Magia łączyTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wczoraj wieczorem.

Saiman pomagał mi jako ekspert od wszystkich rzeczy dziwnych i magicznych, ale ostatnim razem, gdy próbowałam go zatrudnić, powiedział mi, że prędzej czy później ojciec mnie zamorduje, a on nie ma zamiaru grać dla przegranej drużyny. Wiedziałam, że Saiman jest centrum swoje własnego wszechświata, lecz i tak się zdziwiłam. Uratowałam go niejeden raz. Nie oczekiwałam przyjaźni – był ponad to – ale chociaż odrobiny lojalności. Jedno wiedziałam na pewno: Saiman nie zamierzał pracować dla mojego ojca. Roland go przerażał. Gdyby okazał mu choć odrobinę uwagi, Saiman uciekłby gdzie pieprz rośnie.

Pragnęłam sięgnąć ręką w przestrzeń i zrzucić płonącą asteroidę na dom mojego ojca.

Nick nie spuszczał ze mnie wzroku. W głębi duszy miał niezły ubaw. Nie uśmiechał się, jednak widziałam to w jego oczach.

Zmusiłam się, by zabrzmieć neutralnie.

– Zakon bierze tę sprawę?

– Nie. Ktoś musiałby złożyć wniosek, a nie otrzymaliśmy żadnego wniosku.

– Czy to nie podpada pod klauzulę „mieszkaniec w niebezpieczeństwie”? – spytałam. – Rycerz Zakonu zrobił te zdjęcia. Widział, że życie Saimana jest zagrożone, a jednak nie podjął żadnych działań.

– Podjął – zaoponował Nick. – Poinformował mnie, a ja informuję ciebie.

– Aż bije od ciebie współczucie – stwierdził Ghastek.

Nick zwrócił wzrok na Pana Umarłych.

– Pochodzenie oraz bujna i pomysłowa przeszłość kryminalna tego mieszkańca nie czynią go naszym priorytetem. Właściwie można uznać, że miasto jest bezpieczniejsze bez niego.

– Więc czemu w ogóle mi o tym mówisz? – Nie rozumiałam.

– Bo lubię patrzeć, jak ty i twój ojciec skaczecie sobie do gardeł. Jeśli jedno z was zabije drugie, świat będzie lepszym miejscem. – Nick się uśmiechnął. – Daj mu popalić, Sharrim.

Mahon walnął ręką w stół. Łomot zagrzmiał jak grom.

– Trzymaj swój niewyparzony język za zębami, kiedy odzywasz się do mojej synowej!

– Twoja synowa to wybryk natury.

Mahon poderwał się z krzesła. Rafael złapał go za prawe ramię, Curran za lewe.

– Właśnie, trzymajcie wściekłego niedźwiedzia – rzucił Nick. – Dlatego świat traktuje was jak zwierzęta.

Wskoczyłam na stół i rzuciłam się między Mahona i Nicka.

– Zignoruj go. Gada jak potłuczony, bo nic innego nie potrafi – powiedziałam do kodiaka.

Nick obrócił się na pięcie i wymaszerował z sali.

Curran napiął mięśnie.

– Siadaj, staruszku. Siadaj.

Wreszcie Mahon opadł z powrotem na krzesło.

– Pieprzony dupek.

Rafael klapnął obok niego.

Usiadłam na stole między talerzami. Menadżer Bernarda by mnie ochrzanił, ale miałam to gdzieś. Powstrzymanie Mahona mnie wykończyło.

Ghastek i Rowena wlepili we mnie wzrok.

– Wiedzieliście? – zapytałam.

Ghastek pokręcił głową.

– Nie jesteśmy informowani o jego poczynaniach.

– Co teraz zrobisz? – zwróciła się do mnie Desandra.

– Pójdę i go odbiję – oznajmiłam, choć wolałabym zjeść potłuczone szkło.

– Tego degenerata? – zdziwił się Rafael. – Czemu po prostu go nie zostawisz?

– Bo Roland nie może porywać ludzi, kiedy ma na to ochotę – odpowiedział Curran. Minę miał ponurą. – A ten dupek dobrze o tym wiedział, kiedy przyniósł zdjęcia.

– Trzeba było mi pozwolić urwać mu łeb – stwierdził Mahon. – Nie możesz się godzić, żeby ludzie obrażali twoją żonę, Curranie. Pewnego dnia będziesz musiał wybrać między dyplomacją a żoną. Mówię ci, musisz wybrać żonę. Dyplomacja nie dba, czy umrzesz, czy przeżyjesz, a twoja żona tak.

Rozdział 2

ZZniszczone zwłoki autostrady I-85 rozciągały się w dal, otoczone drzewami. Nad nimi wznosiło się przejrzyste błękitne niebo skąpane w blasku słońca. Ledwo dochodziła szósta, a temperatura już niebezpiecznie oscylowała wokół trzydziestu stopni Celsjusza. To będzie długi, gorący dzień.

Zerknęłam przez ramię na dziesięciu najemników stojących obok Currana. Występowali we wszystkich kształtach i rozmiarach. Eduardo górował nad wszystkimi oprócz Douglasa Kinga, dwumetrowego faceta o barach tak szerokich, że nie mieścił się w drzwiach, i nogach jak dwa pnie. Douglas golił głowę, bo czuł, że inaczej za mało manifestuje swoje twardzielstwo, i czarną farbą malował na niej magiczne – jego zdaniem – runy. To nie były magiczne runy. Mówiłam mu to. Miał to w dupie.

Przy Douglasie mierząca półtora metra Ella wydawała się jeszcze mniejsza. Jej całkiem zwyczajna uroda – brązowe włosy ledwie muskające ramiona i ładna, sympatyczna twarz, której zazwyczaj nie zdobiła makijażem – sprawiała, że pasowała raczej do baru kanapkowego albo gabinetu weterynarza. Ludzie jej nie doceniali. Drobna i niesamowicie szybka Ella lubiła miecze wakizashi i potrafiła ciachać nimi z chirurgiczną precyzją.

Pozostali najemnicy dzielili się na ekstremalne kategorie: szczupli i masywni, wysocy i niscy, niektórzy nosili miecze, inni łuki. Był to elitarny oddział Currana, rdzeń, wokół którego mój narzeczony budował nową Gildię.

Stworzył ten oddział, gdy przyjął robotę, którą każdy inny w mieście odrzucał. Nawet Czerwona Gwardia się wycofała. Najlepsza ekipa Gildii, Czterej Jeźdźcy, nazwała go samobójcą. Curran i ja wzięliśmy tę fuchę, dołączył do nas Eduardo, i jakimś cudem Gildia wypluła dziewięcioro najemników na tyle szalonych, by do nas dołączyć, i na tyle dobrych, by przeżyć. Doprowadzaliśmy sprawy do końca, Gildia z dnia na dzień podwoiła liczbę zleceń, a nasza dziesiątka zyskała reputację. Nasi najemnicy tworzyli śmietankę Gildii i po tej robocie wszyscy oddaliby życie za Currana.

Oboje mieliśmy złe przeczucia co do zbliżającej się rozmowy z Rolandem. Postanowiliśmy, że Curran zostanie. Po pierwsze, to ułatwi mi negocjacje. Wiedziałam, że będzie gorąco, a każda rozmowa mojego ojca z moim narzeczonym przypominała pojedynek kogutów, wolałam więc załatwić tę sprawę sama. Po drugie, gdyby coś mi się stało, tylko Curran mógł utrzymać miasto i spróbować mnie uwolnić.

Zrobiłby to. Gdyby sprawy zaszły za daleko, obnażyłby kły, wysunął pazury i poprowadził swoją drużynę ekscentryków wymachujących śmiercionośną bronią do Lawrenceville, gdzie stanąłby do walki z moim ojcem. Musiałam dopilnować, by to się nie wydarzyło, bo zakończyłoby się katastrofą dla wszystkich zainteresowanych.

Podeszłam się do Currana, żeby go pocałować. Objął mnie i przez sekundę ściskał tak mocno, że zatrzeszczały mi kości.

– Idę.

– Będę tutaj – zapewnił mnie.

– Baw się dobrze ze swoim zespołem. Naostrzcie kilka noży. Wyczyśćcie kilka pistoletów. Nie zabijcie nikogo, kiedy mnie nie będzie.

– Nic nie obiecuję.

Wspięłam się na siodło Kruszynki. Czarno-biała oślica rasy mammoth zastrzygła uszami.

– Powiem staremu ojczulkowi, że z żalem opuszczasz to spotkanie.

Za plecami Currana Eduardo parsknął śmiechem.

Curran obnażył zęby.

– Nie z takim żalem, jaki poczuje on, jeśli zmusi mnie, żebym złożył mu wizytę.

– Hej, Daniels – zawołała Ella. – Przynieś nam ciasteczka.

– Po czym wnioskujesz, że będą ciasteczka?

– Kiedy odwiedzam rodziców, zawsze są ciasteczka.

Gdyby Roland podał mi ciasteczka, pewnie po ich zjedzeniu zaczęłabym ziać ogniem.

– Zobaczę, co się da zrobić.

Ruszyłam przed siebie. W czasach swojej świetności I-85 była olbrzymią autostradą z ośmioma pasami – sześcioma zwykłymi i dwoma szybkiego ruchu. Magia przyspieszyła wzrost drzew. Nawierzchnia popękała pod nieustającym szturmem fal magii, przez co korzenie podniosły asfalt i niegdyś majestatyczna trasa komunikacyjna zmieniła się w leśną szosę. Otaczały ją wielkie orzeszniki, klony i jesiony, które walczyły o miejsce z ogromnymi dębami obwieszonymi girlandami pnączy. Z nieba lał się okrutny żar. Promienie słońca nawalały o jezdnię jak młot. Potrzebowałam około dwudziestu minut, żeby dotrzeć do Lawrenceville, i wiedziałam, że przybędę na miejsce wysmażona na chrupko. Jechałam na Kruszynce, chowając się w cieniu drzew.

Czego, do cholery, Roland chciał od Saimana?

Na samą myśl o tym, co zrobił, zaciskałam zęby. Roland wszedł na moje terytorium. Porwał jednego z moich ludzi. Bez względu na charakter naszej relacji Saiman był mieszkańcem Atlanty. Gdybym miała sierść, cała bym się zjeżyła.

Można by pomyśleć, że ojciec nie będzie wywijał mi numerów na dwa tygodnie przed weselem. W ramach zwykłej uprzejmości.

Nadal nie kupiłam sukni. Wybrałam się na zakupy już trzy razy i za każdym wracałam z pustymi rękami, bo nic mi się nie podobało.

Przede mną zza grubego jesionu wyłonił się Derek, jak zwykle z typową dla zmiennokształtnych gracją. Dwudziestolatek miał szerokie ramiona i twarz wyciosaną przez życie. Patrzył na mnie ciemnymi oczami. Po niektórych zmiennokształtnych od razu dało się poznać ich bestię. Nawet w ludzkim ciele Derek wyglądał jak wilk. Drapieżny, samotny, inteligentny wilk.

– Zastanawiałam się, gdzie się podziałeś.

Były cudowny chłopiec wzruszył ramionami.

– Zrobiłem mały zwiad. – Głos Dereka pasował do jego wyglądu: szorstki, głęboki i przerażający.

– I co?

– Żadnych patroli stąd do Lawrenceville.

Nie wiedziałam, czy to dobrze, bo nie musiałam straszyć i zabijać ludzi, czy źle, bo najwyraźniej mój ojciec tak bardzo bagatelizował moje zdolności, że nawet nie postawił ochrony.

– Wyglądasz, jakbyś chciała kogoś zamordować – zauważył Derek.

– Myślałam, że zawsze tak wyglądam.

– Nie aż tak.

 

– To pewnie dlatego, że w środku cała się gotuję, a ojciec dolewa oliwy do ognia.

Jechałam dalej, a Derek truchtał obok mnie.

– Curran powiedział mi o Konklawe – odezwał się.

– Mhm.

– Dlaczego Nick cię nienawidzi?

– Znasz historię o Voronie? Kiedy Roland zabił moją matkę, zaopiekował się mną Voron.

Derek skinął głową.

– Zawsze kiedy przyjeżdżaliśmy do Atlanty, odwiedzał nas Greg Feldman. Gdy dorosłam, uznałam, że to dziwne, bo Greg był rycerzem wróżbitą, a Voron unikał Zakonu jak ognia. Któregoś razu poprosiłam Vorona o wyjaśnienie. Powiedział, że on, moja matka, Greg i eksżona Grega, Anna, kiedyś się przyjaźnili. Po śmierci Vorona Greg został moim opiekunem. Czasami zabierał mnie do domu Anny. Na początku mnie nie lubiła, ale w końcu zgodziła się mi pomóc. Jest jasnowidzką. Kiedyś zastanawiałam się, czemu od jakiegoś czasu się do mnie nie odzywa, ale teraz już rozumiem.

– OK. A gdzie w tym wszystkim jest miejsce Nicka?

– Pamiętasz, jak Hugh zabił rycerzy atlanckiej filii Zakonu, a Ted Moynohan spalił jego przykrywkę? Maxine nazwała go Nickiem Feldmanem. Gdy wróciliśmy do Twierdzy, poprosiłam Jima, żeby to sprawdził. Tak zrobił. Nick Feldman jest synem Grega Feldmana.

Derek zmarszczył brwi.

– Nie wiedziałaś, że miał syna?

– Nie. Greg opiekował się mną przez jakieś dziesięć lat. Ani on, ani Anna nigdy nie wspomnieli o dziecku. Nie widziałam żadnych zdjęć, nie słyszałam, żeby ktokolwiek wspominał jego imię. Więc po rozmowie z Jimem zadzwoniłam do Anny.

Oddzwoniła dopiero po czterech telefonach i groźbie, że znajdę ją w Karolinie Północnej.

– Uwierzyłam w to, co powiedział Voron, sądziłam, że on i Greg, Kalina i Anna rzeczywiście byli przyjaciółmi. Mam zdjęcie całej ich czwórki. Okazało się, że to gówno prawda. Znali się, ale nie przyjaźnili. Zanim moja matka wyszła za Rolanda, przez chwilę pracowała dla Zakonu. Wtedy poznała Grega, a on się w niej zakochał. Wyznał to Annie, ale Nick miał dwa lata, więc dla niego postanowili zostać razem. Kalina odnowiła znajomość z Gregiem, gdy ona i Voron uciekali przed Rolandem. Byłam wtedy dzieckiem. Greg zostawił Annę tego samego dnia, w którym dowiedział się, że moja matka umarła. Nick miał wówczas sześć lat.

– Nie rozumiem. Czemu ją zostawił, skoro twoja matka umarła?

– Nie wiem. Nie mam pojęcia, co nim kierowało. Może myślał, że zostając z Anną, na swój sposób zdradzi moją matkę.

Teraz widziałam spotkania Vorona i Grega w innym świetle. Nie byli przyjaciółmi nadrabiającymi zaległości, lecz dwoma mężczyznami opłakującymi śmierć tej samej kobiety.

– Greg i Anna dzielili opiekę nad Nickiem, ale kiedy Nick skończył dwanaście lat, złożył podanie do Konwiktu Giermków. To szkoła z internatem należąca do Zakonu, po której idzie się do Akademii. Nick został przyjęty i nigdy więcej nie odezwał się do rodziców. Z tego, co mówiła Anna, nienawidził ich obojga. Gdy Nick został krzyżowcem, Greg musiał usunąć wszystkie jego ślady: zdjęcia, dokumenty, wszystko, by chronić Nicka i resztę rodziny. Potem Nick trafił do Żelaznych Psów Hugh i infiltrował go przez dwa lata. Czyli moja matka rozbiła małżeństwo jego rodziców, a mój ojciec był powodem, dla którego przez dwa lata musiał robić potworne rzeczy. W związku z tym nie jest moim fanem.

– Rozumiem, że jest zły na swoich i twoich rodziców, ale ty byłaś dzieckiem.

Westchnęłam.

– Może gdybym była dzieckiem kobiety, którą kochał jego ojciec, albo dzieckiem, które jego ojciec wybrał zamiast niego, albo dzieckiem Rolanda, byłby w stanie to przełknąć. Ale jestem każdym z tych dzieci. Przeboleje to albo nie, Derek. Nie zadręczam się tym.

Trochę się zadręczałam. Nick był synem Grega, a Greg moim opiekunem. Wychowywał mnie jak ojciec, co oznaczało, że w mojej głowie Nick oscylował niebezpiecznie blisko kategorii starszego brata. Gdyby kiedykolwiek się o tym dowiedział, prawdopodobnie udławiłby się ze śmiechu.

Drzewa rozstąpiły się, ukazując jasną trawiastą polanę i starą autostradę prowadzącą do niskiej, bryłowatej wieży. Wyglądała, jakby zaprojektowano ją na o wiele wyższą. Wokół niej kształtu nabierała forteca, skończona w jakichś siedemdziesięciu pięciu procentach. Szlag.

– Mówiłaś, że zgodził się zaprzestać budowy na twojej granicy – rzucił Derek.

– Zgodził się zaprzestać budowy wieży. Zezwoliłam na rezydencję.

– To nie rezydencja, tylko pałac – wytknął.

– Widzę – warknęłam.

Szybko mu poszło. Trzy miesiące temu nie miał nic prócz fundamentów. Teraz przed nami stały praktycznie gotowy mur, główny gmach budynku i kilka mniejszych konstrukcji, a na blankach powiewały długie krwistoczerwone chorągwie. Wił sobie gniazdko, co?

Z zagajnika po lewej wystrzeliła cwałująca klacz. Rozpoznałabym tę szkapę wszędzie – zbudowana jak perszeron, czarna w jasnoszare cętki, stukała o asfalt białymi kopytami. Jej długa biała grzywa falowała na wietrze. Dosiadająca jej dziewczyna, szczupła blondynka ze związanymi włosami, dzierżąca w dłoni błękitny sztandar, wyglądała, jakby urodziła się na tym koniu. Julie i Pistacja. Zmierzały wprost do pałacu Rolanda.

Rano powiedziałam Julie, dokąd się wybieram, i kazałam jej zostać w Ostrym Cięciu. Zamiast tego przyjechała tutaj i czekała, aż się zjawię, żeby zrobić dramatyczne wejście. Dlaczego ja? Dlaczego?

– Zabiję ją.

– Jest twoją chorążą – oznajmił Derek. – To twój kolor. Błękitny jak ludzkość.

Moim kim?

Derek ostentacyjnie odsunął się kilka metrów ode mnie.

Spojrzałam na niego.

– W razie gdybyś wybuchła – wyjaśnił.

– Ani słowa więcej.

Zachichotał pod nosem. Usłyszałam ochrypły śmiech rozbawionego wilka. A śmiej się, śmiej.

W nowej erze mój ojciec miał dwóch generałów. Pierwszy, Voron, opuścił służbę, żeby mnie uratować, bo moja matka z pomocą magii przekonała go, że jest w niej szaleńczo zakochany. Drugi, Hugh d’Ambray, wcześniej trenował pod okiem Vorona i służył Rolandowi jako chorąży. Według Vorona dwór mojego ojca wyglądał tak samo tysiące lat temu, zanim magia zniknęła i czarodziejskie królestwo Rolanda się zawaliło. Człowiek najpierw zostawał chorążym, a potem generałem. Teraz Julie postanowiła zostać moją chorążą. Nigdy jej o tym nie mówiłam. Widocznie nadal rozmawiała z Rolandem. Nie wiedziałam jak, a kiedy zapytałam ją kilka tygodni wcześniej, zaprzeczyła.

Najwyraźniej skłamała.

Zgrzytnęłam zębami.

Z rozmów Julie z Rolandem nie mogło wyjść nic dobrego. Mój ojciec był jak trucizna. Przeszkodziłam im w jednej konwersacji i robiłam wszystko, co w mojej mocy, by zapobiec kolejnym. Logiczne argumenty, wyjaśnienia, szczere prośby, groźby, szlabany – nic nie działało. Sprawę załatwiłby tylko bezpośredni rozkaz, ale nie potrafiłam przekroczyć tej granicy. Poza tym musiałabym sformułować rozkaz tak, by zapobiec ewentualnym furtkom. Potrzebowałabym Barabasza, żeby go za mnie napisał.

Julie rozmawiała z moim ojcem i nie mogłam jej powstrzymać. Roland wciąż wkraczał na moje terytorium, żeby mnie dręczyć, i jego też nie mogłam powstrzymać. A teraz Julie zmierzała do jego pałacu, żeby ogłosić moje przybycie.

Podniosłam głowę i wyprostowałam się w siodle. Kruszynka podłapała mój nastrój i puściła się galopem. Derek przyspieszył, żeby nadążyć. Już ja sobie porozmawiam z Julie w domu. Nie chciałam mieć chorążej, ale nie zamierzałam zostawić jej na lodzie. Planowałam wjechać do tego cholernego pałacu, jakby chorąża codziennie anonsowała mnie z fanfarami i sztandarem.

Przy wejściu stało czworo strażników w skórzanych zbrojach, dwaj mężczyźni i dwie kobiety, wszyscy szczupli i groźni. Wyglądali jak banda psów bojowych zamienionych w ludzi i wyszkolonych na modelowych żołnierzy. Jednocześnie skłonili głowy, witając mnie harmonijnym głosem:

– Sharrim.

Zapowiadała się fantastyczna wizyta.

Wjechałam na dziedziniec i zsiadłam z Kruszynki obok Julie, która stała na baczność, trzymając ten głupi sztandar. Obok niej czekał mały stojak. Przynieśli jej stojak na chorągiew.

Podszedł do nas jakiś mężczyzna i klęknął na jedno kolano. Widziałam go już wcześniej. Był po pięćdziesiątce, miał siwiejące włosy i sprawiał wrażenie, jakby całe życie o coś walczył. Na liście moich najnieulubieńszych rzeczy patrzenie, jak ludzie biją mi pokłony, plasowało się gdzieś między leczeniem kanałowym a czyszczeniem rynsztoka.

– To zaszczyt cię gościć, Sharrim. Sharrum został poinformowany o twoim przybyciu. Jest przeszczęśliwy.

Na pewno.

– Dziękuję za ciepłe powitanie.

– Czy czegoś ci trzeba?

– Nie, niczego.

Wstał i nie podnosząc głowy, wycofał się, by zająć miejsce po naszej lewej.

Wokół nas żołnierze na stanowiskach próbowali się nie gapić. Z jednego z bocznych budynków wyszła kobieta. Zobaczyła nas i na pięcie zawróciła do środka.

– Masz szlaban – wymamrotałam pod nosem.

– I tak nie mam życia towarzyskiego – odszepnęła Julie. – Godzinę przed moim wyjściem dzwonił Barabasz. Kazał nie palić mostów.

Niezmienna porada prawna Barabasza w kwestii mojego ojca. Spalenie mostu oznaczało wojnę.

– Skąd dzwonił?

– Z domu. Christopher miał załamanie nerwowe i spalił książkę.

To do niego nie pasowało. Christopher uwielbiał książki. Traktował je jak skarb i ucieczkę od świata.

– Którą?

– „Mitologię Bulfincha”.

Czemu biedny Bulfinch wzbudził w Christopherze takie emocje?

Po prawej, na murze, z małej bocznej wieży wyszli mężczyzna i kobieta. Mimo wysokiej temperatury mężczyzna nosił trencz. Pozszywany z różnych materiałów, od skóry po futro, płaszcz wyglądał, jakby za każdym razem, gdy się rozdarł, właściciel łatał go byle jakim skrawkiem znalezionym pod ręką. Na lewym ramieniu widniała jedna szczególna łata, która mi się nie spodobała.

Ujrzałam twarz zbyt gładką, jak na człowieka, doskonałe rysy, ciemne oczy o opadających wewnętrznych kącikach i krótkie czarne włosy zmierzwione, jakby nie czesał ich od kilku dni, choć nadal miękkie i lśniące, a także gładko ogoloną szczękę bez cienia zarostu. Mimo tego wydawał się zapuszczony, a do tego miał dziwną cerę – jednolicie oliwkową. Dla większości ludzi odcień oliwkowy oznaczał złotobrązowy z delikatną nutą zieleni. W przypadku tego mężczyzny kolor nie był ciemniejszy, ale mocniejszy, jakby bardziej napigmentowany. Zza jego pleców wystawała rękojeść miecza owinięta fioletową taśmą. Ten sam fiolet przebijał spod płaszcza.

Kobieta górowała nad mężczyzną. Mierząca spokojnie ponad metr osiemdziesiąt, ciemnoskóra i barczysta nieznajoma na czarny strój taktyczny narzuciła kolczugę, a w dłoni dzierżyła wielki młot. Pod kolczugą skrywała szczupłe ciało: małe piersi, twardy brzuch i wąskie biodra. Składała się cała z mięśni. Krótkie dredy związała w kucyk. Oczy zakrywała okularami. Rysy miała wydatne, acz całkowicie ludzkie, choć sprawiała wrażenie, jakby mogła rękami przebijać ściany. Talię przewiązała jedwabnym fioletowym pasem.

– Na murze, po prawej – powiedziałam cicho.

Derek i Julie patrzyli przed siebie, ale wiedziałam, że ich zauważyli.

– Na lewym ramieniu płaszcza jest łata z ludzkiej skóry.

Jeśli sytuacja wymknie się spod kontroli, tych dwoje może sprawić nam problem.

Piętnaście metrów przed nami drzwi wieży otwarły się i na kamienne podium wyszedł mój ojciec. Magia otulała go jak postrzępiona peleryna. Ukrył ją tak szybko, jak tylko potrafił, ale i tak ją poczułam. Przerwaliśmy mu coś.

– Kwiatuszku!

– Ojcze. – Proszę, powiedziałam to i się nie udławiłam.

– Jak dobrze cię widzieć.

Ruszył w dół schodów. Mój ojciec prezentował się jak marzenie każdej sieroty. Pozwolił sobie się zestarzeć dla mnie, by uchodzić za mężczyznę, który mógłby mieć dwudziestoośmioletnią córkę. Lecz mimo szpakowatych włosów oraz kilku zmarszczek wokół oczu i ust sugerujących doświadczenie poruszał się jak młody atleta u szczytu kariery. Odziane w dżinsy i szarą tunikę ciało równie dobrze mogło należeć do jednego z najemników w ekipie Currana.

Miał twarz proroka. Z jego oczu biły łagodność oraz mądrość, a także obietnica potęgi. W tej chwili lśniła w nich ojcowska radość. Każde dziecko instynktownie wyczułoby, że byłby fantastycznym ojcem: opiekuńczym, cierpliwym, uważnym, surowym, gdy wymagałaby tego okazja – ale tylko dlatego, że pragnął dla swoich dzieci tego, co najlepsze – i przede wszystkim dumnym z każdego osiągnięcia. Gdybym poznała Rolanda w wieku piętnastu lat, kiedy umarł Voron i cały mój świat się zawalił, nie potrafiłabym się mu oprzeć, mimo wszystkich lekcji Vorona i treningów przygotowujących do zabicia ojca. Czułam się wtedy strasznie samotna i oddałabym wszystko za odrobinę ludzkiego ciepła.

 

Julie była sierotą. Miała mnie i Currana, ale straciła swoją pierwszą rodzinę.

Patrzyłam na tę ojcowską fasadę i pragnęłam wyrwać Julie ze szponów Rolanda. Gdyby życzenia się spełniały, moje obróciłoby cały ten pałac w proch.

– Jesteś głodna? Możemy podać lunch. Znalazłem niesamowity przepis na czerwone curry.

Ależ oczywiście, chętnie zjem magiczne curry w domu legendarnego czarodzieja, który pragnie zniszczyć świat. Co może pójść nie tak?

– Nie, dziękuję.

– Chodź ze mną. Chcę ci coś pokazać.

Zerknęłam na Dereka i lekko pokręciłam głową. Zostań.

Skinął.

Gestem przywołałam Julie. Odłożyła sztandar na stojak i ruszyła za mną, zachowując metr odstępu. Załatwię Rolanda jego własną metodą. Obnaży swoje paskudne oblicze. Parę razy je widziałam i nie jest to coś, co się zapomina. Nadszedł czas, by Julie też to zobaczyła.

Zostawiliśmy w tyle ogród, wspięliśmy się po schodach i weszliśmy na mur. Skomplikowana sieć kanałów przecinała ziemię po lewej stronie i rozciągała się, otulając pałac nierównym półksiężycem. Po bokach rosły góry piasku i gładkich kamieni w różnych rozmiarach i kolorach. Próbowałam wyobrazić sobie linie z góry, ale nie przypominały niczego konkretnego. Jeżeli konstrukcja przedstawiała zarys zaklęcia, musiało to być cholernie skomplikowane zaklęcie.

Do jakiego zaklęcia potrzeba piasku i kamieni? Czy Roland budował kamiennego golema? Jeśli tak, to strasznie wielkiego. Sądząc po ilości materiałów, wręcz kolosalnego. Ale czemu używał kamieni, a nie ciosał go ze skały?

Może wzywał jakiś byt? Tylko jaki byt potrzebuje przestrzeni wielkości dwudziestu boisk...?

– Postanowiłem zbudować ogród wodny.

Och.

– Opowiadałem ci o ogrodach wodnych w pałacu, w którym się wychowałem. Chcę, by moje wnuki miały cudowne dzieciństwo.

Wspomnienie wizji uderzyło mnie jak młot. Trawiaste wzgórze, mój ojciec zabierający mojego syna i mój krzyk. Zobaczyłam tę scenę w umyśle dżinna. Dżinny nie należały do najbardziej wiarygodnych istot, ale wiedźmy to potwierdziły. Jeśli... nie: kiedy. Kiedy Curran i ja sprowadzimy na świat syna, Roland będzie chciał nam go odebrać. Wyrzuciłam z głowy tę myśl, zanim groza zdążyła przemknąć po mojej twarzy.

– Zmieniamy brzeg rzeki. Pogoda jest umiarkowana, więc z odrobiną magii przemienię to miejsce w mały raj. Co sądzisz?

Otwórz usta i coś powiedz. Cokolwiek.

– Na pewno będzie pięknie.

– Tak.

– Myślisz, że moja babka chciałaby to zobaczyć? – Dźgnij, dźgnij, dźgnij.

– Nie należy zakłócać jej spokoju.

– Ona cierpi. Jest samotna, uwięziona w kamiennej komnacie.

Westchnął.

– Na niektóre rzeczy nie sposób nic poradzić.

– Nie boisz się, że ktoś ją uwolni? – Na przykład ja.

– Gdyby ktoś próbował wejść do Miszmaru, od razu bym się dowiedział i zjawił na miejscu. Nie pozwoliłbym mu uciec.

Dzięki za ostrzeżenie, tato.

– Ona nie żyje, kwiatuszku. Jest dziką siłą, burzą bez jaźni. Możemy tylko spekulować, ile szkód spowodowałaby na wolności.

Oczywiście. Pochowałeś ją z dala od wszystkiego, co kocha, bo stanowi zbyt wielkie zagrożenie.

Ruszyliśmy dalej, powoli okrążając wieżę.

– Jak idą przygotowania do wesela?

– Bardzo dobrze. Jak idą próby przejęcia władzy nad światem?

– Raz lepiej, raz gorzej.

Spacerowaliśmy wzdłuż muru. Stwierdziłam, że czas zakończyć gadkę szmatkę. Jeśli pozwolę, by Roland zdominował konwersację, nigdy nie odzyskam Saimana.

– Do rezydencji sprowadzono mieszkańca Atlanty. Przyszłam zabrać go do domu – rzekłam.

– Ach. – Roland skinął głową.

Skręciliśmy i kątem oka zerknęłam na idącą za nami Julie. Patrzyła na puste pole za wschodnim murem. Wybałuszyła oczy, jej twarz stężała, a cera pobielała. Powiodłam za jej spojrzeniem. Piękna szmaragdowozielona trawa. Julie gapiła się na nią przerażonym wzrokiem. Musiała coś zobaczyć.

Nie zatrzymywaliśmy się. Nie pal mostów. Zachowuj się.

– Porwałeś Saimana.

– Zaprosiłem go w charakterze gościa.

Wyjęłam z kieszeni zdjęcia zmasakrowanego ciała Saimana i podałam Rolandowi.

Mój ojciec popatrzył na fotografię.

– Możliwe, że określenie „gość” to lekkie przejaskrawienie.

– Nie możesz porywać mieszkańców Atlanty, bo masz ochotę.

– Zasadniczo rzecz biorąc, mogę. Nie robię tego, bo zawarliśmy pewną umowę, ale stanowczo leży to w mojej mocy.

Otworzyłam i zamknęłam usta. Przystanęliśmy na szerokim kwadracie, który prawdopodobnie tworzył podstawę przyszłej baszty. Na polu po prawej stronie zobaczyłam krzyż, a na nim wiszącego człowieka. Zakrwawiony, odziany w podarte ubrania mężczyzna o pokiereszowanej twarzy bezwładnie zwisał z desek. Uznałabym, że jest martwy, gdyby nie fakt, że wbijał w Rolanda zbuntowany wzrok.

– Ojcze!

– Tak?

– Ukrzyżowałeś człowieka.

Zerknął na krzyż. Po jego twarzy przemknął cień.

– Rzeczywiście.

Znałam tę minę – taką samą robiła Julie, kiedy myślała, że niepostrzeżenie wykradła piwo z beczki, ale zapominała uprzątnąć pusty kubek z biurka. Roland zapomniał o więźniu, którego powoli zabijał.

Julie zerknęła za siebie na puste pole. OK, wystarczy. Teraz powinna znaleźć się jak najbliżej wyjścia.

– Chcę porozmawiać z ojcem na osobności – powiedziałam. – Proszę, wróć i poczekaj z Derekiem.

Skłoniła głowę, obróciła się i odeszła.

– Nie doceniasz jej – rzekł Roland.

– Doceniam. I nie zapominam, że ma szesnaście lat.

– To cudowny czas w życiu człowieka. Pełen możliwości.

Możliwości, których Roland nie miał prawa kontemplować.

– Co zrobił? – zapytałam.

Roland westchnął.

– Czym zasłużył na tortury? – nie ustępowałam.

Popatrzył za Julie.

– Stanowisko generała ma jedną podstawową wadę wynikającą ze swojego charakteru. Generał, który nie potrafi przewodzić, jest bezużyteczny, ale by przewodzić, musi inspirować lojalność. Gdy żołnierze spieszą na pole walki, świadomi, że może im przyjść poświęcić życie, patrzą na swojego generała, nie na stojącego za nim króla. Prędzej czy później porzucają króla i przyrzekają oddanie temu, który krwawił razem z nimi.

Spojrzał na ludzki strzęp na krzyżu.

– To człowiek Hugh? – domyśliłam się.

Przytaknął.

– Co zrobił? – powtórzyłam.

– Odmówił wykonania rozkazu. Dałem mu zadanie, a on odparł, że jest żołnierzem, nie rzeźnikiem. Hipokryzja tego pseudomoralnego stwierdzenia polega na tym, że gdyby Hugh dał mu to samo zadanie, prawdopodobnie by je wykonał. Ja tylko przypomniałem mu, że oddycha w zależności od mojego uznania.

Więc Roland go ukrzyżował. Żeby dłużej umierał.

– To barbarzyństwo.

Uśmiechnął się lekko.

– Nie. Wynikiem barbarzyństwa jest natychmiastowa śmierć. Okrucieństwo jest wyznacznikiem człowieczeństwa. W pałacu wciąż znajduje się setka Żelaznych Psów. Ten mężczyzna służy za wspaniały wizualny przykład.

Oto mój ojciec w pigułce. Nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć swój cel.

– Jak długo tam wisi?

– Pięć dni. Powinien już nie żyć, ale używa magii, by utrzymać się przy życiu mimo bólu. Wola przeżycia to doprawdy niesamowite zjawisko.

Chciałam zejść z muru i uwolnić akolitę Hugh. Nie byłam dobrym człowiekiem. Bywałam okrutna. Zdarzyło mi się użyć miecza, by wymierzyć karę, ale nawet w swoich najgorszych momentach nie kazałam nikomu cierpieć dłużej niż kilka minut. Ten mężczyzna wisiał na krzyżu od pięciu dni. Żelazny Pies może i służył d’Ambrayowi, ale dobro i zło dzieliła cienka granica, a torturując go z takim okrucieństwem, Roland zdecydowanie ją przekroczył. Tu chodziło o coś więcej niż o mnie i o Hugh. Chodziło o to, co słuszne, a co nie.

– A jeśli Hugh wróci?

– Nie wróci. Zrobiłem czystkę.

– Co zrobiłeś?

– To, co podarowane, może zostać odebrane. Zerwałem więź między mną a Hugh. W jego żyłach nadal płynie nasza krew z całą jej mocą, tego, niestety, nie mogę zmienić, nie zabijając d’Ambraya. Jednak oprócz tego nic nas nie łączy. Jego światło już nie jest mi drogie.

Włoski zjeżyły mi się na karku. Mój ojciec przestał dbać o życie Hugh.