Magia kąsaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Kate Daniels

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Epilog

Ilona Andrews

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Kate Daniels:

1 Magia kąsa

2 Magia parzy

3 Magia uderza

4 Magia krwawi

5 Magia zabija

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Siedziałam przy stole w mojej ciemnawej kuchni, opróżniając butelkę cytrynowego drinka, kiedy poczułam drgnięcie magicznego pola. Wiedziałam, co się dzieje, ochronny krąg, który otaczał mój dom, podlegał coraz silniejszym wibracjom, by w końcu rozpaść się na kawałki jak szkło wprawione w rezonans za pomocą wysokich dźwięków. Wtedy zadrżał ostatni raz i wygasł, pozostawiając budynek bez żadnej ochrony. Jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń, w pustym mieszkaniu nienaturalnie głośno zabrzmiał nagle dźwięk wyłączonego dotąd telewizora, którego ekran zabłysnął migotliwym światłem.

Spojrzałam na butelkę i założyłam się z nią, że za chwilę zostanie podany kolejny pilny komunikat. Butelka przegrała.

– Pilny komunikat – oznajmił dźwięczny głos Margaret Chang. – Prokurator Generalny ostrzega wszystkich obywateli, że jakakolwiek próba skontaktowania się oraz każde inne działanie zmierzające do pojawienia się istot obdarzonych nadprzyrodzoną mocą, może mieć bardzo niebezpieczne skutki zarówno dla osób, które podejmą takie próby, jak i dla wszystkich obywateli.

– Nie chrzań – rzuciłam znad butelki, ale Margaret straszyła dalej:

– Lokalna policja została upoważniona do podjęcia wszelkich niezbędnych kroków w celu zapobiegania i eliminowania powyższych zachowań.

Ble, ble, ble, wysilała się Margaret. Nie miałam zamiaru dłużej jej słuchać i skupiłam się na pochłanianiu przyszykowanej uprzednio kanapki. Kogo oni chcą oszukać?! Żadne policyjne działania nie są w stanie powstrzymać ludzi przed przyzywaniem nadprzyrodzonych. Jeżeli bowiem tylko wykwalifikowany czarodziej potrafił wyczuć, że ktoś właśnie używa mocy przyzwania, to samego przyzwania mógł spróbować niemal każdy półanalfabeta obdarzony namiastką mocy oraz bladym pojęciem, jak można jej użyć do sprowadzenia nadprzyrodzonych. Zresztą, zanim ktokolwiek zdał sobie z tego sprawę, świat przypominał przez długą chwilę arenę cyrku, na której występuje szalony iluzjonista. Trzygłowy słowiański bóg wywołał ogólne zamieszanie, lądując w centrum Atlanty, z nieba spadały uskrzydlone węże, a SWAT domagał się większej ilości amunicji. To naprawdę były niebezpieczne czasy. Niestety, w okresie spokoju byłabym kobietą bez pracy. W nowoczesnym, stechnicyzowanym, bezpiecznym świecie niewiele znalazłoby się roboty dla takich najemników jak ja – najemników-tropicieli magii.

Kiedy ludzie mieli kłopoty rodzaju magicznego, a więc takie, z którymi tradycyjna policja nie mogła sobie poradzić, wykonywano telefon do Gildii Najemników. Jeśli zlecenie przypadało na mój teren, Gildia dzwoniła do mnie. Skrzywiłam się w grymasie bólu, nieopatrznie zahaczając ręką o biodro. Nadal bolało po ostatniej akcji, choć rana goiła się znacznie szybciej, niż mogłabym przypuszczać. Obiecałam sobie, że to był pierwszy i ostatni raz, kiedy zgodziłam się walczyć z robakiem impala bez pełnego zabezpieczenia ciała. Postanowiłam, że następnym razem muszą zapewnić mi kombinezon ochronny czwartego stopnia.

Nagle poczułam, że uderza we mnie lodowata fala strachu zmieszanego z odrazą. Mój żołądek skurczył się, wysyłając w stronę przełyku strumień kwasu, który rozlał się u podstawy języka w gorzki posmak. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi dreszcz, a wszystkie drobne włoski na karku i szyi zjeżyły się na zmrowiałej skórze.

W domu przebywało coś złego.

Odłożyłam kanapkę i ściszyłam telewizor tak bardzo, że z głośników dochodził tylko cichy szum. Na ekranie obok Margaret Chang pojawił się facet o ceglastoczerwonej twarzy i ciemnoszarych oczach, z postawionymi na jeża włosami. Glina, pomyślałam. Prawdopodobnie z Wydziału Kontroli Zjawisk Paranormalnych. Wolno opuściłam rękę i położyłam dłoń na rękojeści sztyletu, który nosiłam przy biodrze.

Zaczęłam pilnie nasłuchiwać. Czekałam.

Na razie żaden niepokojący dźwięk nie zakłócał ciszy. Bezmyślnie przyglądałam się kropli wody, która utworzyła się na śliskiej i zimnej ściance butelki i teraz leniwie spływała po jej błyszczącej powierzchni.

Spostrzegłam, że coś dużego bezgłośnie skrada się po suficie korytarza, zmierzając w kierunku kuchni. Udawałam, że niczego nie widzę, a ponieważ to coś zatrzymało się nieco na lewo za moimi plecami, nie musiałam w zasadzie wcale udawać, bo po prostu go nie widziałam. Tymczasem intruz chyba trochę się wahał, bo zawrócił, by przyczaić się w rogu pomiędzy sufitem a zbiegiem dwóch ścian. Przysiadł tam, przyczepiając się do boazerii ogromnymi żółtymi szponami, nieruchomy i niemy jak gargulec w blasku południowego słońca. Pociągnęłam łyk z butelki i przytrzymałam ją tak, żeby móc zobaczyć na jej ściance odbicie tego dziwnego stworzenia. Było nagie i bezwłose, nie miało ani grama tłuszczu, więc przez jego bladą, naprężoną skórę widziałam wyraźnie każdy fragment szkieletu, każde ścięgno i wszystkie napięte mocno mięśnie.

Oho, mruknęłam w duchu, to chyba jakiś bliski krewny Spidermana.

W tej samej chwili stworzenie podniosło łapę. Ostry szpon przeciął powietrze jak zakrzywiona igła do robótek ręcznych. Stwór obrócił psią głowę i zaczął przypatrywać mi się z wyrazem tego szczególnego rodzaju szaleństwa w fosforyzujących oczach, które mówiło, że jest bestią spragnioną krwi, zrodzoną, by zabijać bez żadnego zastanowienia i ograniczeń.

Nie mogłam dłużej czekać. Błyskawicznie obróciłam się w kierunku stwora i rzuciłam sztyletem. Ostrze z łatwością wbiło się w jego gardło. Mój jeden ruch sprawił, że wampir zesztywniał, a żółte szpony przestały się poruszać. Gęsta i ciemna, niemal purpurowa krew pojawiła się najpierw wokół ostrza sztyletu, by po chwili wielkimi kroplami spłynąć po nieowłosionej szyi na blade piersi, a stamtąd na podłogę.

Twarz wampira wykrzywiła się w grymasie, z trudem przybierając inne rysy. Stwór otworzył usta, obnażając dwa zakrzywione sierpowato kły o barwie kości słoniowej.

– To było bardzo nierozsądne, Kate. – Z gardła stworzenia wydobył się głos Ghasteka. – Teraz będę zmuszony go nakarmić – powiedział, po czym przemówił do wampira: – To tylko odbicie. Słuchaj dzwonu, zdobądź jedzenie. Poszukaj nieumarłego, rzuć nóż. Wszystko to jest tak samo realne.

Przez twarz stwora przebiegł skurcz, jakby kontrolujący go Pan Umarłych usiłował zmrużyć oczy.

– Co pijesz? – spytał po chwili jakby od niechcenia.

– Cytrynowego drinka.

– Och, dlaczego tak skromnie?! – zadrwił. – Na pewno stać cię na coś lepszego.

– Nie potrzebuję niczego lepszego – ucięłam krótko. – Lubię tego drinka. A tak w ogóle, to wolę załatwiać interesy przez telefon, z tym że na pewno nie z tobą.

– Ależ ja wcale nie chcę cię wynajmować, Kate – zaoponował Ghastek, ale w jego głosie nadal słychać było drwiący ton. – Przyjmijmy, że nasza rozmowa ma charakter, hm... wyłącznie towarzyski.

Spojrzałam na ciało wampira, życząc sobie w duchu, by sztylet, którym przebiłam mu szyję, mógł dosięgnąć gardła Ghasteka. Och, z jaką satysfakcją zatopiłabym w nim ostrze. Niestety, ja byłam tutaj, a Ghastek znajdował się wiele kilometrów stąd, w miejscu chronionym magią.

– Bawi cię wkurzanie mnie, co, Ghastek? – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.

– Niezmiernie – przyznał rozbawiony.

Nadal nie wiedziałam, dlaczego ze mną rozmawia.

– Posłuchaj – powiedziałam ze zniecierpliwieniem – jeżeli czegoś ode mnie chcesz, radzę ci się pośpieszyć, bo mój drink zaczyna robić się ciepły, a okropnie tego nie lubię.

Nie sądziłam, żeby się przestraszył, i miałam rację – typowym dla niego, beznamiętnym tonem rzucił:

 

– No cóż... Nic od ciebie nie chcę, po prostu zastanawiałem się, kiedy ostatnio widziałaś swojego opiekuna.

Nonszalancja, z jaką wypowiedział ostatnie zdanie, sprawiła, że po moim ciele przebiegł dreszcz, a usta złożyły się w jedyne możliwe pytanie:

– Dlaczego?

– Och, bez powodu – zabrzmiała odpowiedź, ale byłam pewna, że jego wargi wykrzywiał w tej chwili kpiący uśmiech. – Po prostu... dla rozrywki.

W tym momencie wampir jednym skokiem odepchnął się od ściany i przeleciał przez otwarte okno, oczywiście zabierając ze sobą tkwiący w szyi sztylet. Przeklinając pod nosem, sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy. Wiedziałam, że żaden stwór nie mógł naruszyć moich osłon, gdy wibracje magii osiągały pełną moc. Z drugiej strony jednak, Ghastek nie miał możliwości, by dowiedzieć się, kiedy nastąpi odpływ magii, a zatem musiał obserwować dom już od jakiegoś czasu, cierpliwie czekając na odpowiednią chwilę. Pociągnęłam łyk z butelki. To wszystko razem oznaczało, że kiedy wracałam do domu zeszłej nocy, wampir, który właśnie odleciał z moim nożem, ukrywał się gdzieś w pobliżu, a ja nie zauważyłam ani nie wyczułam jego obecności. No super, zbeształam się w myślach, równie dobrze na moim identyfikatorze najemnika mogłam napisać: „Czujność to ja!”. Ha, ha!

W słuchawce, którą trzymałam przy uchu, rozlegał się sygnał wolnej linii, ale nikt nie odbierał. Dlaczego spytał mnie o Grega?

W końcu rozległo się prztyknięcie i ostry kobiecy głos wypowiedział wyuczoną formułkę:

– Oddział Zakonu w Atlancie, w czym mogę pomóc?

– Chciałabym rozmawiać z Gregiem Feldmanem.

– Pani nazwisko? – spytała rutynowo kobieta, lecz w jej tonie wyczułam delikatną nutę niepokoju.

– Nie muszę podawać swojego nazwiska – rzuciłam nieco niegrzecznie do słuchawki. – Po prostu chcę rozmawiać z rycerzem-wróżbitą.

Po dłuższej pauzie w słuchawce znowu rozległ się głos, tym razem męski:

– Nalegam, żeby się pani przedstawiła.

Pomyślałam, że usiłują przeciągnąć rozmowę. O co, do cholery, chodzi?

– Nie. – Byłam nieustępliwa i zacytowałam: – Strona siódma Statutu Zakonu, paragraf trzeci od dołu: „Każdy obywatel ma prawo zwrócić się o pomoc i radę do rycerza-wróżbity bez obawy o jakiekolwiek konsekwencje oraz bez potrzeby przedstawiania się”. Jako obywatel nalegam zatem, byście umożliwili mi kontakt z rycerzem-wróżbitą albo wskazali czas, kiedy to będzie możliwe.

– Rycerz-wróżbita nie żyje.

Poczułam, że świat pod moimi stopami zatrzymuje się w miejscu. Miałam wrażenie, że zapadam się w otchłań przerażającej ciszy, jaka zapanowała po słowach mężczyzny, że tracę równowagę. Ściśnięte gardło sprawiało ból. Słyszałam, jak w piersiach wali mi serce.

– Jak to się stało? – Starałam się, by mój głos zabrzmiał bardzo spokojnie.

– Został zabity podczas pełnienia swoich obowiązków – odparł sucho i oficjalnie mężczyzna.

– Kto to zrobił? – nie dawałam za wygraną.

– Śledztwo trwa. Proszę posłuchać, gdybym jednak mógł poznać pani nazwisko...

Nie pozwoliłam mu skończyć, rozłączyłam się i odstawiłam telefon na miejsce.

Mój wzrok padł na duże kwadratowe okno, za którym migotały w promieniach słońca szerokie liście topoli poruszane wiatrem. Jak urzeczona patrzyłam na ich taneczne ruchy, wiedząc, że musi im towarzyszyć przyjemny szelest, nie mogłam go jednak usłyszeć przez szybę. Nagle kolory liści wydały mi się tak nienaturalnie jasne, żywe i czyste, że przez chwilę pomyślałam, iż to, co widzę, nie jest wcale naturalnym widokiem za oknem, ale jakąś przedziwną akwarelą ożywioną za pomocą magicznego zaklęcia.

Zauroczenie trwało krótko. W moich myślach jak echo rozbrzmiewało pytanie Ghasteka: Kiedy ostatni raz widziałaś swojego opiekuna? Kiedy ostatni raz widziałaś...

Powoli przywoływałam z pamięci wspomnienia tego wieczoru sprzed dwóch tygodni. Siedziałam wtedy dokładnie w tym miejscu, na tym samym krześle, a Greg usadowił się naprzeciwko. Trzymał w dłoniach niebieski kubek zdobiony po wewnętrznej stronie wąską złotą obręczą. Przypomniałam sobie, w jaki sposób mieszał w nim kawę – z taką samą nienaganną precyzją i dokładnością, jak wszystko, co robił. Łyżeczka, delikatnie ujęta jego smukłymi palcami, zataczała w kubku idealnie regularne okręgi, nigdy nie dotykając ścianek naczynia. Poczułam, że mnie to irytuje. Złościła mnie w ogóle obecność Grega. Zalała mnie fala wspomnień i przez moment zdawało mi się, że znów widzę Grega, jak siedzi przede mną, mieszając kawę. Patrzył na mnie swymi ciemnymi, brązowymi oczami, zasmuconymi jak oczy świętych na rosyjskich ikonach.

– Proszę cię, Kate. – Jego głos brzmiał łagodnie i spokojnie. – Postaraj się na kilka chwil zapomnieć, że mnie nie znosisz, i wysłuchaj, co mam ci do powiedzenia. To naprawdę ważne.

Sama nie wiem, co mnie wówczas bardziej rozdrażniło: czy to, że sądził, iż nie darzę go sympatią, czy też jego przekonanie, że nie jestem w stanie go wysłuchać.

– Nie czuję do ciebie niechęci. – Starałam się mówić spokojnie, nie ujawniając emocji. – Myślę, że zbyt to upraszczasz.

Greg skinął głową i spojrzał na mnie w ten wyrozumiały sposób, który zwykle doprowadza kobiety do szału:

– Nie denerwuj się. Nie chciałem, żebyś pomyślała, że lekceważę czy upraszczam twoje uczucia. Chciałbym po prostu, żebyśmy skoncentrowali się na tym, co muszę ci powiedzieć. Czy mogę liczyć na to, że mnie wysłuchasz?

– Słucham cię – powiedziałam, wygodnie sadowiąc się na krześle i starając się przybrać niedbałą pozę.

Greg sięgnął do wewnętrznej kieszeni skórzanej marynarki i wydobył z niej jakiś zwój papieru. Położył go na stole i starannie rozprostował, przytrzymując końce opuszkami palców.

– To zaproszenie od Zakonu.

– No jasne! – wykrzyknęłam. – Wiedziałam, że chcą mnie załatwić!

– Pozwól mi skończyć. – Greg mówił tym samym spokojnym tonem. Nie wyglądał na zagniewanego, nie zbeształ mnie, że zachowywałam się jak dziecko, choć wiedziałam, że tak było, i to właśnie doprowadzało mnie do furii. Postanowiłam nie dawać mu więcej satysfakcji.

– Dobrze, kończ – odparłam już bez emocji.

– Za kilka tygodni kończysz dwadzieścia pięć lat. Oczywiście dla ciebie jest to bez znaczenia, ale jeśli chodzi o możliwość zostania członkiem Zakonu, to jednak ma pewną wagę. Po ukończeniu tego wieku będzie ci znacznie trudniej uzyskać członkostwo. Nie twierdzę, że go nie uzyskasz, ale z pewnością nie tak łatwo jak teraz.

– Wiem o tym – powiedziałam. – Przysłali mi broszury.

Greg puścił zwój, odchylił się w tył i rozprostował długie palce, którymi do tej pory przytrzymywał papier. Kształt zwoju nie zmienił się, choć zgodnie z wszelkimi prawami fizyki powinien z powrotem przybrać postać rulonu. Najwyraźniej Greg nie zawsze pamiętał o prawach fizyki.

– A zatem jesteś świadoma konsekwencji, jakie możesz ponieść.

To nie było pytanie, ale chciałam mu odpowiedzieć:

– Tak – ucięłam krótko.

Greg westchnął. Ktoś, kto go nie znał, nawet by tego nie zauważył, lecz ja wiedziałam, że przejął się tym, co usłyszał. Zresztą, ze sposobu, w jaki siedział i patrzył na mnie, odgadłam, że domyślił się już, jaka jest moja ostateczna decyzja.

– Wolałbym, żebyś to jeszcze przemyślała – poprosił cicho.

– Nie sądzę – odparłam nieco bezczelnie i wydawało mi się przez moment, że widzę w oczach Grega złość. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, co zostało przemilczane: Zakon zapewniał ochronę, a ochrona członków mojego rodu była sprawą nadrzędną.

– Czy mogę zapytać, dlaczego? – nie zamierzał dać za wygraną.

– To nie dla mnie, Greg – odparłam zupełnie szczerze. – Nie chcę wchodzić w układy z żadną władzą.

Nie byłam pewna, czy mnie rozumie. Dla niego Zakon był czymś, co daje schronienie i bezpieczeństwo, ale też zapewnia władzę. Jego członkowie, zjednoczeni wspólnym celem, bez reszty oddali się sprawie, służyli jej z takim poświęceniem, że z czasem organizacja przestała być zbiorem indywidualnych jednostek, a stała się jakby bytem samym w sobie, bytem doskonałym, który myśli, decyduje i posiada niewiarygodne wpływy. Greg godził się na to i dlatego stał w szeregu „wygranych”. Ja próbowałam walczyć i niemal przegrałam.

– Z każdą chwilą, którą tam spędzałam – usiłowałam mu wytłumaczyć – czułam, jak jest mnie coraz mniej. Jakbym się kurczyła, jakby coś mnie pochłaniało. Musiałam się od tego uwolnić i nigdy więcej nie zamierzam tam wracać.

Greg przyglądał mi się, a w miarę jak mówiłam, jego ciemne oczy stawały się coraz smutniejsze. W przyćmionym świetle niedużej kuchni wydawał się jeszcze przystojniejszy niż zazwyczaj. Złościł mnie, ale też byłam zadowolona, że mój upór zmusił go do przyjścia i teraz siedział tak blisko naprzeciw mnie, piękny i elegancki niczym wiecznie młody książę elfów, równie smutny i zadumany. Boże, jak nienawidziłam siebie za te fantazje małej dziewczynki. Postanowiłam to przerwać:

– A teraz, czy mógłbyś mi wybaczyć? – powiedziałam oficjalnym tonem, sugerując, że chciałabym się pożegnać.

Zaskoczony Greg zamrugał nerwowo, a potem spokojnie wstał i równie oficjalnie odparł:

– Oczywiście. Dziękuję za kawę.

Odprowadziłam go do drzwi. Na zewnątrz właśnie się ściemniało i jasne światło księżyca wysrebrzyło trawniki przed domem. Dalej, na tle szarzejącego nieba w lekkiej księżycowej poświacie, stały nieruchomo topole, jak gdyby ktoś naszkicował je węglem na szorstkim, pożółkłym pergaminie.

Spojrzałam na Grega, który po trzech betonowych stopniach zszedł właśnie na podwórko przed domem.

– Greg?

– Tak? – Mój opiekun zatrzymał się i odwrócił. Zobaczyłam, że w tej samej chwili zaczęła otaczać go magiczna ochronna aura. Poczułam się dziwnie.

– Już nic – ucięłam krótko i szybko zamknęłam wejściowe drzwi.

Takie było moje ostatnie wspomnienie o Gregu – poświata księżyca na mokrych trawnikach i magiczna poświata otaczająca mojego opiekuna.

O Boże!

Oparłam twarz na dłoniach. Gorąco pragnęłam płakać, ale łzy nie chciały popłynąć. Otarłam tylko spieczone usta. Właśnie straciłam ostatnią bliską osobę, ostatnią, która łączyła mnie z utraconą rodziną. Nie pozostał nikt. Nie miałam ojca, nie miałam matki, a teraz... nie miałam nawet Grega. Nie pozostał mi nikt, powtórzyłam w myślach i zaciskając mocno zęby, zaczęłam się ubierać.

Rozdział 2

Przypływ magii nastąpił, kiedy spakowałam do podręcznej torby niezbędne rzeczy i ruszyłam do samochodu. Zamiast tego, którym jeździłam na co dzień, wzięłam tym razem Karmeliona – starą, poobijaną i nadgryzioną przez rdzę ciężarówkę w kolorze zgniłej zieleni, która na dodatek miała zepsuty lewy przedni reflektor. Karmelion miał jednak ważną zaletę – był napędzany wodą i magią, i mogłam nim jechać nawet podczas przypływu. W przeciwieństwie do normalnych samochodów, ciężarówka nie wydawała żadnego z dźwięków, których można by się spodziewać po pracującym silniku. Kiedy przekręciłam kluczyk, dała się słyszeć seria jęków, powarkiwań i skomleń, zakończona ogłuszającym grzmotem – ciężarówka ruszyła. Prawdę powiedziawszy, nie miałam pojęcia, kto i dlaczego nadał jej imię Karmelion, ale kupiłam ją w komisie, z tym właśnie imieniem nabazgranym pośpiesznie na przedniej szybie, i tak już zostało.

Na moje szczęście, na co dzień Karmelion nie był zbytnio eksploatowany i nie pokonywał wielkich odległości, co najwyżej jakieś pięćdziesiąt kilometrów do Savannah. Dziś zmusiłam ciężarówkę do znacznie większego wysiłku – zamierzałam dojechać do Atlanty. Było tak, jak się spodziewałam – na trasie spisywała się nieźle, ale przejazd przez miasto nie wyszedł jej na dobre. Stała teraz na parkingu i stygła – pomiędzy jej kołami powstała kałuża kapiącej wody, a wokół unosiły się kłębiaste opary magii. Zabrałoby mi dobre piętnaście minut, żeby z powrotem rozgrzać generator, ale nie sądziłam, bym musiała to robić. Planowałam pozostać w Atlancie najkrócej, jak tylko się da.

Nienawidziłam Atlanty. W ogóle nienawidziłam miast.

Stałam na chodniku i przyglądałam się małemu, zniszczonemu biurowcowi, który był podobno siedzibą miejscowego oddziału Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy. Zakon zwykle starał się ukrywać swą prawdziwą wielkość i potęgę, i wkładał w to wiele wysiłku, ale, jak na mój gust, tym razem grubo przesadził. Trzykondygnacyjny, betonowy budynek sterczał pośród otaczających go okazałych domów z cegły niczym bolący kciuk. Ściany szpeciły rdzawe zacieki zrobione przez deszczówkę kapiącą z dziurawych metalowych rynien okalających dach, a małe okna, skryte za grubymi kratami i przesłonięte weneckimi roletami, miały brudne i zmatowiałe szyby.

 

Pomyślałam, że w mieście musi być jakieś inne miejsce, w którym pracuje sztab decydentów, podczas gdy w tym oto budynku terenowi agenci starają się pokazać i wmówić obywatelom, jaki to Zakon jest przyjazny, uczynny i skromny zarazem. W tamtym właściwym miejscu znajduje się zapewne oddział zbrojowni, sieć komputerowa i baza danych z rejestrem wszystkich: obdarzonych mocą, władających magią i zwykłych obywateli. Gdzieś w tej bazie figuruje również moje nazwisko opatrzone sygnaturą: kandydat odrzucony, niezdyscyplinowany i bezwartościowy. A więc dokładnie tak, jak sobie tego życzyłam.

Chciałam dotknąć ściany budynku, ale jeszcze na centymetr przed betonową powierzchnią wyczułam palcem elastyczny opór, podobny do tego, jaki stawia tenisowa piłeczka, kiedy próbuje się ją ścisnąć. Zauważyłam, że skóra na palcu zaczęła pulsować srebrnym, migotliwym światłem, więc cofnęłam dłoń. Budynek musiał być dobrze chroniony przed wrogą magią. Przypuszczalnie, gdyby ktoś rzucił weń ognistą kulą, odbiłaby się od jego szarych ścian, sprawiając co najwyżej, że trochę by się rozgrzały.

Otworzyłam jedną z połówek dwuskrzydłowych metalowych wrót i weszłam do środka. Po prawej stronie ciągnął się wąski korytarz zakończony drzwiami z wielką czerwono-białą tabliczką z ostrzeżeniem: „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak dostać się na piętro schodami po lewej. Idąc na górę, zastanawiałam się, dlaczego nikt nie pilnuje schodów, nie próbuje mnie zatrzymać ani nie pyta, po co przyszłam. Po chwili doszłam do wniosku, że to rodzaj PR-u. Puste i ogólnie dostępne schody miały mówić obywatelom: Spójrzcie, jacy jesteśmy mili, pomocni i niegroźni, jesteśmy tu tylko po to, by służyć społeczeństwu i każdy, kto zechce, może wejść do naszej siedziby.

Nie do końca mogłam to zrozumieć. Przekonywanie obywateli o skromności Zakonu – proszę bardzo, ale publiczne przyznawanie się, że cały oddział w Atlancie składa się z dziewięciu rycerzy: mistrza zakonu, wróżbity, tropiciela, trzech obrońców i trzech strażników, naprawdę nie było poważne. Dziewięć osób nadzorujących miasto wielkości Atlanty – żenujące.

Kiedy skończyły się stopnie, zobaczyłam przed sobą metalowe drzwi w kolorze mdłej zieleni. Na wysokości wzroku widniał na ich powierzchni delikatny rysunek sztyletu. Pomyślałam, że w tym przypadku pukanie nie jest dobrym pomysłem, więc po prostu pchnęłam drzwi. Za nimi znajdował się długi korytarz, który – dlaczego mnie to nie zdziwiło? – okazał się równie kolorowy jak reszta budynku: szarość przechodziła w szarość, by nagle, zupełnie niespodziewanie nabrać odcienia szarości. Szary – nie, przepraszam – jasnoszary był przykrótki dywan pokrywający podłogę. Szare były ściany, choć i tak wykazano wiele inwencji twórczej, bo ich tonacja zmieniała się od delikatnej szarości na górze do zdecydowanie ciemnej szarości na dole, szare były nawet żarówki lamp oświetleniowych zamontowanych w suficie. Prawdopodobnie dekorator nie chciał wyłamywać się z ogólnej konwencji i wybrał przydymione szkło.

Pomimo przygnębiającego wrażenia wszystko wydawało się tutaj przemyślane i uporządkowane. Wzdłuż głównego korytarza ciągnęły się drzwi do poszczególnych biur, a na samym końcu znajdowały się jedne szczególne – drewniane, oznaczone czarną tarczą w kształcie rombu. Pośrodku tarczy błyszczał wypolerowany stalowy lew – symbol Mistrza Zakonu, czyli rycerza-opiekuna, faceta, z którym koniecznie musiałam się zobaczyć.

Przemaszerowałam korytarzem w kierunku błyszczącej tarczy, spoglądając mimochodem na szereg drzwi, które mijałam. Po lewej spostrzegłam między innymi wejście do niedużego, jak można się było spodziewać, arsenału. Przed nim, na małej drewnianej ławce, siedział niski lecz dobrze umięśniony mężczyzna, polerując swoją dha. Szerokie ostrze tej krótkiej wietnamskiej broni przypominającej szablę rzucało na ściany delikatną niebieskawą poświatę za każdym razem, kiedy przeciągał po nim naoliwioną szmatką. Po prawej znajdowało się nieduże, aczkolwiek bardzo ważne, biuro, w którym za biurkiem siedział wysoki czarny mężczyzna w drogim garniturze. Rozmawiał przez telefon. Kiedy mnie zobaczył, posłał mi urzędowy grzecznościowy uśmiech, ale nie przerwał rozmowy.

Właściwie na jego miejscu nie poświęciłabym sobie więcej uwagi. Ubrana byłam w robocze ciuchy, czyli dość obszerne dżinsy, co umożliwiało mi kopnięcie wyższego ode mnie człowieka w okolice krtani, luźną zieloną bluzę i wygodne buty treningowe. Z tyłu, w pochwie częściowo ukrytej pod kurtką, nosiłam moją broń – Zabójcę, czyli miecz, którego rękojeść wystawała co prawda ponad prawe ramię, ale skutecznie skrywały ją włosy zebrane w gruby warkocz. Prawdę powiedziawszy, noszenie warkocza było strasznie niewygodne. Kiedy biegłam, uderzał mnie w plecy, a kiedy walczyłam, przeciwnicy często go wykorzystywali, by mnie przytrzymać. Z pewnością gdybym była choć trochę mniej próżna, obcięłabym warkocz dawno temu, ale ponieważ poświęciłam już dla pracy kobiece ciuchy, makijaż i seksowną bieliznę, uznałam, że to wystarczająca ofiara, i warkocz pozostał. Poza tym uważałam, że byłabym zgubiona jako kobieta, gdybym poświęciła również włosy.

Stanęłam przed drzwiami Mistrza Zakonu i uniosłam dłoń, by zapukać.

– Chwileczkę! – odezwał się kobiecy głos, który słyszałam wcześniej przez telefon.

Spojrzałam w kierunku, z którego dochodził, i zobaczyłam mały pokój dosłownie zastawiony szafami na akta. Pośrodku znajdowało się duże drewniane biurko, zaś na jego blacie stała kobieta w średnim wieku. Kobieta, wysoka i bardzo szczupła, wyglądała na sztywną i zasadniczą. Jej niedostępność i oschłość podkreślała też fryzura upięta z kręconych, farbowanych na platynowoszary kolor włosów. Urzędniczka miała na sobie szykowną błękitną garsonkę, natomiast idealnie pasująca do niej para butów leżała obok krzesła, na które weszła boso, chcąc dostać się wyżej.

– U Mistrza ktoś jest, moja droga – powiedziała dość protekcjonalnie, po czym zaczęła wykręcać zepsutą żarówkę w magicznej latarni przymocowanej do sufitu tuż obok lampy elektrycznej.

– Nie byłaś umówiona na spotkanie, prawda? – kontynuowała, nie zmieniając tonu.

– Nie, proszę pani. – Starałam się dla żartu wejść w rolę.

– No cóż, wyobraź sobie, kochana, że masz szczęście. Będzie miał czas po południu. Dlaczego nie podałaś mi jeszcze swojego nazwiska ani powodu, dla którego przyszłaś? Zrób to szybko, a my zobaczymy, jak możemy ci pomóc.

Zaczekałam cierpliwie, aż skończy wymianę żarówki, i podałam informacje, o które prosiła. Wyjaśniłam, że jestem tu w związku ze sprawą Grega Feldmana i podałam swoją wizytówkę. Urzędniczka odłożyła ją i sama nie wiedziałam, czy w ogóle nie raczyła rzucić na nią okiem, czy też po prostu treść nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Potem wskazała coś ręką za moimi plecami i powiedziała tylko:

– Tam jest poczekalnia, moja droga.

Obróciłam się i weszłam do pomieszczenia, które okazało się zwykłym biurem, tyle tylko, że wyposażonym w okazałą skórzaną sofę i nie mniej szykowne skórzane krzesła. Naprzeciwko drzwi pod ścianą stał niewielki stół, a na nim dzbanek z kawą i dwa stosy małych glinianych filiżanek. Dla osłody, obok filiżanek postawiono duży słój pełen kostek cukru oraz dwa pudełka „pączków Dunkana”. Kiedy zobaczyłam pączki, moja dłoń jakoś tak machinalnie sięgnęła w ich kierunku, ale w porę opanowałam łakomstwo i zbeształam się w myślach za słabość do słodyczy. A odmówienie sobie tej przyjemności nie było wcale łatwe. Każdy, kto choć raz spróbował pączków receptury starego Szkota, dobrze wiedział, że zwykle nie kończy się na zjedzeniu jednego. Udało mi się jednak przekonać samą siebie, że wejście do gabinetu Mistrza Zakonu z rękami umazanymi czekoladowym kremem nie będzie najlepszym sposobem zrobienia na facecie właściwego wrażenia.

Znalazłam sobie bezpieczny punkt przy oknie, z dala od pączków, i przez kraty na zewnątrz gapiłam się na widoczny pomiędzy dachami domów mały skrawek zasnutego chmurami nieba. Zaczęłam rozmyślać o Zakonie. Oficjalnie Zakon Rycerzy Miłosiernej Pomocy oferował obywatelom właśnie to, co sugerowała jego nazwa: bezinteresowną pomoc dla każdego, kto o nią prosił. W rzeczywistości jednak wyglądało to tak: jeżeli stać cię było na zapłatę za pomoc, mogłeś liczyć na pomyślne rozpatrzenie prośby; jeżeli nie – twoja sprawa trafiała ad acta, chyba że jej załatwienie pokrywało się z interesami Zakonu. Oficjalnie misją organizacji była ochrona ludzkości, jej członkowie zobowiązali się strzec, by żaden człowiek nie został skrzywdzony ani przez magię, ani przez użycie tradycyjnej broni. Problem polegał jednak na tym, że w rozumieniu Zakonu definicja krzywdy była dość elastyczna, a co za tym idzie, mogło okazać się, że w ramach miłosiernej pomocy trzeba na przykład obciąć ci głowę.

Patrząc z perspektywy czasu, trzeba przyznać, że Zakonowi naprawdę dużo uchodziło płazem. Jego członkowie byli zbyt potężni i wpływowi, by nie liczyć się z ich zdaniem, a pokusa, by im ufać i na nich polegać zbyt wielka, żeby szukać innych rozwiązań. W ten sposób, mając oficjalne poparcie rządu, Zakon stał się jednym z organów triumwiratu stojącego na straży prawa. Policyjny Wydział Kontroli Zjawisk Paranormalnych, WOON, czyli Wojskowe Oddziały Obrony przed Nadprzyrodzonymi i Zakon Rycerzy Miłosiernej Pomocy miały w założeniu współdziałać i strzec bezpieczeństwa publicznego. W rzeczywistości wyglądało to jednak inaczej. Rycerze Zakonu byli niezwykle przydatni, kompetentni i niebezpieczni zarazem. W przeciwieństwie do najemników Gildii nie motywowała ich chęć zdobycia pieniędzy, piastowali bezpiecznie swoje stanowiska dzięki złożonym przyrzeczeniom. Inna cecha, która odróżniała ich od najemników, to przekonanie, że to oni zawsze wiedzą wszystko najlepiej, co uprawnia ich do osądzania spraw i orzekania wyroków.