Magia uderzaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Kate?

Miałam świetny refleks. Dzięki temu, mimo że zerwałam się z krzesła i wskoczyłam na biurko z zamiarem poderżnięcia gardła intruzowi, który wszedł do mojego gabinetu, zdołałam powstrzymać ostrze centymetr od krtani Andrei. Była moją przyjaciółką, a rozpłatanie gardła najlepszej przyjaciółce powszechnie postrzegano jako towarzyskie faux pas.

Andrea spojrzała zezem na sztylet.

– Super. Co pokażesz za dolara?

Skrzywiłam się paskudnie.

– Robi wrażenie, ale niewarte miedziaka. – Andrea przysiadła na brzegu biurka. Niewysoka blondynka, zabójcza. Pełnoprawny rycerz Zakonu o sympatycznej buzi, która z miejsca nastawiała ludzi przyjaźnie, skłaniając do otwarcia duszy. Raz poszłyśmy z Andreą na zakupy, podczas których przynajmniej trzy całkiem obce osoby opowiedziały jej historię swojego życia. Mnie się ludzie nie zwierzali. Zwykle schodzili mi z drogi, mówiąc rzeczy w rodzaju: „Bierz co chcesz, tylko odejdź”. Oczywiście jeśli obcy wiedzieliby, że Andrea z dwudziestu metrów trafia w kropkę na kostce domina, zapewne zachowaliby swoje problemy dla siebie.

Andrea obrzuciła wzrokiem leżące na blacie akta.

– Myślałam, że masz dzisiaj wolne?

– Bo mam. – Zeskoczyłam z biurka. Przespawszy się trzy godzinki, przyszłam do biura, żeby poszukać jakichś informacji na temat Północnych Rozgrywek. Mimo niemal krytycznego nasycenia organizmu kofeiną, zasnęłam z twarzą w przeglądanych papierach.

Co tłumaczy, dlaczego nie usłyszałam wejścia Andrei. Zwykle nie miewałam takich zrywów, chyba że ktoś zaskakiwał mnie we śnie.

Potarłam twarz, chcąc usunąć zmęczenie. Ktoś nalał mi do głowy ołowiu, kiedy spałam, a teraz ten przewalał się pod czaszką, wypełniając ją hałasem.

– Szukam czegoś o Północnych Rozgrywkach.

Niestety, teczka z dokumentami na ten temat cierpiała na zaawansowaną anoreksję. Trzy strony pobieżnie opisujące organizację, żadnych szczegółów. To oznaczało, że istniała druga teczka, duża, tłuściutka, ze ślicznym gryfem „Tajne” na okładce, gryfem, który czynił ją dla mnie niedostępną. Jeśli chodzi o uprawnienia dostępu, posiadałam minimalne. W takich momentach żałowałam, że nie jestem pełnoprawnym rycerzem Zakonu. W związku z tym miałam takie same szanse na dostanie rzeczonych akt, jak na zjedzenie lodów w biblijnym piekle.

– Niewiele wiem na ten temat – rzekła Andrea. – Ale jeden z moich szkoleniowców siedział w turniejach, jeszcze zanim zostały zdelegalizowane. Opowiem ci, jak to działało wtedy. Podczas lunchu.

– Lunchu?

– Dzisiaj piątek.

Rzeczywiście. Zawsze w piątki jadałyśmy z Andreą lunch. Zwykle wpadała po mnie do biura i nie pozostawiała mi wyboru w tym względzie. Kanony życiowe Andrei jasno regulowały kwestie jadania lunchów z przyjaciółmi. Ja sama nie przywykłam jeszcze do posiadania przyjaciół. Trwałe relacje były luksusem, na jaki przez większość życia nie mogłam sobie pozwolić. Na przyjaciół można liczyć, pomagają ci, bronią, ale także zwiększają prawdopodobieństwo wystawiania się na niebezpieczne sytuacje, kiedy sam chcesz ich chronić.

Podczas rozbłysku współpracowałam z Andreą. Ocaliłam jej życie, ona ocaliła dziecko, Julie, na którym mi zależało. Matka Julie zaginęła tuż przed rozbłyskiem, a dziewczynka znalazła się na ulicy. Szaleństwo magii sprawiło, że dziecko straciło matkę na dobre, było zmuszone zabijać demony i zyskało zwariowaną ciotkę Kate. Sądziłam, że po całym zamieszaniu z rozbłyskiem drogi moje i Andrei rozejdą się, ale Andrea miała inne plany. Została moją przyjaciółką.

Mój żołądek zaczął głośno domagać się paliwa. Jedzenie i sen – można się obejść czasowo bez jednej z tych rzeczy, ale nie bez obu jednocześnie. Wsunęłam Zabójcę do pochwy, schowałam nóż do futerału przy pasie i złapałam torbę. Andrea sprawdziła oba Sig-Sauery P226, które nosiła w kaburach na biodrach, poklepała zawieszony obok nóż myśliwski i skontrolowała zapasową broń przytroczoną do kostki. Byłyśmy gotowe do wyjścia.


Wpatrywałam się w wielki talerz gyrosa.

– Umarłam i trafiłam do nieba.

– Na razie tylko do Partenonu – sprostowała Andrea, zajmując miejsce naprzeciwko.

– Fakt. – Do nieba mogłabym się dostać, tylko wysadzając Perłowe Wrota.

Siedziałyśmy na obstawionym roślinami górnym tarasie greckiej knajpki o wdzięcznej nazwie „Partenon”. Z naszego stolika roztaczał się widok na ruchliwą ulicę poniżej. Jedyną wadą tego lokalu były meble. Nie miałam nic do zarzucenia porządnym, drewnianym stołom, ale już metalowe, przytwierdzone do podłogi krzesła uniemożliwiały mi zajęcie pozycji pozwalającej na obserwowanie drzwi.

Zgarnęłam mięso pitą. Nie mogłam uwolnić się od obrazu lekko uśmiechającego się Dereka, stojącego na otulonym nocą parkingu. Wielka, ciężka gula troski gniotła mnie w dołku już od paru godzin.

Utknęłam. Poza Derekiem, który milczał, jedynymi osobami mogącymi rzucić nieco światła na całą sprawę, byli członkowie Gromady. Niewykluczone, że istniał jakiś sposób na poruszenie tego tematu, unikając wspominania o spektakularnej eskapadzie Dereka, ale na pewno był niebezpieczny. Ze względu na ostatnie zabójstwo chcieliby poznać wszystkie szczegóły. A jeśli napomknęłabym o Saimanie lub Północnych Rozgrywkach, Derek nie wywinąłby się od kary. Z drugiej strony, zostawiając wszystko własnemu biegowi, ryzykowałam, że chłopak zrobi coś idiotycznego i zapłaci za to własną skórą.

W połączeniu z bólem głowy rozważania te pogorszyły mój i tak fatalny nastrój. Podejrzewałam, że liścik zawiera coś w rodzaju: „Spotkajmy się w Zajeździe Rycerskim. Wezmę tęczowe prezerwatywy”. Oczywiście notka mogła równie dobrze brzmieć: „Dzisiaj zabiję twojego brata. Przygotuj kocioł”.

Powinnam po prostu przeczytać karteczkę. Tyle że nie mogłam tego uczynić, ponieważ dałam słowo. W świecie magii słowo miało swoją wagę. Swojego dotrzymywałam zawsze.

Poza tym, łamiąc obietnicę, straciłabym zaufanie Dereka. Właściwie podjęcie jakiegokolwiek działania z mojej strony równało się z tym samym. Nie mogłam przeczytać liścika, nie mogłam zapytać nikogo o jego treść i nie mogłam go nie dostarczyć. Miałam ogromną ochotę kopnąć smarkacza w ten jego głupi łeb.

Na domiar złego w PWKZP nie dowiedziałam się niczego konkretnego. Na rogu Ponce de Leon i Martwego Kota znaleziono ciało kobiety należącej do Gromady. Sprawa została przekazana zmiennokształtnym. Koniec pieśni.

Podniosłam wzrok na Andreę.

– Północne Rozgrywki?

Skinęła głową.

– Jak ci mówiłam, siedział w tym jeden z moich mentorów. Impreza odbywała się w Arenie, czymś w rodzaju bunkra. Pieczę nad całością sprawowała Izba składająca się z siedmiu członków. Pieniądze robiło się, obstawiając zawodników. Walki toczyły się w systemie pojedynkowym, ale gwoździem programu był mecz drużynowy. Impreza odbywała się raz do roku przy udziale piętnastu siedmioosobowych drużyn. Każdy z zawodników miał swoją specjalizację.

– Mają fioła na punkcie siódemki, co? – Przeżułam kęs. Cyfra siedem posiadała mistyczne właściwości. Nie tak duże jak trójka, ale i tak. Siedmiu mędrców greckich, siedem cudów świata, siedem dni tygodnia, siedmiomilowe buty, siedem kasyd, mu’allak... Trudno powiedzieć coś o znaczeniu tej cyfry, jeśli w ogóle jakieś posiadała. Może organizatorzy chcieli po prostu podbudować to trochę numerologią.

– Mój mentor walczył jako Strzałka. – Andrea dostrzegła coś na ulicy i zamilkła, marszcząc brwi. Na jej twarzy odmalował się wyraz koncentracji, przypominała jastrzębia upatrującego sobie gołębia. Gdyby w tej chwili trzymała w dłoni pistolet, byłabym przekonana, że zamierza właśnie zdjąć jakiegoś delikwenta.

– Niewiarygodne...!

Podążyłam za jej wzrokiem. Po drugiej stronie ulicy czaił się Rafael, hienołak, wysoki brunet w dżinsach i czarnej koszulce. Z jednego ramienia zwisał mu plecak, ręce trzymał w kieszeniach. Zauważył, że go obserwujemy, i zamarł.

Owszem, kolego, masz przegwizdane.

– Chyba mnie śledzi – mruknęła Andrea gniewnie.

Pomachałam Rafaelowi, przywołując do nas.

– Co ty wyprawiasz? – wycedziła Andrea. Zbladła i głowę daję, że dostrzegłam zarys niewyraźnych plam na jej przedramionach.

Rafael wziął się w garść, uśmiechnął niepewnie i ruszył ku drzwiom knajpki.

– Może wie coś na temat Północnych Rozgrywek? Powie mi wszystko, jeśli będzie mógł z nami usiąść. Chyba naprawdę mu się podobasz.

Eufemizm roku. Rafael stracił głowę dla Andrei. Podczas rozbłysku zajmował się nią z pełnym poświęceniem.

– Jasne. – Andrea włożyła w to słowo tyle pogardy, że zamilkłam.

To był jeden z tych rejonów cienkiego lodu na płaszczyźnie przyjaźni, który groził kąpielą w lodowatej wodzie.

– Naprawdę aż tak go nie znosisz?

Przez oblicze Andrei przebiegł cień.

– Nie chcę być dla niego TD-KJNP.

– To znaczy?

– Tym Dziwadłem, Którego Jeszcze Nie Przeleciałem.

Zakrztusiłam się kawałkiem mięsa.

Ten właśnie moment Rafael wybrał na swoje wielkie wejście. Wkurzona czy nie, Andrea obserwowała, jak podchodzi do naszego stolika. Mało nie wywichnęłam sobie szyi, żeby też popatrzeć. Poruszał się z gracją zmiennokształtnego, wrodzonym wdziękiem zwykle zarezerwowanym dla zawodowych tancerzy i mistrzów sztuk walk. Kruczoczarne, opadające na ramiona włosy falowały z każdym ruchem, absorbując promienie słońca. Miał lekko ogorzałą skórę, a jego twarz... Było w niej coś intrygującego. Poszczególne fragmenty same w sobie nieidealne, w połączeniu tworzyły niezwykle atrakcyjną fizjonomię. Nie nazwałabym Rafaela przystojnym, jednak przyciągał wzrok jak magnes, zaś jego oczy, intensywnie błękitne, miały zdecydowanie uwodzicielską siłę.

 

Na widok hienołaka wyobraźnia podsuwała jednoznacznie erotyczne sceny. Nie był nawet w moim typie, jednak to nic nie zmieniało.

Rafael zatrzymał się kilka kroków od stolika, niepewny, co robić dalej.

– Cześć. Co za niespodziewane spotkanie.

Wyprostowałam się, słysząc, jak strzela mi kręgosłup. Będę miała nauczkę.

– Siadaj – syknęła Andrea.

Rafael położył ostrożnie plecak na wolne krzesło i przysiadł wyraźnie spięty. Andrea zapatrzyła się w ulicę. Przy sobie wyglądali jak przeciwieństwa – Andrea, niska, delikatna blondynka o krótkich włosach i złotawej cerze, i Rafael, wysoki, czarnowłosy, o mlecznokawowej skórze i bardzo niebieskich oczach.

– Co tam masz w plecaku? – Kate, mistrzyni towarzyskiej pogawędki.

– Przenośny m-skaner. Odebrałem go właśnie z naprawy. Leżał tam od rozbłysku, czekali na falę, żeby sprawdzić, czy działa.

„Przenośny” to określenie względne w stosunku do m-skanerów. Najmniejszy ważył jakieś trzydzieści pięć kilo. Fajnie być hienołakiem.

– Pójdę zamówić deser – rzekła Andrea, podnosząc się. – Chcesz coś, Kate?

– Nie, dzięki.

– A ty?

– Dziękuję, nie – odparł Rafael.

Odmaszerowała.

– Co robię nie tak? – zwrócił się do mnie Rafael.

Zastygłam z kawałkiem pity w palcach.

– Mnie pytasz?

– A kogo mam zapytać? Ty ją znasz. Jesteście przyjaciółkami.

– Posłuchaj, Rafael, w życiu nie miałam faceta na dłużej. Seks uprawiałam rok temu. A mój ostatni romans... Sam wiesz, jak się skończył. Byłeś przy tym, prawda?

– Tak. To ja byłem tym gościem z pistoletem.

Kiwnęłam głową.

– Sam widzisz, że jestem najmniej właściwą osobą, której należy się radzić w sprawach miłosnych. Nie mam pojęcia, co ci powiedzieć.

– Ale ją znasz.

– Nie aż tak.

– Nigdy nie zabrało mi to tyle czasu – powiedział przybity.

Współczułam mu. Dwa miesiące uganiał się za Andreą. W przypadku hienołaków, boud, jak ich nazywano, tak długie zaloty stanowiły rzecz niesłychaną. Boudy odznaczały się śmiałością. Lubiły seks, w dużych ilościach i z różnymi partnerami. W stadzie boud dominowały kobiety, a z tego, co zrozumiałam, Rafael był rozchwytywany ze względu na swoją cierpliwość, jak też status – jako syn Cioci B., przywódczyni. Dzięki aparycji nie musiał zbyt długo uganiać się za niezmiennokształtnymi kobietami, zanim zechciały przetestować jego ukryte zalety.

Niestety, Andrea nie była niezmiennokształtną kobietą ani też boudą. Lyc-V, wirus odpowiedzialny za fenomen zmiennokształtności, atakował tak samo zwierzęta, jak ludzi. W bardzo rzadkich wypadkach w rezultacie infekcji tworzył zwierzoczłowieka, istotę, która rodziła się jako zwierzę i z czasem nabierała umiejętności przemiany w ludzką formę. Większość zwierzoludzi była bezpłodna, upośledzona umysłowo, krwiożercza, jednak zdarzały się od czasu do czasu i takie, które mogły funkcjonować w społeczeństwie na tyle dobrze, by uniknąć odstrzału. Jeszcze rzadziej bywały zdolne do rozrodu.

Andrea była zwierzoczłowiekiem, dzieckiem hienoczłowieka i boudy. Ukrywała to przed wszystkimi – przed zmiennokształtnymi, ponieważ mogli zabić ją przez wzgląd na jakieś głęboko zakorzenione pradawne uprzedzenia, a także przed Zakonem, który z chwilą odkrycia jej pochodzenia z miejsca usunąłby z szeregów. Teoretycznie jako zmiennokształtna podlegała władzy Currana, a Zakon wymagał bezwzględnej lojalności. Jak do tej pory Curran nie zajął w kwestii Andrei żadnego stanowiska, ale w każdej chwili mógł zmienić zdanie.

Z tego, co wiedziałam, poza Curranem tylko klan boud, Jim, Derek, Doolittle oraz ja zdawaliśmy sobie sprawę, kim jest Andrea. Nigdy nie omawialiśmy tej kwestii, lecz wszyscy dochowywaliśmy tajemnicy.

– Naprawdę chcesz rady?

– Tak.

– Spróbuj myśleć mniej jak bouda, a więcej jak mężczyzna.

– Jak, u diabła, mam to zrobić? – najeżył się. – Jestem boudą.

Wytarłam chlebem resztki tzatziki z talerza.

– Ona jest rycerzem Zakonu. Tylko jeden na ośmiu kandydatów kończy naukę w Akademii Zakonu i przystępuje do egzaminów. Ciężko pracowała na to, by być człowiekiem. Zaprzyjaźnij się z nią. Rozmawiaj. Dowiedz się, jakie książki czyta, jaką broń lubi... À propos książek, mogę powiedzieć ci coś o Andrei, ale nie za darmo.

– Czego chcesz?

– Północne Rozgrywki. Wszystko, co o tym wiesz.

– Pestka – rozpromienił się Rafael. – Najpierw ty.

– Skąd mam wiedzieć, że dotrzymasz umowy?

– Andrea jest na schodach, słyszę ją. Proszę, Kate. – Zrobił błagalne oczy szczeniaczka.

Omal nie spadłam z krzesła.

– Dobra. – Kate Daniels, nieustępliwy negocjator. Trzymając w garści źródło nieocenionych informacji, ustąpiła seksownemu facetowi bez żadnych gwarancji zysku. – Lorna Sterling. Pisze romanse fantastyczne. Andrea ją ubóstwia. W pracy trzyma jej książki pod biurkiem. Brakuje jej czwartej i szóstej części serii.

Rafael wyszarpnął z plecaka długopis i naskrobał coś na przedramieniu.

– Lorna, tak?

– Sterling. Część czwarta i szósta. Andrea od tygodni poluje na nie w tej księgarni na rogu.

Andrea wyłoniła się z drzwi, niosąc koktajl mleczny oraz talerzyk brzoskwiń w cząstkach. Długopis zniknął w plecaku.

– Dawaj, co masz. – Spojrzałam na Rafaela twardo.

– Północne Rozgrywki są nielegalne – zaczął. – Bezpośredni rozkaz Władcy Bestii mówi, że żaden członek Gromady nie może uczestniczyć, pomagać w organizacji ani robić zakładów w turnieju.

– To wszystko? Tyle miałeś do powiedzenia?

Wzruszył ramionami. Po minie widziałam, że coś jeszcze trzyma w zanadrzu. Nie zamierzał mi tego wyjawić. Drań. Spojrzałam na Andreę. Pomóż.

Odgryzła kawalątek brzoskwini, powoli oblizując usta. Rafael skamieniał jak wyżeł wystawiający bażanta.

– Dlaczego został zakazany? Kryje się za tym jakaś historia? – Andrea ugryzła kolejny kawałek, zlizując sok z warg.

– Tak, owszem – wymamrotał Rafael. Prawie mu współczułam. Ciekawe, czy to by zadziałało na... Pochwyciłam tę myśl i zdeptałam, zanim zdążyła rozwinąć się kwieciem nonsensów.

– O, to ciekawe – uśmiechnęła się Andrea. – Powiedz coś więcej.

Rafael oprzytomniał.

– Nie, nie można o tym opowiadać obcym.

– Cóż, szkoda. – Andrea wzruszyła ramionami i zwróciła się do mnie. – To co, idziemy?

– Jasne. – Sięgnęłam po torebkę.

– Właściwie chyba nic się nie stanie, jak wam opowiem – pospieszył Rafael.

Puściłam pasek.

– W dwa tysiące dwudziestym czwartym, kiedy turniej był jeszcze legalny, doszło do walki finałowej pomiędzy Nekrowładcami a Siódemką Andorfa. Andorf był zmiennokształtnym, kodiakiem ważącym ponad tonę w zwierzęcej formie. Łapę miał większą od mojej głowy. – Rafael rozłożył ramiona, obrazując łapę wielkości olbrzymiego arbuza. – Potężna, groźna, brutalna bestia. Uwielbiał walkę. Zebrał świetną drużynę, ale na końcu została ich czwórka: Andorf, wilk, szczur i moja ciotka Minny.

Rozdział 4

Andrea otworzyła usta w wyjątkowo nieuwodzicielski sposób.

– Ciotka? – zapytałam, żeby powiedzieć cokolwiek.

Rafael przytaknął.

– W ten sposób klan boud zdobywał pieniądze. Stawialiśmy na siebie. Wtedy były inne czasy. Teraz należymy do Gromady, która zapewnia nam środki. Ustalamy budżet, inwestujemy, mamy udziały w interesach. Wtedy jednak nie istniało coś takiego jak Gromada. Zmiennokształtni trzymali się w odrębnych klanach i radzili sobie sami, raz lepiej, raz gorzej.

Klan boud nie liczył nawet dwudziestu osób. Szesnaście lat temu musiał być jeszcze mniejszy. Niełatwo im było przetrwać.

– Kto należał do przeciwnej drużyny finałowej?

– Czterech nawigatorów z Rodu. – Rafael zaczął wyliczać na palcach. – Ryo Montoya, Sam Hardy, Marina Buryatova-Hardy i Sang. Nie znoszę sukinkotów, ale muszę przyznać, że byli zabójczo dobrzy.

W to nie wątpiłam.

– Po co Ród brał w tym udział? – Andrea zmarszczyła brwi.

– Budowali wtedy Kasyno. Przewijały się jakieś plotki o zniknięciu sporych kwot i reperkusjach, jeśli się nie odnajdą. Wysoko obstawili, potrzebowali wygranej.

– I co? – Nadstawiłam uszu.

Rafael skrzywił się.

– Drużyna Rodu miała przewagę. Krwiopijcy rozszarpali szczura, a flaki mojej ciotki przerobili na frędzle.

– I?

– Andorf wpadł w szał. Nie wiadomo, czy zmienił się w loupa, czy ogarnął go berserk, jak to czasem u niedźwiedzi. Przekształcił się w formę zwierzęcą, zrobił z wampirów mielonkę, rozłupał czaszkę wilkowi, a potem przedarł się przez ogrodzenie Areny, żeby dopaść nawigatorów. Rzucili się do ucieczki, ścigał ich po trybunach. Mordował wszystko, co stanęło mu na drodze. Zmasakrował całą czwórkę i ponad setkę widzów. Potem rozbił ścianę i uciekł.

– O kurde. – Andrea osuszyła pół kubka koktajlu.

– No, nie najszczęśliwsze zakończenie wieczoru.

Ogromny kodiak szalejący po ulicach Atlanty. Wyszkolony wojownik, niedźwiedziołak o inteligencji człowieka, silniejszy, większy i groźniejszy od prawdziwego niedźwiedzia. Urzeczywistnienie najgorszych koszmarów zmiennokształtnych.

– Urządzono wielką obławę. Andorf ukrył się w Zaułku Jednorożca.

Zaułek Jednorożca, rejon otchłannej, nieokiełznanej magii, przecinał centrum miasta niczym blizna. Zdradliwa magia kłębiła się tam, zalegając również podczas panowania techniki. Nawet Wojskowe Oddziały Obrony przed Nadprzyrodzonymi nie zapuszczały się w zaułek na długo.

– Zwołano zgromadzenie klanów, żeby wspólnie poszukać sposobu rozwiązania sytuacji, która stawała się coraz poważniejsza. Ród domagał się wykluczenia zmiennokształtnych ze społeczeństwa, fanatycy znów tworzyli bojówki odwołujące się do symbolów Piętna Bestii. Robiło się coraz groźniej. Należało zakończyć ten cały burdel szybko i skutecznie. Najsilniejszy był wtedy wilczy klan.

– A jakżeby inaczej – prychnęła Andrea.

– Przewodził mu Francois Ambler. To do niego właśnie zwrócono się z żądaniem powstrzymania Andorfa. Nawet nie spróbował. Matka opowiadała mi, że po prostu wstał i wyszedł ze spotkania. Porzucił klan, przestał być alfą, opuścił miasto. – Rafael uśmiechnął się. – O tym, co działo się później, wiedzą tylko alfy. Ale wszyscy znają fakty. Trzy dni później Andorf pojawił się na schodach Kapitolu. Dwa dni potem Curran został Władcą Bestii. Pierwsze prawo, jakie ustanowił dla nowej wspólnoty, zabraniało członkom Gromady brania udziału i obstawiania w Rozgrywkach.

Zrobiłam szybkie obliczenia w głowie. W dwa tysiące dwudziestym czwartym miałam dziewięć lat. Curran był tylko kilka lat starszy ode mnie.

– Ile miał wtedy lat?

– Piętnaście.

– O kurde.

– Właśnie. – Rafael kiwnął głową.

Dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu, przetrawiając historię. Moja wątła nadzieja na łaskawe spojrzenie Gromady w sprawie Dereka wyparowała właśnie jak kamfora. Od tego prawa nie będzie żadnych odstępstw. I co teraz?

Andrea zamieszała koktajl.

– Jak wam się układa z Curranem?

Czasami marzyłam o posiadaniu supermocy. Na przykład zdolności telekinetycznych. Zwykle myślałam o tym w kontekście zmiażdżenia wrogów. W tej chwili jednak wykorzystałabym je do wypchnięcia krzesła spod Andrei, upewniając się, żeby spadając, mocno stłukła sobie zadek.

Odwróciłam głowę, żeby splunąć przez ramię.

– Odpędzasz złe moce? – Oczy Rafaela rozszerzyły się ze zdumienia.

– Cóż, oboje wymówiliście zakazane imię. Muszę przedsięwziąć środki ostrożności. Potrzebuję kawałek niemalowanego drewna. Andrea, użycz mi czoła.

Andrea zachichotała.

– A odpowiadając na twoje pytanie: rewelacyjnie. Lepiej być nie może. Nie widziałam Jego Wybredności od dwóch miesięcy i jestem szczęśliwa jak prosię w deszcz. Jeśli fortuna mi sprzyja, odczepił się na dobre. Mam nadzieję, że znalazł sobie nową zabawkę.

Podczas rozbłysku Curran zemścił się na mnie za te wszystkie sytuacje, kiedy doprowadzałam go omal do apopleksji. Powiedział, że wcześniej czy później się z nim prześpię i jeszcze za to podziękuję. Na pewno, prędzej piekło porośnie różami.

– Z tego, co wiem, nie ma nikogo – pocieszył mnie Rafael. – Od rozbłysku nikt nie widział Currana z żadną kobietą. To nic niebywałego, ale dość niezwykłe jak na niego.

 

Wywróciłam oczami.

– To znaczy?

Rafael pochylił się nad stołem, zniżając głos.

– Widziałaś kiedyś, jak lew podchodzi stado?

– Nie.

– Jest konsekwentny. Gdy lew poluje, podkrada się do stada, przyczaja i upatruje sobie ofiarę. Nie spieszy się. Taki bawół czy jeleń nie ma pojęcia o jego obecności. Kiedy już wybierze konkretnego osobnika, wyskakuje z ukrycia i dopada go. Nawet jeśli jakiś inny jest łatwiej osiągalny, lew nie łapie pierwszego z brzegu. Wybrał i woli być głodny niż zmienić zdanie. Głupia filozofia, moim zdaniem, ale taka jest ich natura. Jeśli o mnie chodzi, nie marnuję okazji.

– Ta... – Głos Andrei ociekał sarkazmem.

Rafael spojrzał na nią z wyrzutem.

– Taki jestem.

– Przede wszystkim jesteś człowiekiem. Siedzisz tu w ludzkiej formie, ubrany jak człowiek, artykułujesz ludzkie dźwięki. Nie ma wątpliwości, która część ma nad tobą kontrolę. Ale jak tylko ktoś ci wytknie twoje ekscesy, zaczynasz machać rękoma i krzyczeć: „To ta bestia we mnie! Nie mogę nic na to poradzić!” – Andrea zreflektowała się i zamilkła.

Uznałam, że czas zmienić temat.

– Przeceniacie nasze relacje. Wkurzam Currana nieziemsko, a on znalazł sposób, żeby mi się odpłacić. To tyle.

– Może masz rację – ustąpił Rafael.

– Poza tym Jego Wysokość potrzebuje „czymogenki”, a ja taka na pewno nie jestem.

– Czymogenki? – zmarszczyła brwi Andrea.

Rozparłam się na krześle.

– Czy mogę ci przynieść coś do jedzenia, Wasza Wysokość? Czy mogę powiedzieć ci, jaki jesteś silny i mądry, Wasza Wysokość? Czy mogę cię wyiskać, Wasza Wysokość? Czy mogę cię pocałować w tyłek, Wasza Wysokość? Czy mog...

Urwałam, dostrzegając, że Rafael nagle skamieniał. Siedział niczym pomnik, ze wzrokiem wbitym w jakiś punkt ponad moim ramieniem.

– Stoi za mną, tak?

Andrea kiwnęła głową.

– Ściślej, początek powinien brzmieć „Czy pozwolisz, proszę” – rzekł Curran głębokim głosem. – Jeśli już o tym mowa.

Obszedł stolik, sięgając do sąsiedniego po krzesło. Kiedy nie drgnęło, wyrwał je jedną ręką z posadzki, pozostawiając w niej sześć sterczących wkrętów. Przystawił krzesło przy mnie, tyłem do przodu, usiadł okrakiem i położył ramiona na oparciu, żeby popisać się bicepsami.

Dlaczego ja?

– Owszem, możesz pocałować mój tyłek. Zwykle nie przepadam za naruszaniem przestrzeni osobistej, ale przecież jesteś Przyjacielem Gromady, a twoje usługi raz czy dwa nam się przydały. Staram się spełniać życzenia osób przyjaźnie nastawionych do moich ludzi. Mam tylko jedno pytanie, czy to całowanie będzie złożeniem hołdu, rodzajem oporządzania czy też częścią gry wstępnej?

Rafael pobladł i skłonił nisko głowę.

– Za pozwoleniem, panie.

Curran skinął głową.

Hienołak pociągnął Andreę za rękę.

– Ale... – zaprotestowała, mrugając zaskoczona.

– Musimy już iść. – Uśmiech Rafaela był nieco wymuszony. Odwrócił się i powlókł Andreę za sobą do wyjścia, zostawiając mnie i Currana samych. Zdrajcy.