Magia niszczyTekst

Z serii: Obca Krew
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 1

Kate, to jest naprawdę niebezpieczne – powiedział Ascanio.

Nastoletni zmiennokształtni mają interesującą definicję niebezpieczeństwa. Lyc-V, wirus odpowiedzialny za ich istnienie, regeneruje ich ciała w przyspieszonym tempie, więc dźgnięcie nożem równa się drzemce, po której następuje wielka kolacja, a złamana noga oznacza dwa tygodnie relaksu, a potem bezproblemowe przebiegnięcie maratonu. Ascanio był nie tylko zmiennokształtnym, ale też nastoletnim chłopakiem i boudą – każdy z tych opisów z osobna należał do oddzielnej kategorii podejmowania ryzyka. Zazwyczaj kiedy bouda mówi, że coś jest niebezpieczne, to coś może skutkować natychmiastowym spłonięciem i rozwianiem twoich prochów na wietrze.

– Dobrze – zgodziłam się. – Potrzymaj linę.

– Naprawdę uważam, że będzie lepiej, jeśli ja to zrobię.

Ascanio rzucił mi olśniewający uśmiech. Pozwoliłam, by po mnie spłynął, i posłałam mu ostre spojrzenie. Wysoki na sto osiemdziesiąt centymetrów i smukły, bo za szybko urósł, Ascanio był nie tylko przystojny. Był piękny: idealne rysy, ostra szczęka, mocno zarysowane kości policzkowe, ciemne włosy i jeszcze ciemniejsze oczy. Miał jedną z tych twarzy, które można opisać wyłącznie jako anielskie, jednak jedno spojrzenie w te wielkie oczy i człowiek zdawał sobie sprawę, że Ascanio nigdy nie był w niebie, ale gdzieś w piekle upadłym aniołom brakowało szesnastolatka. Szybko zdał sobie sprawę z wrażenia, jakie wywołuje, i wykorzystywał je na każdym kroku. Za pięć lat, kiedy ta twarz dojrzeje, Ascanio będzie porażający. Jeśli przeżyje. Co w tej chwili wydawało się mało prawdopodobne, bo działał mi na nerwy.

– Trzymaj linę – powtórzyłam i zrobiłam pierwszy krok.

– Nie patrz w dół – rzekł Ascanio.

Spojrzałam w dół. Stałam na szerokiej na czterdzieści pięć centymetrów metalowej belce. Pode mną ruiny hotelu Georgian Terrace smutno osuwały się na zniszczoną ulicę. Magia nie potraktowała tego niegdyś dostojnego budynku łaskawie. Osiemnaście pięter hotelu zapadało się etapami, tworząc labirynt korytarzy, ostrych spadków i kruszących się ścian. Cały ten chaos groził zawaleniem, a ja stałam na samym szczycie tej kupki gruzu. Gdybym się pośliznęła, spadłabym z trzydziestu metrów. Wyobraźnia malowała mi przed oczami obraz mojej głowy rozbijającej się o chodnik jak skorupka jajka. Właśnie tego potrzebowałam. Bo balansowanie na oblodzonej belce nie było wystarczająco trudne.

– Mówiłem: nie patrz w dół – pożytecznie poradził Ascanio. – I uważaj, lód jest śliski.

– Dziękuję, Kapitanie Oczywisty.

Przede mną rozciągał się cmentarz centrum Atlanty. Ogromne budynki poprzewracały się dziesiątki lat temu, niektóre rozpadły się na kawałki, a inne leżały na ziemi niemal w całości – ich nagie szkielety przypominały gnijące na brzegach wieloryby z odsłoniętymi kośćmi. Góry gruzu zapychały drogi. Jakieś dziwne rośliny rosły w rumowiskach, chude łodygi zwieńczone samotnym trójkątnym liściem. Latem ścieki i strugi deszczu wylały się na ulice, ale surowa zima zamroziła je, przykrywając ziemię czarnym lodem.

Magia Zaułka Jednorożca wirowała wokół mnie, dzika i niebezpieczna. Magia zalewała nasz świat falami, w jednej chwili przychodziła, w drugiej znikała, ale Zaułek Jednorożca – urocze miejsce – zachowywał swoją moc nawet podczas wyżu technologii. Ludzie przychodzili do Zaułka, gdy zaczynały ich przerastać życiowe kłopoty. Wśród upadłych wieżowców czaiły się potwory ze świecącymi oczami, a jeśli ktoś kręcił się po ruinach wystarczająco długo, miał jak w banku, że jedna z bestii wyleczy wszystkie jego bolączki.

Każdy, kto miał choć pół mózgu, unikał Zaułka Jednorożca, zwłaszcza po zmroku. Ale kiedy interes kulał, trzeba było brać każdą pracę, jaka się trafi, szczególnie jeśli zaczynała się od redaktor naczelnej „Atlanta Journal-Constitution” płaczącej w biurze z powodu zaginięcia jej rzadkiego, drogiego pupila. Odkąd magia zabiła Internet i sparaliżowała telewizję, gazety znowu stały się głównym źródłem informacji, a poparcie najbardziej popularnego dziennika w regionie było cenne jak złoto. No i kobieta płakała w moim biurze. Wzięłam tę robotę.

Jako Małżonka nie musiałam zarabiać na życie. Gromada się tym zajmowała, ale chciałam, żeby agencja Ostre Cięcie prosperowała, i zrobiłabym wszystko, żeby interes stanął na nogi, łącznie z tropieniem pupili-uciekinierów.

Niestety, puszyste stworzonko poszło w długą prosto do Zaułka Jednorożca, więc odnalezienie go zajęło mi kilka godzin. I pozwoliłam, żeby mój szesnastoletni praktykant bouda zabrał się ze mną, ponieważ potrafił wytropić bestię po zapachu, a ja nie. Ascanio nieźle walczył. Był szybki i silny, miał potężną formę pośrednią, postać między człowiekiem a zwierzęciem, która czyniła zmiennokształtnych skutecznymi zabójcami. Rafael, alfa klanu boud, przez ostatnie miesiące wytrenował Ascania na dobrego wojownika. Niestety, ten trening nie podziałał na rozsądek chłopaka.

Wreszcie udało mi się osaczyć stworzenie ukrywające się w szczelinie. Kiedy podchodziłam na paluszkach, żeby go nie wystraszyć, Ascanio postanowił pomóc i warknął, żeby je wykurzyć, przez co niemal wpadłam do dziury w podłodze, a spanikowane zwierzę popędziło na samą górę niebezpiecznego budynku. Dlatego wylądowałam na półmetrowej belce wiszącej sześć metrów nad urwiskiem, podczas gdy rzadki, egzotyczny pupil trząsł się na samym skraju półki.

– Proszę, pozwól mi to zrobić – poprosił Ascanio. – Chcę pomóc.

– Dziękuję, dosyć już pomogłeś. – Zrobiłam kolejny krok. Gdybym spadła, zmiennokształtny nie miałby problemów, żeby zabrać mnie w bezpieczne miejsce. Gdyby on spadł, ja miałabym o wiele większy kłopot. Ludzki ciężar to nie przelewki.

– Przepraszam, że go przestraszyłem.

– Możesz przepraszać, gdy go złapię.

Mała bestia zadrżała i podreptała na drugi koniec belki. Świetnie.

Ascanio warknął pod nosem.

– Słyszę, jak warczysz. A jeśli ja cię słyszę, on też cię słyszy. Jeśli przez ciebie skoczy i rozplaska się na dole, będę na ciebie zła.

– Nic na to nie poradzę. To potwór.

Potwór spojrzał na mnie swoimi wielkimi zielonymi oczami.

Kolejny krok.

– To nie potwór. To królikot.

Królikot przesunął się kolejny centymetr bliżej krawędzi. Przypominał karygodnie puszystego kota domowego. Właścicielka opisywała futro pupila jako liliowe – dla mnie wyglądało bardziej na bladoszare. Królikot miał uroczy koci pyszczek i parę długich uszu, jak gdyby ktoś wziął zwykłe kocie uszy i rozciągnął je do króliczych rozmiarów. Tylne łapy były królicze, silne i umięśnione, a przednie, choć trochę krótsze, wyglądały na całkiem kocie. Niepokojąco machał puszystym jak u wiewiórki ogonem. Pierwsze królikoty powstały w wyniku nieudanego magicznego eksperymentu na wydziale weterynarii Uniwersytetu Kalifornijskiego. Zostały sprzedane prywatnym hodowcom, a ponieważ były słodkie i rzadkie, stały się najnowszym hitem wśród obrzydliwie drogich zwierząt domowych.

Powiało mocniej. Zwalczyłam dreszcz.

– Właściwie to jaki masz z nim problem?

– Jest zły i nienaturalny – odparł Ascanio.

– A zmienianie się w hienę jest naturalne?

– Kot to drapieżnik. Królik to ofiara. Gryzoń. Wzięli kota i skrzyżowali go z gryzoniem. To mi śmierdzi.

Kolejne kilka kroków. Cholera, wysoko tu.

– Jak to coś ma się żywić? – kontynuował Ascanio. – Jeśli nie będzie polować, nie przeżyje, a i tak nie powinno istnieć. Jeśli będzie polować, pewnie będzie łapać myszy, jedyne wystarczająco małe stworzenia oprócz ptaków, co oznacza, że będzie żywić się własnymi krewnymi. To gryzoń-kanibal. Brzmi jak pomysł na kiepski film.

– Gryzonie to kanibale. Zapytaj klan szczurów, to ci powiedzą. – Gromada składała się z siedmiu klanów, podzielonych ze względu na rodzaj, a członkowie klanu szczurów raczej pragmatycznie podchodzili do zwyczajów swoich naturalnych odpowiedników.

– A tak właściwie to czym oni to coś karmią? – zainteresował się hienołak.

– Bekonem i truskawkami.

Odpowiedziała mi oburzona cisza.

– Bekonem? – wydukał w końcu chłopak.

– Tak. – Podeszłam piętnaście centymetrów bliżej. Powolutku.

– Bo właśnie to złapałoby w lesie, dzika, tak? Chętnie zobaczyłbym, jak stado królikotów atakuje dzikiego wieprza na tych krótkich nóżkach. To by się wieprz zdziwił.

Każdy nadawał się na komika.

– Może jeśli zacznę głośno pochrząkiwać, ten potwór przeskoczy na drugi koniec belki i się na mnie rzuci.

Podmuch wiatru uderzył we mnie i wgryzł się kości przez trzy warstwy ubrań. Zęby zaszczękały mi z zimna.

– Ascanio...

– Tak, Małżonko?

– Chyba nie zrozumiałeś idei bycia pracownikiem. Mamy zadanie do wykonania i właśnie je wykonujemy. Albo ja je wykonuję, a ty mi je utrudniasz.

– Nie jestem pracownikiem, tylko stażystą.

Przykucnęłam. Królikot zadrżał niecałe trzydzieści centymetrów dalej.

– Chodź tu... – Króliczku? Kotku? – Chodź tu, ty mały słodziaku... Nie bój się.

Królikot zwinął się w maleńką kulkę. Wyglądał uroczo i niewinnie. Widziałam tę minę u dzikich kotów – oznaczała, że gdy tylko się zbliżysz, zamienią się w tornado ostrych jak brzytwa pazurów.

Zgarnęłam zwierzaka, przygotowując się na rozlew krwi.

Królikot spojrzał na mnie okrągłymi zielonymi oczami i zamruczał.

Podniosłam się i odwróciłam do Ascania.

– Mam go.

Belka złamała się pod moimi stopami i runęłam w dół. Mój żołądek próbował wyskoczyć przez usta. Lina szarpnęła, niemal przerzynając mi żebra, i zawisłam nad rozstępem, tuląc królikota w ramionach. Belka z trzaskiem uderzyła o ziemię i wyżłobiła dziurę w kruszejącym chodniku.

 

Lekko obracało mnie na linie. Królikot mruczał, niczego nieświadomy. Przeżyłam. No proszę, nieźle, co? Teraz musiałam tylko utrzymać ten stan.

– Dobra, wciągnij mnie.

Lina ani drgnęła.

– Ascanio? – O co chodzi? Zobaczył motylka i się rozproszył?

Lina poszybowała w górę tak szybko, jakby wciągał ją kołowrót. Co, do...?

Dotarłam na górę i zawisłam twarzą w twarz z Curranem.

O mamo.

Trzymał linę jedną ręką, a jego mięśnie napinały się pod koszulką. Nie wyglądał na ani trochę zmęczonego. Dobrze jest być najtwardszym zmiennokształtnym w mieście. Ascanio stał za Curranem nieruchomo i udawał, że jest niewidzialny.

W szarych oczach Currana zamigotały iskierki uśmiechu. Władca Bestii wyciągnął rękę i palcem dotknął mojego nosa.

– Pum.

– Bardzo zabawne. Możesz mnie postawić?

– Co robisz w Zaułku Jednorożca po zmroku?

– Łapię królikota. A co ty robisz w Zaułku Jednorożca po zmroku?

– Szukam ciebie. Zmartwiłem się, kiedy nie wróciłaś na kolację. Wygląda na to, że znalazłem cię w samą porę. Znowu. – Opuścił mnie na zniszczony dach.

– Miałam wszystko pod kontrolą.

– Mhm. – Pochylił się ponad królikotem i mnie pocałował. Smakował tak, jak pamiętałam, a dotyk jego ust na moich przypominał powrót do jasnego, ciepłego domu po ciemnej, zimnej nocy.

Wpakowałam królikota do transportera dla zwierząt i szybko ewakuowaliśmy się z dachu.


Przekroczyłam pokrytą różowym śluzem metalową belkę, która parowała pomimo lodowatej temperatury. Zimny wiatr lizał moje plecy przez kurtkę.

Przede mną Curran przeskoczył nad głazem. Jak na dużego faceta, zrobił to z niewiarygodnym wdziękiem.

– Zaparkowałem na Czternastej.

Mmm, samochód. Ciepły, miły samochód. Ascanio i ja przyszliśmy na piechotę, więc teraz na myśl o ogrzanym wnętrzu ogarniała mnie błogość.

Curran się zatrzymał. Stanęłam obok niego.

– Co jest?

– Pamiętasz to?

Popatrzyłam na Zaułek Jednorożca. Naprzeciwko stary apartamentowiec osuwał się na ulicę – jego osłabiony przez magię stalowy szkielet nie wytrzymywał ciężaru. Po prawej szron przemienił kupkę gruzu i drutu w białą plątaninę. Wyglądało znajomo... Ach.

– O co chodzi? – spytał Ascanio.

Wskazałam na wpół zawalony budynek, gdzie czarne wejście zapraszało do środka.

– Tu się poznaliśmy.

Prowadziłam dochodzenie w sprawie śmierci mojego opiekuna i odkryłam, że w sytuację była zamieszana Gromada. W tamtym czasie starałam się nie wychylać, przez co stanowiłam dla zmiennokształtnych niewiadomą, więc Curran zaprosił mnie na spotkanie twarzą w twarz w tym apartamentowcu. Chciał sprawdzić, czy odważę się odwiedzić Zaułek Jednorożca w nocy. Odważyłam.

To wydawało się tak dawno temu.

Curran objął mnie ramieniem.

– Chodź do mnie, kici, kici, kici?

– Musiałam coś powiedzieć, żeby wywabić cię z ciemności.

– Tutaj? – nie dowierzał Ascanio. – Poznaliście się w tej dziurze?

– Mhm – przytaknęłam.

– Dlaczego ktokolwiek chciałby się poznawać w Zaułku Jednorożca? Mogło wam się coś stać. Dlaczego nie poszliście do eleganckiej restauracji? Kobiety lubią restauracje.

Zachichotałam. Curran wyszczerzył zęby w uśmiechu i ruszyliśmy dalej.

Curran zaparkował dżipa Gromady na rogu Czternastej. Troje bandytów – dwaj mężczyźni i kobieta – dobierało się do zamka. Aj. Dzięki, Atlanto.

Niedoszli złodzieje zobaczyli nas. Mężczyzna w niebieskiej kurtce obrócił się i wycelował pistolet w naszym kierunku. Duża lufa, mały mózg. Hej, to grupka obcych kręcąca się po Zaułku Jednorożca po zmroku. Są w dobrej formie i wyglądają, jakby mogli skopać mi tyłek. Spróbuję ukraść im auto i grozić pistoletem. Genialne. Tak, to na pewno wypali.

Curran wysunął się przede mnie, nie zwalniając kroku. Nie miałam wątpliwości, że jeśli złodziej strzeli, Jego Sierściastość zasłoni mnie przed kulą i nie pozwoli, żebym oberwała. Już kilka razy stosował ten manewr. Nie byłam pewna, co o tym sądzić. Naprawdę nie chciałam, żeby przeze mnie został postrzelony.

– Dawaj kluczyki! – zawołał Niebieska Kurtka ochrypłym głosem.

Oczy Currana zaświeciły złotem. Obniżył głos i szorstko warknął:

– Jeśli zamierzasz strzelać, upewnij się, żeby opróżnić magazynek, bo kiedy skończysz, wsadzę ci ten pistolet w dupę na skos.

Niebieska Kurtka zamrugał.

– A potrafisz to zrobić? – spytałam.

– Przekonajmy się. – Curran popatrzył na złodzieja. – To co? Strzelaj, żebyśmy mogli zacząć eksperyment.

Niebieska Kurtka wepchnął broń do kieszeni i uciekł. Jego kumple popędzili za nim.

Curran pokręcił głową, wyjął kluczyki i otworzył bagażnik dżipa. Wsadziliśmy klatkę z królikotem do środka i wsiedliśmy. Curran odpalił silnik, ruszyliśmy przez miasto na północny wschód, do kryjówki zmiennokształtnych zwanej Twierdzą.

Ogrzewanie się włączyło. Przestałam szczękać zębami.

– Ale jestem głodny – rzucił Ascanio. – Co na kolację w Twierdzy?

– My jedziemy do Twierdzy – odparł Curran. – Ty jedziesz do swojej matki.

Chłopak się najeżył.

– Dlaczego?

– Bo nie byłeś w domu od trzech dni i matka chciałaby cię zobaczyć. I omówić z tobą twoje oceny.

Cholera. Był taki sam jak Julie. Moja piętnastoletnia podopieczna w mistrzowskim stylu zawaliła algebrę. Na początku próbowała mi wmówić, że nauczyciel zgubił jej prace domowe – wszystkie cztery. Potem narzekała, że szkoła jest trudna i mamy wobec niej niedorzecznie wysokie oczekiwania. Na koniec nastąpił wielki finał, podczas którego poinformowała nas, że woli rzucić szkołę i być bezdomna. Curran i ja ironicznie klaskaliśmy przez minutę.

– Co zawaliłeś tym razem?

– Nic nie zawaliłem. Zaliczyłem wszystkie przedmioty.

– Ma czterdzieści procent z algebry – odpowiedział Curran.

Znowu ta algebra.

Odwróciłam się do Ascania.

– Jakim cudem masz czterdzieści procent?

– Nie wiem.

– Nie oddaje prac domowych. Spędza pół życia z Rafaelem, a drugie pół z tobą w Ostrym Cięciu.

– Szkoła jest przereklamowana – stwierdził Ascanio. – Nie interesuje mnie i jej nie lubię. Chcę pracować dla Gromady.

– Pozwól, że cię zmartwię – zaczął Curran. – Gromada potrzebuje wykształconych ludzi. Jeśli chcesz wspiąć się na szczyt łańcucha pokarmowego, musisz wiedzieć, co robisz. Większość alf ma dyplomy wyższych uczelni. Właściwie to większość ludzi, których znasz, ma dyplomy wyższych uczelni.

– Kto na przykład? – spytał Ascanio.

– Rafael ma magistra z zarządzania. Barabasz doktora z prawa. Andrea ukończyła Akademię Zakonu, a Doolittle szkołę medyczną. Mahon ma doktorat z historii średniowiecza.

To by wiele wyjaśniało. Mahon zarządzał klanem wielkich. Zawsze uważałam, że ma dosyć średniowieczne myślenie. O, powinnam mu to powiedzieć. Spodoba mu się. Ale nie, kiedy będzie niedźwiedziem. Biegam szybko, jak na człowieka, jednak podejrzewam, że wściekły kodiak biega szybciej.

– Ciotka B nie miała dyplomu – rzucił Ascanio.

– Owszem, miała – odrzekł Curran. – Zrobiła magisterkę z psychologii na Uniwersytecie Agnes Scott.

Ascanio zaczął gapić się w okno.

– Jaki masz plan? – zapytał Curran. – Masz szesnaście lat, musisz mieć jakiś plan. Chyba że chcesz, żeby do końca życia utrzymywała cię matka.

– Nie – fuknął Ascanio.

– W takim razie proponuję przemyśleć algebrę – powiedział Curran.


Wysadziliśmy Ascania, dostarczyliśmy królikota, zgarnęliśmy zapłatę i ruszyliśmy do Twierdzy. Curran prowadził, ja umościłam się w fotelu. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Nie umarłam, zarobiłam, w końcu było mi ciepło, a teraz, po ciężkim dniu w pracy, wracałam do domu, żeby wziąć gorący prysznic.

– Dużo mu się przyglądasz – zauważył Curran. – Jakbyś spodziewała się, że się złamie. To twardy dzieciak. Da sobie radę i dobrze o tym wiesz, więc o co chodzi?

Podchwytliwe pytanie.

– Wczoraj miałam sen. Byłam uwięziona na wieży. Dach płonął. Otaczał mnie ogień, który palił mi stopy. – W rzeczywistości magiczne płomienie pochłonęły zamek, ale nigdy nie dosięgły tej konkretnej wieży. Była za wysoka. – Na dziedzińcu Hibla zabijała Ciotkę B.

Ta część snu zrodziła się ze wspomnień tak żywych, że aż bolesnych. Popłynęliśmy nad Morze Czarne, żeby zdobyć panaceum, znaleźliśmy Hugh d’Ambraya, generała mojego ojca i preceptora Zakonu Żelaznych Psów. Hibla była jego prawą ręką. Kiedy zamek zaczął się palić, wylądowałam uwięziona na szczycie wieży. Widziałam, jak nasi próbują uciec, ścigani przez ludzi d’Ambraya, i jak Ciotka B poświęca życie, by ich ratować. Wiedziała, że Żelazne Psy zabiją ją, zanim zaatakują resztę. W ich szeregach znajdował się mag. Miałam ten obraz przed oczami: srebrne strzały wystrzelające z maga i przeszywające pierś Ciotki B, a potem Hibla podchodząca bliżej z mieczem w dłoni.

– Próbowałam jej pomóc – wyjaśniłam. – We śnie. Próbowałam jej pomóc, ale miałam spalone stopy.

Curran wyciągnął rękę i przykrył ciepłą dłonią moją dłoń. Lekko ścisnął.

– Pamiętam, jak Ciotka B warknęła, tuż zanim Hibla ścięła jej głowę. Odtwarzam to warknięcie w myślach bez końca. Stałam pięćdziesiąt metrów nad nimi. Nie mogłam go usłyszeć.

– Pierwszy raz miałaś taki sen?

– Nie. Powinnam była... zrobić więcej.

– Kocham cię. Ale nawet gdybym cię nie kochał, powiedziałbym to samo. Nie mogłaś nic zrobić. Czy to pomaga?

– Nie.

– Przykro mi.

– Dziękuję.

– Rozmawiałaś o tym z kimś jeszcze?

– Nie.

– Powinnaś z kimś porozmawiać. Gromada zatrudnia dwunastu terapeutów.

Taa...

– Nic mi nie jest – zapewniłam go. – Po prostu nie chcę, żeby ktoś z nich zginął.

– Z kogo?

– Klanu boud.

Znowu ścisnął moją dłoń.

– Kochanie, nie możesz zawinąć ich w folię bąbelkową. Rozerwą ją i rzucą ci się do gardła. To niezależni ludzie. Ascanio ma dwie alfy, dwie bety i matkę, która, tak swoją drogą, jest licencjonowaną terapeutką Gromady. Pogadaj z Martiną. To ci pomoże. Rozmowa zawsze pomaga.

– Zastanowię się.

Pocałował moje palce.

– Co byś powiedziała, gdyby Derek przyszedł do ciebie z tym samym problemem?

– Powiedziałabym, że powinien z kimś porozmawiać i że Gromada zatrudnia dwunastu licencjonowanych terapeutów.

Dobrze wiedziałam, co mi pomoże – zabicie Hibli. Po wydarzeniach na zamku, kiedy wsiadaliśmy na pokład statku, półżywi i ledwo trzymający się na nogach, byłam zbyt zmęczona, by cokolwiek widzieć. Ale siostra Jima obserwowała pomost i zobaczyła biegnącą Hiblę z nagim mieczem w dłoni. Suka przeżyła i patrzyła, jak odpływamy. Zabicie Hibli nie wróci Ciotce B życia, ale jest konieczne. Chciałam przekazać wiadomość. Jeśli zabiłaś kogoś, na kim mi zależało, znajdę cię i każę ci za to zapłacić. Nieważne, gdzie uciekniesz ani jak dobrze się schowasz, ukarzę cię, i to tak brutalnie, że nikt nigdy więcej nie odważy się tknąć moich bliskich. Poprosiłam Keirę, by szukała Hibli, ale jak na razie bez skutku. Może dalej siedziała w Europie, co oznaczało, że nigdy więcej jej nie zobaczę.

– Nie musisz iść sama – rzekł Curran. – Jeśli postanowisz iść i będziesz mnie potrzebować, pójdę z tobą. Wejdę do środka albo poczekam na ciebie pod drzwiami.

– Dziękuję – powiedziałam i naprawdę miałam to na myśli.

Milczeliśmy.

– Muszę wyjechać rano – oznajmił nagle.

„Muszę”, nie „musimy”.

– Dlaczego?

– Pamiętasz Gene’a Monroe?

Skinęłam głową. Rodzina Gene’a Monroe posiadała kopalnię w Srebrnych Górach niedaleko wąwozu Nantahala – jedno z głównych źródeł srebra na południowym wschodzie. Gene twierdził, że jego rodzina wywodziła się z ludu Melungeonów, hiszpańskich Maurów, którzy osiedlili się na tamtym obszarze wieki temu, by uciec przed hiszpańską inkwizycją. Biorąc pod uwagę, że niektórzy członkowie rodziny Gene’a zmieniali się w wilki iberyjskie, jego historia nawet się kleiła. Gene był trudnym człowiekiem, samotnikiem z natury. Przewodził małej grupie zmiennokształtnych, i choć jego sąsiedzi dawno dołączyli do Gromady, Gene wciąż się przed tym bronił.

 

– Sprawia kłopoty?

– Nie do końca. Podobno raz w roku mężczyźni z jego stada zbierają się i jadą w góry na polowanie. Tylko rodzina i najbliżsi przyjaciele.

– I zaprosili ciebie? – domyśliłam się.

– Ta.

– Wiedzą, że nienawidzisz polowań?

– Możliwe, że zapomniałem o tym wspomnieć. – Curran skręcił w prawo, żeby ominąć wielką jak opona dziurę w jezdni, wypełnioną świecącą, fioletową mazią nieznanego pochodzenia. – Gene chce panaceum.

Nie doceniałam złożoności dyplomatycznych działań Currana, dopóki nie zobaczyłam, jak obchodzi się z panaceum. Pierwszym, co zrobił, kiedy wróciliśmy z Gagry, było ustanowienie prawa zapewniającego dostęp do panaceum każdemu zagrożonemu loupizmem zmiennokształtnemu na terytorium Gromady. W efekcie rodziny zmiennokształtnych zaczęły osiedlać się na granicach naszego terytorium, odgradzając nas od zewnętrznego świata. Niektóre z nich czekały na oficjalne przyjęcie do Gromady. Inne chciały szybko przeskoczyć przez granicę, w razie gdyby zauważyły u swoich dzieci oznaki loupizmu. Gdyby pojawiły się kłopoty, rodziny walczyłyby za Gromadę, bo byliśmy ich jedyną nadzieją. W tym czasie Curran jednocześnie używał panaceum jako kija i marchewki, spiskując, przekupując i handlując, by stabilizować Gromadę i wzmocnić naszą obronę. Zbliżała się wojna, a my robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by się przygotować.

Refleksje nad panaceum i wojną pchnęły moje myśli w kierunku ojca. Zdusiłam je, zanim zdążyły zepsuć mi wieczór.

– Więc Gene chce panaceum. A czego ty chcesz?

– Chcę, żeby bardziej selektywnie wybierał kupców srebra. Handluje ze Środkowym Zachodem.

– Z Rolandem? – imię ojca wyrwało mi się z ust. I tyle ze zduszania myśli o tym draniu.

– Jego pośrednikami.

Srebro to trucizna dla zmiennokształtnych. Jeśli mój ojciec zaczął kupować je w dużych ilościach, zamierzał nas odwiedzić i raczej nie wiózł ze sobą darów. Uważał zmiennokształtnych za zagrożenie. Mnie nienawidził. Próbował zabić mnie już w łonie matki, ale uciekła i poświęciła się, żebym ja mogła przeżyć. Mój przybrany ojciec ukrywał mnie przez lata i szkolił, bym stała się bronią przeciwko Rolandowi. Zostałam wychowana w jednym jedynym celu: żeby zabić ojca. Niestety, Roland był żywą legendą i zabicie go nie należało do prostych zadań. Wymagało raczej kilku dywizji pancernych i wsparcia nuklearnego.

Curran się skrzywił.

– Gene’owi nie spodoba się, jeśli zacznę mu dyktować, jak robić interesy. Ale wiem na pewno, że dwoje jego wnucząt zmieniło się w loupy zaraz po urodzeniu, więc będzie chciał się dogadać. Dlatego mnie zaprosił.

Curran musiał iść na to polowanie. Wszystko, co osłabiało Rolanda, poprawiało naszą pozycję. Mimo to byłam niespokojna. Od czasu wyjazdu do Europy boleśnie zdawałam sobie sprawę, że żyjemy w pożyczonym czasie. Nie wiedzieliśmy, czy Hugh żyje. Osobiście wolałabym, żeby nie żył, ale moje dni ukrywania się na widoku należały do przeszłości. Roland prędzej niż później musiał zacząć się zastanawiać, kto sfajczył mu generała. Każdy dzień bez mojego ojca był darem.

– Jak długo cię nie będzie? – zapytałam.

– Potrzebny mi jeden dzień na dojazd, dwa na polowanie i jeden na powrót. Wrócę w piątek.

Szybko przeanalizowałam sytuację. Oprócz Gromady w Atlancie mieszkało kilka nadnaturalnych frakcji, z których największe zagrożenie stanowił dla nas Ród. Panowie Umarłych byli posłuszni Rolandowi, dlatego robiłam, co w mojej mocy, by ich unikać. Kiedyś Gromada i Ród niemal zniszczyły Atlantę podczas wojny z powodu jakiegoś nieporozumienia. Teraz spotykaliśmy się co miesiąc w lokalnej restauracji, żeby rozwiązywać nasze konflikty, zanim wymkną się spod kontroli, a spotkania te pomysłowo nazywaliśmy Konklawe. Bo zwykłe „comiesięczne narady” nie łechtały niczyjego ego.

– Jeśli wyjedziesz dzisiaj i wrócisz w piątek, opuścisz Konklawe w środę. – A ja, jako Małżonka Władcy Bestii, będę musiała reprezentować Gromadę podczas obrad. Wolałabym zadźgać się zardzewiałym widelcem.

Spojrzał na mnie.

– Naprawdę? Konklawe jest w tym tygodniu? Co za zbieg okoliczności.

Przewróciłam oczami.

Curran wyszczerzył zęby. Uwielbiał siedzieć na tych spotkaniach tak samo jak ja.

– Nic się nie dzieje – stwierdził.

Miał rację. Był trzeci grudnia, dzień, w którym poszczególne klany przeprowadzały swoje końcoworoczne spotkania. Sezon polowań trwał w najlepsze, a większość młodych, pobudliwych zmiennokształtnych wyjechała z miasta gonić za jeleniami i dzikami. Woleli się zabawić, zamiast ścierać się z czeladnikami Rodu.

– Jim mówi, że wyjechała ponad jedna trzecia naszych ludzi – powiedziałam. – Popada w paranoję.

Zaśmiał się.

– Popada?

– Bardziej niż zwykle.

Jim zawsze był paranoikiem, ale w Gagrze Hugh d’Ambrayowi wymsknęło się, że ma kreta w Radzie Gromady. Odkąd Jim się o tym dowiedział, poziom jego paranoi wystrzelił do stratosfery. Przeczesał całą Twierdzę w poszukiwaniu pluskiew. Jego ludzie obwąchali każdy centymetr kwadratowy sali narad. Przesłuchiwał wszystkich tyle razy, że w końcu alfy zaczęły mu grozić, a kiedy już nie mógł nikogo przesłuchiwać, próbował ich śledzić. O mało nie doszło do buntu. Każdy klan miał własne miejsce spotkań, a Jim nie marzył o niczym innym, jak o przewróceniu tych miejsc do góry nogami, jednak nikt mu na to nie pozwalał. Zbliżała się Gwiazdka, a my nadal nie mieliśmy pojęcia, kto sprzedaje informacje d’Ambrayowi. Jim strasznie wziął to do siebie i doprowadzało go to do szaleństwa.

– Kiedy wszyscy idą na polowanie, Jim marudzi, że jesteśmy osłabieni – rzekł Curran. – Kiedy wracają na świąteczną kolację, marudzi, że mamy za dużo ludzi i potrzebuje pomocy, żeby się ich doliczyć.

– Racja.

Wzruszył ramionami.

– Zaraz święta. Nikt nie chce walczyć przed świętami. Ród ponarzeka na nas za jakieś pierdoły, my ponarzekamy na Ród za jakieś pierdoły, a potem wszyscy zjedzą, napiją się i pójdą do domu. Jeśli tylko nie kopniesz żadnego Pana Umarłych w twarz, powinno być w porządku.

– Nie martw się, Wasza Sierściastość. Popilnuję domu do piątku.

Przez chwilę milczał, a potem w jego głos wkradła się nutka powagi.

– Po prostu na siebie uważaj.

– Co może mi się stać? Kiedy cię nie będzie, Jim zacznie pracować na najwyższych obrotach, co oznacza, że zostanę otoczona przez bandę narwanych morderców, strzegących mnie niczym diament Hope. To ty wyjeżdżasz do lasu z ludźmi, których ledwie znamy. Bierzesz kogoś ze sobą?

– Mahona, Rafaela i Colina Mathera – odpowiedział.

Alfy klanu wielkich, boud i szakali. Nieźle.

– Wrócę, zanim się obejrzysz.

Z takim wsparciem mógł załatwić małą armię.

– Pozdrów ode mnie Gene’a. I proszę, przekaż mu, że jeśli nie wrócisz do mnie cały i zdrowy, bez problemu zmobilizuję nasze zmiennokształtne stado i najadę Karolinę Północną. – A jeśli Gene skrzywdzi Currana, pożyje na tyle długo, by mocno tego pożałować.

Władca Bestii wyszczerzył zęby.

– Wątpię, żeby do tego doszło.

Jechaliśmy dalej w ciszy. Lubiłam siedzieć obok Currana. Samochód otaczała zimna, bezkresna noc, a ja czułam ciepłe ciało mojego mężczyzny przy mnie. Gdyby jakieś okropne stworzenie stanęło na naszej drodze, Curran wysiadłby z auta i rozerwał je na strzępy. Nie żebym sama nie mogła tego zrobić, ale świadomość, że mam go przy sobie, wszystko zmieniała. Trzy lata temu w taką noc jechałabym sama w moim starym samochodzie i modliła się, żeby nie zginąć szlachetną śmiercią w śnieżnej zaspie. Zanim dotarłabym do domu, zrobiłoby się ciemno. W mieszkaniu nie włączyłabym ogrzewania, żeby zaoszczędzić, w łóżku byłoby zimno, a gdybym chciała opowiedzieć komuś, jak mi minął dzień, musiałabym gadać z moim mieczem i udawać, że mnie słucha. Zabójca był fantastyczną bronią, ale nigdy nie śmiał się z moich żartów.

– Nadal mi nie powiedziałaś, co chcesz na święta – odezwał się Curran.

– Czas – odpowiedziałam. – Dla ciebie i dla mnie. – Miałam dosyć życia w szklanej kuli Twierdzy.

– Sprawdzisz schowek? – poprosił.

Wyciągnęłam ze środka kawałek papieru. „Serdecznie zapraszamy... Dziękujemy za rezerwację”...

– Czy to...?

– Domek Czarnego Niedźwiedzia – odparł.

Dwa tygodnie wcześniej wybraliśmy się do hrabstwa Jackson w Karolinie Północnej, żeby spacyfikować szalejącego po kampusie trolla. Appalachy zamieszkiwała duża populacja zmiennokształtnych, a wiele z ich dzieci studiowało na Uniwersytecie Karoliny Zachodniej. Nocowaliśmy w Domku Czarnego Niedźwiedzia, świeżo zbudowanej drewnianej chatce ze świetnym jedzeniem i przytulnymi pokojami z wielkimi kominkami. Spędziliśmy tam dwa wspaniałe dni, polując na trolla, pijąc wino wieczorami i kochając się na wielkim, miękkim łóżku. Na myśl o wyjeździe z chatki czułam niemal fizyczny ból.