Tajemnice starego domu

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnice starego domu
Tajemnice starego domu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Tajemnice starego domu
Tajemnice starego domu
Audiobook
Czyta Joanna Gajór
27,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziadek miał rację. Pamiętnik ocalił od zapomnienia i jego, i wszystkich więźniów. Na jego kartach zapisane są uczucia, wobec których nie sposób pozostać obojętnym. Czuję nieodpartą pokusę, by wydać ten pamiętnik. Ale czy dziadek byłby zadowolony z tego pomysłu? Pewnie nie, przecież sam mówił, że nie można ciągle żyć przeszłością. Wystarczy o niej pamiętać. Jak on pamiętał w obozie smak wolności, której doświadczył jako młodzieniec. Przeżył dzięki wspomnieniom. Każde słowo zapisane na pożółkłych kartkach pamiętnika jest dla mnie świadectwem jego odwagi.

Mijam codziennie setki ludzi, a ich twarze są jakby takie same. Pod grubą warstwą smutku i cierpienia kryje się miłość do wolności. Bo człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać. Nikt nie odbierze nam wspomnienia naszych rodzin, domów, miejscowości. Siedzą głęboko w głowie i trzymają przy życiu. Czy jeszcze będzie jak dawniej? Marzę o wyjściu do sadu i próbowaniu soczystych jabłek. Tak widzę swoją wolność. Pośród rodziny, domu i wielkiego sadu. By nikt nie zabrał mi nigdy więcej pięknej codzienności.

Stara miłość rdzewieje,

a nowa prowadzi za rękę

– Moje uszanowanie dla uroczej mieszkanki Pniewa! – Pan Miecio zjawił się w starym domu tuż po ósmej i jak zwykle był w wyśmienitym humorze. – List przynoszę. Z sądu. Czego oni znowu od ciebie chcą? Trzeba by łobuzów nasłać na tych adwokatów.

– Panie Mieciu, tym razem to pewnie są całkiem dobre wieści. Może pan wejdzie na herbatkę? Zimno dzisiaj, a pan od rana na rowerze jeździ. Przeziębić się można.

– A tam, żadna cholera mnie nie weźmie. Ja na starych sposobach chowany byłem, to i siły mam. Rano trzy surowe jajka zjadam i do przodu! Takiej krzepy może mi pozazdrościć każdy młodziak! – Na te słowa porządnie się wyprostował i uderzył pięścią w tors. Twarz miał pokrytą zdrowym rumieńcem, który zdradzał, że żadne mrozy nie są mu straszne.

– Tylko pozazdrościć kondycji. No i przykład z pana brać.

– Na wszystko najlepszy jest ruch. Przegoni każde choróbsko.

– Widzi pan, ja to tylko przy biurku nad projektami siedzę – poskarżyłam się.

– Dobra, jadę dalej! Dzisiaj emerytury rozwożę, to może przy okazji jaki grosz wpadnie. Moje uszanowanie!

– Do widzenia, panie Mieciu, i miłego dnia życzę!

Wsiadł na wysłużony rower, którego tylne koło już dawno straciło fason. Pomachał na pożegnanie ręką, przez co o mały włos nie uderzył w bramę. Jeszcze przez chwilę słychać było odgłos kół na zamarzniętej ziemi. Roześmiałam się. Wizyta pana Miecia była zawsze gwarancją dobrego humoru przez cały dzień.

Spojrzałam na list z sądu. Ostrożnie go otworzyłam i zaczęłam czytać. Tak jak się spodziewałam. Dawne sprawy urzędowe, nic więcej. Niedługo minie pół roku, odkąd jestem po rozwodzie. A ponadto do wzięcia! Powinnam świętować, taka teraz podobno moda. Przy rozwodzie drugie wesele się wyprawia. Ja nawet pierwszego nie miałam, bo Paweł uznał to za zbędny wydatek. Było skromnie, nudno i do bólu poprawnie. A jakie wesele, takie i wspólne życie. U nas ta zasada wyjątkowo się sprawdziła.

Przemarznięta weszłam do domu, zrobiłam sobie gorącą herbatę z malinami i ukryłam się pod ciepłym kocykiem. Powróciły wspomnienia. I niestety koszmar małżeństwa z Pawłem. Trzynaście lat smutku. Do dzisiaj nie mogę się nadziwić, że udało mi się zebrać w sobie dość sił, by uciec z tej sieci kłamstw, zdrad i poniżenia.

Wszystko dzięki Dorocie. Wyrwała mnie z letargu i skłoniła do przyjazdu do Pniewa. To był naprawdę początek nowego życia.

Pawła widziałam ostatni raz w szpitalu. Na koniec zostawił dla mnie list, w którym zarzekał się, że jeśli wygra z nowotworem, wróci do Polski, by mnie odzyskać. Minęło pół roku. Nie miałam od niego żadnych wieści. Czasami się zastanawiam, czy żyje. Jak sobie radzi z chorobą?

– A co moja ukochana tak się przede mną schowała pod tym kocem? – Na te słowa aż podskoczyłam. Nawet nie zauważyłam, że Adaś wszedł do domu. Od rana ciężko pracował. Był skoro świt na targu, a potem sprzątał swoją pracownię.

– Ciepły koc i gorąca herbata są najlepszym lekarstwem na wszystkie zmartwienia – westchnęłam.

– Aż tak zimno? – Schylił się, by mnie pocałować. Pociągnęłam go za znoszony sweter i mocno przywarłam do jego ust.

– Czekałam, aż sam mnie rozgrzejesz – wyznałam szeptem. Jego bliskość, dotyk i zapach zawsze wywołują motyle w moim brzuchu i przyprawiają mnie o zawrót głowy.

– Podobno jestem od tego ekspertem, sama tak mówiłaś. – Pogładził mnie po włosach i jeszcze mocniej zaczął całować.

Każdego dnia dziękuję opatrzności za nasze spotkanie. Mogło, co prawda, skończyć się wtedy tragicznie, ale na szczęście tak się nie stało. To był tylko mało udany wstęp do pięknej historii dwojga ludzi, którzy musieli w życiu przejść bardzo dużo złego, by móc odnaleźć siebie.

Każdego dnia staraliśmy się budować naszą przyjaźń. To od niej zaczęliśmy. Dwie zranione przez życie istoty, które bały się zaufać światu na nowo. I wciąż na naszej drodze pojawiały się nowe problemy.

Ale, jak widać, dobrze wykorzystaliśmy swoją szansę.

Mamy własną rodzinę, chociaż oficjalnie, czyli na papierze, jeszcze nic nas nie łączy. Dla nas to nie ma żadnego znaczenia. Życie toczy się według innych reguł. W przyszłości na pewno będziemy się starali sformalizować wszystko, co prawnie potrzebne jest, by stworzyć z nas rodzinę. Nie będzie łatwo. Adaś musi odnaleźć swoją żonę Joannę i dostać od niej rozwód. Od czasu, kiedy porzuciła jego i małą Rozalkę, minęło kilka lat. Ani razu się nie odezwała. Życie doprawdy pełne jest dziwnych niespodzianek.

– Z nas wszystkich wychodzę na największego lenia! Ty od rana pracujesz, Michałek i Rozalka w szkole, babcia Jasia wyszywa serwetki. A ja?

– A ty, moja droga, zrób sobie wreszcie wolne. Myślisz, że nie wiem, o której się dzisiaj położyłaś? Było dobrze po trzeciej. – Spojrzał na mnie zatroskanym wzrokiem.

– Projekt się sam nie zrobi. Ale idzie mi naprawdę dobrze. Może nawet skończę przed czasem. Pan Orłowski będzie zachwycony. Przecież ogród to całe jego życie.

– Co mu nie przeszkadza ciągle cię adorować – oburzył się Adaś.

– Przesadzasz. To tylko starszy pan o nienagannych manierach. Takich mężczyzn już teraz nie ma. No, może poza tobą – wyznałam.

– A właśnie, dzwonili rano z hurtowni. Sprowadzili dla ciebie te rośliny z Kanady. Lada dzień trzeba je będzie odebrać.

– Tak szybko? Są genialni! Teraz będę mogła ruszyć z realizacją projektu dla właściciela zajazdu pod Wyszkowem.

– Zwariuję zaraz, ta kobieta mnie wykończy! Pracuje wyłącznie dla facetów!

Adaś tylko tak mówi, a sam staje na głowie, by moje „Wrzosowisko” było najlepszą pracownią projektowania ogrodów w okolicy. I tak właśnie jest. Dowodem na to są tłumy klientów i coraz lepsze projekty. Duża w tym zasługa Adasia. Wziął na siebie wszystkie sprawy związane z reklamą i radzi sobie z tym jak mało kto. Moja pracownia projektowania ogrodów ma swoją renomę, a terminarz zamówień jest wypełniony po brzegi. Już teraz planuję zatrudnienie kogoś do pomocy. Tylko czasu na realizację tego pomysłu ciągle mi brakuje. Jak zwykle.

– Trzeba będzie pomyśleć o remoncie strychu. To dobre miejsce na twoją pracownię.

– Wiem, co chcesz powiedzieć. Zrobiłam z pokoju graciarnię i nawet nie mam gdzie przechowywać projektów. A to jest mało profesjonale.

– Jak sprzedam najnowszą rzeźbę, będziemy mogli pomyśleć o śmielszych planach.

– Co masz na myśli? – zapytałam ciekawa, co szykuje.

– Przed czasem nie mogę się wygadać. O niespodziankach się nie mówi – dodał tajemniczo i pocałował moją dłoń.

– O nie, moja ciekawość tego nie wytrzyma.

– Trudno się mówi, moja droga. Dobra, muszę się zbierać. Mam dzisiaj na głowie stolarkę dla hotelu w Pułtusku. Wrócę na osiemnastą. Nie pogardzę pysznymi pierogami.

– Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedziałam.

Adaś pocałował mnie równie namiętnie jak na powitanie, przy okazji zostawiając na moich kolanach mały pakunek.

– To na słodki dzień. Do zobaczenia! – Wymknął się szybko na werandę, a ja zabrałam się do sprawdzania, co też znajduje się w fioletowej paczuszce. Myślałam, że to owocowe żelki, ale zamiast nich znalazłam kilka pysznych czekoladek. Ależ on mnie rozpieszcza!

Adaś bardzo się zmienił, odkąd spotkaliśmy się pierwszy raz. Nie jest już tym samym przygnębionym mężczyzną, który myślał, że wraz z odejściem żony skończyło się jego życie. Co mnie najbardziej cieszy, powrócił do swojej pasji, do rzeźbienia. Znowu zaczął marzyć o wielkich wystawach. Jak dawniej, gdy był u szczytu kariery.

Ostatnio odezwał się do niego profesor z czasów studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Zaproponował Adasiowi prowadzenie ze studentami cyklu zajęć praktycznych z rzeźby. Przegadaliśmy wiele godzin, zanim się zdecydował. Ale się udało. Pod koniec lutego rusza nowy semestr i mój kochany Adaś zostanie wykładowcą. Tak się cieszę! Widzę, jak w jego oczach na nowo zapłonęła miłość do sztuki.

Mam dla niego małą niespodziankę…

Tajemnice z przeszłości

– Zaskakują mnie na każdym kroku. Wyobraź sobie, że wczoraj dostałam nowiutki gabinet. Świeżo po remoncie, czuć jeszcze zapach farby. – Tego dnia moja ukochana Dorotka dzwoniła już chyba z piętnasty raz, by przekazać mi najświeższe newsy z nowej pracy. – Ale to nie wszystko! Dzisiaj pojawiła się prawdziwa bomba wśród niespodzianek. Chyba mi nie uwierzysz. I uprzedzam. To nie jest byle co.

– Jeśli powiesz, że na dzień dobry wysyłają cię na zagraniczne wakacje, to uznam to za wielką niesprawiedliwość. – Słuchając jej, miałam wrażenie, że opowiada o świecie, który można zobaczyć jedynie w hollywoodzkich filmach z happy endem.

 

– Mam coś lepszego. Dzisiaj wezwał mnie mój szef. Tak na marginesie powiem ci, że tak przystojnego faceta dawno nie widziałam. Jak z nim rozmawiam, to zaczynam się jąkać jak jakaś małolata, która nie zna życia. Przypominają mi się czasy liceum.

– Dorota! Opanuj się!

– Wiem, wiem, co chcesz mi powiedzieć. Nikt nie przebije mojego Maćka. Mąż mi się udał jak mało co w życiu. Ale Maciej sam omal nie zemdlał, jak zobaczył to moje cacko.

– No dawaj, wszystko zniosę.

– Dostałam samochód służbowy. Nowego forda, prosto z salonu! Czarny jak noc!

– Fiu, fiu… To się mojej drogiej przyjaciółce powodzi. Zawsze byłaś większą szczęściarą ode mnie! Chociaż zaczynam się martwić.

– Nawet już wiem o co. Możesz być spokojna. Na pewno mi nie odbije. Już raz omal nie rozpieprzyłam swojej rodziny przez własną głupotę. Nie zamierzam znowu pakować się w żadne cholerne romanse. Jedna kraksa w życiu wystarczy.

– Czyli mogę spać spokojnie? – zapytałam z niepokojem. Po kryzysie w ich małżeństwie już dawno nie było nawet śladu, wolałam jednak dmuchać na zimne.

– Masz słowo honoru jednej z najlepszych architektek w Warszawie. Od jutra zaczynam projekt dla milionera z Piaseczna. Czuję w kościach, że to będzie niezła przygoda. Tfu! Wyzwanie zawodowe!

– Błagam, żadnych przygód. I żadnych tajemnic przed Maćkiem.

– Moja droga, akurat specem od tajemnic jesteś ty sama. I nie grzeb ciągle w rupieciach z przeszłości, bo znowu wpadniesz na dziwny list albo znajdziesz trupa w szafie.

– Też mi dobra rada! – oburzyłam się.

– Odkąd przeprowadziłaś się do Pniewa, na jaw wychodzą same tajemnice. Aż strach pomyśleć, co będzie za kilka lat. Może trzeba jakieś czary odczynić?

– Też masz pomysły. Czary nic nie dadzą. Trzeba rozwikłać kilka tajemnic i tyle.

– Uwielbiam tajemnice. Na studiach omal nie zostałam asystentką detektywa.

– Pamiętam. Wtedy też wpakowałaś się w niezłe tarapaty – przypomniałam jej.

– Wtedy byłam jeszcze młoda i głupia. Teraz jestem już tylko młoda – zaśmiała się radośnie. Dobry humor jej nie opuszczał.

Dorota ma rację. Przez ostatni rok światło dzienne ujrzało wiele tajemnic. Jedna z nich zabolała najbardziej. Chyba nie ma dnia, żebym nie myślała o chwili, gdy w starej szafie na strychu znalazłam stary dokument. Wystarczyło kilka sekund, by wizja mojej idealnej rodziny legła w gruzach. Tych kilka zdań zapisanych na pożółkłej kartce zburzyło cały mój świat. Bo jak to? Mój ojciec okazał się zdrajcą i oszustem?

Tajemnica z przeszłości nie daje mi spokoju. Zamęczam nią wszystkich domowników, rodzinę, przyjaciół. Najgorzej ma Adaś. Ciągle musi słuchać moich coraz to śmielszych pomysłów dotyczących dokumentu ze starej szafy.

– Nie możesz zgłosić tej sprawy na policję. No bo jak? Powiesz im, że szukasz kobiety, której nigdy nie widziałaś, a podejrzewasz, że jest twoją siostrą? Odeślą cię do domu. Albo powiedzą, że taką sprawę to chętnie weźmie co najwyżej prywatny detektyw – kolejny raz tłumaczył swoje racje.

– Adasiu, detektyw jest kimś od zadań specjalnych. To nie jest wcale głupi pomysł.

– Jeszcze tego brakowało. Myślisz, że wykopie Ewę spod ziemi? – zdenerwował się.

– No nie, przecież Ewa razem z matką jest gdzieś na Mazurach.

– Były tam, ale ponad trzydzieści lat temu. A teraz szukaj wiatru w polu.

– Na pewno daleko nie wyjechały. Tam był ktoś bliski, kto dał im schronienie.

– Nie podoba mi się to, że chcesz je odszukać – grzecznie wyraził swój sprzeciw.

– Jeszcze tydzień temu mówiłeś co innego. Sam obiecałeś zrobić wszystko, żeby mi pomóc. Teraz zmieniasz zdanie?

– Doskonale o tym pamiętam. Ale widzę, ile ta sprawa cię kosztuje. Masz wreszcie spokojne życie, wymarzony dom i święty spokój. Po co szukać problemów?

– Chcę rozwiązać sprawę z przeszłości i dowiedzieć się, czy mój ojciec był zdrajcą, za jakiego go co niektórzy mieli. I najważniejsze, jeżeli to wszystko jest prawdą, to gdzieś tam w świecie mam siostrę. Chyba nie powiesz, że na moim miejscu nie chciałbyś jej odnaleźć?

– Załóżmy, że w jakimś stopniu cię rozumiem. Mam tylko jedno pytanie. Jak chcesz to zrobić? Jak zamierzasz je odnaleźć?

– No to jest problem. Nie mam nikogo, kto mógłby mnie nakierować na ich ślad.

– A najważniejszy świadek od kilku tygodni nie żyje.

– Może i tak… Ale na pewno znajdę sposób, żeby rozwiązać sprawę z przeszłości mojej rodziny. Inaczej nigdy nie zaznam spokoju. Ksiądz Jankowski zmarł i zabrał tajemnicę do grobu, ale nie zapominaj, że została jego gosposia. Mam przeczucie, że ta kobieta sporo wie.

– Na przeczucia nie licz. Trzeba się trzymać faktów. A te są takie, że nie masz żadnych tropów ani nie znasz osób, które mogłyby cię na nie naprowadzić.

– Jesteś okrutny. Wszystko utrudniasz. Nie tak się umawialiśmy. – Poczułam się mocno urażona.

– Dla mnie możesz ich szukać nawet od jutra. Chętnie ci w tym pomogę. Tylko potem nie miej do mnie pretensji, jeśli się okaże, że sprowadziłaś na siebie kolejne kłopoty.

– Nic złego się nie wydarzy. Chcę ją tylko odnaleźć, potem każda z nas może iść w swoją stronę. Tylko tyle, a ja będę mogła o wszystkim zapomnieć.

– I tak cię nie powstrzymam – stwierdził zrezygnowany.

Nie mówię tego głośno, ale podzielam obawy Adasia. Kto powiedział, że Magdalena i Ewa Kawalec czekają na mnie z otwartymi ramionami? Chciały przecież zniknąć raz na zawsze.

Ale ja muszę poznać prawdę. Dokument ze starej szafy nie daje mi spokoju. Spisany w pniewskiej kancelarii parafialnej jest jasnym dowodem szemranej przeszłości mojego ojca.

Za milion starych złotych Magdalena Kawalec wraz z maleńką córką Ewą zgodziła się zniknąć z jego życia. Miała nie starać się o ustalenie ojcostwa, a mój ojciec miał zrezygnować z jakichkolwiek roszczeń w przyszłości. Prosty układ. Pieniądze za zniknięcie i uciszenie plotek. A wszystko to za zgodą księdza Jankowskiego. Staram się księdza zrozumieć. Chciał zapewne ratować reputację swojej młodziutkiej siostrzenicy, która słynęła z licznych przygód z mężczyznami. Mój ojciec miał być jednym z nich. Ewa Kawalec, według dokumentu, jest jego córką, a moją siostrą! Nie mogę zostawić tej sprawy bez wyjaśnienia.

Ksiądz był jedynym człowiekiem, który mógłby mnie nakierować na jakiś ślad Magdaleny i jej córki. Nachodziłam go przez kilka miesięcy, błagając o jakąkolwiek wskazówkę. A on bronił prywatności swojej siostrzenicy i jej córki. Bał się, że moje nagłe pojawienie się po latach może sprawić im ból. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie jego gosposia z informacją, że ksiądz zaprasza mnie na spotkanie w najbliższą sobotę. Przez kilka dni żyłam nadzieją, że wreszcie się przekonał i będzie chciał mi powiedzieć prawdę. Ale nie zdążyłam się z nim spotkać. Zmarł nagle na atak serca. Zabrał do grobu swoją tajemnicę.

Jedynie Dorota wierzy w sukces moich poszukiwań. Nawet zrobiła pierwszy krok bez mojej wiedzy. Niby nic specjalnego. Przeszukała wszystkie portale społecznościowe, mając cichą nadzieję, że w tak banalny sposób trafi na Magdalenę lub Ewę. Ale nic z tego. Jakby się zapadły pod ziemię. Może zmieniły nazwisko? Albo Adaś ma rację, twierdząc, że wyjechały gdzieś za granicę? To takie moje gdybanie. Dorota się nie poddaje, szuka dalej i próbuje wpaść na jakiś genialny pomysł. W to wszystko oczywiście wplątała swojego Maćka.

– Z prawnego punktu widzenia nie ma podstaw, by wystąpić do sądu o udostępnienie danych i miejsca pobytu obydwu pań. Nie popełniły przestępstwa – tłumaczył cierpliwie Maciek na kolejnym naszym spotkaniu w sprawie odnalezienia Magdaleny i Ewy.

– Nic się nie da zrobić? – pytałam z nieukrywaną nadzieją.

– Można jedynie przyczepić się do kwoty, jaką twój ojciec rzekomo jej zapłacił. Ale to wydarzyło się tak dawno, że wszystkie sprawy są przedawnione. Poza tym nie masz dowodów, że to prawda. Na podstawie domysłów nie da się rozwiązać czegoś takiego. Nawet jeśli je znajdziesz, to co wtedy? Będziesz chciała zwrotu pieniędzy? Oskarżysz Magdalenę o wymuszenie?

– Nie chcę jej o nic oskarżać, nawet jeżeli mój ojciec dał jej taką dużą sumę.

– Ciężka sprawa… Nigdy wcześniej czymś takim się nie zajmowałem. Ten dokument i cała historia to tylko poszlaki. Trudno będzie logicznie powiązać wszystkie tropy. Alicjo, moim zdaniem szkoda twojego czasu. To jak szukanie igły w stogu siana. Nie umiem ci pomóc.

– Wiem, że wszystko wygląda beznadziejnie i pewnie masz mnie za wariatkę, ale nie odpuszczę. Znasz mnie, jak coś mnie dręczy, muszę się z tym zmierzyć – wyznałam szczerze.

– Zaczekajmy jeszcze. Czas bywa dobrym doradcą.

Rozdział II O strachu przed utratą nadziei, małej dziewczynce z zapomnianego zdjęcia i podziemnym schronie, będącym miejscem dla osamotnionych

Szepty serca

Adopcja. To słowo na stałe zamieszkało w mojej głowie. I tam będzie tkwiło, dopóki Michałek nie zostanie oficjalnie moim synem. Postanowiłam działać. Na razie na własną rękę. Maciek kazał mi poczekać, aż zakończy jakąś ważną sprawę. Tylko że ja już nie mogę czekać. Nawet jednego dnia.

Dla mnie każda stracona godzina to stracona szansa na powodzenie tego zamysłu. Zaczęłam od poszukiwań w internecie. Przejrzałam, co się dało. W wyszukiwarce słowo adopcja odmieniłam na wszystkie możliwe sposoby. Naczytałam się artykułów, opinii, orzeczeń sądu. Z każdym kolejnym zdaniem, które czytałam na ten temat, czułam, jak maleją moje szanse na pomyślne załatwienie mojej sprawy. Szukając ostatniej deski ratunku, postawiłam wszystko na jedną kartę. Na największym forum dyskusyjnym pod nickiem Zdesperowana 123 zadałam pytanie: Czy jako samotna kobieta przed czterdziestką mam szanse na adopcję? Zamknęłam laptopa i modliłam się o cud. O małą iskierkę nadziei. Gdy ponownie zalogowałam się na forum, przeżyłam prawdziwy szok. Przez łzy czytałam kolejne odpowiedzi na moje pytanie:

MOONSKI: Próbowałam. Poruszyłam niebo i ziemię, by adoptować dziecko. Nic z tego. Jestem samotna, a dla ośrodka adopcyjnego znaczy to tyle samo co trefna. Musi być mąż, inaczej to się nie uda. Ja już nie próbuję, bo lata swoje mam, a na siłę faceta nie znajdę.

ONA_BEZ DZIECKA: Adopcja przez singla to jak rozmowa o yeti. Wszyscy o nim mówią, a jeszcze nikt go nie widział. Właśnie tak jest z adopcją. Wszyscy będą ci mówić, że masz takie same szanse jak para. Guzik prawda! Gadanie swoje, a życie swoje. A o noworodku nawet zapomnij. Jakby się nawet zdarzył cud i dostałabyś zgodę na adopcję, to w przydziale przypadnie ci dziecko chore lub niepełnosprawne. Mała rada. Masz czas, szukaj faceta i planuj ciążę. Na pomoc ośrodka nie licz. Tylko robią niepotrzebnie nadzieję.

ZUZAMARZYCIELKA: Nie chcę cię załamywać, ale jak dla mnie to jest pozamiatane. Nie masz szans. Moja samotna ciotka starała się o adopcję dziecka przez kilka lat. Na koniec jej powiedzieli, że już na wszystko jest za stara. Także wybacz, ale nie masz szans.

Poczułam, jak w jednej chwili wszystkie moje nadzieje rozpadają się na miliony kawałków. Serce krzyczało, że to nie może być prawda, a rozum podpowiadał, że jeszcze na pewno da się coś zrobić. To przecież nie może się tak skończyć! Nie tak miało być! Czułam się oszukana i pozostawiona na pastwę losu.

– Chyba nie dam rady… – wyszeptałam do słuchawki. Chwilę wcześniej wybrałam numer Maćka. Szukałam ratunku. Dla mnie i Michałka.

– Halo? Alicja? Co się dzieje? – Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam jego zmęczony głos. – Możesz powiedzieć, co się stało?

– Tak się boję, że nie mam najmniejszych szans na adopcję Michałka. Czytałam fora internetowe. Ludzie piszą, że samotna osoba jest skreślona już na samym początku.

– Po co to czytasz? To są same głupoty. Niepotrzebnie się nakręcasz. Spokojnie. Do sprawy trzeba podejść rzeczowo. To nie czas i miejsce na mądrości z internetu. W tej sprawie będzie się liczyło coś innego – Maciek mówił bardzo szybko. Słychać było, że jest zdenerwowany.

– Co? – zapytałam z nadzieją, że szybko znajdzie dobre rozwiązanie.

– Dowody na to, że nikt nie będzie lepszym opiekunem dla Michałka niż ty.

– Bo przecież tak jest… – dodałam zdesperowana.

– Słuchaj, Alicjo. Jestem teraz przed rozprawą i nie mogę dłużej rozmawiać.

– Jasne, już nie przeszkadzam.

Żałowałam jednak, że nie może poświęcić mi więcej czasu.

– Ale dam ci dobrą radę. Skup się teraz na sobie i pracy. Sprawę adopcji zostaw mnie. I wyluzuj, okay?

– To nie takie proste. Ale postaram się. Inaczej zwariuję.

 

– I nie czytaj tych głupot. Prawo jest prawem i tego się trzymajmy. Muszę uciekać. Trzymaj się i głowa do góry.

– Dziękuję, do usłyszenia.

Rozmowa z Maćkiem mnie uspokoiła. Tyle razy wyciągał mnie przecież z tarapatów. To dzięki niemu rozwiodłam się z Pawłem i ostatecznie nie tak źle się to dla mnie skończyło. Ale teraz walka będzie trudniejsza. Nie o jakiś tam majątek czy o to, kto ma rację. Tu przecież chodzi o mojego Michałka. Mój największy skarb. Nie odpuszczę. Choćbym miała walczyć latami.

Wieczorem dzieciaki szybko zasnęły. Tego dnia w szkole były tańce i po powrocie do domu szybko opadły z sił. Próbowałam zająć myśli pracą nad projektem, ale szło mi bardzo opornie. Adaś zaszył się w kuchni i tam szkicował projekt kolejnej rzeźby.

Chciałam koniecznie z kimś porozmawiać. Czułam wewnętrzną pustkę. Przypomniały mi się słowa pani Irenki, że najlepszy na wszystkie problemy jest sen. Przynosi gotowe rozwiązania i rano człowiek budzi się z głową pełną pomysłów. Postanowiłam się położyć. Zajrzałam do pokoju maluchów. Spały sobie spokojnie. Usiadłam obok Michałka. Ile bym oddała w zamian za to, by wreszcie formalnie stać się jego mamą! Michałek to moje życie. Dlatego muszę zrobić wszystko, by załatwić formalności. Mam czas. Nie poddam się.

Spokój okazał się być złudzeniem. Obudziłam się w środku nocy zlana potem. Znowu miałam zły sen. Koszmar. Byłam w lesie. Dookoła hulała burza. Rozpaczliwie szukałam Michałka. Zgubił się. Czułam potworny strach i niepewność, czy go odnajdę. Przedzierałam się przez gąszcz pośród szalejącej nawałnicy. Pioruny strzelały w drzewa tuż obok mnie. Nagle wybiegłam na przepiękną zieloną polanę. Była cała skąpana w słońcu, porośnięta stokrotkami i mleczami. Pośród nich siedział Michałek i machał do mnie ręką. Nie mogłam zrobić ani kroku w jego stronę. Jakby ktoś postawił między nami szybę, której nie można pokonać. Byłam bezsilna.

Wstałam z łóżka i włożyłam szlafrok. Postanowiłam wyjść na werandę. Otuliłam się ciepłym kocem. Zauważyłam świecącą się w kuchni lampkę. Adaś jeszcze pracował. Pomyślałam, że pracuje za dużo. Ciągle jest przemęczony. Trzeba będzie pogadać o tym rano. Nacisnęłam klamkę. Drzwi cicho zaskrzypiały. Poczułam zimno. Taki urok marcowych nocy. Głęboko wciągnęłam powietrze. Mój strach powoli mijał, chociaż serce waliło jak oszalałe.

– Alicjo, kochanie, przecież się przeziębisz – usłyszałam za sobą spokojny głos Adama. Odwróciłam się w jego stronę. Podszedł bliżej i mocno mnie przytulił. Jego silne ramiona były murem, który odgradzał mnie od wszystkich niebezpieczeństw świata. – Moje słońce. Zamartwianie się nic nie da.

– Sama już nie wiem, czy dam sobie ze wszystkim radę. – Odchyliłam głowę i spojrzałam mu oczy. Bardzo spokojne. – To jest takie trudne.

– Wiem, że ci ciężko. Przecież widzę, że wciąż tylko myślisz o adopcji. Tak się nie da. Trzeba normalnie żyć. Wierzyć, że będzie dobrze. Przecież nie z takim sprawami sobie radzimy.

– Tak, wiem, ale nie zaznam spokoju, dopóki Michałek nie zostanie oficjalnie moim synem.

– Naszym synem. Może nie od razu, ale kiedyś na pewno – powiedział ciepło.

– Naprawdę? Tak kiedyś będzie? – Nie mogłam uwierzyć, że marzy o tym samym.

– Przysięgam. Najpierw ty zostaniesz mamą Michałka, a potem ja jego tatą. Tylko po drodze muszę się jeszcze rozwieść z Joanną, ale to drobnostka – zażartował. Jego dotyk, oddech, uśmiech, spojrzenie były najlepszym lekarstwem na moje skołatane nerwy.

– Kocham cię. Nawet nie wiesz jak bardzo. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. – Pocałowałam jego ciepłe usta. Odwzajemnił pocałunek i jeszcze mocniej mnie przytulił. Adaś mnie rozumie. Jest moim oparciem, na dobre i na złe.

– Szanowna pani, jest już pani na mnie skazana. I to dożywotnio. Akurat w tej sprawie to nawet i sam Maciek ci nie pomoże.

– Przyjmuję ten wyrok z nieukrywaną radością!

Miarą wartości człowieka jest jego wnętrze. A także to, jak do nas mówi, jak nas traktuje i jakie podejmuje działania, gdy do naszego życia wkradają się czarne chmury. Do człowieka wraca to, co od siebie daje.

Zdjęcie sprzed lat

Dzisiaj znowu dręczyły mnie senne koszmary. Widziałam pokój pogrążony w mroku. Pośrodku stał stolik i dwa krzesła, które zapraszały, by usiąść. Bałam się tego miejsca. Czułam, że za chwilę wejdzie do pokoju nieproszony gość, który zmusi mnie do rozmowy. Nasłuchiwałam kroków, ale towarzyszyła mi jedyne przerażająca cisza. Nie było tam nikogo. Tylko po co były te dwa krzesła?

Obudziłam się jeszcze przed wschodem słońca. Odetchnęłam z ulgą, że straszny pokój był tylko złym snem, a ja jestem w bezpiecznych ścianach starego domu. Spojrzałam na Adasia. Spał spokojnie. Pogładziłam jego dłoń. Poczułam się szczęśliwa, że w moim życiu zamiast potwornej pustki jest dom pełen ludzi, których tak kocham.

Ranek upłynął leniwie. Adam wyszedł z domu bardzo wcześnie na umówione spotkanie z klientem. Dzieci szykowały się do szkoły i były w wyśmienitych humorach. Nie to, co ja. Babcia Jasia widziała moje zmęczenie i zaproponowała, że sama odprowadzi Rozalkę i Michałka do szkoły, a przy okazji wstąpi do mamy Adasia na ploteczki. Poczułam ulgę, że za chwilę zostanę sama i będę mogła odespać ciężką noc. Byłam na siebie wściekła, bo zaległości w projektach rosły, a ja marnowałam czas na jakieś durne sny.

Gdy wszyscy wyszli, zamknęłam drzwi na klucz, zasunęłam zasłony i dorzuciłam drewna do kominka. Miałam zamiar zaszyć się pod ciepłym kocem. Mój plan jednak szybko legł w gruzach. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi.

– Dzień dobry, dziecko drogie. Adaś mówił, że masz dziś gorszy humor, więc przynoszę coś na jego polepszenie. – W drzwiach stała uśmiechnięta pani Irenka, trzymając w dłoniach blachę świeżo upieczonego ciasta z powidłami.

– Dzień dobry, zapraszam. Zaraz zrobię pyszną kawę – powiedziałam, rada z odwiedzin.

– Ty się lepiej zajmij sobą, bo, moja droga, nie za dobrze wyglądasz. Co się dzieje?

– Nic poważnego. Miałam niespokojną noc. Zły sen. Jestem trochę zmęczona.

– Koszmary nie dają człowiekowi spokoju. Ale pamiętaj, że wierzy się w Boga, a nie w sny.

– Ten sen akurat był dosyć dziwny. Ale co tam, zjemy dobrego ciasta i humor powróci.

– Oby, moje dziecko. Za pół godziny będziesz miała gościa. Radzę zrobić porządek z włosami i przebrać się w coś bardziej wyjściowego. Ja tu wszystko przygotuję, ty zajmij się sobą. Relaks jest ci potrzebny.

– Gościa? Co też pani Irenka mówi? Kogo? – zdziwiłam się niezmiernie.

– Przyjdzie, to się przekonasz. Nic ze mnie nie wyciągniesz. Słowo dałam, a u mnie słowo to rzecz święta. – Spojrzała na mnie karcącym wzrokiem i pośpiesznie wyszła do kuchni.

– To chyba jakiś poranny żart?

– Żarty, moja droga, to się w tej sprawie już dawno skończyły – dodała pani Irenka z przekąsem.

Stałam jak zaczarowana. Gość? O tej porze? Niezapowiedziany? Nic mi tu nie pasowało. Ale widziałam, że pani Irenka jest poważna, więc czym prędzej poszłam do łazienki. Różne myśli przychodziły mi do głowy.

Zdążyłam się ubrać i umalować, gdy znowu usłyszałam pukanie do drzwi. Pani Irenka pobiegała je otworzyć. Usłyszałam nieznany mi głos. Wyjrzałam z pokoju i zaniemówiłam. W drzwiach stała była gosposia księdza Jankowskiego. Ta sama, która tyle razy przepędzała mnie z plebanii, gdy chciałam się dowiedzieć czegoś o starym dokumencie znalezionym w szafie na strychu.

– Dzień dobry, pani Alicjo. Nazywam się Regina Sokolik. Byłam gosposią księdza. Poznałyśmy się w niezbyt sprzyjających okolicznościach… – powiedziała z wahaniem.

– Nie da się tego ukryć – odparłam chłodno.

– Alicjo, nie denerwuj się, proszę. Pani Regina chce z tobą porozmawiać, bo ma ci do przekazania pewne informacje. Ma dobre intencje. Może dasz jej szansę? – Pani Irenka starała się załagodzić sytuację.

– Tak naprawdę jestem bardzo ciekawa, co pani chce mi powiedzieć. Kiedyś nie była pani w ogóle skora do rozmów – przypomniałam jej niechęć wobec mnie.