Nauka świata dysku II: GlobTekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Terry Pratchett
Ian Stewart
Jack Cohen
Nauka Świata Dysku II
Glob

Przełożył

Piotr W. Cholewa


Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Precz, z dwudzielnym żądłem węże!

Niech jeż, co się w kolcach lęże,

Niech padalec i niech żmija

Łoże królowej omija.

Miałem sen, ale przechodzi rozum człowieka powiedzieć, co to był za sen. Człowiek zostałby osłem, gdyby się ośmielił taki sen wykładać. Zdało mi się, żem był... żaden człowiek nie zgadnie, czym byłem. Zdało mi się, żem był, zdało mi się, że miałem... lecz człowiek byłby pstrym pajacem, gdyby się podjął wyrazić, co mi się zdało, żem miał. Oko ludzkie nie słyszało, ucho ludzkie nie widziało, ręka ludzka nie jest zdolna posmakować, język pojąć ani serce wyrzec, czym był mój sen.

Nigdym większego głupstwa nie słyszała.

William Shakespeare, Sen nocy letniej

(przeł. Stanisław Koźmian)

Nie słucham ich! Kurzajki mają!!

Arthur J. Nightingale, The Short Comedy of Macbeth

PRZEPROSINY: książka ta stanowi prawdziwy opis wydarzeń życia Williama Shakespeare’a, jednak tylko dla danej wartości „prawdy”.

Uwaga: Mogą się trafić czubki.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1
Wiadomość w butelce

W wietrznej, czujnej ciszy lasu magia polowała na magię, bieżąc na cichych stopach.

Maga można bezpiecznie zdefiniować jako wielkie ego, które zwęża się w szpic u góry. Dlatego magowie niezbyt dobrze przyjmują towarzystwo innych. To by przecież znaczyło, że powinni się do tych innych dostosować. A magowie nie chcą się stosować do innych. Nie są jak inni.

A zatem wśród leśnych gąszczy, pełnych cieni nakrapianych słonecznymi plamkami, nowych pędów i ptasich treli, magowie, którzy teoretycznie wtapiali się w tło, w rzeczywistości wyróżniali się z tła. Zrozumieli teorię kamuflażu – a przynajmniej kiwali głowami, kiedy im ją tłumaczono – ale potem wszystko pomylili.

Weźmy na przykład to oto drzewo. Jest niskie i ma wielkie, poskręcane korzenie. Ma też w pniu kilka interesujących otworów. Liście są jaskrawozielone, a z konarów zwisa mech. W szczególności jedna z kosmatych pętli tego szarozielonego mchu wygląda całkiem jak broda. Co jest dziwne, ponieważ wypukłość pnia nieco wyżej bardzo przypomina nos. Jest też plama na korze, która mogłaby być oczami...

Ale ogólnie biorąc, stanowczo jest to drzewo. Właściwie jest o wiele bardziej podobne do drzewa niż zwykłe drzewa. Żadne inne drzewo w lesie nie wygląda tak drzewiaście, nie budzi wrażenia tej wyjątkowej korowatości, nie emanuje ulistwieniem. Gołębie i wiewiórki ustawiają się w kolejce, by zająć miejsce na jego gałęziach. Zjawiła się nawet sowa. Inne drzewa to zwykłe kije z zielenią na końcu w porównaniu z tym właśnie...

...które uniosło gałąź i strzeliło do innego drzewa. Wirująca pomarańczowa kula przemknęła w powietrzu i rozplasnęła się na niewielkim dębie.

Coś zaczęło się dziać z trafionym dębem. Gałązki, plamy cienia i kora, które wyraźnie tworzyły wizerunek starego, sękatego drzewa, teraz równie wyraźnie stały się twarzą nadrektora Mustruma Ridcully’ego, włodarza Niewidocznego Uniwersytetu (dla nadzwyczajnie magicznych) – twarzą ociekającą pomarańczową farbą.

– Mam cię! – krzyknął dziekan, a wystraszona sowa sfrunęła mu z kapelusza.

Miał szczęście ów ptak, gdyż w następnej chwili strąciła kapelusz pędząca kula niebieskiej farby.

– Aha! Oberwałeś, dziekanie! – huknął stary buk.

Zmienił się – wcale się nie zmieniając – i stał się postacią wykładowcy run współczesnych.

Dziekan odwrócił się, a wtedy trafiła go w pierś kula pomarańczowej farby.

– Naszpikuję cię dozwolonym barwnikiem! – wrzasnął podniecony mag.

Dziekan spojrzał gniewnie na drugi koniec polany, na dziką jabłoń, która teraz stała się kierownikiem Katedry Studiów Nieokreślonych.

– Co? Przecież jestem po twojej stronie, ty durniu! – powiedział dziekan.

– Niemożliwe! Byłeś takim świetnym celem[1]!

Dziekan wzniósł laskę. I natychmiast pół tuzina pomarańczowych i niebieskich bąbli trafiło go ze wszystkich stron, gdy pozostali magowie wystrzelili.

Nadrektor Ridcully wytarł farbę z oczu.

– No dobra, chłopcy – powiedział i westchnął. – Wystarczy na dzisiaj. Pora na herbatkę, co?

Bardzo trudno, jak sobie uświadomił, skłonić magów do zrozumienia koncepcji gry zespołowej. Zwyczajnie nie mieściła się w magowym systemie myślenia. Mag mógł pojąć układ, powiedzmy, magów przeciwko jakiejś innej grupie, ale całkiem się gubił, gdy przychodziło do układu magów przeciwko magom. Mag przeciwko magom, proszę bardzo, z tym nie było problemów. Zaczynali jako dwa zespoły, ale gdy tylko dochodziło do starcia, natychmiast ogarniało ich podniecenie, nerwowość – i strzelali do wszystkich bez różnicy. Jeśli ktoś był magiem, to wiedział w głębi serca, że każdy inny mag jest jego wrogiem. Gdyby pozostawić im odbezpieczone laski, zamiast blokować je tak, by wystrzeliwały tylko zaklęcia farbujące – Ridcully dopilnował tego osobiście – las stałby już w ogniu.

W każdym razie świeże powietrze na pewno im nie zaszkodzi. Ridcully zawsze uważał, że na uniwersytecie jest za duszno. A tu, w lesie, świeci słońce, śpiewają ptaki, dmucha ciepły wietrzyk...

...zimny wietrzyk. Temperatura szybko spadała.

Ridcully spojrzał na swoją laskę. Tworzyły się na niej kryształki lodu.

– Jakoś tak chłodno się zrobiło całkiem nagle, co? – powiedział.

Skóra mrowiła w mroźnym powietrzu.

I wtedy świat się zmienił.

* * *

Rincewind, profesor nadzwyczajny okrutnej i niezwykłej geografii, katalogował swoją kolekcję kamieni. Ostatnio było to podstawowym stanem jego istnienia. Kiedy nie miał nic innego do roboty, sortował kamienie. Jego poprzednicy na tym stanowisku przez wiele lat przywozili ze sobą niewielkie próbki okrutnej i niezwykłej geografii, ale nigdy nie mieli czasu, żeby je skatalogować. Rincewind uznał więc to za swój obowiązek. Poza tym było to cudownie nudne zajęcie, a uważał, że na świecie wyraźnie brakuje nudy.

Rincewind był najmniej ważnym członkiem grona profesorskiego. Nadrektor dał nawet wyraźnie do zrozumienia, że jeśli idzie o ważność, to jego ranga jest nieco niższa od tych rzeczy, które chrzęszczą w drewnie. Nie otrzymywał pensji i miał zagwarantowany całkowity brak stabilności stałego kontraktu. Z drugiej strony jednak miał zapewniony darmowy opierunek, miejsce przy stole w czasie posiłków oraz wiadro węgla dziennie. Przysługiwał mu też gabinet, nikt go nigdy nie odwiedzał, a także otrzymał ścisły zakaz nauczania kogokolwiek czegokolwiek. W sensie akademickim mógł się zatem uważać za szczęściarza.

Dodatkowym powodem tego był fakt, że w rzeczywistości otrzymywał siedem wiader węgla dziennie i tyle czystego prania, że nawet skarpety miał wykrochmalone. To dlatego, że nikt nie zauważył, iż Blunk, woźny węglowy, zbyt opryskliwy, żeby cokolwiek czytać, roznosił węgiel ściśle według tabliczek na drzwiach gabinetów.

Dziekan dostawał zatem jedno wiadro dziennie. Podobnie kwestor.

Rincewind dostawał siedem, ponieważ nadrektor uznał go za użytecznego odbiorcę wszystkich tytułów, katedr i stanowisk, które (wskutek dawnych zapisów, paktów oraz – przynajmniej w jednym przypadku – klątwy) uniwersytet obowiązkowo musiał obsadzać. W większości nikt nie miał bladego pojęcia, czym one są, i nie chciał mieć z nimi nic wspólnego, na wypadek gdyby jakiś przepis nakazywał wtedy kontakty ze studentami; wszystkie więc zostały przyznane Rincewindowi.

Codziennie rano Blunk ze stoickim spokojem dostarczał siedem wiader węgla pod drzwi wspólnego gabinetu profesora okrutnej i niezwykłej geografii, kierownika Katedry Eksperymentalnej Sprzyjalności Szczęścia, wykładowcy dynamiki spamowodzi, nauczyciela metaloplastyki[2], kierownika Katedry Publicznych Nieporozumień, profesora antropologii wirtualnej i wykładowcy przybliżonej precyzji...

...który zwykle otwierał drzwi w kalesonach – to znaczy otwierał drzwi w murze, ubrany w kalesony – i z zadowoleniem odbierał węgiel, nawet jeśli dzień był upalny. Na Niewidocznym Uniwersytecie stanowiska miały swój budżet. Jeśli ktoś nie wykorzystał wszystkiego, co dostawał, to następnym razem dostawał mniej. Nawet jeśli oznaczało to pieczenie się przez całe lato, żeby mieć w miarę ciepło zimą, to przecież niewysoka cena do zapłacenia za właściwe procedury finansowe.

Tego dnia Rincewind wniósł wiadra do środka i wysypał je na stos w kącie.

Coś za nim brzęknęło.

Był to dźwięk niegłośny, subtelny, ale dziwnie drażniący. Towarzyszył pojawieniu się – na półce nad biurkiem Rincewinda – butelki po piwie w miejscu, gdzie do tej chwili żadnej butelki po piwie nie było!

Zdjął ją i obejrzał. Całkiem niedawno zawierała pół kwarty Specjalnie Warzonego Winkle’a. Nie miała w sobie absolutnie nic eterycznego – tyle że była niebieska. Etykieta miała niewłaściwy kolor, a tekst mnóstwo błędów, ale praktycznie cały znajdował się na miejscu, łącznie z ostrzeżeniem drobnym, wręcz bardzo drobnym drukiem: „Może zawierać czubki”[3].

 

Teraz zawierała karteczkę.

Rincewind wyjął ją ostrożnie, rozwinął i przeczytał.

A potem przyjrzał się obiektowi, który stał obok butelki. Była to szklana kula średnicy mniej więcej stopy; w jej wnętrzu unosiła się mniejsza kula, niebieska z białymi kłaczkami.

Ta mniejsza kula była światem, a przestrzeń wewnątrz większej była nieskończenie wielka. Świat, a także cały wszechświat, którego ów świat był elementem, został stworzony przez magów Niewidocznego Uniwersytetu właściwie przypadkiem. Fakt, że skończył na półce w malutkim gabinecie Rincewinda, był precyzyjną wskazówką, jak bardzo się nim interesowali, kiedy minęła już początkowa ekscytacja.

Rincewind zaglądał czasem do niego przez omniskop. Świat miewał głównie zlodowacenia i był mniej interesujący od hodowli mrówek. Czasami Rincewind potrząsał nim w nadziei, że zrobi się ciekawszy, ale jakoś nie wywoływało to większych skutków.

Raz jeszcze spojrzał na karteczkę.

List był niezwykle wręcz zagadkowy. A uniwersytet miał kogoś odpowiedniego do zajęcia się taką sprawą.

* * *

Myślak Stibbons, podobnie jak Rincewind, także pełnił kilka funkcji. Zamiast jednak aspiracji do siedmiu, okazał permanencję przy trzech. Od dawna był już czytelnikiem niewidzialnych tekstów, potem zdryfował w stronę funkcji kierownika niewskazanych zastosowań magii, a następnie z całą swą naiwnością wkroczył na stanowisko prelektora, co jest tytułem akademickim oznaczającym osobę, której powierza się irytujące zadania.

W szczególności na niego spadało zarządzanie uczelnią pod nieobecność starszych członków grona profesorskiego. A że trwała akurat wiosenna przerwa w zajęciach, rzeczywiście byli nieobecni. Podobnie jak studenci. Uniwersytet zatem działał z niemal szczytową wydajnością.

Myślak rozprostował pachnącą piwem kartkę i przeczytał:

POWIEDZ STIBBONSOWI NIECH SIĘ TU ZJAWI NATYCHMIAST. ZABIERZE BIBLIOTEKARZA. BYŁEM W LESIE, JESTEM W ŚWIECIE KULI. JEDZENIE NIEZŁE, PIWO FATALNE. MAGOWIE BEZUŻYTECZNI. SĄ TEŻ ELFY. BRZYDKIE CZYNY SIĘ SZYKUJĄ.

RIDCULLY

Spojrzał na brzęczącą, stukającą, a przede wszystkim zapracowaną konstrukcję HEX-a, uniwersyteckiej magicznej maszyny myślącej, i bardzo starannie ułożył kartkę na tacy będącej częścią tej chaotycznej struktury.

Mechaniczne oko, mające stopę średnicy, opuściło się wolno z sufitu. Myślak nie wiedział, jak działa; wiedział tylko, że składało się z ogromnej liczby cieniutkich rurek. Pewnej nocy HEX narysował plany, a Myślak zabrał je do gnomów-jubilerów. Już dawno stracił orientację w działaniach HEX-a. Maszyna zmieniała się prawie codziennie.

Szczęknęła pisarka i pojawiła się wiadomość.

+++ Elfy Wkroczyły Do Świata Kuli. Tego Należało Oczekiwać +++

– Oczekiwać? – zdziwił się Myślak.

+++ Żyją We Wszechświecie Pasożytniczym. Potrzebuje Nosiciela +++

Myślak spojrzał na Rincewinda.

– Rozumiesz coś z tego? – zapytał.

– Nie – odparł Rincewind. – Ale spotykałem już elfy.

– I...?

– I uciekałem od nich. Nie należy kręcić się za blisko elfów. Zresztą to nie moja dziedzina, chyba że zaczną kuć metaloplastykę. A poza tym w tej chwili na świecie Kuli nie ma niczego.

– Zdaje się, że donosiłeś o różnych gatunkach, które się tam pojawiają.

– Czytałeś to?

– Czytam wszystkie dokumenty, które trafiają do obiegu.

– Poważnie?

– Pisałeś, że co jakiś czas rozwija się jakiś typ inteligentnego życia, które wytrzymuje przez parę milionów lat, a potem wymiera, bo powietrze zamarza albo kontynenty eksplodują, albo wielgachny kamień spada do morza.

– Zgadza się – przyznał Rincewind. – W tej chwili glob znowu jest śnieżną kulą.

– W takim razie co tam robią profesorowie?

– Najwyraźniej piją piwo.

– Kiedy cały świat jest zamarznięty?

– Może to lager.

– Ale przecież powinni teraz biegać po lesie, integrować się, rozwiązywać problemy i strzelać w siebie nawzajem zaklęciami farbującymi – przypomniał Myślak.

– A po co?

– Nie czytałeś komunikatu, który rozsyłał nadrektor?

Rincewind zatrząsł się tylko.

– Nigdy ich nie czytam – oświadczył.

– Zabrał wszystkich do lasu, żeby budować dynamiczny etos grupy – wyjaśnił Myślak. – Miał jeden z tych swoich Wspaniałych Pomysłów. Twierdzi, że jeśli grono wykładowcze lepiej się pozna, będą zadowolonym i bardziej wydajnym zespołem.

– Ale przecież oni się znają. Znają się już od wieków! I właśnie dlatego specjalnie się nie lubią. Nigdy się nie zgodzą, żeby ich zmienić w zadowolony i wydajny zespół.

– Zwłaszcza na lodowej kuli – przyznał Myślak. – W każdym razie powinni teraz być w lesie, pięćdziesiąt mil stąd, a nie w szklanej kuli w twoim gabinecie. Nie istnieje sposób przedostania się do świata Kuli bez użycia znaczących ilości magii, a nadrektor zakazał mi uruchamiania reaktora thaumicznego z mocą choćby zbliżoną do maksymalnej.

Rincewind raz jeszcze spojrzał na list z butelki.

– A jak wydostała się butelka? – zapytał.

+++ Ja To Zrobiłem +++ wypisał HEX. +++ Nadal Prowadzę Obserwację Świata Kuli. I Rozwijałem Całkiem Interesujące Procedury. W Tej Chwili Nie Sprawia Mi Trudności Reprodukcja Artefaktu W Świecie Rzeczywistym +++

– Dlaczego sam nie powiedziałeś, że nadrektor potrzebuje pomocy? – westchnął Myślak.

+++ Tak Świetnie Się Bawili, Próbując Przesłać Butelkę +++

– A możesz ich tu przenieść?

+++ Tak +++

– W takim razie...

– Jedną chwileczkę – przerwał mu Rincewind, pamiętając niebieską butelkę i błędy w pisowni. – Czy potrafisz ich tu sprowadzić żywych?

HEX wydawał się urażony.

+++ Oczywiście. Z Prawdopodobieństwem 94,37% +++

– Nie taka wielka szansa – uznał Myślak. – Ale może...

– Drugą chwileczkę – wtrącił znowu Rincewind, wciąż myśląc o butelce. – Ludzie to nie butelki. Co powiesz na żywych, z normalnie funkcjonującymi mózgami oraz wszystkimi kończynami i organami na właściwych miejscach?

Nietypowo dla siebie, HEX milczał chwilę, nim odpowiedział:

+++ Nieuniknione Są Pewne Drobne Zmiany +++

– Jak drobne, dokładnie?

+++ Nie Mogę Zagwarantować Odzyskania Więcej Niż Jednego Egzemplarza Każdego Organu +++

Obaj magowie milczeli, zmrożeni informacją.

+++ Czy To Jakiś Problem? +++

– Może jest inny sposób? – zastanowił się Rincewind.

– Dlaczego tak sądzisz?

– W tym liście proszą o bibliotekarza.

* * *

Wśród nocy magia sunęła na cichych stopach.

Po jednej stronie zachodzące słońce barwiło horyzont czerwienią. Świat krążył wokół gwiazdy centralnej. Elfy nie wiedziały o tym, a gdyby nawet wiedziały, nie przejęłyby się specjalnie. Nigdy nie przejmowały się tego rodzaju szczegółami. Ten wszechświat pozwolił życiu rozwinąć się w wielu dziwnych miejscach, ale elfów to również nie interesowało.

Powstało tu wiele żywych istot. Jak dotąd żadna z nich nie miała tego, co elfy uważały za potencjał. Ale tym razem pojawiło się coś obiecującego.

Oczywiście, świat ten miał również żelazo. Elfy nienawidziły żelaza. Jednak tym razem sukces wart był ryzyka. Tym razem...

Jeden z nich dał sygnał. Zdobycz była już blisko, bardzo blisko. Teraz ją widziały – skupiona w drzewach dookoła polanki: ciemne plamy na tle zachodzącego słońca.

Elfy się zebrały. A potem – w tonacji tak niezwykłej, że głos trafiał do mózgu, nie korzystając po drodze z uszu – zaczęły śpiewać.

[1] I w tym krótkim zdaniu można odczytać samą istotę bycia magiem.

[2] Ta funkcja jest najwyraźniej skutkiem pewnej interpretacji klątwy sprzed około tysiąca dwustu lat, rzuconej przez konającego nadrektora. Brzmiała ona bardzo podobnie do „Obyś zawsze tych młotów uczył!”.

[3] Lord Vetinari, Patrycjusz i najwyższy władca miasta, bardzo poważnie traktował opisy produktów żywnościowych. Niestety, w tej kwestii zwrócił się o radę do magów z Niewidocznego Uniwersytetu, a pytanie sformułował następująco: „Czy można, biorąc pod uwagę wielowymiarową przestrzeń fazową, anomalie metastatystyczne oraz zasady prawdopodobieństwa, zagwarantować z absolutną pewnością, że cokolwiek wcale nie zawiera czubków?”. Po kilku dniach magowie musieli przyznać, że odpowiedź brzmi „nie”.

Vetinari nie zgodził się na wersję: „Prawdopodobnie nie zawiera czubków”, gdyż uznał ją za mało przydatną.

2
Umpdziesiąty umpty pierwiastek

Działanie Świata Dysku opiera się na magii, działanie świata Kuli opiera się na regułach. I chociaż magia potrzebuje reguł, a niektórzy uważają reguły za magiczne, są to dwie zupełnie inne rzeczy. Przynajmniej pod nieobecność interferencji magicznej. Takie było główne przesłanie poprzedniej książki, Nauki Świata Dysku. Nakreśliliśmy tam historię wszechświata od Wielkiego Wybuchu, poprzez stworzenie Ziemi, do ewolucji niezbyt obiecującego gatunku małp. Opowieść kończyła się dalekim przeskokiem w przyszłość, do katastrofy windy kosmicznej, za pomocą której tajemniczy gatunek (który przecież w żaden sposób nie mógł powstać z tych małp, zainteresowanych jedynie seksem i niepoważnymi wygłupami) opuścił planetę. Uciekł z Ziemi, gdyż planeta jest zbyt niebezpiecznym miejscem do życia; wyruszył w głąb Galaktyki w poszukiwaniu bezpieczeństwa i długoterminowej szansy na kufel przyzwoitego piwa.

Magowie ze Świata Dysku nigdy nie odkryli, kim byli budowniczowie windy kosmicznej w świecie Kuli. My wiemy, że byliśmy nimi my – potomkowie owych małp, które doprowadziły seks i wygłupy na wysokie poziomy wyrafinowania. Magowie to przeoczyli, chociaż trzeba im oddać sprawiedliwość: Ziemia istnieje od ponad czterech miliardów lat, a małpy i ludzie są na niej obecni przez niewielki tylko ułamek tego czasu. Gdyby całą historię wszechświata wyobrazić sobie jako jeden dzień, występujemy w niej tylko przez końcowe dwadzieścia sekund.

Sporo ciekawych rzeczy wydarzyło się na świecie Kuli w czasie pominiętym przez magów. Teraz, w kolejnej książce, przekonają się, co takiego. Oczywiście będą się wtrącać i niechcący stworzą świat, w jakim żyjemy dzisiaj, podobnie jak ich interwencje w Projekt Świata Kuli mimowolnie stworzyły cały nasz wszechświat. To przecież musi tak działać, prawda?

Oto cała historia.

* * *

Widziany z zewnątrz, kiedy stoi w gabinecie Rincewinda, cały ludzki wszechświat jest niewielką sferą. Wielkich ilości magii użyto do jego wytworzenia i – paradoksalnie – do zachowania jego najbardziej interesującej właściwości. Tej mianowicie, że świat Kuli jest jedynym miejscem na Dysku, gdzie nie działa magia. Silne pole magiczne osłania go przed szalejącą na zewnątrz energią thaumiczną. Wewnątrz Kuli rzeczy nie zdarzają się dlatego, że ludzie chcą, by się zdarzyły, ani dlatego, że stworzą dobrą narrację – zdarzają się dlatego, że zasady funkcjonowania wszechświata, tak zwane prawa natury, im to nakazują.

Taki przynajmniej był rozsądny sposób opisu zdarzeń... dopóki nie wyewoluowały istoty ludzkie. Wtedy to w świecie Kuli nastąpiło coś bardzo dziwnego: zaczął pod wieloma względami przypominać Świat Dysku. Małpy zyskały umysły, a te umysły zaczęły się wtrącać w normalne działanie wszechświata. Rzeczy zaczęły się zdarzać, ponieważ chciały tego ludzkie umysły. I nagle prawa natury, do tej chwili będące ślepymi, bezdusznymi regułami, okazały się natchnione celem i intencją. Rzeczy zaczęły się zdarzać z określonych przyczyn, a wśród nich było też rozumowanie. Mimo to owa dramatyczna zmiana zaszła bez najdrobniejszego nawet naruszenia tych samych reguł, które – do tej chwili – czyniły wszechświat miejscem niemającym celu. Zresztą, na poziomie owych reguł, wciąż nim pozostaje.

Wydaje się to paradoksem. Główną treścią naszego naukowego komentarza, wplecionego między kolejne epizody opowieści ze Świata Dysku, będzie wyjaśnienie tego paradoksu: jak Myśl (przez duże M, od metafizyki) zaistniała na naszej planecie? W jaki sposób bezmyślny wszechświat stworzył Myśl? Jak można pogodzić ludzką wolną wolę (czy też jej podobieństwo) z nieuchronnością praw natury? Jaki jest związek między „wewnętrznym światem” umysłu a rzekomo obiektywnym „zewnętrznym światem” rzeczywistości fizycznej?

 

Filozof René Descartes (zwany Kartezjuszem) uważał, że myśl musi być zbudowana z jakiegoś specjalnego materiału, odmiennego od zwykłej materii, a wręcz niewykrywalnego przy użyciu zwykłej materii. Myśl – świadomość – była niewidzialną duchową esencją, ożywiającą bezmyślną materię. To całkiem ładna idea i od razu tłumaczy, dlaczego Myśl jest tak niezwykła; przez długi czas tak właśnie brzmiał konwencjonalny pogląd. Jednakże dzisiaj koncepcja dualizmu kartezjańskiego wypadła z łask. Współcześnie tylko kosmologom i fizykom cząsteczkowym wolno wymyślać nowe rodzaje materii, kiedy próbują wyjaśnić, dlaczego ich teorie nijak nie chcą się zgadzać z obserwowaną rzeczywistością. Kiedy kosmologowie odkrywają, że galaktyki wirują z niewłaściwymi prędkościami i w niewłaściwych miejscach, nie odrzucają swoich teorii grawitacji. Aby zapełnić czymś 90% brakującej masy wszechświata, wymyślają „zimną ciemną materię”. Gdyby zrobił to inny naukowiec, ludzie załamywaliby ręce i oskarżali go o ratowanie teorii za wszelką cenę. Kosmologom jednak jakoś to uchodzi.

Jednym z powodów jest fakt, że taki pomysł ma wiele zalet. Zimna ciemna materia jest zimna, ciemna i materialna. Zimna oznacza, że nie można jej wykryć przez promieniowanie cieplne, które emituje, ponieważ go nie emituje. Ciemna oznacza, że nie można jej wykryć przez obserwację światła, które wysyła, ponieważ go nie wysyła. Materia oznacza, że to całkiem zwyczajna, materialna „rzecz” (a nie jakiś niemądry wynalazek, taki jak niematerialny myślowy budulec Descartes’a). Co powiedziawszy, warto dodać, że zimna ciemna materia jest całkowicie niewidzialna i zdecydowanie różna od typowej materii, która ani ciemna, ani zimna nie jest.

Trzeba kosmologom przyznać, że bardzo się starają znaleźć sposób obserwacji zimnej ciemnej materii. Jak dotąd odkryli, że zakrzywia światło, więc można zlokalizować „bryły” zimnej ciemnej materii dzięki efektowi, jaki wywierają na obrazy odległych galaktyk. Zimna ciemna materia wywołuje mirażowe zniekształcenia światła z tych galaktyk, zakrzywiając je w łuki o środkach w tych właśnie bryłach brakującej masy. Dzięki tym zniekształceniom astronomowie potrafią odtworzyć rozkład niewidzialnej poza tym zimnej ciemnej materii. Pierwsze wyniki właśnie się pojawiają. Za kilka lat uda się zapewne dokonać pomiarów wszechświata i przekonać się, czy 90% masy rzeczywiście tam jest, zimnej i ciemnej zgodnie z oczekiwaniami, czy cały ten pomysł jest bzdurą.

Podobnie niewidzialny i niewykrywalny budulec myśli Descartes’a ma za sobą całkiem inną historię. Najpierw jego istnienie wydawało się oczywiste, gdyż myśli i umysły nie zachowują się tak jak reszta materialnego świata. Potem jego istnienie wydawało się oczywistym nonsensem, ponieważ można pociąć mózg na kawałki (najlepiej upewniwszy się wcześniej, że jego właściciel odszedł już z tego świata) i zbadać jego materialne składniki. Nie odkryjemy w nim wówczas niczego niezwykłego. Znajdziemy wiele skomplikowanych protein, poukładanych w misterny sposób, ale ani jednego atomu tej myślowej materii[4].

Na razie nie potrafimy rozkroić galaktyki, więc kosmologom uchodzi jakoś ten absurdalny, służący wyłącznie zachowaniu twarzy wynalazek nowej materii. Neurobiolodzy, starający się wyjaśnić działanie umysłu, nie mają tak wygodnej sytuacji – mózgi o wiele łatwiej pokawałkować.

* * *

Mimo zmian we współczesnej mądrości konwencjonalnej wciąż pozostało kilku zatwardziałych dualistów, wierzących w wyjątkową materię myśli. Jednak neurolodzy uważają dzisiaj powszechnie, że sekret umysłu leży w strukturze mózgu, a co ważniejsze, w procesach, jakie w mózgu przebiegają. Kiedy czytacie te słowa, doświadczacie silnego wrażenia Siebie. Istniejecie jacyś Wy, którzy czytają ten tekst, którzy myślą o słowach i ideach przez nie wyrażanych. Żaden naukowiec nie dokonał jeszcze sekcji tego fragmentu mózgu, który zawiera wrażenie Siebie. Większość podejrzewa, że taki fragment nie istnieje; czujecie się jak Wy dzięki ogólnej aktywności mózgu i włókien nerwowych, które są z nim połączone, dostarczając mu wrażeń z zewnętrznego świata i pozwalając kontrolować ruchy rąk, nóg i palców. Czujecie się jak Wy, ponieważ w samej rzeczy pilnie jesteście Sobą.

Myśl czy świadomość to proces dziejący się w mózgu zbudowanym z całkiem zwyczajnej materii, zgodnie z prawami fizyki. Jest to jednak bardzo niezwykły proces. Istnieje pewnego rodzaju dualność, ale to dualność interpretacji, nie fizycznego budulca. Kiedy myślicie jakąś myśl – powiedzmy o Piątym Słoniu, który zsunął się z grzbietu Wielkiego A’Tuina, okrążył go po kołowej orbicie i runął na Dysk – ten sam fizyczny akt myślenia ma dwa różne znaczenia.

Jedno z nich jest zwykłą fizyką. W waszym mózgu rozmaite elektrony płyną we wszystkich kierunkach różnymi włóknami nerwowymi. Chemiczne molekuły łączą się lub rozpadają, tworząc nowe. Współczesna aparatura, choćby skanery PET[5], może zrekonstruować trójwymiarowy obraz mózgu i wykryć, które jego regiony są aktywne, kiedy myślicie o owym słoniu. W sensie fizycznym wasz mózg brzęczy w dość skomplikowany sposób. Nauka może obserwować to brzęczenie, choć – na razie – nie potrafi wydobyć z niego słonia.

Jest też druga interpretacja. Od wewnątrz, jeśli można tak powiedzieć, nie wyczuwacie tych pędzących elektronów ani reakcji chemicznych. Zamiast tego widzicie obraz wielkiego szarego zwierzęcia z kłapiącymi uszami i trąbą, które w nieprawdopodobnym stylu płynie przez kosmos i z katastrofalnym skutkiem uderza o grunt. Świadomość jest tym właśnie uczuciem „bycia mózgiem”. Te same fizyczne zjawiska zyskują całkiem nowe znaczenie, kiedy doświadcza się ich z wnętrza. Jednym z zadań nauki jest połączenie obu interpretacji. A pierwszy krok na tej drodze to ustalenie, co robią które części mózgu, kiedy zajmuje was konkretna myśl. Zadanie polega właściwie na rekonstrukcji słonia z elektronów. Na razie to niemożliwe, ale każdy dzień przybliża nas do celu. Jednak nawet gdy nauka ten cel osiągnie, zapewne nie zdoła wyjaśnić, dlaczego wrażenie słonia jest tak żywe ani dlaczego przybiera właśnie taką formę, jaką przybiera.

W badaniach nad świadomością występuje techniczny termin na to, jak „odczuwa się” percepcję: to qualium, coś, co nasze umysły malują na modelu wszechświata, tak jak artysta nakłada farbę na portret. Takie qualia (liczba mnoga) malują świat w jaskrawe barwy, żebyśmy mogli szybciej na niego reagować, a w szczególności reagować na oznaki zagrożenia, jedzenie, możliwych partnerów seksualnych... Nauka nie potrafi wyjaśnić, dlaczego qualia tak właśnie odczuwamy – i raczej nie odkryje tego wyjaśnienia. To żaden wstyd: w końcu fizycy potrafią wyjaśnić, jak funkcjonuje elektron, ale nie jak to jest być elektronem. Niektóre pytania wykraczają poza jej granice. Podejrzewamy też, że wykraczają poza wszystko inne: łatwo sformułować jakieś wyjaśnienie problemów metafizycznych, ale niemożliwe jest wykazanie, że ma się rację. Nauka przyznaje, że nie radzi sobie z takimi problemami, więc jest przynajmniej uczciwa.

W każdym razie nauka o myśli (tutaj przez małe „m”, bo nie mówimy o metafizyce) zajmuje się tym, jak działa umysł, jak wyewoluował – ale nie tym, jakie to uczucie, kiedy się nim jest. Nawet przy tym ograniczeniu nauka o mózgu to jeszcze nie cała historia. W problemie Myśli jest jeszcze jedno ważne pytanie. Nie o to, jak umysł funkcjonuje i co robi, ale jak doszło do tego, że jest właśnie taki.

Jak – w świecie Kuli, wśród bezmyślnych istot – zrodziła się Myśl?

Odpowiedź w znacznej części znaleźć można nie wewnątrz mózgu, ale w jego interakcjach z resztą wszechświata. Zwłaszcza z innymi mózgami. Istoty ludzkie są zwierzętami społecznymi i komunikują się między sobą. Sztuczka z komunikacją doprowadziła do potężnej, jakościowej zmiany w ewolucji mózgu i jego umiejętności wykorzystywania umysłu. Przyspieszyła proces ewolucyjny, ponieważ przekazywanie myśli następuje o wiele szybciej niż przekazywanie genów.

W jaki sposób się komunikujemy? Opowiadamy historie. I to, jak będziemy tutaj przekonywać, jest prawdziwą tajemnicą Myśli. Co prowadzi nas znowu na Dysk, ponieważ na Dysku rzeczy naprawdę działają tak, jak ludzki umysł sądzi, że to robią w świecie Kuli. Zwłaszcza jeśli chodzi o historie...

* * *

Świat Dysku działa dzięki magii, a magia jest nierozerwalnie związana z przyczynowością narracyjną, potęgą opowieści. Zaklęcie to opowieść o tym, co dana osoba chce, by się zdarzyło; magia jest tym, co zmienia tę opowieść w rzeczywistość. W Świecie Dysku rzeczy zdarzają się, ponieważ tego ludzie się po nich spodziewają. Słońce wschodzi codziennie, gdyż takie ma zadanie: umieszczono je, by dostarczało światła, umożliwiającego ludziom widzenie; pojawia się w dzień, kiedy jest potrzebne. Tak się zachowują słońca; po to właśnie są. W dodatku słońce Świata Dysku jest odpowiednim, rozsądnym słońcem: niedużą ognistą kulą, niezbyt odległą, która krąży ponad i poniżej Dysku, przypadkowo, ale całkiem logicznie zmuszając jednego ze słoni do podniesienia nogi, by je przepuścić. Nie jest ono tym śmiesznym, żałosnym słońcem, jakie mamy na Ziemi: bezsensownie gigantycznym, piekielnie gorącym i oddalonym o prawie dwieście milionów kilometrów, bo jest zbyt niebezpieczne, żeby je trzymać w pobliżu. I to my wokół niego krążymy, zamiast żeby ono krążyło wokół nas, co jest bez sensu – zwłaszcza że każda ludzka istota na planecie, z wyjątkiem niewidomych, wyraźnie widzi, że ma miejsce to drugie zjawisko. Straszne marnotrawstwo materiału dla uzyskania zwykłego światła dziennego.