Tajemnice starego domu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnice starego domu
Tajemnice starego domu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Tajemnice starego domu
Tajemnice starego domu
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tych kilka miesięcy wszystko zmieniło. Nie ma już wśród nas księdza Jankowskiego. Niech odpoczywa w pokoju. Ja też chcę mieć spokój i przekazać pani to, o co mnie prosił.

Miałam wielką ochotę jeszcze jej coś wypomnieć, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Pomyślałam sobie, że przecież jest dla mnie ostatnią szansą na poznanie tajemnicy, która dotyczy mojego ojca.

Zaprosiłam ją zatem do domu i postanowiłam, że nie wyjdzie stąd, póki wszystkiego mi nie opowie. Takiej okazji nie mogłam przepuścić! Pani Irenka zaparzyła kawę, pokroiła ciasto i starała się chociaż trochę złagodzić napięcie między mną a panią Reginą.

– Ciekawe, dlaczego akurat teraz postanowiła pani ze mną porozmawiać. Coś się wydarzyło? – Zdecydowałam się być konkretna i nie dać się zwieść kolejnym wymówkom.

– Na początek chcę przeprosić… – powiedziała gosposia łamiącym się głosem. Drżały jej dłonie. – Źle panią wtedy potraktowałam. Nie tak się z ludźmi rozmawia. Przepraszam.

– Nasze spotkania do najmilszych nie należały – wtrąciłam nerwowo.

Pani Irenka skarciła mnie wzrokiem i dała znać, że przesadzam. Miała rację, ale nie mogłam się uspokoić.

– Chciałam chronić księdza Jankowskiego. Gdy dowiedział się o pani przyjeździe do Pniewa, od razu zrozumiał, że lada dzień na nowo odżyje sprawa jego siostrzenicy Magdaleny i pani ojca. W tamtych czasach romans młodej dziewczyny z żonatym mężczyzną był skandalem. To mała miejscowość, ludzie od razu o wszystkim wiedzą.

– Rzekomy romans. Nie ma na razie żadnych dowodów na winę mojego ojca.

Emocje wzbierały we mnie na nowo. Nie chciałam kolejny raz słuchać oskarżeń dotyczących ojca.

– Alicjo, proszę cię, wysłuchaj pani Reginy. Później podejmiesz decyzję, co z tymi informacjami zrobić. – Pani Irenka kolejny raz próbowała mnie uspokoić.

– Przepraszam panią. Nerwy mnie ponoszą.

– Rozumiem. Nas wszystkich dużo to kosztowało i nadal tak jest. Po pani przyjeździe ta sprawa wróciła na nowo. Ksiądz sobie z tym nie radził. Miał ogromne wyrzuty sumienia. Wiele razy chciał do pani iść i porozmawiać, ale się bał. Bał się tego, że jego decyzje i działania mogą zrujnować pani życie i zburzyć spokój. Ludzie w okolicy o tym nie zapomnieli. Dlatego ksiądz uznał, że lepiej do tego nie wracać. To było dla niego trudne.

– Mógł do mnie przyjść. Sama bym zdecydowała, co chcę zrobić. Nie dał mi wyboru. Mam prawo wiedzieć, czy mój ojciec był takim draniem, za jakiego wszyscy go mają. Zła opinia ciągnie się za człowiekiem wiele lat.

– Pani Regino, pamiętam tamte czasy i plotki o romansie Magdaleny i Piotra. Było o tym głośno. A pani była bardzo blisko Magdaleny i księdza. Myśli pani, że naprawdę mogli mieć romans i dziecko Magdaleny jest też dzieckiem Piotra? – Pani Irenka zadała to pytanie i pobladła. Spojrzała na mnie. Była przerażona. Bała się mojej reakcji.

A ja? Poczułam ulgę. Wreszcie ktoś zapytał wprost. Tylko chwila dzieliła mnie od poznania prawdy.

– Wiem, że oczekujecie ode mnie jasnej odpowiedzi. Owszem, byłam blisko księdza i jego siostrzenicy Magdaleny, ale wiedziałam o tej sprawie tyle, co i inni. Ksiądz nie pozwolił na to, by ktokolwiek poznał prawdę. Nawet ja. Nie wiem, czy Ewa Kawalec jest pani siostrą. Może tak być. Ale pewności nie mam.

– Ksiądz zmarł. Pani nic nie wie. To już koniec tej historii? Nigdy nie dowiem się prawdy? Ja się na coś takiego nie zgadzam! – Wściekła walnęłam pięścią w stół. Na śnieżnobiały obrus wylała się kawa. Zobaczyłam wielką czarną plamę. Taką samą jak plama na przeszłości mojej rodziny.

– Alicjo, proszę, uspokój się. – Pani Irenka nigdy nie widziała mnie w takim stanie.

Chodziłam po pokoju jak w jakimś transie. Słuchałam tego, co mówiła pani Regina. Że ksiądz Jankowski do końca życia bił się z myślami. Chciał się rozliczyć z przeszłością. Coraz gorzej się czuł. Myślał, że to zmęczenie, ale diagnoza była okrutna. Rak płuc. Jego dni były policzone. Podjął decyzję. Planował się ze mną spotkać i wyjawić prawdę. Nie zdążył. Zmarł nagle na zawał. Prawdę o przeszłości zabrał ze sobą do grobu.

– Jednak na kilka godzin przed śmiercią polecił mi, by przekazać pani rzeczy, które zostały na plebanii po Magdalenie i jej córce – wyjawiła wreszcie pani Regina.

– Dlaczego? Przecież nie jestem dla nich nikim bliskim.

– Taka była prośba księdza. Zrobi pani, co zechce. Ja już gosposią na plebanii nie jestem. Swoje lata mam i wraz ze śmiercią księdza Jankowskiego skończyła się i moja rola. Rzeczy po Magdalenie i Ewie są na plebanii w kartonie. W najbliższy czwartek nowy ksiądz proboszcz wyjeżdża na rekolekcje. Umówiłam się, że wtedy wraz z synem zabiorę z plebanii swoje ostatnie rzeczy. Jak pani chce, proszę w czwartek przyjechać.

– A nie może pani przekazać ich Magdalenie i jej córce? Byłoby prościej. – Miałam złudną nadzieję, że gosposia wie, gdzie mieszkają.

– Żebym to ja wiedziała, gdzie ich szukać. Wiem tylko tyle, że jak mała Ewa nieco podrosła, jej matka zerwała ze swoim wujem kontakt. Miała do niego żal, że wysłał ją i Ewę do obcych. Musiał ukryć przed światem wstydliwą prawdę o złym prowadzeniu się własnej siostrzenicy. Takie to były wtedy czasy. Ludzie by im żyć tu nie dali. Ksiądz musiał coś z tym zrobić.

– Wiadomo, gdzie teraz przebywają? – wtrąciła pani Irenka.

– Ich adres na Mazurach mam, ale one tam już od dawna nie mieszkają. Gdy Ewa była mała, ksiądz często je odwiedzał. Potem matka się z nią gdzieś przeprowadziła i szukaj wiatru w polu. Ksiądz był bezradny.

– Nie miał już nigdy z nimi kontaktu? – zdziwiłam się. Coś mi tu nie pasowało.

– Tego nie wiem. Nie wtajemniczał mnie. Przed śmiercią cały swój dobytek zapisał Ewie. Podobno stawiła się na odczytanie testamentu. Dostała od księdza pokaźną sumę pieniędzy i mieszkanie w Pułtusku.

– Ciekawe, gdzie teraz może być… – Pani Irenka nie mogła się pogodzić z tym, że ta historia wciąż ma nowe wątki i jest tak skomplikowana.

– A może życie znowu mnie zaskoczy i okaże się, że obie mieszkają od dawna w Pułtusku. Może nawet mijałyśmy się wiele razy na ulicy? – zastanawiałam się.

– Nic mądrego więcej nie powiem. Nie wiem, jak Ewa teraz wygląda. Nigdy jej nie widziałam jako dorosłej osoby. A jak była dzieckiem, to tylko kilka razy. Śliczna dziewczynka. Ciężki los jej przypadł w udziale.

– Jak nam wszystkim – dodałam rozżalona. Byłam wściekła. Mój ojciec mógł przecież być zwykłym zdrajcą… lub Bogu ducha winnym człowiekiem.

Gosposia się zamyśliła. Trwała w skupieniu przez kilka minut. Jakby pamięcią wróciła do tamtych wydarzeń. Z letargu wyrwał ją dzwonek komórki.

– Mój syn dzwoni. Muszę już wracać. Czekam na panią w czwartek na plebanii. Jeśli jednak pani się nie zdecyduje, będę musiała te rzeczy wyrzucić. Proszę to przemyśleć.

– Tak zrobię. Dziękuję za spotkanie i rozmowę. Były mi potrzebne.

– Więcej nie mogę pomóc. Tyle wiem, tyle pamiętam. – Już miała wychodzić, gdy nagle coś jej się przypomniało i sięgnęła ręką do torebki. Wyjęła z niej szarą kopertę. – Byłabym zapomniała. W środku jest zdjęcie Magdaleny i Ewy. Jedyne, jakie mam. Czas na mnie.

– Do widzenia – odpowiedziałam drżącym głosem. W dłoniach trzymałam właśnie dowód na istnienie obu kobiet.

– Otworzysz? – Słowa pani Irenki wyrwały mnie z zamyślenia.

– Chyba to właśnie ten moment, by wreszcie przekonać się, jakie były, a raczej jakie są. Ciekawa jestem, jak wyglądają.

– Alicjo, wiesz dobrze, że nie musisz brać na siebie tej sprawy. Możesz ją zostawić. Życie toczy się dalej. To, co było, już nie wróci. Może nie warto tego rozpamiętywać?

– Nie zaznam nigdy spokoju. To będzie wracać. Nie chcę tak żyć. Muszę mieć pewność co do swojego ojca. Albo był uczciwym człowiekiem, albo zdrajcą, który o mało nie rozbił własnej rodziny, a drugie dziecko zostawił na zmarnowanie.

– Nie dręcz się. Tak nie można. – Czułam, że pani Irenka bardzo się o mnie martwi.

Zdecydowanym ruchem odkleiłam kopertę. Wyjęłam z niej czarno-białe zdjęcie. Serce na chwilę zamarło mi w piersi. Z fotografii spoglądały na mnie dwie kobiety. Jedna dorosła. Niezwykle piękna. Oczy, nos, usta jakby stworzone przez najlepszego malarza. Do tego jasne, lekko pofalowane włosy. Spojrzenie pełne niepokoju, a zarazem waleczne. Kobieta pełna sprzeczności. A na jej kolanach mała dziewczynka o twarzy anioła. Dwa jasne warkocze, wesołe oczy, delikatne rysy twarzy. Z radosnym uśmiechem patrzy w dal. Jakby widziała kogoś poza kadrem. I taka podobna do mnie. Niemal moje lustrzane odbicie sprzed lat.

– To już chyba wszystko jasne…

Nie wiem, co czułam w tym momencie. Niepokój? Wstyd? Złość? A może totalną pustkę? Jakby ktoś zabrał moje wspomnienia.

– Alicjo, cokolwiek się wydarzy, pamiętaj, że zawsze będziemy cię wspierać. Nawet jeśli wszystko się potwierdzi, ty ciągle będziesz sobą. I nic tego nie zmieni.

– Ale będzie oznaczało, że mój ojciec nas oszukał, a ja głupia całe życie wierzyłam, że był ideałem. A teraz muszę to przekreślić!

– Tak naprawdę nic nie musisz. To twój wybór i twoja decyzja.

– Nie odpuszczę, póki nie wyjaśnię wszystkich wątpliwości. To mi się należy.

Schron dla szukających trudnych odpowiedzi

Marcowy wschód słońca wprawił mnie w znakomity humor. Jeszcze trochę i nie będzie nawet śladu po mroźnych porankach, a w powietrzu pojawi się zapach wiosny. Pełna energii pognałam z samego rana do sklepu Basi po świeże pieczywo, by moje dzieciaki miały pyszne śniadanie. Poza przyjacielską rozmową czekały na mnie niepokojące wieści. Basia powiedziała, że od kilku dni Sokolski chodzi w pobliżu cmentarza i zachowuje się tak, jakby czegoś uporczywie szukał. Zdziwiłam się, ale i zawstydziłam. Przez ostatnie dni go nie widziałam. Miałam tyle spraw na głowie, że zapomniałam całkowicie o Henryku. Nie mogłam sobie darować własnej niefrasobliwości.

 

Koło południa udałam się w okolice cmentarza. Jak zwykle miałam więcej szczęścia niż rozumu. Sokolski stał nad grobem moich rodziców i dziadków. Odkąd postawiłam nowy pomnik, na którym umieściłam tablicę upamiętniającą jego ukochaną Małgorzatę, coraz częściej można było Henryka spotkać właśnie tutaj.

– Dzień dobry. Przychodzi do ciebie kobieta o zimnym sercu, która przez nawał obowiązków w ogóle o tobie zapomniała – przywitałam się zawstydzona.

– Witaj. Miałem was dziś odwiedzić, ale skoro już tu jesteś, to zapraszam do schronu.

– Mogłabym nawet w nim z tobą zamieszkać. Takie ukrycie się przed wszystkimi dobrze by mi zrobiło – odparłam bez namysłu.

– Coś nie tak? – Spojrzał na mnie zatroskanym wzrokiem. Ja też mu się uważnie przyjrzałam. Wyglądał na zmęczonego.

– Nie, wszystko dobrze, tylko obowiązków wciąż mi przybywa. „Wrzosowisko” nie daje mi odetchnąć. Chyba wzięłam za dużo zleceń. Myślę o tym, żeby kogoś zatrudnić. Tylko jak? Kto się zgodzi pracować w małej miejscowości? Szkoda gadać. A co u ciebie?

– Po staremu. Chodź, napijemy się gorącej herbaty.

Szliśmy przez leśną gęstwinę. Henryk opowiadał, że w lesie buszują kłusownicy. Przegania ich, jak tylko może. O schron jest spokojny. Nikt go nie znajdzie.

Mnie samej wydawało się, że ciągle idziemy tą samą drogą. Doskonale wiedziałam, że to tylko złudzenie. Podziwiałam Sokolskiego, że tak sprytnie potrafi zwodzić wszystkich, którzy szukają jego kryjówki. A odkąd zrobiło się o nim trochę głośniej za sprawą spotkania w pniewskiej szkole, chętnych z dnia na dzień przybywa. Na nic jednak ich starania.

Po jakimś czasie dotarliśmy wreszcie do schronu. Sokolski podniósł górny właz i zaprosił mnie do swojego królestwa. Na dole czekała na nas jeszcze ciepła herbata i miód z polnych mleczów. Przepyszny!

– Przez kilka dni robiłem kosze z wikliny. Dla pani Halinki. Ma na nie kupca.

– To świetna wiadomość! Zobaczysz, jeszcze trochę i wszyscy będą chcieli od ciebie kupować te cudeńka.

– Nie narzekam. Zawsze jakiś grosz wpadnie. Wtedy ty mniej na mnie wydasz.

– Oj, nie lubię, jak tak mówisz, nie lubię. Akurat tym się nie przejmuj. Lepiej powiedz, czego szukasz przy cmentarzu. Ludzie o tym gadają.

– Gadali i będą gadać. Taka ludzka przywara.

– Racja. Ale akurat to przyciąga ich uwagę. Możesz powiedzieć, o co chodzi?

– To sprawa, która i twoją głowę zajmuje. Sprawa dokumentów, o których wspomina Jan w swoim pamiętniku.

– Dziękuję! Już dawno chciałam o tym z tobą porozmawiać, ale wiem przecież, jak reagowałeś na moje wcześniejsze próby.

Zdziwiłam się jego pozytywnym nastawieniem. Temat dokumentów, które mój dziadek tłumaczył w obozie dla Elizabeth, żony komendanta, nie był tematem, do którego Henryk lubił wracać. A tu nagle taka zmiana.

– Nie daje mi to spokoju. One muszą gdzieś tu być.

– Zaczekaj, zrobiłam zdjęcia fragmentów pamiętnika, w których dziadek pisze o dokumentach. To jest poważna sprawa. Zobacz, na przykład ten…

Dzisiaj była selekcja. Kilku z naszych trafiło do szpitala. Elizabeth mówi, że już stamtąd nie wrócą. Sama też się boi. Swojego męża. Wstydzi się, że mógł dopuścić się tak nieludzkich czynów. Żal mi jej. Mamy coraz mniej czasu, a dokumentów zostało jeszcze dużo. Dzisiaj powiedziała, że gdyby coś jej się stało, wtedy mam zawieźć te najważniejsze do Gdańska, na ulicę Spokojną 28. Ale czy dobry Bóg da nam obojgu dożyć takich czasów?

– Powraca Gdańsk. Ale moim zdaniem to miejsce było zaplanowane tylko na początku. Sprawy potoczyły się inaczej. Plan się zmienił. Gdy Duńczycy cudem uratowali naszą barkę, którą naziści chcieli zatopić w głębokich wodach Bałtyku, Jan miał te dokumenty przy sobie. Nosił je w specjalnej kieszeni.

– Albo to tylko część dokumentów. Inne Elizabeth mogła ukryć właśnie w Gdańsku na ulicy Spokojnej.

– Wszystko możliwe. Ale mam takie przeczucie, że Jan te dokumenty przywiózł do Pniewa.

– Podpowiedzią jest na pewno drugi fragment. Posłuchaj.

Elizabeth, dotrzymałem danego ci słowa. Dokumenty są bezpieczne, schowane pośród polskich drzew na polskiej ziemi. Tak jak tego pragnęłaś. Nie wiem, gdzie jesteś, czy jeszcze żyjesz. Może kiedyś cię odnajdę. Możesz żyć spokojnie. Nie zdradzę twoich sekretów.

– One muszą gdzieś tu być – ekscytował się Henryk. – Polska ziemia! Jan tak bardzo miłował Pniewo. Nie mógł ukryć dokumentów w innym miejscu.

– Polskie drzewa… – dodałam w zamyśleniu.

– Dlatego szukam pośród drzew w miejscach, gdzie potajemnie spotykałem się z Janem. To było w czasach, gdy musiałem ukrywać się przed władzą.

– Podejrzewasz, że mógł je zakopać przy cmentarzu?

– Jest na to duża szansa. To były miejsca naszych spotkań. Nikt inny o nich nie wiedział.

– Ale jedno mnie bardzo dziwi. Dlaczego właściwie dziadek po prostu nie powiedział ci, gdzie ukrył te dokumenty i czego dotyczyły? – Zadałam wreszcie pytanie, które od kilku miesięcy nie dawało mi spokoju.

– Powiedział kiedyś, że to sprawa życia i śmierci. Sprawa szczególnej wagi. Uszanowałem to. Ufałem Janowi i wierzyłem, że wie, czego tak naprawdę się podjął. Zawsze mógł na mnie liczyć. Czekałem na moment, kiedy sam zdecyduje się wyjawić swoją tajemnicę. Jednak to nigdy nie nastąpiło. Wierzę, że chciał w ten sposób chronić Elizabeth. Przed czym? Tego nie wiem.

– I pewnie nieprędko dowiemy się prawdy – dodałam z wielkim smutkiem.

– Elizabeth na pewno już nie żyje. Zostaliśmy z tą sprawą sami.

– Małe są szanse na jej pomyślne zakończenie. Nie mogę sobie darować, że tajemnica mojego dziadka nie zostanie odkryta.

Czułam w sercu wielki żal.

– Widocznie tak miało być.

Sokolski nagle złapał się za prawą nogę i zaczął ją rozcierać.

– Przepraszam, czasami boli mnie mocniej niż zwykle.

Podwinął nogawkę, bo ból był chyba coraz większy i chciał mu jakoś zaradzić.

– Boże! Dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś? – Noga Henryka wyglądała fatalnie. Sina, z popękanej skóry sączyła się krew. – Jak najszybciej musi zobaczyć ją lekarz!

– Daj spokój… Dwa dni i się zagoi. Raz na jakiś czas wygląda trochę gorzej. I boli.

– Wygląda bardzo źle! Przecież za chwilę wda się zakażenie albo martwica. Musimy działać.

– Zrobię okład z ziół i przejdzie. Zawsze mi to pomaga.

– Dobrze wiesz, że ja tak tego nie zostawię.

Mimo protestów Henryka zajęłam się opatrywaniem jego nogi. I przysięgłam mu, że poruszę niebo i ziemię, by jak najszybciej znaleźć najlepszego lekarza. Nie był tym zachwycony. Ciągle powtarzał, że dla takich jak on nie ma już ratunku i żebym dała mu wreszcie święty spokój.

Wracałam do domu z głową pełną pytań. Wszystko wskazywało na to, że dokumenty powinny być w Polsce. Najpewniej w Pniewie, ale na to nie ma dowodów. Oj, dziadku! Gdybyś wiedział, jak trudno będzie rozwiązać tę zagadkę, może zostawiłbyś jakąś wskazówkę. Lub nie wspominałbyś w pamiętniku o tych dokumentach i byłby święty spokój. Ale podobno wszystko dzieje się z jakiegoś powodu.

Powróciły wspomnienia z dzieciństwa. Przypomniałam sobie coś niezwykłego! Przecież jako mała dziewczynka też miałam schron. Starą spiżarnię. To był schron mój i dziadka. Zwłaszcza w czasie burzy, której obydwoje nie znosiliśmy. Pamiętam, jak w dzieciństwie razem z dziadkiem liczyliśmy sekundy od momentu błysku do grzmotu. Ile sekund naliczyliśmy, tyle kilometrów od nas była burza. Jednoczesny grzmot i błysk mówiły, że jest naprawdę źle. Ale mieliśmy kilka sposobów, które zawsze pomagały nam oswoić strach.

Gdy tylko zbliżała się burza, schodziliśmy do podziemnej spiżarni. Do dzisiaj jest to jedno z najbardziej tajemniczych miejsc w starym domu. Nikt nawet nie wie, że tam jest takie cudo! Piwniczkę zrobił dziadek, kiedy budował stary dom. Chciał mieć miejsce tylko dla siebie. A może miał wewnętrzną potrzebę wybudowania schronu? Może chciał mieć gdzie się ukryć w razie niebezpieczeństwa? Nigdy tak naprawdę nie dowiedziałam się, w jakim celu powstała ta piwnica.

Wejście do niej jest w kuchni. Na klapie w podłodze zawsze leży mały dywanik. Strzeże pilnie wejścia do środka. Klapę unosi się specjalnym hakiem i od razu widać drewniane schodki. Pomieszczenie ma szerokość i długość połowy domu. Piwnica jest na tyle wysoka, że może się w niej wyprostować dorosły człowiek. Wyłożona jest cegłą i drewnem. Dziadek zrobił specjalne stojaki na swoje nalewki i wina. Zabudowane są nimi dwie piwniczne ściany.

Pozostałe dwie zajęte są przez wielkie regały, na których królują stare książki. Wspaniały księgozbiór dziadka. Piwnica przypomina uroczy pokoik. Jest tam ława, stoją trzy fotele. U sufitu wiszą trzy piękne lampki, które swoim światłem nadają temu miejscu nadzwyczajny charakter. Ma się wrażenie, że w jednej chwili człowiek przeniósł się do innego wymiaru. Teraz już wiem, dlaczego to było ulubione miejsce dziadka. Mógł się tu schować przed całym światem i czuć bezpiecznie. A do tego miał swoje ukochane książki!

Ale gdy nadchodziła burza, piwnica była świetnym schronieniem i dla dziadka, i dla mnie. Wystarczył jeden błysk, jeden grzmot, a już schodziliśmy na dół. Wtedy zaczynały się dziać niesłychane rzeczy! Dziadek zamieniał naszą piwnicę w niesamowite miejsce wprost z bajki. Był to statek piratów, dzika dżungla, odległa wyspa, kosmos, tajemnicza komnata. Nasza wyobraźnia nie miała granic! Wtedy nie straszna nam była żadna burza! W piwnicy nikt ani nic nie mogło nas zaskoczyć. Ale był też czas i miejsce na poważne rozmowy. Takie o życiu, które na zawsze miały zapaść w pamięci małej dziewczynki.

– Dziadku, dlaczego boisz się burzy? Przecież już nie jesteś dzieckiem.

– A widzisz… Ciężka z tym sprawa. Po prostu burza przypomina mi bardzo zły czas w moim życiu. Nie miałem wtedy domu i często musiałem stać w czasie burzy na dworze.

– Jak byłeś na wojnie?

– Można tak powiedzieć. Byłem wtedy w obozie. Tam wszystko przypominało burzę.

– Nie ma na to lekarstwa? No wiesz, żebyś się przestał bać.

– Jest jedno lekarstwo… Można zapomnieć. Tylko że to nie jest takie proste. Poza tym nie chcę tego zapominać.

– Dlaczego?

– To było moje życie, właśnie takie. Z kolei ktoś inny miał inne życie. Tak to jest, że każdy człowiek ma swoją historię. Nie można o niej zapominać. Ty też za jakiś czas będziesz wspominać swoje dzieciństwo. I to właśnie będzie twoja historia.

– Opowiem, jak się chowaliśmy przed burzą w piwnicy! Pewnie nikt mi nie uwierzy!

– No widzisz, już masz co opowiadać.

– Ale ty nie chcesz mówić o swojej przeszłości.

– Bo to ważne, by dziadek opowiadał wnuczce same dobre historie. Do złych wrócimy, jak już będziesz trochę starsza.

– Dzisiaj opowiadamy same dobre historie. Dziadziusiu, proszę, opowiedz mi bajkę o czterech rozbójnikach i ich psie.

– Bardzo chętnie. To przecież nasza ulubiona bajka.

Wiele razy było tak, że burza już dawno minęła, a my siedzieliśmy w piwnicy jeszcze przez długie godziny. Nic innego się dla nas nie liczyło. Żałuję tylko jednego. Że nigdy nie doczekałam się poważniejszych rozmów z dziadkiem. Odszedł za wcześnie. A ja przecież chciałam zadać mu tyle pytań. Poznać jego przeszłość pełną tajemnic.