Niehalo

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wydawnictwo Literackie


Kraków 2013

Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Część I

Tuba Młodości

Tuba Młodości

Przerwa na reklamę (1)

Przerwa na reklamę (2)

Tuba Młodości

Pytania do (1)

Pytania do (2)

Czerwona Księga Zagrożonych Gatunków

Tuba Młodości

Galaktyka NIEHALO 19800505

Z Księgi Innego Rodzaju

Hira dla ziomali

Orędzie Premiera

Tuba Młodości

Tuba Młodości

Nagroda (1)

Nagroda (2)

Pytania do (3)

Część II

Tuba Młodości

Wykład profesora Naszpryca o komunikacji międzyokienkowej

Tuba Młodości

Przerwa na reklamę (3)

Z wypożyczalni kostiumów

Część III

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Korekta: ANETA TKACZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: PRZEMYSŁAW DĘBOWSKI, WOJTEK KWIECIEŃ-JANIKOWSKI

Skład i łamanie: Scriptorium „TEXTURA”

Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Ignacy Karpowicz

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2013

ISBN 978-83-08-05169-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych postaci, książek, relacji i stosunków międzyludzkich nie jest wynikiem zamierzeń autora. Jest wynikiem ciągłego namnażania się, które sprawiło, że nic już nie zdarza się po raz pierwszy, tylko powtarza do bólu i znudzenia.

I

Tuba Młodości

Tego dnia obudziłem się wcześnie. Mimo jesiennej aury słońce świeciło, układając się przejrzystymi snopami na kraciastej, uszytej własnoręcznie przez moją babcię kołdrze. Kurz nie unosił się w powietrzu dzięki trudowi bliskich mi kobiet.

Pomyślałem o rodzicach, a zwłaszcza o ojcu, który z pewnością przynajmniej od godziny szykuje się do wyjścia, bawiąc przy okazji naszego psa. Mój ojciec pracuje w miejskim przedsiębiorstwie oczyszczania. Czystość naszego miasta jest zasługą właśnie takich cichych, łagodnych ludzi jak on, kochających zwierzęta i z radością podchodzących do życia.

Przez chwilę zastanawiałem się, skąd wziął się mój nadspodziewanie dobry humor. Ależ tak, wszystko jasne! Dzisiaj poniedziałek.

Po niedzieli wypełnionej słodkim nieróbstwem i obiadem u dalszej rodziny, po spacerze z moją narzeczoną romantycznymi alejkami, wciskającymi się pomiędzy zabytkowe wieżowce z wielkiej płyty (pozwoliła mi się pocałować!), wreszcie udam się do „Wiadomości Podlasia”, gdzie – jak wiecie – pracuję.

Nie miałem dotąd okazji przedstawić ludzi, którzy uczą mnie, jak być dobrym obywatelem. Wiem, że ich wrodzona skromność każe zastanowić się nad moim tekstem, ale – mam nadzieję – zadrży strudzona ręka i nie skreśli akapitów im poświęconych.

Przede wszystkim Naczelny, który jest naszym dobrym duchem. Drzwi do jego gabinetu stoją otworem o każdej porze dnia i nocy. Mimo czoła znaczonego subtelnymi zmarszczkami zachował w sercu młodzieńczą otwartość na świat i zapał do pracy. Nieraz dochodzi do nas jego perlisty śmiech – znak, że rozmawia z szanowną małżonką, bawiącą go opowieścią z któregoś z balów charytatywnych.

Nie mogę nie wspomnieć pani Stanisławy, siedzącej niemal na wprost mego biurka. Zawsze zaaferowana, pozornie nieco zagubiona w morzu informacji docierających co dzień do redakcji, bezbłędnie wyławia te najistotniejsze. Znakomite wywiady, publikowane na naszych łamach, są właśnie jej zasługą.

O nasz wizerunek dba pani Zosia. Nieodmiennie z nienaganną fryzurą i w żakiecie opinającym doskonałą figurę. Łączy w sobie posągowość egipskich rzeźb i inteligencję godną męża stanu, lub raczej – ha, ha, ha – kobiety stanu.

Wszystko o sporcie wie pan Sławek, niegdyś znakomity sportowiec (pierwsze miejsce w rzucie kulą na szczeblu wojewódzkim w 1973 roku), do dzisiaj ujmujący krzepką sylwetką i trzeźwym spojrzeniem.

Myśl o tych ludziach sprawia, że odkrywam ochoczo kołdrę, zamierzając udać się do łazienki, bardzo możliwe, że zajmowanej przez mego młodszego brata. Nieznośny urwis, ale przecież dobry chłopak. Sam także zachowywałem się w jego wieku nieprzystojnie, dlatego się nie obawiam. Wiem, że jego nauczyciele dopilnują, aby wyrósł na człowieka.

Po prostu mam szczęście.

Po stronie mam pozwalam sobie wpisać: dwadzieścia cztery lata, pracę magisterską (w toku), kobietę Agnieszkę (rozkład związku także w toku), dresów trzy pary, adidasy fluorescencyjne i fila czarna skóra, dni podobne jeden do drugiego. Ponadto stanowisko pracy, co jak o nim myślę, to zaczynam myśleć, a nawet nabierać – mimo że jestem osobą raczej niepewną – pewności, że wolę o nim nie myśleć. Oraz pokój niby własny, ale mieszkam z rodzicami (powiedzmy), braćmi (w zasadzie), babcią, psem i akwarium, o których również nie wiem, co myśleć, bo nie wiem, jak my się mieścimy na sześćdziesięciu metrach. Że kwadratowych? Żadna pociecha.

Oraz pewny jak w banku, solidnie oprocentowany i prawdopodobnie z każdym rokiem procentujący brak perspektyw. Oraz kilku kumpli, których lubię, i takich, więcej niż kilku, których nie lubię. Chętnie bym ich pobił, ale obawiam się, że gdyby co do czego, to prędzej oni mnie niż ja ich.

Oraz swoje ścieżki między blokami do omijania band szalikowców i dresiarzy, którzy także mają swoje ścieżki: niektóre z amfetaminy, niektóre z asfaltu.

Oraz jakieś modelarskie hobby. Byle te twoje fanaberie – wrzeszczał ojciec – nie zajmowały dużo miejsca! Tutaj powinienem użyć czasu przeszłego: miałem.

Miałem hobby, raczej skromne i redukcyjne. Sklejałem modele, najpierw wielkie bombowce w skali 1:32, Latające Fortece, ich radzieckie podróbki, czyli Tupolewy Czwarte, szwabskie Junkersy Dwieście Dziewięćdziesiąte, wszystkie ogromne, fantastyczne, zwłaszcza po przymocowaniu do sufitu (żyłkami). Wyczesane! – wrzeszczy mój brat debil na widok naszego jamnika, który pomyka po lokalu z kluczykami od małego fiata w pysku. A za nim pomyka wściekły ojciec. A za nim pomykałaby matka.

Tylko babcia siedzi i oszczędza prąd.

Aktywność elektryczna w jej półkulach zanikła, kiedy zobaczyła Jaruzelskiego w garniturze. Wtedy przestała wierzyć w moc rozumu.

No taki był przystojny w mundurze, a teraz wygląda jak menel. I nawet wyłysiał. Takie były, mniej więcej, jej ostatnie sensowne zdania.

Później już tylko kłamała, a kłamstwo nie jest dowodem sprawnego funkcjonowania mózgu. Dlatego, mimo niepewności zaszczepionej razem z szacunkiem dla starszych, jestem pewien, że gdyby babci zrobić encefalogram bańki, toby z tego wyszła piękna, prosta linia donikąd. Ta linia nie jest medyczna. Ona jest matematyczna.

Kiedy babcia się wprowadziła, musiałem porzucić bombowce strategiczne, skalę 1:32. Zrobiło się ciasno. Wiele rzeczy uległo wtedy erozji, niektóre zniszczeniu (bombowce strącone ogniem przeciwlotniczym miotły), inne zaś zostały w jakiś sposób – sam nie wiem – unieważnione.

 

Zacząłem lepić jednosilnikowe myśliwce w skali 1:72. Anetka! – kłamie coś babcia.

A teraz to zupełny dół. Brat debil dostał na urodziny akwarium. W akwarium mieszka rybka. Rybka jest zmutowanym genetycznie welonem z uśmiechem Marilyn Monroe. Nie spełnia żadnych życzeń ani nie robi loda. Tylko zajmuje miejsce. I zużywa energię elektryczną.

Rysiu – wrzeszczałaby matka – nie ganiaj psa, bo się zziaja! Zacząłem lepić gówienka w skali 1:144. Drobnica. Detale. Cyzelowanie. Pewnie od tego wysiadł mi wzrok. Pewnie ręce trzęsą mi się podejrzanie często. Jakbym sporo pił. Co nie dziwi, nie może dziwić, bo trochę piję, a przynajmniej się staram.

Coraz większa skala, coraz mniejsze modele, coraz trudniej uzyskać złudzenie redukcyjnej realności, albo chociaż poprawności, w ogólnych zarysach, całej tej plastikowej makiety.

Akumulacja dóbr. Najpierw starzy akumulowali braci. Wcale ich nie chciałem. Chcesz braciszka? – pytali. – Nie – odpowiadałem, sepleniąc. – Wolę nowy rower. Chciałem, nie licząc roweru, być rozpieszczonym jedynakiem, choć nie zdawałem sobie z tego sprawy, dzieckiem kilkuletnim ledwie będąc.

Przemawiał przeze mnie instynkt samozachowawczy, ale też rachmistrz szybko przeliczający użytkową powierzchnię kwadratu na osobometry, ale też ktoś doświadczony, kto rozumie, że w otoczeniu braci życie wcale nie musi być szczęśliwsze.

Potem akumulowano psa. Po nim babcię. To zasługa ojca przede wszystkim, jak sądzę, bo nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Na wszelki wypadek. Żeby nie poruszać niektórych zmór.

Nawet nie wiecie, jakie cyrki w rodzinie odchodziły o to, kto przejmie staruszkę i jej emeryturę. Po prawdzie zła kolejność: kto przejmie emeryturę z dołączonym do niej balastem (ciało staruszki). Oczywiście istniały także inne powody, dla których babcia pojawiła się w naszym domu, inne za, spychające na dalszy plan początkową żądzę pozyskania emerytury, z której to żądzy jednakże wszystko się poczęło, przynajmniej oficjalnie.

Potem na urodziny brata debila akumulowano akwarium z niesprawną złotą rybką.

Szarpanina. Normalnie. Pies stęka. Stęka ojciec. Mam! – krzyczy ojciec i podnosi z dumą kluczyki od małego fiata. Kurwa! – krzyczy brat debil. Jak ty się wyrażasz! – krzyczałaby matka.

Normalka. Chleb powszedni. Nawet to lubię. No, mógłbym to, teoretycznie, polubić.

Jamnik wcisnął się popod wersalkę. Nie wylezie stamtąd, to jest: spopod tamtąd, do obiadu. O Boże, Boże. – Teraz partia matki. – Gdzie ja wcisnęłam bandaże? Brat trzyma się za rękę, wrzeszczy: Normalnie stuknięta suka!

Normalka. To oczywiście okropne, ta absurdalna gonitwa, ale także miłe. Muszę coś powiedzieć, bo żal mi psa.

Może i suka głupia – wrzeszczę do brata – ale ty jesteś od niej jeszcze głupszy! A brat: Zamknij mordę! A ojciec do mnie przeciwko mnie: Szacunku mógłbyś okazywać młodszemu bratu, kiedy krew mu się leje! A matka: Przestańcie! A babcia: Anetka, Anetka, czy jest tu ktoś?

Tak u mnie zawsze wyglądają ranki, jeden podobny do drugiego, już od pewnego czasu. Być może czegoś brakuje, na pewno niektóre rzeczy pomijam, ale mogło być gorzej. Trzeba się bardzo starać, żeby na dnie usłyszeć tych z niższych pięter.

Jaki słodki szczeniak – rozczulał się ojciec kilka lat temu, prawdopodobnie po nadspożyciu ciepłego alkoholu. Teraz procenty wyparowały, a wraz z nimi rozczulenie. Pozostało tylko otłuszczone cielsko chytrej parówki. Tępy pies, wciąga wszystko jak leci: jadalne, niejadalne – byle przełknąć się dało. Ta suka w ogóle nie ma pofałdowanej kory mózgowej chyba, ona ma pofałdowany żołądek. Nim obmyśla plany: jak tu się obeżreć.

No i podciąga coś, kiełbasę, bułkę, chusteczki do nosa, zegarek. Potem jamnika ganiają. Potem osaczają w labiryncie meblościanek. Wyrywają z pyska złodziejski łup. Suka się złości. I biegnie szybko na tych kuternóżkach, żeby kogoś ugryźć z tej złości, choćby przyjaciela, bo przyjaciel zrozumie, bo mniej krwawi.

No nie chlap tak krwią po podłodze! – wrzeszczy ojciec. A brat: Normalnie odczep się, pies mnie dziabnął, weź się! A matka na przykład w ten sposób: Synku, nie odzywaj się tak do ojca! A ojciec: Pięknie syna wychowałaś! A babcia: Telefon.

Zaraz skończę poranną kawę, czyli plujkę, zalewajkę, kolejówkę. Udaję, że poprawiam fragmenty mojej pracy magisterskiej, to mi dają jaki taki spokój. I sobie piszę, tyle że nie to, co oni myślą, że piszę, a nawet piszę niezupełnie to, co sam myślę, że piszę. Zresztą dla nich nie ma to żadnego znaczenia. Dla mnie też chyba nie.

I tak pójdę do piachu, ale póki co, bo to wcale nie jest proste, każdy by chciał od razu do piachu jak dziecko do piaskownicy, żeby budować zamki z piszczeli i ogrody z piasku, ale póki co poszedłem na polonistykę. Ponieważ rodzice nie mieli kasy na wyekspediowanie mnie do fajniejszego miasta na fajniejsze studia. Bali się, że im zaniknę w ogromnym świecie, a o moim istnieniu przypominać będzie comiesięczny ubytek złotówek – bolesna poszlaka, że się ma na sumieniu potomka.

Musiałem zostać w Białymstoku. Mieście tak niszowym, że prawie go nie widać na mapie. Skazanym na wymarcie. Polska be, czyli fuj.

Do polibudy się nie paliłem. Prawa, ekonomie i marketingi miałem w poważaniu. Wybrałem polonistykę, jak wszyscy nieudacznicy. A naprawdę – nie miałem żadnego wyboru, nie miałem dobrego startu już na samym starcie, nie miałem przyszłości, chociaż miałem wtedy dopiero osiemnaście lat.

Prawie wszystkie zajęcia w bezpiece – to jest: Uniwersytecie w Białymstoku, w skrócie UwB, w jeszcze krótszym skrócie UB – są absolutnie do niczego. Wariatkowo. Moja promotorka: niskie, krępe, niewywrotne katopolo od literatury współczesnej, które myśli, że współczesny jest Żeromski, mówi więc do mnie, czytając pierwsze dwa rozdziały mojej pracy: Synuś, tak nie można, to musimy wykreślić, synuś. To po jaki chuj, pytam się, wciskali mi przez cztery lata banialuki o dyskusji merytorycznej, metodologii, spójności teorii krytycznej etc.?

Normalnie nie jem serka! – wrzeszczy brat debil. – Ten serek nie jest polski!

Jak zaczniesz sam zarabiać, to będziesz jadł, co chcesz! A teraz żryj, co jest! Albo nic nie żryj! – wrzeszczy ojciec w kolejnej odsłonie relatywizmu kulinarnego. Nie krzycz tak od rana! – Matka zawsze powinna wszystko łagodzić.

Normalka. Standard. A przynajmniej myślę, że tak wygląda standardowy poranek w polskiej rodzinie standardowej, klasy średniej dolnej (bardzo). Coś podobnego do meblościanki, tyle że nie z płyt wiórowych, ale z wielekroć cerowanych słów.

To nara, spadam. – Brat bierze wypchany na pewno nie podręcznikami plecak i wypada z lokalu spółdzielczego numer 257. Pieprzony symulant. Wyszedł do szkoły, żeby zerwać się ze szkoły. Będzie z innymi łysolami jarać szlugi i walić browary, i esemesować, esesmaniec jeden, do swojej plastikowej panny. All is plastic, it’s fantastic. A po wywiadówce znowu grzeczniusi przez kilka dni. I znowu gnój dostanie jakąś nagrodę – zadośćuczynienie za to, czego nie dostał od ojca i nie dostanie; nagrodę za trudne dzieciństwo i obietnice bez pokrycia, że będzie pilnym uczniem, niewagarującym, jeśli tylko kupią mu coś tam.

A oni uwierzą jakoś tak bez wiary, powierzchownie, na pół gwizdka, jak robią wszystko. A ja zaraz do roboty. No ty jesteś centralnie nienormalna! – wrzeszczy ojciec. – Gdzie położyłaś kluczyki od samochodu? A ona: Nigdzie ich nie kładłam, sam je gdzieś położyłeś, skurwysynu.

Babcia obraca oczami od prawej ściany do lewej, jakby tymi oczami tłukła o te ściany. Jakby była jakimś elektronem. Spóźnię się do roboty! – wrzeszczy ojciec.

Szuru-buru. Ojciec łazi na czworakach po dywanie. Jak będziesz tak łaził – krzyczę do ojca – to na pewno się spóźnisz! A ojciec: Ty lepiej pilnuj swego nosa! A matka na przykład tak: Nie denerwuj się, Rysiu, bo cię zgaga zapiecze. A ojciec: Dasz mnie te szczotke, czy jej normalnie nie dasz?!

Za czterdzieści minut ruszy odliczanie ośmiu godzin w pracy. Będę odbierać telefony, przyjmować ogłoszenia, wysyłać faksy, kserować, parzyć herbatę, uspokajać niegramotną sekretarkę.

Na pewno korekta jakiegoś tekstu się trafi. Osiem godzin za 896,73 grosze brutto. Brutto. Kurwa. To przecież bruttalne.

Matka trzasnęłaby drzwiami od kibla i dała ojcu tę szczotkę. A ojciec: No, kochana sunia, wyleź do pana spopod wersalki, psi psi. Ojciec znowu stosuje broń psichologiczną. A jamnik: Wrrr. A ojciec: jebut kijem od szczotki popod wersalkę, żeby psa wypłoszyć. A jamnik: Wrrr. A matka: Rysiu, no przestań, skaleczysz suczkę, zdenerwujesz i się porzyga. A ojciec: Kurwa, oddaj mi te klucze. A jamnik: Wrrr.

Za dwadzieścia siedem minut mam autobus. Nie mogę się spóźnić, bo nie chcę szefowi sprawić przyjemności, a nic go tak nie raduje jak opierdalanie pracowników za spóźnienia. Pozostałe ulubione czynności to: oczu koszenie oraz bąków wtłaczanie w skórzany fotel w kanciapie. Nie żebym się czepiał, tak go uzbroiła natura w celu – o ile jest cel – przetrwania.

Ponieważ on jest bossem, ja jestem robolem, mogę wyciągnąć interesujące wnioski na temat najwyżej punktowanych umiejętności w świecie, w którym muszę przeżyć i – jako ukoronowanie mego stworzenia – się rozmnożyć.

Został redaktorem naczelnym „Wiadomości Podlasia” tylko dlatego, że jego żona – Berta w mercedesie i futrze przez cztery pory roku (klima mercedesa ją wychładza) (wyłącz klimę, cipo) – za pomocą swych perfum obezwładniła członków partii obecnego prezydenta. Obywatelski Blok Wyborczy SŁOŃCE DLA PODLASIA.

Oddaj mi natychmiast ten kij, bo mi suczkę zabijesz! – jodłowała matka. A ja do matki: To po co dawałaś ojcu ten kij? Nie mogłaś pomyśleć wcześniej, co ojciec zrobi z tym kijem? A matka rezonuje w mojej głowie: Boże, za jakie grzechy, pytam się, za jakie grzechy mam takich niewdzięcznych synów, czym sobie na to zasłużyłam? A ja: Ciesz się, że w ogóle masz jeszcze synów! Nie wiadomo, czy na nich zasłużyłaś!

No tak. Nie powinienem tego mówić. Akurat nie to. Nie wtedy. Ona przecież nie zapomniała. Nigdy nie zapomni, bo nie zapomniała, kiedy był na to czas. To nie jej wina, chociaż jest odpowiedzialna. Jest zasadniczo niewinna i całkowicie odpowiedzialna za to, co się dzieje.

A jamnik dalej swoje: Wrrr. A ojciec na czworakach, a ja się czuję jak w czworakach. Słuchaj – mówię do niego – skoro pies warczy, to znaczy, że nie trzyma kluczyków w pysku. A ojciec: Cicho, kocoboły do mnie wygadujesz. A matka, jakoś tak oklapnięta, jak echo w pustych pokojach: Rysiu, on dobrze mówi, posłuchaj chociaż raz syna. Przecież nasz syn coś wie, studia kończy. A jamnik: Wrrr.

Jeszcze dziesięć minut do autobusu. Może nawet uda mi się nie pokłócić ze starymi. Tyle razy obiecywałem sobie olewać, nie reagować. Niech się zabijają sami, kłócą, poniżają. Obiecywałem sobie unosić się nad wojną domową jak pyzaty balon Gordona Benetta, czy jak mu tam szło z nazwiska. Albo im.

Rysiu! – Głos zdenerwowanej matki lata temu opanował sztukę wzbijania się wysoko, gdzieś między chóry anielskie a stację orbitalną MIR (Wsiem).

Wyglądam za okno. Jesień. Deszcz. Plucha. Złość podchodzi mi do gardła razem z zalewajką i serkiem. Jakby obok był mój szef albo jego szanowna małżonka Rączki Całuję, to bym krzyknął, wskazawszy wcześniej na chmury: Gdzie jest to słońce dla Podlasia?! Rozkradliście nawet słońce, wy skurwysyny!

Właśnie tak bym krzyknął, chociaż najprawdopodobniej nie powiedziałbym ani słowa, staram się bowiem nie komplikować sobie niepotrzebnie życia, a hormony odwagi moje ciało produkuje w ilościach homeopatycznych.

Nagle babcia krzyczy: Kluczyki! Nagle ojciec biegnie do babci, pies wyłazi na chwilę spopod wersalki, żeby wciągnąć popod wersalkę kij od szczotki. No! – mówi ojciec. I patrzy oskarżycielsko na teściową i moją matkę, na niebieskawy cień rzucany przez stare fotografie.

Idzie sobie do pracy. Trzaska drzwiami, jakby uczestniczył w kastingu na surowego, lecz sprawiedliwego ojca rodziny. Ale też trzaska tak, żeby drzwi się nie rozpadły, bo wtedy musiałby kupić nowe.

W tym No! zawarł jak w jakiej pastylce czy syropie całą nienawiść, całą chemię, jaka się wytwarza między ludźmi w wieloletnim chrześcijańskim pożyciu. Kiedy sobie myślę, że coś takiego się wytwarza, to nawet się cieszę, że Agnieszka pojechała nie wiadomo gdzie, wiadomo, że do dziadka. Tam gdzie komórka nie ma zasięgu. W NASZYM ZASIĘGU JEST CAŁA POLSKA. Aha. Pozwolę sobie pozostać sceptycznie nastawiony. Bez odbioru i poparcia. Bo dziury popod Białymstokiem to co, to gdzie? Niepolska?

 

Nawet nie mogę zadzwonić do swojej kobiety.

Super. Pięć minut.