Magia niszczyTekst

Z serii: Obca Krew
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czyli jest rycerzem założycielem – powiedziałam.

Mauro przytaknął.

– Przez ostatnie trzy lata mieliśmy w pracy rotację rzędu trzystu pięćdziesięciu procent. Typowa rotacja dla filii oscyluje wokół dwudziestu.

To miało sens. Rycerze umierali, ale tylko od czasu do czasu. Byli wyszkoleni i trudni do zabicia.

– Atlanta ma za sobą ciężkie trzy lata.

– Góra to zauważyła. Przysłała trzyosobową grupę dochodzeniową z Wolf Trap. Odbyło się przesłuchanie. Poruszono kwestię rotacji. Pojawiło się twoje imię.

– Moje? – Nigdy nie byłam rycerzem, raczej nieoficjalnym pracownikiem.

– Byłaś uważana za atut, a potem zostałaś Małżonką. Padło pytanie, dlaczego nie naprawiliśmy relacji z tobą. Wypłynął temat Andrei. Długo nad nim debatowali.

No i dobrze. Ja nigdy nie zostałam rycerzem, ale Andrea była odznaczonym weteranem i mistrzem broni, czego nie powinno się lekceważyć, a oni wyrzucili ją jak śmiecia, kiedy odkryli, że jest zmiennokształtna.

– Zakon nie może sobie pozwolić, by tracić mistrzów broni – rzekł Mauro. – Sposób, w jaki potraktowano Andreę, nigdy mi się nie podobał. Nie powinno było do tego dojść. Nie było potrzeby stawiania jej pod ścianą, tak jak to zrobił Ted. Szanuję Andreę i jej umiejętności.

Trudno nie szanować kogoś, kto może postrzelić cię w oko z kilometra.

– Wie, że byłeś po jej stronie.

– Jak ona się miewa?

– Razem z Rafaelem zarządza klanem boud. Ma ręce pełne roboty. – I lukę po Ciotce B do wypełnienia. Tej roboty nie życzyłabym nikomu.

– Dobrze wiedzieć. – Wielki rycerz poruszył się na krześle. – Kiedy uporali się z tematem Andrei, zajęli się Shane’em Andersenem i Latarnikami.

Ted nie mógł wyjść z tego czysty. Jeden z jego rycerzy okazał się terrorystą. Jeśli Ted wiedział, był tak samo winny, jak Shane. Jeśli nie wiedział, był niekompetentny.

– I co się stało?

– Tu się pojawia problem. Nic. Przeprowadzili przesłuchanie i wrócili do swojej dziupli w Wirginii. Potem nadszedł czas reorganizacji. Przyszli całkiem nowi ludzie. Oprócz Teda ze starej ekipy zostaliśmy tylko Richter, Maxine i ja.

Mauro był dobrym rycerzem, a Maxine, sekretarka-telepatka, stanowiła kręgosłup atlanckiej filii Zakonu. Richtera opisałabym jako psychola i kulę u nogi.

– Tylko? – nie dowierzałam.

– Mhm. Reszta... to nowi.

– Nie lubisz ich?

Mauro się skrzywił.

– To ludzie, dla których nasza filia jest już drugą albo trzecią. Ich dowództwo o nich nie walczyło, bo niczym się nie wykazali. Większość z nich popełniła kilka błędów. Część więcej niż kilka.

Wreszcie załapałam. Ted był rycerzem założycielem – na pewno miał dobre koneksje i zagorzałych popleczników – więc Dowództwo Zakonu nie mogło się go pozbyć bez jawnych dowodów jego niekompetencji. Dlatego przysłało mu bandę nieudaczników. Albo Ted zrozumie, co jest grane, i przejdzie na emeryturę, albo jego nowi ludzie tak spaprają kolejne misje, że dostarczą górze powód, by usunąć Moynohana. Mauro nie chciał należeć do zespołu partaczy.

– Mauro, jesteś dobrym rycerzem. Każda filia będzie się o ciebie biła.

– Ta. Lubię Atlantę. To mój dom. Ale tak. Czas odejść. – Podniósł się. – Dziękuję za herbatę.

– Dziękuję za uratowanie dzieci przed kłopotami.

– Dla ciebie zawsze. – Wyszczerzył zęby. – Dla ciebie zawsze.

Odprowadziłam go do drzwi. Dochodziła piąta. Stwierdziłam, że ochrzanię Julie i Ascania po Konklawe. Teraz musiałam się ubrać, wziąć miecz i iść powymieniać uprzejmości z Panami Umarłych.

Rozdział 3

Dżip Gromady przemierzał skąpane mrokiem ulice. Za nami jechał drugi samochód, a w nim moja mordercza gwardia honorowa. Jim prowadził. Barabasz siedział z tyłu.

Postprzesunięciowa Atlanta miała wiele dzielnic, niektóre stare, niektóre nowe, zrodzone podczas ery magii. Na południowym zachodzie znajdował się Plaster Miodu, miejsce, w którym pojęcie „stała ściana” było względne, a na południowym wschodzie Nora, uboga dzielnica opanowana przez żerujące na sobie nawzajem gangi. Na północy zaś osiedlili się majętni atlantczycy, którzy dzięki pieniądzom trzymali chaos spustoszonego miasta na dystans.

Magia lubiła podgryzać asfalt, ale tutaj droga wydawała się gładka, a czyste ulice w niczym nie przypominały zniszczonych, uginających się pod śmieciami zaułków Nory. Wielkie domy, każdy osadzony na swojej własnej półhektarowej działce, patrzyły na nas okratowanymi oknami zza żelaznych płotów zwieńczonych zwojami drutu kolczastego. Większość z nich została zbudowana po Przesunięciu, więc nie wyrastały wyżej niż na trzy piętra. Miały grube mury i wzmacniane drzwi. Pieniądze kupowały bezpieczeństwo, ziemię i dobrych murarzy.

Słońce zaszło, księżyc zdominował niebo, wielki i ciemnopomarańczowy, jakby skąpany we krwi. Magia była w niżu, ale miasto wciąż wstrzymywało oddech, bojaźliwe i ostrożne. Zdawało się, że to jedna z tych nocy, kiedy potwory wychodzą się zabawić.

Na kolanach trzymałam Zabójcę, mój miecz. Pogłaskałam go czule. Zabójca chodził ze mną wszędzie, ale dziś musiałam go zostawić. Do Bernarda nie pozwalano wnosić broni. Bez miecza czułam się naga.

– Kto jeszcze idzie? – zapytałam. Według protokołu Gromady na każdym Konklawe musieli stawić się przedstawiciele przynajmniej trzech klanów. Na początku wszystkie alfy chciały brać w tym udział, a teraz nie mogliśmy zebrać nawet wymaganej trójki. Jim liczył się jako alfa klanu kotów, więc zostawała jeszcze dwójka.

– Robert Lonesco i Jennifer Hinton – odrzekł Barabasz.

Robert Lonesco był mężem Thomasa. Razem rządzili klanem szczurów. Jennifer Hinton przewodziła klanowi wilków. Nie dogadywałyśmy się. Najpierw musiałam zabić jej siostrę, gdy magia mojej ciotki zmieniła ją w loupa. Potem mąż Jennifer poświęcił życie, by zapobiec magicznej katastrofie, o której dowiedzieliśmy się przez moją agencję. Jennifer obwiniała mnie o obie te rzeczy. Zawarłyśmy niełatwy rozejm, bo musiałyśmy razem pracować, ale nasze uprzejmości kończyły się na niezabijaniu się nawzajem. Przypomniałam sobie ostrzeżenie Christophera. Jeśli chodzi o wilki, którym nie powinnam ufać, Jennifer zdecydowanie znajdowała się na górze listy.

– Jakieś wyzwania? – spytałam. Jennifer urodziła dziecko ponad miesiąc temu i jej trzydziestodniowe zawieszenie od przyjmowania wyzwań minęło w zeszłą środę.

– Nie – odparł Jim.

Dziwne.

– Myślałam, że do tego czasu Desandra się na nią rzuci.

– Ja też – zgodził się Jim.

Podobnie jak Christopher, Desandra była naszą pamiątką z wycieczki do Europy, córką najpotężniejszego alfy w Karpatach, psychopatycznego, okrutnego egocentryka, który stworzył swoje stado z niczego i rządził całym regionem żelazną ręką, zastraszając wrogów, zarówno tych lokalnych, jak i tych z daleka. Jarek Kral miał jedenaścioro dzieci. Tylko Desandra dożyła dorosłości, czego dokonała, udając rozpuszczoną, nadąsaną idiotkę. Jej ojciec miał obsesję na punkcie znalezienia dziedzica, który sprosta jego oczekiwaniom. Nie zdawał sobie sprawy, że dziedziczka jest tuż pod jego nosem, a kiedy połamała mu żebra i wyrwała serce, dosłownie moment przed tym, jak urodziła bliźniaki, naprawdę mocno się zdziwił.

Koniec końców Desandra przyjechała z nami do Atlanty. Była inteligentna, przebiegła i bezwzględna. Kiedy wróciliśmy do domu, Jennifer jeszcze nie urodziła, a wyzwania pozostawały zawieszone. Desandra też miała dwa tygodnie urlopu macierzyńskiego, ale ich nie wykorzystała. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin od dołączenia do Gromady zabiła pierwszego wilka i zaczęła piąć się w hierarchii. W tej chwili zajmowała pozycję bety klanu wilków, a Jennifer spała z otwartymi oczami.

– Zawarły jakąś umowę czy co? – zastanowiłam się na głos.

– Nic mi o tym nie wiadomo – odpowiedział Jim. – Jennifer nienawidzi Desandry nawet bardziej niż ciebie. Gdyby Desandra zaczęła płonąć, Jennifer nie nasikałaby na nią, żeby ugasić ogień.

– Więc skąd ta zwłoka?

Jim wzruszył ramionami. Zerknęłam na Barabasza. Zareagował tak samo. Żaden z nich nic nie słyszał. To rzadkość.

– Lepiej nadaje się na alfę – stwierdził Jim. – Jest silniejsza.

Pomimo naszej wzajemnej niechęci nie miałam problemu z Jennifer. Kiedy mnie atakowała, oddawałam, ale nigdy nie zaczynałam kłótni. Mimo to musiałam przyznać, że Desandra bardziej pasowała na alfę. Co nie oznaczało, że chciałam mieć z nią do czynienia.

– Chcecie siedzieć obok Desandry na Radzie Gromady? – zapytałam.

Jim spojrzał na mnie z nienawiścią. Barabasz się zaśmiał.

Jim pozwolił sobie na półuśmiech, bez odsłaniania zębów. Rzadko się uśmiechał – to nie współgrało z jego wizerunkiem twardziela. Przez wszystkie lata naszej znajomości widziałam, jak uśmiecha się do trzech osób, z których dwie nie żyły. Trzecia też by nie żyła, gdyby nie drobny szczegół – posiadała status Przyjaciela Gromady.

– Muszą ogarnąć ten chaos, i to szybko – rzekł Jim. – Sześćset wilków wstrzymuje oddech. Krążą plotki, że Desandra poszła do Orhana i Fatimy, żeby prosić o błogosławieństwo.

Orhan i Fatima rządzili klanem wilków przed Danielem, mężem Jennifer. Wyszkolili go na swojego następcę, ustąpili ze stanowiska i przeszli na emeryturę. Mieszkali w sadzie niedaleko Twierdzy i pozostawali całkowicie neutralni. Widziałam ich dokładnie dwa razy w życiu, na kolacji z okazji Święta Dziękczynienia i na weselu. Oboje wydawali się miłymi ludźmi, z którymi nie chciałam zadzierać.

– Co masz na myśli, mówiąc „prosić o błogosławieństwo”? – spytałam.

– To takie określenie Gromady – wyjaśnił Barabasz. – Alfa może zostać zabita podczas wyzwania albo sama zdecydować o odejściu. Kiedy alfa ustępuje ze stanowiska, daje swojemu następcy błogosławieństwo, by kontynuował jej dzieło. To praktycznie gwarantuje nowej alfie poparcie zwolenników poprzedniej, przynajmniej na jakiś czas. To jak przekazanie kluczy do królestwa. Dlatego gdy Daniel został alfą, nikt nie rzucił mu wyzwania prawie przez pół roku. Jeśli Desandra naprawdę poszła do Orhana i Fatimy, to było w złym guście. Dali jasno do zrozumienia, że nie chcą być niepokojeni.

 

Droga zakręciła. Pamiętałam, jak rok temu skręcałam tu na pełnym gazie dokładnie w przeciwnym kierunku. Niesamowite, co wstępuje w człowieka, kiedy goni go wkurzony Władca Bestii.

Zza zakrętu wyłoniła się knajpa. Do miasta dumnego ze swojego południowego dziedzictwa restauracja U Bernarda pasowała jak pięść do nosa. Rozległa, wysoka na dwa piętra, zbudowana z czerwonej cegły, przypominała georgiańskie wille, które czasem widywało się w filmach, tyle że właściciele Bernarda zrezygnowali z symetrii na rzecz ozdobnych balkonów. Długie, gęste nici bluszczu wspinały się po ścianach, oszronione przez zbliżający się chłód. Ciepłe żółte światło sączyło się przez okratowane okna.

Zaparkowaliśmy na zarezerwowanym miejscu w pierwszym rzędzie. Przy drzwiach stało czworo ludzi. Światła samochodu sięgnęły ich, a w ich oczach zobaczyliśmy znajomy zmiennokształtny blask. Trzech mężczyzn i wysoka kobieta. Obserwowała nas z wyraźnym niesmakiem na twarzy. Jennifer. Wysoka i smukła, zawsze miała sylwetkę biegaczki długodystansowej, teraz wyglądała jeszcze szczuplej. Większość kobiet w ciąży przybiera na wadze, ale nawet jeśli Jennifer przytyła kilka kilogramów, już je zgubiła. Miała na sobie kurtkę z króliczym futerkiem i obcisłe czarne spodnie. Pod materiałem wyraźnie rysowały się długie mięśnie nóg i wystające kolana. Ćwiczyłam codziennie, bo miałam niebezpieczną pracę i szykowałam się do walki na śmierć i życie, ale nogi miałam masywniejsze. Jennifer wyeliminowała wszelką miękkość ze swojego ciała. To nie było zwykłe poświęcenie. To była panika.

Jim wyłączył silnik. Razem z Barabaszem wysiedli z dżipa, przystanęli na sekundę, unieśli głowy i zaczęli badać zapachy w powietrzu. Wcale nie czułam się jak idiotka, siedząc w samochodzie. Wcale a wcale. Westchnęłam i odłożyłam Zabójcę. Zgodziłam się nie być trudną klientką. Teraz musiałam z tym żyć.

Zalał mnie odrażający smród patyny, niczym odór gnijącego trupa. Wampiry. Skupiłam się. Sześć sztuk. Ale nie w budynku obok – bliżej. Tuż nad nami, na dachu. Chyba moja wrażliwość wzrosła, bo nie powinnam tak łatwo wywąchać nieumarłych podczas niżu magii. Poczułam się jak potwór. Musiałam ćwiczyć magię, by stawić czoła ojcu, a im więcej ćwiczyłam, tym bardziej go przypominałam. Stąpałam po grząskim gruncie.

– Jim.

Jim otworzył drzwi od strony kierowcy. Zimny wiatr wgryzł się w moją twarz.

– Sześć wampirów na dachu – wyszeptałam.

Spojrzał dyskretnie w górę.

– Albo Bernard maczał w tym palce, albo nie wiedzą, że mają niespodziewanych gości.

– Tak czy inaczej uciekną, zanim dotrzemy na dach – powiedział Barabasz.

A wtedy wyjdziemy na przerażonych idiotów.

– Ostrzeż naszych ludzi – mruknęłam do Barabasza. Skinął głową.

– Jeśli nas rozdzielą... – zaczął Jim.

– Tak, most Paran. – Tam ukrywały się nasze posiłki.

Barabasz postukał w moje okno. Opuściłam szybę.

– Pamiętaj, Kate – pochylił się do mnie, szczerząc zęby – jesteś Małżonką. Bądź Małżonką. – Rozciągnął „bądź” na trzy sylaby. – Myśl jak...

– Otwieraj drzwi albo przydzwonię ci w twarz – warknęłam.

Zachichotał i otworzył drzwi. Gdy wysiadłam, usłyszałam chrzęst lodu pod butami. Drugi dżip wypluł z siebie pięcioro moich ochroniarzy, w tym dwoje trzebicieli: Sage Rome i Mylesa Kingsbury’ego. Okrążyłam auto i spojrzałam Jennifer w oczy. Wpatrywała się we mnie dłuższą chwilę, a potem spojrzała za moje prawe ramię. Gwałtownie odwróciła głowę.

Zerknęłam w bok. Obok naszych samochodów zatrzymało się trzecie auto. Ze środka wyskoczyła Desandra. Miała na sobie kurtkę z owczej skóry z kapturem. Długie blond włosy wysypywały się z warkocza i spływały po ramieniu. Jej policzki zaróżowiły się od zimna, a oczy lśniły pomarańczowym blaskiem. Pomachała do mnie i ruszyła w moim kierunku.

Twarz Jennifer stężała, niczym wyżłobiona z kamienia.

– Moja ulubiona alfa. – Desandra powitała mnie oślepiającym uśmiechem.

Babciu, ale ty masz wielkie zęby.

– Desandra.

Jennifer była wyniszczona – przypominała na wpół zagłodzoną wilczycę zapędzoną w ślepy zaułek, która teraz obnażała zęby. Natomiast Desandra wyglądała jak okaz zdrowia: seksownie zaokrąglona, uśmiechnięta, z błyskiem w oku. Z Jennifer bił niepokój, z Desandry pewność siebie. Nie sposób było ich nie porównywać. Ale mimo to nie ufałam Desandrze za grosz.

Jennifer będzie musiała ustąpić. Widziałam Desandrę w walce. Nie zmierzyłabym się z nią, chyba że nie miałabym wyboru. Jennifer była niezła, ale przewidywalna, i kiedy jej sztuczki nie działały, traciła nad sobą panowanie. Niepokój ją zżerał, obnażając niedostatki kontroli.

– Możesz być dla mnie taka miła? Wilki raczej za mną nie przepadają.

Desandra uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a w jej zielonym oku zalśnił przebiegły blask.

– Tak, czyż to nie przygnębiające, jak duch współpracy ucierpiał przez ostatnie, bo ja wiem, dziewięć miesięcy? Jakimś cudem udało nam się zrazić do siebie wszystkie klany. Niektórzy sugerują, że to porażka przywództwa.

Ach, „nam”.

– Broń Boże.

– I pomyśleć, że klan wilków omijają wszystkie korzyści płynące z dobrych relacji z Władcą Bestii i jego Małżonką. Szkoda. – Desandra westchnęła i puściła mi oko. – Ale nie martw się. Ja, w przeciwieństwie do niektórych, jestem graczem zespołowym. Mogę być miła, a nawet pokorna, jeśli mój klan ma na tym skorzystać.

I wytykała to Jennifer przy świadkach.

– Jesteś diablicą.

– Dziękuję ci, Małżonko. Prawisz najlepsze komplementy. – Ściszyła głos do szeptu. – Patrzy?

– Patrzy.

– Widzisz tych trzech facetów? To jej ochroniarze. Ma ochroniarzy, Kate – zadrwiła. – Czuję jej strach. – Pomachała ręką przed nosem, jak gdyby chciała przywołać aromat. – Mmm, pychota.

Pokazałam podbródkiem Jima i mały tłum wojowników, którzy stali aż całe trzy metry ode mnie.

– To co innego – stwierdziła Desandra. – Jesteś Małżonką i człowiekiem, a w całej tej szopce chodzi o ceremonialność. Mamy bronić cię do ostatniej kropli krwi. Ale alfa klanu nigdy nie powinna potrzebować ochroniarzy.

Jennifer odwróciła się gwałtownie i weszła do knajpy. Trzej mężczyźni podążyli za nią. Musiała to usłyszeć.

– Myślałem, że do tej pory już rzucisz jej wyzwanie – odezwał się Jim. – Na co czekasz?

– Czy mam zgodę Władcy Bestii i Małżonki? – zapytała niewinnie Desandra.

Jej pytania nie były pytaniami, tylko otwartymi pułapkami na niedźwiedzie.

– Przywództwo klanu wilków to prywatna sprawa, do rozstrzygnięcia przez klan wilków. Nie mieszamy się w to. Nie mogę wypowiadać się za Władcę Bestii, ale ja wolę pokojowe rozwiązania.

– Bardzo dyplomatyczna odpowiedź – stwierdziła Desandra. – Niezbyt jasna. I od kiedy wolisz pokojowe rozwiązania?

– Od kiedy nie chcę dostać krwawej jatki w prezencie na święta. To wdowa po mężczyźnie, który poświęcił życie dla Gromady. Jeśli zamordujesz Jennifer z zimną krwią i przez ciebie jej córka zostanie sierotą, utrudnię ci życie. Inne wilki też. Zachowaj się jak alfa, którą chcesz być.

Skrzywiła się.

– Nie zamierzam robić z niej męczennicy. I nie chcę, żeby jej córka została sierotą. Nie potrzebujemy tragedii. Zresztą jeszcze nie czas. Klan jeszcze nie jest całkiem mój, ale pracuję nad tym. Jennifer wie, że czekam, aż się potknie, więc się waha. Odkłada ważne decyzje na później i robi się defensywna, kiedy ktoś kwestionuje jej działania, przez co wygląda na słabą i bojaźliwą. Tymczasem ja stoję w cieniu i czekam na odpowiedni moment, przeciągając klan na swoją stronę. Wilki potrzebują silnego przywódcy, a im dłużej Jennifer balansuje na krawędzi, tym głośniej grzmią. Wkrótce do mnie przyjdą. Powiedzą, że to przykre, ale klan ma dość rządów Jennifer. Ja będę niepewna i skromna. Będą musieli mnie przekonywać, że to słuszna decyzja, szlachetna. To zajmie im trochę czasu, a kiedy przejmę władzę, cały klan będzie zachwycony. – Wyszczerzyła się do nas. – Więc się nie martwcie. Nie zabiję jej w trakcie jakiejś uroczystej kolacji. W końcu nie jestem swoim ojcem. Smacznego. – Znów puściła oko, odwróciła się i odeszła.

Nieźle.

– Będzie z tego jeden wielki wrzód na dupie, prawda? – rzucił Barabasz.

– O tak. – Nagle zatęskniłam za moim mieszkaniem. Było małe, ciasne i położone w niebezpiecznej dzielnicy, ale należało tylko do mnie, zanim moja ciotka je zniszczyła. Choć pozostała po nim tylko ruina, chciałam wrócić do domu, zamknąć drzwi i nie myśleć o całym tym gównie.

Zza zakrętu wyłonił się ciemny SUV. Za nim kolejny, a za nim jeszcze jeden. Nadjeżdżał Ród.

– Pora na przedstawienie – mruknął Jim.

Domek Czarnego Niedźwiedzia. Jeśli to przetrwam, spędzę dwa tygodnie z Curranem w Domku Czarnego Niedźwiedzia. Narzuciłam maskę kobiety biznesu i weszłam do Bernarda z dziesiątką zmiennokształtnych depczących mi po piętach.


– Nie twierdzimy, że Gromada nie może kupić budynku na granicy naszego terytorium. – Ryan Kelly popukał w stół palcem wskazującym. – Twierdzimy, że kiedy to robi, my to widzimy.

Powstrzymałam ziewnięcie. Większość Panów Umarłych nosiła korporacyjne uniformy, dzięki którym odnalazłaby się w każdej sali konferencyjnej. Ryan brzmiał i wyglądał jak biznesmen. Miał szyty na miarę granatowy garnitur, gładko ogoloną kwadratową brodę i drogą wodę kolońską. A do tego wielkiego, fioletowego irokeza. W tej chwili irokez leżał na lewej stronie czaszki, a Ryan ciągle odrzucał głowę do tyłu, bo włosy wpadały mu do oczu. Salta fioletu okazały się dziwnie hipnotyzujące i musiałam zmuszać się, by słuchać Ryana, zamiast czekać na kolejne podrzuty.

– Nie chodzi o to, że sprzeciwiamy się zakupowi tego konkretnego budynku. – Salto. – Chodzi o zasady...

Bernard posadził nas w prywatnej jadalni z jednym długim stołem. Gromada siedziała po jednej stronie, Ród po drugiej. Po mojej prawej Jim rozglądał się po sali, regularnie zerkając na drzwi. Po mojej lewej Robert Lonesco bawił się widelcem. Jego przystojna twarz miała nieobecny wyraz. Czeladniczka Ryana, Meghan, która stała za swoim szefem, dyskretnie się na niego gapiła. Robert zawsze przyciągał spojrzenia. Biło od niego ciche piękno, które z pomocą dobrego fotografa i wielkiego billboardu mogłoby zatrzymywać ruch uliczny. Miał jasnobrązową skórę, miękkie włosy, tak ciemne, że zdawały się niemal niebieskoczarne, i wielkie, poważne oczy, w których można było zatonąć.

Po prawej stronie Ryana Ghastek obserwował tęsknotę Meghan z obojętną ciekawością. Przesadnie wychudzony Ghastek dobiegał czterdziestki, jego krótkich brązowych włosów jeszcze nie tknęła siwizna, a inteligencję nosił jak perfumy. Podczas gdy Ryan Kelly wyglądał jak biznesmen, który jakimś cudem wyhodował irokeza, Ghastek bardziej przypominał naukowca, który przypadkiem znalazł się na oficjalnej imprezie, gdzie wszyscy byli głupsi od niego, więc musiał wytężać mózg, żeby dopasować się do reszty.

Mulradin Grant nie przyszedł na Konklawe, bo dziś wypadała kolej Ghasteka, ale pojawiła się żona Mulradina, Claire – zadbana blondynka mniej więcej w wieku Ghasteka, o normalnej, umięśnionej sylwetce. Jej kostium wyglądał na drogi, a włosy zdradzały zamiłowanie do luksusowej pielęgnacji i wizyt w salonach fryzjerskich.

Ryan przynudzał dalej. Popierał Mulradina i nic nie ucieszyłoby go bardziej niż stworzenie konfliktu między Gromadą i Rodem i zrzucenie go na barki Ghasteka. Na jego nieszczęście nie wydarzyło się nic potencjalnie problematycznego, więc musiał robić z igły widły. On to wiedział, my to wiedzieliśmy, więc teraz wszyscy razem umieraliśmy z nudów. Dla wygody podzieliliśmy miasto na wyimaginowane terytoria, gdzie każda ze stron patrolowała swoje wyimaginowane granice, a ekipa szperaczy Rafaela akurat kupiła budynek na rubieży.

Claire bawiła się metalową bransoletką na nadgarstku. Wszyscy członkowie Rodu dziś takie nosili. Znając ich, ta nowa biżuteria stanowiła ostatni krzyk korporacyjnej mody.

 

– ...sprzeciwiamy się ciągłemu lekceważeniu...

Nagle z impetem otworzyły się podwójne drzwi, oddzielające nas od reszty knajpy. Do sali wparował wysoki, barczysty mężczyzna. Hugh d’Ambray.

Przez moment mój umysł nie mógł pojąć, że Hugh tu jest, a potem wszystkie komórki w ciele stanęły na baczność, jakby ktoś wylał na mnie wiadro lodowatej wody, a następnie poraził prądem.

Myśli przeniosły mnie z powrotem do minionego lata. Usłyszałam trzask kręgosłupa d’Ambraya, gdy Curran cisnął nim o kamienny gzyms. Poczułam dym topiącego kamienie czarodziejskiego ognia, który pochłonął zamek Megobarich, i zobaczyłam, jak Hugh spada w płomienie. A jednak stał tutaj, w dżinsach, czarnym T-shircie i skórzanej kurtce. Nie był ani trochę poobijany, drań jeden. Nie utykał. Nie chodził sztywno. Nawet jego niemal czarne włosy miały tę samą długość i tak samo opadały na ramiona. Ten sam stalowo twardy podbródek, ta sama silna kwadratowa szczęka, ten sam zarost – nic się nie zmieniło. Pod jego skórą rysowały się twarde, prężne mięśnie. Wysoki na ponad metr osiemdziesiąt, poruszał się z gracją szermierza. Jego ruchy sprawiały wrażenie idealnie wyważonych i przebiegle opanowanych.

Jak to możliwe?

Hugh został zniszczony. Zniszczony, do cholery. Jego kości zostały zmiażdżone, a twarz sponiewierana. Curran złamał d’Ambrayowi kręgosłup jak wykałaczkę, ten jednak paradował przede mną jak gdyby nigdy nic. Jego oblicze nie nosiło żadnych śladów po złamaniach, a skóra po poparzeniach. Blizna na policzku zniknęła. Wyglądał... na młodszego. Mniej pokiereszowanego przez walkę. Może to nie on? Może to Saiman w skórze Hugh, może...

Spojrzał na mnie. Jego lodowato niebieskie oczy się zaśmiały.

Poczułam, jak jeżą mi się włoski na karku. To on. W tych oczach zobaczyłam Hugh – rozpoznałabym go wszędzie.

Nie miałam pojęcia, co zrobił mój ojciec, ale jakimś cudem naprawił swojego ulubionego ludzkiego buldożera. Dobry Boże, ile to wymagało magii? Jak...?

To oznaczało, że Roland wie. Wmawiałam sobie, że Hugh zginął, i prawie udało mi się przekonać samą siebie, że Roland o mnie nie wiedział, ale świetna kondycja d’Ambraya wyrwała mnie ze stanu wyparcia. Roland go uleczył. Rozmawiali. Mój ojciec wiedział. Mój ojciec nadchodził.

Kurwa.

Jim obnażył zęby w uśmiechu. Barabasz zamarł.

Histeryczny głos w mojej głowie krzyknął: „Uciekaj!”.

Zignorowałam go. Nie miałam przy sobie miecza. Żadne z nas nie miało broni. To nie czas na panikę.

Znajdowaliśmy się na trzecim piętrze. W restauracji były tylko dwa wyjścia, przednie drzwi prowadzące na zewnątrz i tylne, z których wychodziło się wąskim korytarzem na oszkloną werandę. Musiałabym minąć Hugh, by dostać się do tych przednich. D’Ambray miał nade mną przewagę trzydziestu kilogramów, a ja z doświadczenia wiedziałam, co potrafi. Bez miecza nie da rady, pomyślałam. Tylne drzwi to nasza jedyna szansa na odwrót bez ofiar. Muszę wyprowadzić stąd naszych ludzi w jednym kawałku. Popanikuję później.

Czeladnicy patrzyli na Hugh z rozdziawionymi ustami. Większość pewnie go nie rozpoznała. Ghastek pobielał na twarzy. Ryan też. Dobrze wiedzieli, kto przybył i do czego jest zdolny.

Ghastek jako pierwszy otrząsnął się z szoku i wstał.

– Nie spodziewaliśmy się ciebie, generale.

W wolnym tłumaczeniu: „Co ty tu robisz, do cholery?”.

Hugh podszedł do Ghasteka. Mimo że Ghastek był wysoki, d’Ambray górował nad nim jak olbrzym.

– Moja wina. Mogłem zadzwonić – odpowiedział Hugh z uśmiechem.

Serwował im swoją zagrywkę „na przyjaciela”. Nie przejmujcie się, jestem jednym z was. Obalam rządy, zbieram żniwa śmierci i napawam się przemocą, ale proszę, nie wstawajcie.

To się musiało źle skończyć.

Hugh czekał. Ghastek ocknął się i ustąpił mu miejsca.

– Proszę, siadaj.

– Powinieneś mnie przedstawić – rozkazał mu Hugh, kiedy zajął jego krzesło.

Ghastek zastanawiał się przez chwilę. „To mój znajomy z pracy, prawie nieśmiertelny, psychopatyczny generał...”

– Proszę, powitajcie Hugh d’Ambraya – odezwał się w końcu. – Jest przedstawicielem naszej głównej filii i posiada szerokie uprawnienia wykonawcze.

– Nie bądźmy tacy oficjalni – rzucił Hugh. – Kontynuujcie. Ja posiedzę i poobserwuję.

Ghastek i ja spojrzeliśmy na siebie.

– No? – zachęcał Hugh. – Rozmawialiście o budynku?

Ryan Kelly nie otwierał ust. Wszyscy patrzyli na mnie. Najwidoczniej miałam coś powiedzieć.

– Mowa o budynku, który w tej chwili jest ruiną. Firma Odzysk Medrano zamierza go rozebrać, pozyskać materiały, sprzedać i iść dalej.

– Rozumiem, jak działa proces odzyskiwania – odpowiedział Ryan ostrożnie neutralnym tonem. – Nie to jest problemem. Sprzeciwiamy się waszemu pogrywaniu w kotka i myszkę na naszej granicy.

Kotka i myszkę? Widzę, że ktoś wykupił subskrypcję magazynu „Powiedzonko Tygodnia”.

– Wiesz, gdzie leży granica?

– Oczywiście, że wiem.

– Więc zdajesz sobie sprawę, że budynek stoi po naszej stronie?

– Tak, ale, jak sama wspomniałaś, jest ruiną. Część budynku leży po naszej stronie, a według obopólnej umowy Gromada nie może kupować nieruchomości na terytorium Rodu.

– Masz rację. – Podniosłam rękę i Barabasz włożył mi kartkę w dłoń. – Niezależna wycena wykonana przez miasto wykazuje jakieś trzysta pięćdziesiąt metrów sześciennych gruzu po waszej stronie granicy, z czego siedemdziesiąt pięć procent definiuje jako luźny beton i proszek o obniżonej zawartości magii, piętnaście procent jako drewno i dziesięć procent jako różnorodne metale, wszystko razem warte około tysiąca pięciuset dolarów. Dlatego przygotowaliśmy ten dokument. W geście dobrej woli i wiary w naszą dalszą współpracę oraz przyjazne stosunki między frakcjami Gromada niniejszym przekazuje wartość danego gruzu Rodowi do wykorzystania w dowolny sposób.

Wyciągnęłam rękę z dokumentem. Ryan wziął go ode mnie i przez chwilę się zastanawiał.

– Generale, chciałbyś...

Hugh pokręcił głową.

Dlaczego tu jesteś? Co planujesz?

Ryan przeczytał treść dokumentu.

– Wszystko się zgadza.

– Ród dziękuje Gromadzie za ten hojny dar – rzekł Ghastek.

– Gromada dziękuje Rodowi za współpracę. – Dobra, super, a teraz chodźmy do domu.

Hugh pochylił się, spojrzał na mnie i swobodnie zagadał:

– Czy czasem nie nudzi cię to wszystko i nie masz ochoty po prostu komuś przywalić?

– Jeśli przywalisz komukolwiek z moich ludzi, oderwę ci rękę i cię nią zatłukę.

– Kate. – Głos Ghasteka zadrżał ostrzegawczo. – Chyba nie do końca pojmujesz powagę sytuacji.

Hugh się wyszczerzył.

– Moja dziewczynka.

Ghastek zamrugał.

Jim obnażył zęby w dzikim uśmiechu.

– Czy Ród ma jeszcze jakieś kwestie do poruszenia? – zapytałam.

– Na razie nie – odpowiedział Ghastek ze wzrokiem utkwionym w Hugh i we mnie.

– Fantastycznie. Gromada również.

Hugh odchrząknął.

Drzwi otworzyły się z impetem i do pokoju wparowało czterech ludzi taszczących brezentowy worek.

Zerwałam się z krzesła i cofnęłam. Zmiennokształtni poszli w moje ślady.

Tragarze z łomotem opuścili worek na stół. Talerze i kubki poleciały w powietrze. Naszym oczom ukazało się zakrwawione, pokiereszowane ciało mężczyzny w postrzępionym ubraniu pokrytym czerwonymi, lepkimi plamami. Uderzył mnie gęsty, metaliczny zapach krwi.

Trzebiciele za mną pokryli się futrem.

Brzuch trupa został poszarpany na strzępy, a krawędzie ran nosiły charakterystyczne ślady zmiennokształtnych pazurów. Wnętrzności wylewały się na zewnątrz. Twarz była zmasakrowana, ale rozpoznałam ofiarę od razu.

Claire wrzasnęła. Czeladnicy odsunęli się od stołu. Nagle wszyscy zaczęli się przekrzykiwać.

– Twoi ludzie zamordowali Mulradina Granta – zagrzmiał Hugh, zagłuszając pozostałych.

– Nie dajmy się ponieść emocjom – ostrzegał Ghastek.

– Pokaż mi dowody! – warknął Jim.

– Popatrz na ciało. – Hugh wskazał na trupa. – To wystarczający dowód.

Nawet największy żółtodziób świeżo po akademii policyjnej od razu rozpoznałby te rany. Układ rozcięć, rozmiar zadrapań – tego nie dało się z niczym pomylić. Mulradin został zamordowany przez zmiennokształtnego.