Magia krwawiTekst

Z serii: Obca Krew
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Kate Daniels

Podziękowania

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Epilog

Ilona Andrews

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Kate Daniels:

1 Magia kąsa

2 Magia parzy

3 Magia uderza

4 Magia krwawi

5 Magia zabija

Naszym dzieciom, Anastasii i Helen

Podziękowania

Magia krwawi” okazała się trudną książką do napisania. Wymagała wielu szkiców i mnóstwa cierpliwości od osób zaangażowanych w jej tworzenie.

Chciałabym podziękować mojej agentce, Nancy Yost, za wspieranie mnie podczas tego procesu oraz redaktorowi, Anne Sowards, która pracowała nad rękopisem tak ciężko jak ja.

Dziękuję również Michelle Kasper, redaktorowi technicznemu, oraz Andromedzie Macri, jej asystentce, które prawdopodobnie przedwcześnie przeze mnie osiwiały. Judith Lagerman, dyrektorowi artystycznemu, Annette Fiore DeFex, projektantce okładki, i Chadowi Michaelowi Wardowi, grafikowi, za stworzenie niesamowitej książki. Kat Sherbo, sekretarce redakcji i współpracownicy Anne, za spełnianie moich niedorzecznych próśb oraz Rosanne Romanello, specjalistce od reklamy, za niestrudzoną promocję mojej książki.

W trakcie pisania pies nie posiadał imienia, więc ogłosiłam konkurs na mojej stronie internetowej. Skorzystałam z pomysłów B. Carleton, Anniki Bergstrand, Viny Patel, Zacha Hughesa, Nneki Waddell, Vanessy Yardley i Andrei Jackson, której propozycja została wykorzystana w tekście.

Jak zwykle dziękuję wszystkim, którzy czytali mozolnie wszystkie wersje rękopisu: Beatrix Kaser, Ying Chumnongsaksarp, Reece Notley, Hasnie Saadani, Elizabeth Hull, Brooke Nelissen, Erice Brooks, Melissie Sawmiller, Susan Zhang, Becky Kyle, Megan Tebbutt, a szczególnie Chrissy Peterson.

I wreszcie wyrazy ogromnej wdzięczności dla Jeaniene Frost i Jill Myles. Tekst zawiera sceny erotyczne. Nie bijcie mnie już.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Bez względu na to, jak dokładnie uklepywałabym poszatkowane jabłka, warstwa kruszonki zawsze wyglądała, jakbym usiłowała pogrzebać pod nią rozczłonkowane ciało. Moje placki nie były piękne, ale smaczne, owszem. Ten konkretny stygł w zastraszającym tempie.

Oceniłam przygotowania. Steki z sarniny, marynowane w piwie, lekko przyprawione, leżały na blaszce, wystarczyło włożyć je do piekarnika. Zostawiłam je na ostatnią chwilę, wystarczy im dziesięć minut. Domowe bułeczki, zimne. Kukurydza w kolbach, zimna. Pieczone ziemniaczki, tak, bardzo zimne. Na wszelki wypadek zrobiłam też podsmażane grzyby i sałatę. Masło na grzybach tężało właśnie w skorupę. Dobrze, że sałata z definicji miała być zimna.

Chwyciłam ze stołu pogniecioną kartkę. Osiem tygodni wcześniej Curran, Władca Bestii z Atlanty, pan i władca półtoratysięcznej społeczności zmiennokształtnych i mój osobisty psychol, siedział w kuchni, spisując menu. Przegrałam z nim zakład, a według ustalonych warunków byłam mu winna kolację. Podaną nago. W ostateczności dodał aneks do naszej umowy, przystając na niezupełną nagość. Zgodził się na majtki i stanik, twierdząc, że przecież nie jest aż taką bestią – co akurat było kwestią dyskusyjną.

Ustalił datę na piętnastego listopada, czyli na dzisiaj. Wiedziałam na pewno, bo już trzy razy zdążyłam sprawdzić w kalendarzu. Dzwoniłam do niego trzy tygodnie temu do Twierdzy, żeby poinformować go o miejscu i dokładnym czasie spotkania. Wybrałam mój dom w Savannah, punktualnie o siedemnastej. Aktualnie mijała dwudziesta trzydzieści.

Mówił, że nie może się doczekać.

Jedzenie, jest. Mój najlepszy komplet bielizny, jest. Makijaż, jest. Curran, brak. Przesunęłam palcem po jasnym ostrzu miecza, czując chłód na skórze. No i gdzie ta Jego Wysokość?

Stchórzył? Pan „Nie tylko się ze mną prześpisz, ale będziesz o to błagała, a po wszystkim podziękujesz”?

Ścigał latający pałac przez zaklętą dżunglę, walczył z armią demonów rakszas, żeby mnie ocalić. Ale kolacja dla zmiennokształtnych wiele znaczyła. Zawsze przywiązywali wagę do jedzenia, ale własnoręcznie przygotowany posiłek dla kogoś, kim się interesowało, nabierał zupełnie innego wymiaru. Wśród zmiennokształtnych oznaczało to albo zobowiązanie do opieki nad wybrankiem, albo chęć dobrania mu się do majtek. Zwykle jedno i drugie. Pewnego razu, gdy byłam półżywa, Curran nakarmił mnie zupą. Zjadłam ją, a fakt, że nie znałam wydźwięku tego gestu, bawił go setnie. Nie opuściłby tej kolacji ot tak.

Coś musiało go zatrzymać.

Podniosłam słuchawkę. Z drugiej strony lubił mnie wkręcać. Nie zdziwiłabym się, gdyby siedział gdzieś w krzakach i obserwował, jak się miotam. Curran traktował kobiety jak zabawki – zdobywał je, karmił, rozwiązywał ich problemy, a gdy stawały się od niego zależne, nudził się nimi. Możliwe, że wyobrażałam sobie tylko to, co niby było między nami. Kiedy uzna, że wygrał, straci zainteresowanie. Ja do niego zadzwonię, a on wykorzysta to jako okazję do chełpienia się zwycięstwem.

Odłożyłam słuchawkę, ponownie przyglądając się plackowi.

Po otwarciu encyklopedii pod hasłem „obsesyjna kontrola” widniałoby zdjęcie Currana. Rządził żelazną ręką o stalowych szponach, a gdy mówił „skacz”, trzeba było skakać lub gotować się na piekło. Drażnił mnie niemożebnie, a ja doprowadzałam go do szału. Nawet jeśli nie był mną poważnie zainteresowany, nie odpuściłby sobie okazji kolacji serwowanej przeze mnie w bieliźnie. Miał na to zbyt wielkie ego. Coś musiało się stać.

Dwudziesta czterdzieści pięć. Curran był pierwszą i ostatnią linią obrony Gromady. Wystarczył najmniejszy sygnał świadczący o niebezpieczeństwie, a natychmiast znajdował się w centrum wydarzeń, rycząc i rozszarpując wrogów na strzępy. Mogło mu się coś stać.

Myśl ta zmroziła mnie. Trzeba całej cholernej armii, żeby powstrzymać Currana. Był najtwardszym i najgroźniejszym sukinsynem spośród półtoratysięcznej gromady maniakalnych zabójców pozostającej pod jego rozkazami. Jeśli coś się działo, to coś naprawdę poważnego. Zadzwoniłby, gdyby zatrzymała go jakaś bzdura.

Dwudziesta czterdzieści dziewięć.

Podjęłam słuchawkę, odchrząknęłam i wybrałam numer do Twierdzy, ufortyfikowanej siedziby Gromady znajdującej się na przedmieściach Atlanty. Tonem biznesowym. Wyjdzie mniej żałośnie.

 

– Siedziba Gromady. Czego? – odezwał się kobiecy głos po drugiej stronie.

Przyjazne istoty z tych zmiennokształtnych, nie ma co.

– Tu agentka Kate Daniels, z Curranem proszę.

– W tej chwili nie odbiera telefonów. Chce pani zostawić wiadomość?

– Jest w Twierdzy?

– Owszem.

Na piersiach zmaterializował mi się kamień utrudniający oddychanie.

– Coś przekazać? – powtórzyła moja rozmówczyni.

– Tylko to, że dzwoniłam. Najszybciej, jak się da.

– Czy to pilna sprawa?

Pieprzyć to.

– Tak, owszem.

– Proszę zaczekać.

Cisza. Sekundy mijały powoli, rozciągając się do granic możliwości.

– Mówi, że jest zbyt zajęty, żeby z panią rozmawiać. W przyszłości proszę kontaktować się z nim odpowiednimi kanałami, kierując wszelkie sprawy do Jima, naszego szefa bezpieczeństwa. Jego numer to...

– Mam ten numer, dziękuję – przerwałam jej drewnianym głosem.

– Nie ma sprawy.

Z największą ostrożnością odłożyłam słuchawkę na widełki. W moich uszach rozległ się cichy trzask. Przez głowę przemknęła mi idiotyczna myśl, że to odgłos pękającego serca.

Wystawił mnie.

Wystawił mnie. Ugotowałam wielki posiłek. Ostatnie cztery godziny warowałam przy telefonie. Pomalowałam się. I to po raz drugi w tym roku. Kupiłam paczkę prezerwatyw. Na wszelki wypadek.

„Kocham cię, Kate. Zawsze po ciebie wrócę, Kate”.

Ty sukinsynu. Nie masz nawet jaj, żeby porozmawiać ze mną bezpośrednio.

Zerwałam się z krzesła. Jeśli po tym wszystkim chce mnie rzucić, zmuszę go, aby zrobił to osobiście.

W niecałą minutę byłam ubrana, gotowa, z opaskami przegubowymi świeżo naładowanymi srebrnymi igłami. Mój miecz, Zabójca, został wykuty z taką domieszką srebra, jaka nawet Curranowi mogła wyrządzić poważną krzywdę, i właśnie na to miałam teraz ochotę – wyrządzić mu poważną krzywdę. Zaślepiona furią miotałam się po domu w poszukiwaniu butów. Wreszcie znalazłam je, o dziwo, w łazience. Usiadłam na podłodze, wzułam lewy but i zamarłam.

Załóżmy, że nawet uda mi się dostać do Twierdzy. I co potem? Jeśli uprze się, że nie chce mnie widzieć, będę musiała wywalczyć sobie drogę przez kordon jego ludzi. Bez względu na to, jak bardzo czułam się zraniona, nie mogłabym tego zrobić. Curran znał mnie na tyle, by o tym wiedzieć. I wykorzystał to przeciwko mnie. Oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie siedzącą godzinami w poczekalni. Po moim trupie!

A jeśli nawet dupek raczy się pojawić, co powiem? Jak śmiałeś rzucić mnie, zanim cokolwiek na dobre się między nami zaczęło? Przebyłam sześciogodzinną trasę tylko po to, żeby powiedzieć, jak bardzo cię nienawidzę, bo cholernie mi na tobie zależy? Roześmiałby mi się w twarz, ja zrobiłabym z niego mielonkę, a on skręciłby mi kark.

Skupiłam się, we mgle wściekłości szukając po omacku sensownego powodu mojej wizyty w Twierdzy. Pracowałam dla Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy, który wraz z Policyjnym Wydziałem Kontroli Zjawisk Paranormalnych, czyli PWKZP, oraz Wojskowymi Oddziałami Obrony przed Nadprzyrodzonymi, czyli WOON, tworzył zbrojne siły obrony przed wszelkim magicznym tałatajstwem. Nie byłam pełnoprawnym rycerzem, mimo to reprezentowałam Zakon. Co gorsza, byłam jedynym przedstawicielem Zakonu o statusie przyjaciela Gromady, co oznaczało, że jej członkowie nie rozdzierali mnie z miejsca na strzępy, jeśli wetknęłam nos w ich sprawy. Jakiekolwiek ich problemy z prawem koniec końców ocierały się o mnie.

Zmiennokształtni dzielili się na dwie kategorie: Wolnych Ludzi Kodeksu, którzy zachowywali całkowitą kontrolę nad Lyc-V, krążącym w ich organizmach wirusem, oraz loupy, które ulegały jego działaniu. Loupy mordowały wszystko, co wpadło im pod łapy, trwając od rzezi do rzezi, póki ktoś nie wyświadczył społeczeństwu przysługi i nie zrobił papki z ich kanibalistycznych tyłków. Atlancka filia PWKZP postrzegała każdego zmiennokształtnego jako loupa in spe, a Gromada ze wszystkich sił podsycała paranoję policji oraz podejrzliwość obcych. Władze wykazywały wobec Gromady co najmniej ostrożność, zmiennokształtni zaskarbili sobie pewnego rodzaju tolerancję dzięki przykładnej współpracy z Zakonem. Spięcie pomiędzy mną ale Curranem zostałoby odebrane nie jako konflikt dwojga ludzi, a napaść Władcy Bestii na przedstawiciela Zakonu. Nikt nie uwierzyłby, że byłam na tyle głupia, by go sprowokować.

Akcje zmiennokształtnych gwałtownie by spadły. Miałam tylko kilkoro prawdziwych przyjaciół, a większości czasem wyrastało futro i szpony. Ukojenie mojego bólu sporo by ich kosztowało.

Przynajmniej raz w życiu powinnam wykazać się odpowiedzialnością.

Zsunęłam but i cisnęłam nim przez pomieszczenie. Odbił się z hukiem o drewnianą boazerię w przedpokoju.

Przez całe lata najpierw mój ojciec, a potem opiekun, Greg, ostrzegali mnie przed nawiązywaniem bliskich relacji. Przyjaciele i kochankowie to same problemy. Moje życie podporządkowane było celowi, a cel ten – i moja krew – nie pozostawiały miejsca na nic więcej. Zignorowałam przestrogi dwóch nieżyjących już mężczyzn i otworzyłam się na ludzi. Teraz nadszedł czas, by przyjąć do wiadomości i ponieść konsekwencje.


Uwierzyłam mu. Miał być inny, lepszy. Obudził we mnie nadzieję na coś, na co nigdy nie liczyłam. Rozczarowanie bolało. Moja nadzieja była ogromna i rozpaczliwa, więc jej utrata bolała jak diabli.

Magia zalała świat cichą falą. Lampy elektryczne zamigotały i zgasły, ustępując pola niebieskiemu blaskowi wiszących na moich ścianach feylatarni. Naładowane magią powietrze zamknięte w szklanych rurkach świeciło coraz mocniej, aż upiorny blask wypełnił cały dom. Nazywano to efektem postprzesunięciowym – magia występowała falami, unieruchamiając technologię, po czym cofała się tak samo nieprzewidywalnie i nagle, jak się pojawiała. Gdzieś tam gasły silniki benzynowe, a broń palna przestawała wypluwać kule. Zaklęcia ochronne wokół domu podniosły się, formując nad dachem kopułę. Przypomniały mi, że potrzebuję ochrony. Otworzyłam się, wpuszczając lwa. Teraz nadszedł czas zapłaty za niefrasobliwość.

Podniosłam się z podłogi. Prędzej czy później praca sprawi, że nasze drogi z Władcą Bestii się skrzyżują. To było nieuniknione. Teraz musiałam pozbyć się całego bólu, tak żeby przy następnym spotkaniu Curran nie wydobył ze mnie nic poza chłodną uprzejmością.

Wmaszerowałam do kuchni, wywaliłam do kosza całą kolację i wyszłam z domu. Miałam randkę z ciężkim workiem treningowym i żadnych kłopotów, by wyobrazić sobie na nim twarz Currana.

Godzinę później, zmierzając w stronę mieszkania w Atlancie, byłam tak wykończona, że zasnęłam za kierownicą natychmiast po wprowadzeniu samochodu w strumień linii geomantycznej, a nurt magii porwał mnie w stronę miasta.

Rozdział 1

Posuwałam się ulicami Atlanty, chybocząc się w rytm kroków mojej ulubionej mulicy, Marigold, która nie przejmowała się uczepioną do siodła klatką dla ptaków, a tym bardziej jaszczurczą śliną kapiącą z moich dżinsów. W klatce znajdował się kłębek szarego futra wielkości pięści. Miałam piekielne kłopoty ze złapaniem stworzenia, które mogło być – albo i nie – żyjącym kotem kurzu. Litrami śliny ściekającej mi po spodniach uraczyła mnie para jaszczurów z Trimble County, na szczęście udało mi się zapędzić je do zagrody w Atlanckim Ośrodku Badań nad Mitologią. Moja zmiana trwała już jedenaście i pół godziny, nie jadłam nic od rana i marzyłam o pączku.

Minęły już trzy tygodnie, odkąd Curran mnie wystawił. Przez pierwszy tydzień zaślepiała mnie wściekłość. Teraz gniew stępiał, ale nadal czułam w piersiach przygniatający ciężar. Zaskakujące, ale pączki pomagały. Szczególnie te oblewane czekoladą. Z racji niebotycznej ceny czekolady nie mogłam pozwolić sobie na całą tabliczkę, ale polewa na ciastku działała wystarczająco dobrze.

– Witaj, moja droga.

Po prawie roku pracy dla Zakonu nie podskakiwałam już na dźwięk głosu Maxine w mojej głowie.

– Cześć, Maxine.

Dla Maxine, zakonnej sekretarki telepatki, wszyscy byliśmy drodzy i wszyscy byliśmy jej, nie wyłączając Richtera, nowego nabytku atlanckiej filii Zakonu, który to Richter był takim psycholem, jakim może być rycerz, nie tracąc przy tym swojej rycerskości. Jej słodkie słówka nikogo nie zwodziły. Wolałabym przebiec dziesięć mil z plecakiem wyładowanym kamieniami, niż dostać burę od Maxine. Może to była kwestia jej wyglądu – wysoka, chuda, prosta jak tyczka, z szopą srebrzystych loczków i sposobem bycia starej nauczycielki gimnazjalnej, która wszystko już widziała i nie cierpi głupców...

– Richter jest całkiem zdrowy na umyśle, kochanie. I czy jest jakiś powód, dla którego stoi ci przed oczami obraz smoka z moją fryzurą i czekoladowym pączkiem w paszczy?

Maxine nigdy nie odczytywała myśli specjalnie, ale jeśli podczas „rozmowy” koncentrowało się na czymś wystarczająco mocno, chcąc nie chcąc wyłapywała mentalne obrazy.

Odchrząknęłam.

– Wybacz.

– Nic nie szkodzi. Właściwie zawsze myślałam o sobie jako o chińskim smoku. Nie mamy pączków, ale są ciastka.

Hmm, ciastka...

– Co muszę zrobić, żeby dostać ciastko?

– Wiem, że twoja zmiana dobiega końca, ale mam nagłe wezwanie i nikogo, kto mógłby sobie z tym poradzić.

Wrr.

– Co to za wezwanie?

– Napadnięto na Stalowego Rumaka.

– Stalowego Rumaka? Ten bar przygraniczny?

– Tak.

Po Przesunięciu Atlanta została podzielona na terytoria rządzone przez różne frakcje. Największymi i najgroźniejszymi z nich były Gromada i Ród. Stalowy Rumak znajdował się na niewidzialnej granicy dzielącej ich domeny. Było to neutralne miejsce, które obsługiwało zarówno nekromantów, jak i zmiennokształtnych, dopóki ci potrafili się odpowiednio zachowywać. Zwykle potrafili.

– Kate? – odezwała się Maxine.

– Jakieś szczegóły?

– Ktoś wszczął bójkę i uciekł. Zamknęli coś w piwnicy i boją się to wypuścić. Panikują. Co najmniej jedna ofiara śmiertelna.

Knajpa pełna rozhisteryzowanych nekromantów i zwierzołaków. Dlaczego ja?

– Weźmiesz to?

– A jakie to ciastka?

– Czekoladowe z orzechami. Dostaniesz nawet dwa.

Westchnąwszy, skierowałam Marigold na zachód.

– Będę tam za dwadzieścia minut.

Mulica parsknęła ciężko i ruszyła pogrążoną w mroku nocy ulicą. Członkowie Gromady nie pili wiele. Utrzymanie ludzkiej formy wymagało żelaznej samokontroli, więc unikali używek, które osłabiały kontakt z rzeczywistością. Kieliszek wina do posiłku czy pokal piwa po pracy stanowiły granicę ich możliwości.

Członkowie Rodu też popijali skromnie, głównie ze względu na obecność zmiennokształtnych. Dziwaczna hybryda sekty, korporacji i ośrodka naukowego zajmowała się badaniami nieumarłych, szczególnie wampirów. Vampirus immortuus, patogen odpowiedzialny za wampiryzm, niszczył wszelkie ślady osobowości zarażonych, przekształcając ich w żądne krwi potwory, całkowicie wyzbyte intelektu. Panowie Umarłych, ważniejsi nekromanci Rodu, wykorzystywali to, wnikając do umysłów wampirów i przejmując kontrolę nad każdym ich ruchem.

Panowie Umarłych nie byli hałaburdami, lecz świetnie wykształconymi, hojnie wynagradzanymi intelektualistami, a zarazem bezwzględnymi oportunistami. Nie należeli też do bywalców miejsc takich jak Żelazny Rumak. Za mało wyszukany lokal, jak dla nich. Do baru mogli zaglądać co najwyżej czeladnicy, którzy dopiero uczyli się sterowania wampirami, a od czasu wypadków z Czerwonym Zabójcą Ród trzymał swój personel krótko. Parę popijaw i awantur, a studia nad nieumarłymi mogły skończyć się nieodwołalnie. Mimo to adepci i tak się upijali – zbyt młodzi i zbyt dużo zarabiali, żeby wyszło im to na dobre – pilnowali jednak, żeby na tym nie wpaść, a już na pewno nie urządzali pijatyk w towarzystwie zmiennokształtnych.

Przez ulicę przemknął cień, niewielki, futrzasty, z nadmiarem odnóży. Marigold parsknęła, ale niewzruszenie parła naprzód.

Rodem rządziła tajemnicza persona, znana jako Roland. Większość uważała go za postać mityczną. Dla mnie był celem. A także biologicznym ojcem. Roland wyrzekł się swoich potomków, bo usiłowali go zabić, ale moja matka bardzo pragnęła mnie urodzić, dlatego też w imię miłości do niej postanowił spróbować raz jeszcze. Z tym że w pewnej chwili zmienił zdanie i postanowił zabić mnie w jej łonie. Matka uciekła, a wraz z nią generał Rolanda, Voron. Voronowi się udało, mojej matce nie. Nie poznałam jej nigdy, ale wiedziałam, że jeśli mój rodzony ojciec mnie znajdzie, poruszy niebo i ziemię, żeby skończyć to, co zaczął.

 

Roland był legendą. Przeżył tysiące lat. Niektórzy uważali go za Gilgamesza, inni za Merlina. Posiadał niezmierzoną moc, a ja nie byłam gotowa, by z nim walczyć. Jeszcze nie. Każdy kontakt z Rodem niósł ze sobą groźbę, że Roland mnie odkryje, unikałam ich więc jak zarazy.

Kontakt z Gromadą oznaczał niebezpieczeństwo natknięcia się na Currana, a w obecnej sytuacji było to dużo gorsze.

Swoją drogą, kto mógł zaatakować Stalowego Rumaka? Co sprawca sobie myślał. „O, knajpa pełna maniakalnych morderców, którym wyrastają wielkie szpony, i istot zajmujących się sterowaniem nieumarłymi. Wdepnę i zrobię rozróbę”. Jest w tym choć odrobina rozsądku? Nie.

Nie mogłam bez końca unikać Gromady tylko dlatego, że przez ich pana i władcę bolała mnie ręka, w której zwykle trzymałam miecz. Wejść. Zrobić swoje. Wyjść. Proste.

Stalowy Rumak mieścił się w paskudnym bunkrowatym budynku – sześcianie z cegły, o oknach zaopatrzonych w żelazne kraty i masywnych drzwiach z kilkucentymetrowej grubości blachy. Grubość drzwi mogłam ocenić dość dokładnie, bo Marigold właśnie obok nich przetruchtała. Zostały wyrwane z zawiasów i ciśnięte na ulicę.

Spłacheć wyboistego asfaltu pomiędzy drzwiami a ogołoconym wejściem przypominał kolaż z plam krwi, napojów, odłamków szkła oraz osobników w różnym stanie upojenia lub pobicia. Cholera, ominęła mnie cała zabawa.

Przy wejściu do baru stało kilku twardzieli. Nie robili wrażenia rozhisteryzowanych, bo takie pojęcie, bardzo dogodnie zresztą, nie istniało w ich słownikach, ale sposób, w jaki ściskali w rękach prowizoryczną broń pochodzenia meblowego, powstrzymywał przed wykonywaniem gwałtownych ruchów i skłaniał do mówienia łagodnym tonem. Sądząc po pobojowisku, właśnie zostali pobici w swojej knajpie. Nie można dać się pobić w swojej knajpie, bo wtedy owa knajpa natychmiast zaczyna należeć do kogoś innego.

Zwolniłam do stępa. W zeszłym tygodniu temperatura mocno spadła i noc była niezwykle chłodna, jak na tę porę roku. Zimny wiatr szczypał mi twarz. Z ust ludzi przed barem unosiły się obłoczki pary. Dwóch z nich, o wyglądzie płatnych morderców, dzierżyło w łapach ciężki sprzęt – wielki, grubo ciosany po prawej maczugę, zaś jego kumpel maczetę. Bramkarze. Tylko bramkarze mogli nosić w barze na granicy prawdziwą broń.

Przeczesałam wzrokiem tłumek, szukając charakterystycznie rozjarzonych oczu. Nic. Zwykłe ludzkie źrenice. Jeśli w barze byli tego wieczoru zmiennokształtni, albo już się ewakuowali, albo pozostawali w ludzkiej formie. Nie wyczułam w pobliżu także wampirów. Żadnych znajomych twarzy w grupce. Czeladnicy również musieli zwiać. Stało się tu coś złego i nikt nie chciał być w to zamieszany. Teraz wszystko to było moje. Hmm, miam!

Marigold minęła ludzkie wrakowisko, kierując się ku wejściu. Wyjęłam spod ubrania plastikową okładkę, którą nosiłam na szyi, i uniosłam ją tak, żeby wszyscy widzieli mały prostokątny identyfikator Zakonu.

– Kate Daniels. Pracuję dla Zakonu. Gdzie właściciel?

Z baru wyszedł wysoki mężczyzna, od progu celując do mnie z kuszy. Porządna, nowoczesna kusza powtarzalna, o naciągu na oko mniej więcej dziewięćdziesięciu kilogramów. Wyposażona była dodatkowo w światłowodową muszkę i celownik optyczny. Jedno i drugie zbędne w przypadku strzału na kilka metrów. Przy takiej odległości pocisk nie tylko trafiłby we mnie, ale przeszył na wylot, zabierając na przejażdżkę na lotce moje flaki.

Oczywiście z takiej odległości zdołałabym go zabić, zanimby wystrzelił. Trudno chybić nożem do rzucania w tak bliski cel.

Mężczyzna zmierzył mnie ponurym spojrzeniem. Miał może pięćdziesiąt lat, wyglądał, jakby ciężko pracował pod gołym niebem. Życie ogryzło go z mięśni, zostawiając jedynie twardą skórę, proch i chrząstki. Szczękę okalała mu krótka ciemna broda. Kiwnął głową na niższego ochroniarza.

– Vik, sprawdź legitymację.

Byłam zbyt zmęczona na takie zabawy.

– Źle to robisz. – Wyjęłam dokument z obwoluty i podałam mu go. – Widzisz ten kwadrat w lewym dolnym rogu?

Jego wzrok powędrował ku kwadracikowi zaklętego srebra.

– Przyłóż do niego kciuk i powiedz: „Identyfikacja”.

Vik zawahał się, zerknął na szefa, po czym dotknął blaszki.

– Identyfikacja.

Pod jego palcem rozbłysło światło, a kwadracik poczerniał.

– Widzisz, identyfikator wie, że nie jesteś jego właścicielem. Czego byś nie robił, pozostanie czarny, dopóki ja go nie dotknę. – Umieściłam palec na blaszce. – Identyfikacja.

Czerń zniknęła, odsłaniając jasną powierzchnię.

– Tak odróżnia się prawdziwego agenta od oszusta. – Zsiadłam z muła i przywiązałam go do poręczy. – Dobra, gdzie ciało?

Właściciel baru przedstawił się jako Cash. Cash nie wzbudził we mnie zaufania, ale prowadząc mnie za budynek, przynajmniej skierował kuszę ku ziemi. Ponieważ z dostępnych pracowników Zakonu miał do wyboru albo mnie, albo Marigold, zdecydował się na mnie. Miło być postrzeganym jako ktoś bardziej kompetentny od muła.

Tłumek gapiów powlókł się za nami za budynek. Wolałabym pracować bez widowni, ale nie chciało mi się wykłócać. Już dość czasu zmarnowałam na magiczne sztuczki z identyfikatorem.

– Pilnujemy tu porządku – odezwał się Cash. – Nasi stali klienci nie życzą sobie kłopotów.

Nocna bryza uderzyła mnie w twarz kwaśnym odorem wymiocin, któremu towarzyszyła nuta zupełnie innej woni, ciężkiej, wyraźnej i słodkawej. Niedobrze. Ciało nie powinno jeszcze śmierdzieć.

– Co tu się stało?

– Jakiś facet zaczął z Joshuą. Joshua przegrał – wyjaśnił Cash.

Minął się z powołaniem. Powinien pisać epopeje.

Wreszcie dotarliśmy na tyły budynku. W murze baru ziała wielka dziura o poszarpanych brzegach. Wokół leżały cegły. Kimkolwiek był sprawca zniszczeń, potrafił rozbić mur niczym kula do burzenia budynków. Za dużo, jak na zmiennokształtnego, choć nigdy nic nie wiadomo.

– Czy zrobił to któryś ze zmiennokształtnych bywalców?

– Nie, wszyscy wynieśli się już na początku burdy.

– Czeladnicy?

– Nie było dziś żadnego – potrząsnął głową Cash. – Zwykle przychodzą w czwartki. To tu.

Cash wskazał na lewo, gdzie teren opadał, tworząc parking. Pośrodku placyku znajdował się słup telefoniczny. Na słupie, przyczepiony za pomocą wbitego przez usta łomu, wisiał Joshua.

Częściowo okrywały go strzępy wyprawionej skóry i dżinsów. Odkryte części nie przypominały ludzkiego ciała.

Jego skórę pokrywały skupiska twardych guzów, ciemnoczerwone zmiany z naciekami oraz otwarte wrzody. Przypominał jedną wielką pąklę. Skorupa ran na twarzy zniekształcała jego rysy, a szeroko otwarte, wpatrzone w niebo oczy były mlecznobiałe.

Poczułam, że przewraca mi się w żołądku. Całe zmęczenie uleciało, wypalone falą adrenaliny.

– Tak wyglądał jeszcze przed bójką? – Proszę, powiedz, że tak.

– Nie – zaprzeczył Cash. – To stało się już po.

Skupisko wrzodów, które mogło być niegdyś nosem Joshuy, drgnęło, wybrzuszyło się i odpadło. W jego miejsce wyrósł kolejny wrzód. Kawałek Joshuy potoczył się po ziemi i zatrzymał. Wokół niego na asfalcie utworzył się wąski pierścień cielistego meszku. Taki sam kutner pokrywał słup pod ciałem i trochę nad nim. Przyjrzałam się włoskowatej masie na dole. Powoli wędrowała w dół, pokrywając coraz więcej drewna.

Kurde.

Ściszyłam głos.

– Czy ktoś dotykał ciała?

– Nie – potrząsnął głową Cash.

– Ktoś podchodził?

– Nie.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– Niech wszyscy wracają do środka, zatrzymaj ich tam. Nikogo nie wypuszczaj.

– Dlaczego?

Musiałam być wobec niego szczera.

– Joshua jest chory.

– Jest martwy.

– Jego ciało jest martwe, ale patogen jest żywy i magiczny. Rozprzestrzenia się. Niewykluczone, że wszyscy zostali zarażeni.

Cash przełknął głośno ślinę. Wielkimi jak spodki oczyma spojrzał przez dziurę do lokalu. Wewnątrz szczupła, drobnokoścista brunetka wycierała ladę barową, ścierką zmiatając do kosza rozbite naczynia. Na twarzy Casha ujrzałam strach.

Jeśli wpadnie w panikę, goście rozbiegną się, zarażając połowę miasta.

– Jeśli chcesz, żeby przeżyła – mówiłam cicho – musisz zapędzić wszystkich do baru. Nikomu nie wolno stamtąd wychodzić. Zwiąż ich, jeśli będzie trzeba, bo jeśli się wydostaną, wybuchnie epidemia. Kiedy wszyscy będą już w środku, zadzwoń po Sanitarnych. Przekaż im, że Kate Daniels mówi, że mamy tu Mary. Podaj im adres. Wiem, że to trudne, ale musisz zachować spokój. Nie panikuj.

– A ty co zrobisz?

– Spróbuję to powstrzymać. Potrzebuję soli, dużo, całą, jaką masz. Drewna, nafty, alkoholu, wszystkiego, co się pali. Muszę zbudować kordon ognia. Masz stoły bilardowe?

Patrzył na mnie bez zrozumienia.

– Masz stoły bilardowe?

– Tak.

Rzuciłam płaszcz na skarpę.

– Przynieś mi kredę, cały zapas.

Cash oddalił się, żeby porozmawiać z ochroniarzami.

– No dobra, ludzie – zawołał po chwili ten większy. – Wszyscy do środka. Kolejka na nasz koszt.

Tłumek zaczął wchodzić do lokalu przez dziurę w ścianie. Jeden z gości zawahał się. Bramkarze ruszyli ku niemu.

– Do środka – powiedział Vik.

Mężczyzna zadarł wyzywająco brodę.

– Odpieprz się.

Vik wyprowadził błyskawiczny cios prosto w jego brzuch. Mężczyzna zgiął się wpół, a większy ochroniarz przerzucił go sobie przez ramię i wszedł do Stalowego Rumaka.

Dwie minuty później jeden z bramkarzy przyniósł mi dużą torbę soli, po czym umknął do baru. Odcięłam róg worka i zaczęłam usypywać parocentymetrowej szerokości krąg wokół słupa. Po chwili z dziury wyłonił się Cash, niosąc zdezelowane drewniane skrzynki. Za nim szła kobieta z wielkim pudłem. Kobieta postawiła pudło przy rupieciach. Było pełne niebieskiej kredy. Świetnie.

– Dzięki.

Dojrzała sylwetkę wiszącego na słupie Joshuy i krew odpłynęła jej z twarzy.

– Zadzwoniliście do Sanitarnych?

– Telefon nie działa – rzekł Cash cicho.

Czy cokolwiek mi się dzisiaj uda?

– Czy to coś zmieni? – zapytał Cash.

Zmieni tymczasowe działania w pełnowymiarową obronę.

– Muszę się bardziej postarać, żeby to zatrzymać.

Skończywszy solny krąg, wyrzuciłam worek i zaczęłam układać zewnętrzny pierścień z drewna. Ogień nie zatrzyma tego na stałe, ale zyskamy trochę czasu.

Cielisty meszek posmakował soli i uznał ją za delicję. Tak myślałam. W zasadzie co za różnica, i tak znajdowałam się najbliżej ciała, wiec będę pierwsza. Pocieszające.