie czy nie żon prawników całego świata, i doprawdy, nie było o czym tyle mówić, chyba że to już tak wypada przerzucać się przed sądem komunałami wyświechtanych pojęć, na które oskarżony, równie konwencjonalnie myślący, nie umiał znaleźć odpowiedzi i połykał je w załzawionym i gryzącym milczeniu.

Potem nastąpił dzień naprawdę tragiczny, dzień, którego przeżycie trzeba było okupić nerwami, zupełnym wytrąceniem z równowagi. Zeznawały obie matki, zabitej i oskarżonego. Muszę wyznać, że, nie przyzwyczajona do podobnych emocji, z trudnością mogłam wytrzymać tragiczny ciężar tych zeznań, straszliwy widok tych dwóch istnień okaleczonych na schyłku. Nie potrafię powiedzieć, której staruszki los wydał mi się bardziej wstrząsający, zapewne obu. Matka Igi Korczyńskiej – mój Boże, to przecież łatwo sobie wyobrazić! Matka Drożyńskiego – spłoszona, przerażona, bojąca się spojrzeć w stronę syna, napięta, żeby nie powiedzieć czegoś na jego niekorzyść, kłamiąca często oczywiście i heroicznie, na pół przytomna, zdruzgotana już nie tylko rozpaczą, ale i hańbą, powtarzająca spazmatycznie te niepotrzebne słowa, że nigdy go nie opuści. Toteż agresywność i drwinki oskarżycieli w stosunku do tej tragicznej postaci – „Ach, więc pani nie wiedziała, ach, więc i pani przechodziła tę domniemaną golgotę, ach, więc pani nie umie policzyć, ile pani miała dzieci?” – czyniły ponure wrażenie. Staruszka istotnie zapomniała, ogłuszona, ogłupiała, ile miała córek, ilu synów. Ogółem było szesnaścioro, tak jest, a to dużo, proszę panów prawników. Szesnaścioro dzieci, których większość wyginęła, to nie jest tak łatwo policzyć, gdy się ma lat blisko siedemdziesiąt i ostatniego syna na ławie oskarżonych. Można zapomnieć, gdy się to wszystko sumiennie rodziło i grzebało, a nie chodziło jak Iga do akuszerki, co też się panom nie podobało. Matka zbrodniarza ma dosyć do czynienia z samą sobą, bez drwiącej pomocy i szyderczych zdumień młodych mężczyzn w togach, oddzielonych od niej całą przepaścią zdrowia, zadowolenia i powodzenia.

Te dwie matki to był widok zaiste pirandelliczny. Każda z nich mówiła swoją prawdę, logiczną i prawdopodobną, tylko że te prawdy nie zgadzały się ze sobą i nigdy się nie dowiemy, jak było naprawdę.

„Więc jak to było z tymi pieniędzmi? Brał czy nie brał?” – pytano starej Wielgusowej. „E, co tam pieniądze – odpowiedziała ładnie – jak się kochali i mieli się żynić”.