3 książki za 35 oszczędź od 50%
Za darmo

Sekrety księżnej de Cadignan

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Do tla nij s befnożdzią sanietpujeż ban Ispę – rzekł baron de Nucingen.

– Och! Księżna jest niewątpliwie jedną z najniebezpieczniejszych osób, których próg mężczyzna może przestąpić – wykrzyknął z cicha margrabia d'Esgrignon. – Jej to zawdzięczam zakałę mego małżeństwa.

– Niebezpieczną? – rzekła pani d'Espard. – Proszę nie mówić w ten sposób o mojej najlepszej przyjaciółce. Nigdy nie słyszałam ani nie widziałam u księżnej nic, co by nie płynęło z najbardziej podniosłych uczuć.

– Niechże pani pozwoli mówić margrabiemu! – zawołał Rastignac. – Kiedy ładny koń wysadzi kogo ze strzemion, zaraz doszukuje się w nim wad i sprzedaje go.

Dotknięty tym odezwaniem, margrabia spojrzał na Daniela i rzekł: – Nie jest pan, mam nadzieję, z księżną w tego rodzaju stosunku, aby nas to miało krępować w rozmowie o niej?

D'Arthez zachował milczenie. D'Esgrignon, któremu nie zbywało sprytu, nakreślił, w odpowiedzi Rastignakowi, apologetyczny portret księżnej, który przyprawił cały stół o wesołość. Ponieważ koncept ten był dla d'Artheza zupełnie niezrozumiały, nachylił się do pani de Montcornet, swej sąsiadki, i spytał o znaczenie tych żartów.

– Ależ, z wyjątkiem pana (wnosząc z dobrego mniemania, jakie pan ma o księżnej), wszyscy biesiadnicy cieszyli się, jak słychać, jej względami.

– Mogę panią upewnić, że nie ma ani cienia prawdy w tej opinii.

– Jednakże oto tu obecny p. d'Esgrignon, szlachcic z Perche, doszczętnie zrujnował się dla niej przed dwunastu laty i z jej powodu omal nie dostał się na rusztowanie.

– Znam tę sprawę. Pani de Cadignan ocaliła p. d'Esgrignon od ławy oskarżonych i oto, jak się jej odwdzięcza.

Pani de Montcornet popatrzyła na d'Artheza ze zdumieniem i ciekawością prawie ogłupiałą, następnie zwróciła oczy na panią d'Espard, pokazując go jej jakby dla powiedzenia: „Urzeczony jest!”

Przez czas tej krótkiej rozmowy pani d'Espard występowała w obronie pani de Cadignan, ale obrona ta podobna była do gromochronów, które ściągają pioruny. Skoro d'Arthez wrócił do powszechnej rozmowy, usłyszał to słówko, rzucone przez Maksyma de Trailles: – U Diany zepsucie nie jest rezultatem, ale źródłem; być może, temu właśnie zawdzięcza ona swą cudowną naturalność; nie szuka, nie wymyśla nic; najbardziej wymyślne wyrafinowania ofiaruje niby natchnienie najnaiwniejszej miłości i niepodobna jej nie wierzyć.

Zdanie to, jakby umyślnie przygotowane dla człowieka na miarę Daniela, było tak silne, iż padło niby konkluzja. Porzucono temat, księżna wydawała się dorżnięta. D'Arthez popatrzył na Maksyma de Trailles i na d'Esgrignona z drwiącą miną.

– Największą winą tej kobiety jest to, że wstępuje w ślady mężczyzn. Trwoni jak oni rodowe dobra, wysyła swoich kochanków do lichwiarzy, pożera posagi, rujnuje sieroty, topi w rękach stare zamczyska, podsuwa i popełnia może i inne zbrodnie, ale…

Nigdy żadna z dwóch osobistości, którym odpowiadał d'Arthez, nie słyszała nic równie silnego. Na to ale cały stół oniemiał, każdy znieruchomiał z widelcem w powietrzu, z oczyma kolejno zwróconymi na odważnego pisarza i na potwarców księżnej, oczekując w straszliwym milczeniu konkluzji.

– Ale – rzekł d'Arthez z drwiącą lekkością – księżna de Cadignan ma nad mężczyznami jedną przewagę: kiedy ktoś naraził się dla niej na niebezpieczeństwo, ratuje go i nie mówi źle o nikim. Dlaczegóż na tyle kobiet nie miałaby się znaleźć jedna, która by się bawiła mężczyznami, jak mężczyźni bawią się kobietami? Dlaczego płeć piękna nie miałaby mieć, od czasu do czasu, odwetu?

– Geniusz okazał się mocniejszy od dowcipu – rzekł Blondet do Natana.

Ten deszcz szyderstwa był w istocie niby ogień baterii przeciwstawiony strzelaninie z fuzji. Rozmowa przeszła co rychlej na inny temat. Ani hrabia de Trailles, ani margrabia d'Esgrignon nie kwapili się jakoś do zwady z d'Arthezem. Kiedy podano kawę, Blondet i Natan podeszli do pisarza z żywością, której nikt nie śmiał naśladować, tak trudno było pogodzić podziw obudzony jego zachowaniem z obawą uczynienia sobie dwóch potężnych wrogów.

– Nie od dziś wiemy, jak bardzo twój charakter stoi na wysokości talentu – rzekł Blondet. – Zachowałeś się przed chwilą już nie jak człowiek, ale jak Bóg: nie dać się ponieść ani sercu, ani wyobraźni; nie wziąć w obronę ukochanej kobiety, którego to błędu oczekiwano po tobie i który dałby tryumf w ręce temu światu, pożeranemu zazdrością wobec aureoli pisarskiej… nie! Pozwól sobie powiedzieć, to szczyt dyplomatycznego taktu.

– Och! Pan jesteś mężem stanu – rzeki Natan. – Równie zręcznym, jak trudnym jest pomścić kobietę, nie broniąc jej.

– Księżna jest jedną z bohaterek legitymistycznego stronnictwa, czyż nie jest obowiązkiem każdego człowieka z honorem ochraniać ją mimo wszystko? – odparł chłodno d'Arthez – to, co zrobiła dla sprawy swego króla, okupiłoby najbardziej szalone życie.

– Ostro się trzyma – rzekł Natan do Blondeta.

– Zupełnie tak, jakby księżna była tego warta – odparł Rastignac, który zbliżył się do nich.

D'Arthez poszedł do księżnej, która czekała nań, wydana na pastwę najżywszych obaw. Wynik tego doświadczenia, które Diana sama wyzwała, mógł być dla niej opłakany. Po raz pierwszy w życiu ta kobieta cierpiała w sercu i oblewała się zimnym potem. Nie wiedziała, jak się zachować, w razie gdyby d'Arthez uwierzył światu, który mówił prawdę, miast wierzyć jej, która kłamała; nigdy bowiem równie piękny charakter, człowiek równie pełny, dusza tak czysta, umysł tak naiwny nie nastręczyły się jej oczom i dłoniom. Jeżeli utkała tak okrutne kłamstwa, popchnęło ją do tego pragnienie poznania prawdziwej miłości. Czuła tę miłość, jak wylęga się w jej sercu, kochała d'Artheza; była skazana na oczekiwanie go, chciała bowiem zostać dlań tą wspaniałą postacią, której rolę grała w jego oczach. Kiedy usłyszała krok Daniela, doświadczyła wzruszenia, drżączki, która wstrząsnęła ją aż do szpiku. Odruch ten, którego nie doznała nigdy podczas najbardziej awanturniczej – jak na kobietę jej stanowiska – egzystencji, przekonał ją w tej chwili, iż postawiła na kartę swoje szczęście. Oczy jej, które spoglądały w przestrzeń, ogarnęły całego d'Artheza; przejrzała go przez skórę, przeczytała w jego duszy: podejrzenie nie musnęło go nawet swoim skrzydłem nietoperza. Po straszliwym odruchu trwogi nastąpiła reakcja, radość omal nie zdławiła szczęśliwej Diany; nie ma bowiem istoty, która by nie znalazła więcej siły dla zniesienia zmartwienia co dla oparcia się nadmiernemu szczęściu.

– Danielu, spotwarzono mnie i ty mnie pomściłeś! – wykrzyknęła, podnosząc się i otwierając mu ramiona.

W głębokim zdumieniu, jakie sprawiło mu to odezwanie, którego korzenie były dlań niewidzialne, Daniel pozwolił sobie ująć głowę pięknymi rękami; księżna ucałowała go nabożnie w czoło.

– Jakim cudem pani wie…

– O dudku genialny! Czyż nie widzisz, że kocham cię do szaleństwa?

Od tego dnia nie było już mowy o księżnej de Cadignan ani o d'Arthezie. Księżna odziedziczyła po matce jakiś majątek, spędza lato z wielkim pisarzem w swojej willi w Genewie i wraca na kilka zimowych miesięcy do Paryża. D'Arthez pokazuje się tylko w Izbie, a utwory jego stały się niezmiernie rzadkie. Czy to rozwiązanie? Tak, dla ludzi umiejących czytać; nie, dla tych, którzy chcą wszystko wiedzieć.

Jardies, czerwiec 1839.