Miłość

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość
Miłość
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Miłość
Audio
Miłość
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lepiej mówili,

Gdy przez Ścianę krotochwilili.

WERONKA

Mogę zaryczeć?

Jestem gotowa.

Gdyż do ryczenia rwie mi się głowa.

ANNA

Poczekaj, dziecko,

Rykniesz zdradziecko,

Ale nie teraz.

Wytrwaj pogodnie,

Masz tu dla brata nowiutkie spodnie.

KAZIA

Ściana

O takiej miłości nie słyszała.

Choć cały czas tutaj wiernie trwała.

Bo mama jej nakazała.

ANTEK

Miast miodu twych ust, luby, ssie tynk moja warga.

JULCIA

Mamuś, to dziwaczne jakieś

Z tym tynkiem i ustami,

To jakby ktoś świrnięty przemawiał nami.

ANNA

Tak tylko ci się zdaje, córko moja miła,

Gdybyś tak wielkiej miłości dostąpiła,

Jadłabyś tynk i lizała ścianę,

Jakbyś miłemu opatrywała ranę.

KAZIA

Ja nie chcę, mamo, by mnie

Siostra młodsza lizała.

Niech sobie z językiem poradzi

Sama.

WŁADEK

Lew, bestia dobrze wychowana i obdarzona wrażliwym sumieniem.

WERONKA

Czy ryczeć?

ANNA

Wprowadźmy dwurogi Księżyc,

Aby kochankowie nie musieli złorzeczyć.

Jolu, czas ci najwyższy świecić,

Czas pomóc w zmaganiach miłości,

Aby macając, nie trafili na wrogów

Czułości.

JOLA

Mamo, bez sensu jest, hmm... są te zdania,

Nie będzie z tego żadnego uznania,

Tylko śmiać się będą ludziowie przebrzydłe,

Po co nam takie utwory ohydne?

Do cna zbutwiałe, trącące molem,

Ja chyba inne utwory wolę.

ANNA

Szekspir jest wielki, on historię tę sprawił,

On w niej nikogo w pustce nie zostawił.

WERONKA

Czy mogę już ryczeć?

WŁADEK

Dzielnie tarmosisz, Lwie.

WERONKA

Rrraaa!!!

WŁADEK

A Lew znikł.

WERONKA

Nie!

Ja jestem Lwem.

Ja wiem, kiedy nie ma mnie!

WŁADEK

Lew, bestia dobrze wychowana i obdarzona wrażliwym sumieniem.

WERONKA

Czy ryczeć?

Rrraaa!!!

Do próbujących spektaklu zbliża się Irena.

IRENA

Zmieniłam odzienie,

Na przemyślenie

Chwil tu zdarzonych

Będę potrzebować

Dni niepoliczonych.

ANNA

Pani Ireno, świetnie się składa,

Bo właśnie Pirama dotknęła ta skaza

Miłości niezbyt dobrze widzianej.

Pani rozumie? Pani też cierpi?

IRENA

Może gdzieś coś w czwartej części.

WERONKA

Czy ryczeć? Bo Lew...

Tak słyszałam...

ANNA

Jeszcze nie teraz, luba Weronko.

Wstrzymaj ryki w sobie, a ja tak ci zrobię,

Abyś ryknąć mogła jak nigdy,

Potrzebuję tylko ludzkiej krzywdy

Jako paliwa dla opowiadania tego,

Bo bez niego ryki będą do niczego.

WERONKA

Poczekam trochę,

Aby ryknąć mocno,

A teraz popłaczę.

Hurra! Biedna Lwa. Ja.

Nie skończyli próby z przyczyn zdrowotnej natury. Antka brzuch rozbolał od pijącej sukni albo zjedzonych jabłek, a Weronce przytrafiła się senność po lwich rykach. Jerzy z pomocnikami wzięli się do pracy nad ramą sceny, Anna zaś ograniczyła swoją obecność już tylko do nielicznych przymiarek strojów i dobre słowa podarowała dzieciom na drogę.

– Pani Ireno – odezwała się wreszcie, pomachawszy ostatnim maluchom – cudnie weszła pani w rolę. Przeczucie takie miałam, że z pani urodzona aktorka i talent żywiołowy.

Irena nic nie odparła, onieśmielona komplementem oraz nieoswojona ze zmianą, jaką w nastawieniu Anny się wyczuwało. Nic wielkiego ani zasługującego na pochwały nie uczyniła – przeczytała, co gospodyni obłożona kwaśnym mlekiem naprędce zapisała na kartce wyrwanej z notesu. Irena cieszyła się, że włączono ją w inne niż tylko krawieckie prace nad przedstawieniem. Poczuła się mniej omotana materią smutku i bardziej potrzebna, a tego jej brakowało. Pragnęła być potrzebna komuś, kto za to by nie płacił, bezinteresownie. Jerzy ostatnio oddalił się od niej, o ile to możliwe, nigdy bowiem nie żyli w przesadnej bliskości.

Dziwaczny tu dom, pomyślała Irena, i dziwaczni ci państwo na Stokroci.

Przed kolacją zdybała Jerzego w pokoju, gdy zakładał świeżą koszulę.

– Po co my tu? – zapytała.

Zezłościł się, nic nie odparł, a dobrego było tyle, że nie nakłamał. Na kolację podano pasztety z chlebem własnego wypieku i ciasto drożdżowe z herbatą, do której dorosłym dolano po kapeczce wzmocnienia, pędzonego lokalnie. Anna – wydawało się – nadal wykazywała swą inklinację ku młodej mężatce.

Po kolacji pani na Stokroci udała się skontrolować czystość córek, a w temacie czystości ciała wykazywała się naddatkiem uwagi. Jerzy znowu wypuścił się z Jarosławem, Irena natomiast nie bardzo wiedziała, co z sobą począć i gdzie siebie zaprowadzić.

Za dnia spacerowała, czytała stołeczną prasę, uporządkowaną rocznikami i zalegającą na ganku. Czytała zresztą niezwyczajnie, w tył, wbrew wektorowi czasu. Dziś zbliżyła się wreszcie do powojennych porządków i miała nadzieję, że przed wyjazdem dotrze do zwycięstwa nad wrogiem.

Wieczorami niezbyt potrafiła gospodarować. Spać się nie dawało, gdyż nie męczyła się pracą. Jerzy zwykle znikał – ciągał się gdzieś z Jarosławem, a wracał, gdy już przekraczała granicę przytomności. Lektura nie wchodziła w rachubę. Irena zaufała całkowicie babcinej przestrodze, iż czytanie po zmroku ściąga diabły. Z Anną natomiast trudno wyobrazić sobie spędzanie czasu: tak wszystko je różniło, miały odmienne zainteresowania, a właściwie to jedynie Anna je pielęgnowała.

Usiłowała zasnąć, kręcił jednak w jej głowie niepokój. Zachciało jej się być teraz z kimś, nie z sobą, a jeśli to niemożliwe, to chociaż być gdzie indziej by wolała, nie w tej sypialni gościnnej.

Zadecydowała się udać do ogrodu. Koc przeznaczony na chłodne wieczory, podobno częste na Stokroci, choć niekoniecznie tego upalnego tygodnia, zabrała z szafy. Wyszła przez werandę. Dworu nie zamykano na noc, okolica pusta, a do ukradzenia pewnie nie dość, aby ryzykować karcer.

Jakże niecodziennie przedstawiało się nagromadzenie roślinności w trupim świetle nocy! Nigdy takiego widoku nie doświadczyła. Wyrosła w mieście, nadto skromna panna, po ciemku nieszwendająca się jak koty. Czuła się, jakby wchodziła do czarodziejskiego ogrodu albo zakazanej bajki. Klapki porzuciła na skraju werandy, dotknęła trawy boso. Orzeźwienie poszło w górę niby dym z komina, aż do głowy i wyżej, w niebo i gwiazdy.

Z zadartą głową nie dojrzała krzewu, weszła w niego, krzywdy żadnej sobie nie czyniąc. Wstała całkiem zmoczona i potargana. Na koszuli nocnej wykwitły plamy z ziemi i roślinnego soku, ale dziś wieczór jej nie zmartwiły. Chciała czuć tak, jak teraz czuła, że żyje, i to w dwójnasób: jako ona ona, Irena z domu Wilkicz, sama jedna i bez umocowania w Jerzym i jego interesach, oraz jako cząstka większej świata układanki. Fluktuacje rozkołysały zmarniałe coś w jej wnętrzu, szła ogrodem i dopatrywała się w sobie symptomów niespodziewanego ożywienia, albo wręcz zmartwychwstania.

W taki sposób dotarła na skraj ogrodu i przed granicę lasu z żywicznymi aromatami i całą orkiestrą trzasków, trzeszczeń i klekotań. Rozłożyła koc na trawie. Otoczona gałązkami w życzliwym blasku satelity oddała się temu, co robiła ciągle, nigdy jednak nie zwracając na to uwagi: oddychała, a z każdym zaczerpnięciem powietrza odnawiała się w niej malutka cząstka duszy.

Pewnej chwili przez liście zamajaczyła ludzka sylwetka. Wpatrzywszy się, uznała ją za znajomą, aby po kilku kolejnych oddechach potraktować już jako ukochaną. To jego kochała i to on umarł, aby wrócić w tym dziwacznym miejscu, gdzie granice żywego i martwego nie były ostre, lecz najwyraźniej stępione niczym nóż niezdolny odciąć jedno od drugiego.

– Ach, Jakubie, Jakubie, mój Jakubie – powiedziała w sobie, a dusza rozwibrowała się kolorami i wspomnieniami dawnych chwil. – Miałeś się ze mną ożenić, a dostałam Jerzego. Nie jego kochałam, przecież wiesz. Wiesz też, że cię nigdy nie zwiodłam ani nie okłamałam, Jakubie.

Zdarzyło się rzeczywiście tak, że po latach ekscentrycznego narzeczeństwa, przerywanych permanentną i nie zawsze zrozumiałą nieobecnością Jakuba, ustalili datę ślubu, odległą, za trzy lata, ale też konkretną i przybliżającą się z każdą przespaną nocą. Niestety, Jakub zniknął bez wieści, co mu się często przytrafiało, a ta o nim, przyniesiona przez Jerzego, usunęła jej ziemię spod stóp: pogrzeb Jakuba za dwa dni, oczywiście nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, gdyby powzięła zamiar...

Wykrzyknęła, że ma mnóstwo przeciwko temu wszystkiemu! Cała jej osoba tej śmierci się sprzeciwia i na nią nie zgadza! A zamiar powzięła, owszem, tylko uczestnictwa w innej ceremonii. Nie będzie farbować białej sukni na czarną!

Płakała w ramionach Jerzego, za nic mając, co sobie pomyśli, a po wyjściu brata ukochanego mężczyzny zwalił się na nią lawiną ciężki sen. Wstała w zmienionym świecie: przestała rozróżniać kolory.

Na pogrzeb nie poszła.

Jerzy roztoczył nad nią opiekę. Opieka zdawała się nie mniej czuła niż Ireny rozpacz głęboka. Wyznał, że wpadła mu w oko, a stamtąd zapadła w serce, od chwili gdy Jakub ich sobie przedstawił. Skończyli przed ołtarzem – tak splotły się fatalne nici losu. Ona w świecie bez kolorów, on w zastępstwie. Ciągnęli małżeństwo już trzeci rok. Irena nie wiedziała, kto kogo bardziej rozczarował.

Czy wolno spać obok osoby obojętnej, nie myśląc o sobie źle? Pytania tego nigdy nie wypowiedziała na głos, prawdopodobnie dlatego, że znała na nie odpowiedź.

 

Ale teraz wrócił Jakub! Anna go przywołała, a Jarosław – przerywając krąg – nie pozwolił mu odejść. Irena była jednak pewna, że to ona przy stoliku przyciągnęła ducha. Ona. Nie tamci.

Jęk pewnie opuścił jej płuca przy wydechu. Sylwetka podglądana przez roślinną ścianę znieruchomiała, nasłuchując czujnie.

Serce Ireny zabiło silniej. Czuła mokry, ciągnący przez zwilgły koc chłód.

Chodź do mnie. Chodź. No, chodź, pomyślała, zamykając oczy, a gwiazdy nie znikły spod powiek.

Gdy je otworzyła, stał nad nią Jakub, okolony aureolą cienia i mdłym poblaskiem, niewyraźny dla oka, a dokładny w sercu.

– Wróciłeś. – Nic więcej nie zdołała powiedzieć. Postać brana przez nią za Jakuba pochyliła się, ona zaś znowu przymknęła oczy. Gorący pocałunek sparzył jej usta, a lodowata dłoń dotknęła policzka. – Wróciłeś – powtórzyła w chwili, gdy rozległo się szczekanie.

Jakub zniknął, za to wzburzone, drobne kroki przybliżały się.

Wstała, otrzepała i złożyła koc. Zamierzyła powrót do pokoju: nie spać da się i tam. Gdy już miała ruszyć, coś otarło się o jej nogi, a ona krzyknęła w przestrachu. Zza ściany krzewów wyłoniła się Anna.

– Dobry wieczór.

– Dobry wieczór, pani Ireno. Czy nie widziała pani aby Zbynia? Wilczurka niewielkiego? Znowu mi nawiał.

– Nie – odparła. – Widziałam Jakuba.

Anna podeszła bliżej. Wydobyła z kieszeni szklany pojemnik, odkręciła i podała Irenie.

– Proszę przepić. Mnie pomaga, to i pani powinno. – Irena sięgnęła po apteczną buteleczkę i pociągnęła łyk. – Sama nastawiłam – zapewniła. – Szyszki sosny, chrzan, samogon.

Irena odkrztusiła:

– A ten posmak jak żółć to z chrzanu?

– A nie, to... Piołunu dodaję, wtedy komary mniej gryzą, wie pani.

Irena rozważała sens słów Anny, bo że jakiś był, nie miała wątpliwości. Nadal poruszona niedawnym spotkaniem z ukochanym, nie wróciła jeszcze do zwyczajnego stanu.

– A co pani na to, pani Ireno, abyśmy poszły na psiętarz i spędziły chwilę w zadumie? Razem?

– Psiętarz?

– No, psi cmentarz mamy w granicach ogrodu. Tak go nazywam wyłącznie na użytek prywatny. Nasze kochane psiaki wszystkie tam leżą. I Nastazja również. – Anna odebrała flaszeczkę, łyknęła odrobinę i patrząc w oczy młodej kobiety, uzupełniła: – Nastazja, złożyło się, akurat nie była psem.

Irena, wydana na nieoczekiwany wpływ alkoholu, piorunem rozchodzącego się po jej żyłach, zapytała bez namysłu, do jakiego gatunku czworonogów należała Nastazja.

– No, właśnie, problem cały w tym, że była dwunożna, pani Ireno.

Anna ruszyła, a Irena za nią.

Żona Jarosława świetnie orientowała się w ścieżkach i skrótach ogrodu, po ciemku dla Ireny nieodróżnialnych. Czasem przystawała, żeby „psi-psi” rzucić w jakieś zarośla, szczególnie gdzie według niej mógł skryć się Zbynio – tak przynajmniej Irena zinterpretowała psistanki.

Dotarły w zakątek bez wyższych roślin, za to z kamieniami i pojedynczym, sporym obeliskiem. Plan i ład tego miejsca z pewnością określały pozycję poszczególnych kamieni względem innych, Irena wszak nie zdołała odkryć organizującej je zasady.

Usiadły na skrajach kamiennej ławy, na kocu, który rozłożyła Irena, przeprosiwszy, że wilgotny od rosy.

Milczały.

Anna pociągnęła wreszcie sama nalewki i ponownie przekazała ją towarzyszce.

– Pani Ireno, musi pani wiedzieć, że przychodzę tu często po zmroku posiedzieć, ot, tak swobodnie. U nas na prowincji o rozrywki niełatwo.

Jakichże to, cierpko pomyślała Irena, prócz ekshumacji rozrywek zdoła dostarczyć cmentarz?

Zwróciła flaszeczkę Annie. Zakręciło jej się w głowie, jakby na potwierdzenie tego, że się wstawiła. Irena traktowała nadmierną konsumpcję alkoholu jako przywarę czysto męską, dlatego nawet kobiety zbyt często oglądające dno kieliszka wydawały się jej męskie i wulgarne.

– Nie chciałabym zabrzmieć grubiańsko, lecz, za pani pozwoleniem, pragnę przekazać wiadomość spóźnioną, a w sensie ścisłym niezaadresowaną do pani. Pomyślałam, że zdjęłaby niewidzialne ciężary, które pani dźwigać musi...

Irena zmilczała odpowiedź, Anna zaś, niezrażona, kontynuowała:

– Pani wie, że Jakub u nas przepędził ostatnie tygodnie, niemal do końca, a ja spędziłam z nim sporo czasu, nie tylko w opiece, też na rozmowach. On o pani dużo mówił. O tym, jaka pani jest szlachetna i dobra. O tym, że rozczula go pani skrzętna zapobiegliwość i podziwu godna pracowitość. Mówił o pani pięknie zewnętrznym i pięknym spokoju, jaki odnajdywał w pani obecności. Zapytałam Jakuba, czy nie życzyłby posłać po panią... – skłamała Anna.

Przerwała, czekając reakcji i rozważając, co jeszcze dodać. Irena siedziała nieporuszona.

– I co on na to? – zapytała drewnianym głosem młodsza kobieta.

Starsza zwlekała:

– Nie chcę, żeby patrzyła, jak pluję krwią. Nie chcę, żeby widziała mnie takim niczym. Niczym. Wystarczycie wy na Stokroci. Dość już tego umierania! – głos Anny obniżył się, a Irena wychwytywała w nim znajome metaliczne tony z przeszłości. Była pewna, że w Annę wstąpił dybuk, a dokładniej – jej Jakub. Złudzenie było tak doskonałe, iż Irena przykucnęła na trawie i złączyła dłonie z dłońmi Jakuba, użyczonymi przez Annę albo wyrwanymi z niej, tego nie wiedziała ani jej to nie obchodziło.

– Kochany Jakubie, muszę coś ci powiedzieć, kochany, muszę powiedzieć... – Przyklęknięta kobieta zaniosła się szlochem, a ta siedząca na ławce zesztywniała. Długo trwało, nim przyłożyła dłoń do mokrego policzka klęczącej, a drugą pod brodę, unosząc ją ku górze tak delikatnie, jak wznosi się w powietrze babie lato. Patrzyły na siebie, nie wiadomo, kogo widziały, natomiast dyskusji nie podlegał fakt, że więcej tam było osób niż dwie.

– Przepraszam, pani Anno. Nie wiem, co mnie napadło. To chyba ten spokój. On mnie tak demontuje po kawałku. I Jakub. On też mnie niszczył. A tutaj czuję jego obecność silniej, niż kiedy był ze mną. Przepraszam. Zgłupiałam.

Annę zalała fala tkliwości, bijącej ku tej młodej mężatce, tak przez siebie wcześniej niesprawiedliwie ocenionej. Czy to tak – zastanawiała się – że odnajduję się w jej cierpieniu i skomplikowaniu relacji damsko-męskich? Czy dopatruję się w niej mnie sprzed lat?

– Powinna pani – zaczęła Anna, po czym przymilkła, skupiona na patrzeniu w niewidoczny punkt – powinna pani zobaczyć pokój, w którym dokonywało się życie Jakuba. Czy to pomoże? Nie wiem. Istnieje wiedza, która szkodzi i zatruwa życie.

Anna już prawie spała, gdy usłyszała z podwórza, przez szparę między okienną futryną a ścianą, pogłośnione, okrutne zdanie: „I ona wzięła mnie za Jakuba! Niezła heca, prawda?”. Kroki oddaliły się w stronę drzwi wejściowych. Pewnie z kwadrans upłynął, zanim Jarosław zatoczył się do sypialni. Słyszała, jak zdejmuje odzienie, a niedługo sprężyny łóżka jęknęły pod ciężarem jego ciała, podczas gdy ona zastanawiała się, czy w gościnnym pokoju łóżko też takie jękliwe, a Jerzy równie podchmielony? A Irena? Czuwa czy schroniła się w sen?

Jarosław ułożył się na boku i odruchem małżeńskim ramię zarzucił niczym cumę na ciało żony, knecht jednak mniej był uśpiony, niżby sobie winszował.

– Musisz otworzyć pokój – rzekła. – Dla Ireny. Ty się w tej układance nie liczysz, Psie.

Nie nazbyt wczesnym rankiem Anna, przemocą wewnętrzną zwleczona z łóżka, odkryła Irenę w kuchni, rozgadaną z Cecylią, a obydwie zajęte krojeniem i mieleniem mięs na urodziny Jarosława. Przywitała się i zapytała o ciasta, a potem dopytała, czy panienki już po śniadaniu. Cecylia na to, że owszem. A gdzie one? A poszły do wsi, bo dziś objazdowe kino dziecięce przyjeżdżało. No, tak – zapomniała o tym, pochłonięta ostatnimi wydarzeniami.

W ogrodzie Jerzy z Wieśkiem i Kaziem pracowali nad wkopaniem w ziemię ramy pod kurtynę. Nie rozmawiała z nimi, bo nie chciała przeszkadzać, a i czuła jakieś spłoszenie – wstali wszyscy i zabrali się za swoje życie, nie dbając o nią. Za kilka godzin przybędą dzieci na generalną próbę tej katastrofy, zaplanowanej na urodzinowy prezent i z nadzieją na osobisty, malutki sukces.

Poczuła nagle, jak ściany świata napierają na jej skronie.

Umknęła do wzdychalni na piętrze, zamierzając odzyskać tam spokój ciała i jasność umysłu.

Usiadła w fotelu, a wzrok skupiła na porcelanie o wielorybich kształtach.

Siedziała i patrzyła, próbując przedstawić sobie przed oczyma taflę wodną, spokojną i nieskończenie błękitną. Wtem drzwi naraz zaskrzypiały i wszystko zaczęło czernieć.

Wszedł Jarosław.

– Tuszko, wszystko dobrze? – zapytał w progu, bardziej żeby zaświadczyć o swojej obecności, niż uzyskać odpowiedź, tę bowiem znał: nie było.

Zgodnie z jego przypuszczeniem nie było dobrze, Anna nie zareagowała, pogrążona w smolistych pejzażach. Zbliżył się do fotela i delikatnie położył rękę na jej ramieniu, a ona niespodziewanie wyrzuciła z siebie:

– On ją krzywdzi, rozumiesz!? Krzywdzi!

– Anno, co za głupstwa wygadujesz?

Dzień przed urodzinami, kiedy zawsze otwierała się przed nim otchłań pustki, kiedy najchętniej zagrzebałby się w gawrze, czekając, aż zima jego życia minie i odrodzi się młody, w taki dzień najbardziej pragnął uniknąć sporu z Anną.

– Ty nie rozumiesz! Ona się przy nim rozpadnie! Rozpadnie na kawałeczki, a każdy kawałeczek na jeszcze więcej kawałeczków, a te na jeszcze drobniejsze, aż z Ireny zostanie żwir. Żwir, pojmujesz?! Żwir, po którym wszyscy depczą!

Jarosław zrozumiał tyle, że nie do końca o Irenę szło, a nawet jeśliby Irena stała się obiektem troski Anny, to przecież on sam troskę pragnął okazywać żonie, a nie gościom przejazdem. Nadto pewność w nim wzrastała, że chodziło o dawne czasy, o niepokoje pozostawione w przeszłości każdego ze stokroczan, a do tego wolałby nie wracać. I tak wszystko wymykało się spod kontroli.

– Czy coś zrobić?

Milczała długo, a Jarosław stał cierpliwie niczym uczeń na apelu.

– Powiedziałam ci w nocy. A teraz już idź. Chcę zostać sama.

Wiedział z doświadczenia, że przeciwstawianie się Annie w takim jej stanie było bezcelowe. Wyszedł.

Pojawili się niezapowiedziani goście aż ze stolicy, lokomotywką przybyli, potem furmankę najęli, a i ci z pobliża zapowiedziani niestety również przyszli w nadkomplecie. Do dworu przyciągnęła też garstka rodziców w nadziei ujrzenia swoich pociech w sztuce, co ją pani szykowała od dwóch było już tygodni.

Anna podziwiała mechanizm odsuwania kurtyny, zaprojektowany przez Jerzego: starczyło kręcić korbką, a spadochronowa tkanina przesuwała się na prawo, odsłaniając widok w głąb ogrodu, ujęty w drewnianą ramę z odległym maźnięciem rzeki. Mężczyźni ułożyli ponadto atrapę sceny z desek, zbitą po bokach rozmaitymi elementami starych mebli: wykorzystali nogi, fragmenty blatów, a nawet ze dwa lica szuflad. Całość sprawiała wrażenie zaskakująco przyjemne i wręcz przemyślane.

Zanim publiczność zajęła miejsca, Cecylii uciekły gąseczki. Kostek zapytał, czemu takie małe. Odpowiedziała mu Weronka:

– No, bo to szczeniaczki są.

Annie udzielało się podniecenie dzieciaków, ciekawość i pragnienie sukcesu.

Wreszcie kurtyna poszła w bok i spektakl się rozpoczął.

Weronka wyrzekła dumnie i bezbłędnie pierwsze zdanie i stała się lwem w ogromnym kołnierzu ze słomy, wymyślonym, wykonanym i sprezentowanym przez jej dziadka. Co prawda Anna uważała, że Weronka w nim bardziej podobna jest do żubra niż lwa, ale jakie to miało znaczenie?

Anna z niejaką satysfakcją przyglądała się zdumieniu Jerzego, gdy weszła Irena. Postanowiły jej udział zachować w tajemnicy i uczynić z niego niespodziankę.

IRENA

Zmieniłam odzienie,

Na przemyślenie

Chwil tu zdarzonych

Będę potrzebować

Dni niepoliczonych.

ANNA

Pani Ireno, świetnie się składa,

Bo właśnie Pirama dotknęła ta skaza

Miłości niezbyt dobrze widzianej.

Pani rozumie? Pani też cierpi?

IRENA

Może gdzieś coś w czwartej części.

WŁADEK

O, dlaczego lwom daje lwią postać Natura?

Aby krwiożerczy lew mógł kwiatuszek mój spożyć?

WERONKA

Czy ryczeć? Bo Lew...

Tak słyszałam, gdy w grzywę pazurem

Się drapałam.

ANNA

Jeszcze nie teraz, luba Weronko.

Wstrzymaj ryki w sobie, a ja tak ci zrobię,

 

Abyś ryknąć mogła jak nigdy,

Potrzebuję tylko ludzkiej krzywdy,

Jako paliwa dla opowiadania tego,

Bo bez niego ryki będą do niczego.

WERONKA

Poczekam trochę,

Aby ryknąć mocno,

A teraz popłaczę.

Spektakl toczył się bez znaczniejszych wpadek. Nikt bardzo tekstu nie pogubił, a dopiski Anny brzmiały tak naturalnie, jak to tylko do pomyślenia przy sztuce, oględnie mówiąc, nienowej, za to szlachetnej.

WŁADEK

Niechaj sobie cztery pary

Wiecznie dochowują wiary.

A natura niech ich dzieci

Żadną skazą nie oszpeci.

JULCIA

Jeśli zaś i do marzenia

Masz niechętne zastrzeżenia,

Jeśli patrzysz niełaskawie

Na te letnie sny na jawie,

Niech to zbytnio cię nie złości:

Poprawimy się w przyszłości.

ANNA

To już dobrze. Daję słowo

Jakem Anna, ruszę głową

I wymyślę sny ciekawsze,

Takie, które odtąd zawsze

Będą na świat jawy płaski

Rzucać swoje barwne blaski.

Jarosławie, mężu drogi,

Zaproś nas za swoje progi,

A swą mądrą obecnością

Przemień nas wnet tą radością

Na to, co wciąż w sercu mamy,

A czego nigdy nie postradamy.

Chociaż braki nieraz przecie

Najważniejsze są na świecie.

Lecz gdy ktoś zbraknie komuś,

Wtedy rozpacz po kryjomu

Toczy czerwiem dnie i noce,

Próżne są najszczersze moce.

Braku nikt już nie ukoi,

Nikt nie sprosta takiej roli.

Tak, mój drogi, mój kochany,

Przyjdą, znowu przyjdą zmiany.

Anna napisała więcej wersów, ale je zachowała tylko dla siebie. I tak już uważała, że naruszyła granicę zabawy i prywatności Jarosławowego święta, dawszy upust nienazwanym lękom i strachom.

Rozległy się brawa.

Szczęśliwa Weronka ryczała lwio ponad program. Anna kłaniała się razem z dziećmi, roześmianymi i przejętymi. Odebrała z Ireną z tuzin gratulacji i podziękowań, a myślała tylko o tym pokoju zamkniętym od lat, o miejscu przeklętym w samym sercu domowego życia. Nie mogła doczekać się, aż wszyscy znikną ze Stokroci, aż opadnie na kanapę obok Jarosława, uchwyci jego dłonie i zwyczajnie posiedzą, nie wypowiadając ani słowa, jak zawsze, gdy starali się przywrócić utraconą równowagę. Na razie musiała wypełniać obowiązki gospodyni, a tego nie lubiła – ochania i achania, udawanego zainteresowania i rozmówek o niczym.

– Po co ludzie tacy są? – zapytała kiedyś męża. – Przecież mają w głębokim poważaniu moje zdanie, a ja ich zdanie poważam podobnie.

Jarosław ubijał towarzyskie interesy. Widziała, że Jerzy go nie odstępował i każdemu z co znaczniejszych gości prawił mniej czy bardziej jaskrawy komplement. Pomyślała, że to karierowicz, niegodny zaufania, chociaż kurtynę sprawił wyśmienitą.

Po wczesnej, uroczystej kolacji – Anna zaplanowała niecodzienną godzinę, chcąc towarzyskość zostawić jak najprędzej za sobą – goście zaczęli się zbierać. Wieśkowi kazała zaprząc konie i varsovieńskich gości na kolejkę odwieźć.

Goście dziwili się, że tak wcześnie, do odjazdu sporo czasu zostało. Anna odpowiedziała im naprędce skleconą historyjką o stadzie łosi, tarasujących nagminnie drogę i za nic sobie mających pokrzykiwania ludzkie.

– No i te łosie – skończyła – należy bezwzględnie wkalkulować w czas podróży.

Wyjechali albo wyszli wszyscy nieswoi z wyłączeniem młodego małżeństwa.

Anna pomogła Cecylii, córkom i Irenie uprzątnąć naczynia. Jarosław skrył się w gabinecie, przeczołgany jak byle rekrut, a Jerzy zapytał ją, czy życzy sobie, by rozmontować ramę i scenę. Scenę tak, ramę chciała pozostawić na pamiątkę.

Niezbyt grzeczne było delegowanie gościa do prac demontażowych, ale z drugiej strony powinien on nauczyć się ostrożnie obchodzić z grzecznością: ktoś mógłby nie zechcieć dostrzec kurtuazji w kurtuazyjnej propozycji, jak ona dla przykładu teraz z premedytacją.

Annę osaczyły z każdej strony wyrzuty sumienia: i o spektakl, i o gości, i o Jarosława. Poczuła takie palpitacje serca, że musiała pilnie się położyć.

Uwolniła opuchnięte kostki z pantofli, a już to wystarczyło, żeby poczuć się lepiej.

Wypadła jej przed oczy, niby nieoczekiwana fotografia z książki, twarz Weronki w słomianej grzywie żubra grającego lwa i ten naiwny obraz, zarazem czuły, przegnał bliższe lęki, kołysząc Annę do snu, jakby w sen opadała łagodnie na spadochronie.

Gdy wstała, dwór już prawie zmilkł, ograniczając dźwięki do zwyczajowych skrzypnięć i niewielkich tąpnięć. Godzina była tak późna, że córki powinny spać w łóżkach, co się stało, a w czym upewniła się, zajrzawszy do pokojów. Zeszła na dół: pociągała ją wizja kieliszka wina albo nalewki. Goście stołeczni przywieźli skrzynkę importowanych butelek. Zamierzała uczynić użytek z prezentu, koniec końców znajdowała się w potrzebie.

Gdy przechodziła obok gościnnej sypialni, wydało jej się, że słyszała tłumiony płacz. Nigdy nie była ciekawska, nie podsłuchiwała ani nie ulegała plotkom, tym razem w drodze wyjątku przyłożyła ucho do szpary w drzwiach. Nie przesłyszała się. Nie weszła do pokoju, stłumiła w sobie współczujący impuls. Wiedziała, jak niebezpieczną bronią bywało współczucie, jak bardzo potrafiło poniżyć; tylko miłość i oddanie miały w sobie pieczęć piękna, zdolną pokonać ludzkie i nieludzkie demony.

Piękno? Prawda? Dobro? Bez miłości karlały, stając się własnym przeciwieństwem, rozkłączającym się w ciemną ziemię.

Okazało się, że ktoś otworzył umieralnię. Światło biło otwartymi drzwiami w ciemny korytarz. Zawahała się: dotrzeć do spiżarki dałoby się innym sposobem. A przecież do tego dążyła: przemienić ostatni pokój Jakuba w pomieszczenie codzienne.

Nie umiała zliczyć momentów, kiedy powstrzymała język za zębami i nie mówiła nic z kwestii ciążących jej na głowie: – Nie buduj świątyni kościom w sercu naszego życia – takie zdanie powtarzała wiele razy na próbę w samotności, aby później wiele razy zmilczeć Jarosławowi. Rozumiała ból po utracie najbliższej osoby. Doświadczała tego bólu każdego dnia. Utraciła najukochańszego towarzysza, choć był obok. Rana paliła jakby świeża, gdy na niego patrzyła.

Anna podeszła do otwartych drzwi. Pokój był niewielki, wąski, jakby obudowany wokół równie wąskiego łóżka. Biureczko z krzesłem stały pod oknem zabitym deskami. Światło paliło Jakuba pod koniec, jakby przeszedł na stronę nocnych stworzeń, a że stosownych zasłon nie zdołali zdobyć, Jarosław osobiście zabił okno deskami i jeszcze zawiesił kawał płótna ze spadochronu.

Na łóżku siedział jej mąż, tak jak często ongiś siadywał. Na jego kolanach spoczywała głowa Jerzego, ułożonego na boku jak przerośnięty płód. Jedna ręka męża swobodnie spoczywała na biodrze młodego mężczyzny, druga zaś gładziła jego włosy. Na brudnej podłodze leżały wyschłe truchełka moli, pająków, a nawet biedronek, kolonie całe i martwe.

– Jak to tak? Jak? Irena chce mnie rzucić...

Bardzo źle wtedy o Jerzym pomyślała Anna: padalec, wykorzystuje problemik, żeby Jarosława do siebie przywiązać. To jest niskie, takie niskie!

Jarosław machinalnie gładził włosy Jerzego, który kontynuował półgłosem:

– Byłem dla niej niedobry. Wykorzystałem jej ból po moim bracie. Ja... często... gdym do pana zadzwonił, miałem w zamyśle spieniężenie pańskich listów do Jakuba. Myślałem, że coś dla pana znaczą. Potem nie umiałem zdobyć się na przedstawienie oferty. Pan i pana żona tak naturalnie nami się zajęliście, i Jakubem, tyle kłopotu sobie zadaliście... Nie umiałem wypowiedzieć tego, z czym przyjechałem, że z listami nadal do rozwiązania sprawa...

Zapadła cisza długa i cienka, pod jej granicą kotłowały się rozmaite myśli, walczące o pierwszeństwo.

– Niekiedy tak bardzo przypominasz mi Jakuba, że zdołałbym ci wybaczyć każdą podłość. I listy bym spłacił nie dla nich samych, tylko dla ciebie, w którym widzę odbicia Jakuba. I szantażować też bym się pozwolił. Spłacałbym jego życie, chociaż nie mam mu nic do spłacenia.

– Listy ukryłem w szopie – wyznał Jerzy. – W skrzyni z narzędziami znajdzie pan niebieską teczkę. Miałem o tym poinformować listownie już z miasta. Nie chcę być złym człowiekiem. Nie chcę. Mam w sobie... coś jakby skłonność do łatwego zła. Takich podłostek...

W tym momencie Anna wkroczyła do grobowca. Ubłocone buty Jerzego spoczywały na łóżku. Jarosław nie zdziwił się. Powoływał w opowiadaniach bardziej niesamowite zdarzenia niż żona wchodząca do pokoju. Odsunęła krzesło od biurka, odwróciła je i zasiadła naprzeciwko mężczyzn.

– Tul go, Jarosławie. Utul. Pożegnaj – rzekła – bo ja nie. Nie chcę. – Szukała słów, żeby wyrazić coś tak banalnego, że sama tym słowom nie potrafiłaby zaufać. – Pan czuł, że Jakub był od pana lepszy we wszystkim, prawda? A to nieszczęście tak myśleć. Pan rozumie, panie Jerzy, Irena jeszcze nie jest stracona. Ona w panu widzi podobne światło, a nawet jeśli przymruża oczy, to nie znaczy, że oślepła. Niech pan ufa kobietom. Kobiety widzą więcej, niż dają poznać.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?