Fizjologia małżeństwaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Honoriusz Balzac

Fizjologia małżeństwa

Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński

Warszawa 2013

Spis treści

Dedykacja

Ostrzeżenie

Wstęp

Część pierwsza

Rozmyślanie pierwsze

Rozmyślanie drugie

Rozmyślanie trzecie

Aforyzmy

Rozmyślanie czwarte

Rozmyślanie piąte

Katechizm małżeński

Rozmyślanie szóste

Rozmyślanie siódme

Rozmyślanie ósme

Rozmyślanie dziewiąte

Część druga

Rozmyślanie dziesiąte

Rozmyślanie jedenaste

Rozmyślanie dwunaste

Rozmyślanie trzynaste

Rozmyślanie czternaste

Rozmyślanie piętnaste

Rozmyślanie szesnaste

Rozmyślanie siedemnaste

Rozmyślanie osiemnaste

Rozmyślanie dziewiętnaste

Rozmyślanie dwudzieste

Rozmyślanie dwudzieste pierwsze

Rozmyślanie dwudzieste drugie

Część trzecia

Rozmyślanie dwudzieste trzecie

Rozmyślanie dwudzieste czwarte

Rozmyślanie dwudzieste piąte

Rozmyślanie dwudzieste szóste

Rozmyślanie dwudzieste siódme

Rozmyślanie dwudzieste ósme

Rozmyślanie dwudzieste dziewiąte

Rozmyślanie trzydzieste

Dedykacja

Zwraca się twoją uwagę, czytelniku, na słowa „Człowiek o wyższym umyśle, dla którego książka ta jest przeznaczona...”. Czyż to nie znaczy po prostu: „dla ciebie”?

AUTOR

Ostrzeżenie

Kobieta, która, znęcona tytułem, doznałaby pokusy rozchylenia tych kartek, niech sobie oszczędzi trudu; czytała już tę książkę, sama o tym nie wiedząc; najprzenikliwszy bowiem mężczyzna nie potrafi powiedzieć o kobietach ani tyle dobrego, ani tyle złego, ile one same o sobie myślą. Gdyby jednak ostrzeżenie to nie zdołało odwieść kobiety od zamiaru przeczytania tego dzieła, wówczas prosta delikatność powinna by ją ustrzec od znęcania się nad autorem, z chwilą gdy ten, wyrzekając się dobrowolnie najpochlebniejszego dla artysty poklasku, wyrył niejako na nagłówku książki przezorny napis, zdobiący drzwi niektórych zakładów: DAMOM WSTĘP WZBRONIONY.

Wstęp

„Małżeństwo nie jest zgoła wytworem natury. – Pojęcie rodziny na Wschodzie różni się najzupełniej od rodziny w pojęciu zachodnim. – Człowiek jest niewolnikiem przyrody, a społeczeństwo ludzkie na niej jest zaszczepione. Prawa ludzkie są na usługach obyczajów, obyczaje zaś zmieniają się. Małżeństwo może zatem podlegać stopniowemu doskonaleniu, któremu podlegają wszystkie rzeczy ziemskie”.

Słowa te, rzucone przez Napoleona w Radzie Stanu podczas dyskusji nad Kodeksem Cywilnym, uderzyły niegdyś żywo autora tej książki. One to może, bez udziału jego świadomości, stały się zawiązkiem dzieła, z którym obecnie staje przed publicznością. Faktem jest, iż przed laty, gdy autor, będąc zaledwie młodzieńcem, poświęcał się studiom nad prawem francuskim, jedno słowo czyniło na nim zawsze szczególne wrażenie: wiarołomstwo. Ilekroć słowo to, tak poważnie rozpierające się w Kodeksie, przybierało w wyobraźni autora żywą postać, wlekło za sobą nieodłącznie posępny orszak. Rozpacz, hańba, nienawiść, niewola, tajemne zbrodnie, krwawe wojny, rodziny osierocone, katastrofy, wszystko to stawało nagle jak żywe przed oczyma autora, ile razy wzrok jego spoczął na tym sakramentalnym słowie: wiarołomstwo! Z czasem, stykając się stopniowo z najwyżej cywilizowanymi warstwami, spostrzegł autor, iż złagodzenie surowych praw małżeńskich za pomocą wiarołomstwa jest faktem dość powszechnym. Stwierdził również, iż liczba złych małżeństw przewyższa o wiele liczbę małżeństw szczęśliwych, i doszedł – pierwszy, jak sądzi – do wniosku, iż ze wszystkich wiadomości ludzkich znajomość małżeństwa jest, jak dotąd, najmniej posunięta. Jednakowoż była to tylko przelotna refleksja młodego człowieka i, podobnie jak tyle innych, przepadła gdzieś w odmętach kłębiących się myśli, na kształt kamienia rzuconego w jezioro. Tymczasem, bez intencji autora, spostrzeżenia gromadziły się ciągle, tworząc w jego wyobraźni jakby rój myśli, mniej lub więcej trafnych, o istocie spraw małżeńskich. W ten sposób kiełkuje w duszy ludzkiej Dzieło, nie mniej tajemniczo, jak wyrastają trufle wśród wonnych równin perygordzkich. Z pierwotnej świętej grozy, jaką budziło w autorze pojęcie wiarołomstwa, i ze zbieranych mimochodem spostrzeżeń urodził się pewnego poranku leciutki szkic idei. Był to żart, nie wolny od złośliwości, na temat małżeństwa: miłość budząca się między parą małżonków po raz pierwszy po dwudziestu siedmiu latach pożycia. Autor, ubawiony tym pamflecikiem, spędził rozkosznie cały tydzień, grupując koło tego niewinnego żartu obfitość spostrzeżeń i poglądów, które, nagromadzone bezwiednie, odkrywał nagle w sobie ku własnemu zdumieniu. Swawolna ta zabawka rozwiała się w zetknięciu z chłodem krytycznych uwag, a posłuszny ich powadze – autor utonął znowu w beztroskim próżniactwie. Niemniej jednak nikłe ziarenko wiedzy i żartu nie przestało samoistnie dojrzewać w glebie jego myśli. Każde zdanie wzgardzonego dzieła coraz głębiej i trwałej zapuszczało korzonki. Zaniedbany pomysł stał się podobny gałązce porzuconej w zimowy wieczór na piasku, którą nazajutrz znajduje się pokrytą białymi, dziwacznymi krystalizacjami, wyrzeźbionymi przez kapryśny szron mroźnego poranku. W ten sposób zaczątek dzieła utrzymał się przy życiu i stał się punktem wyjścia mnóstwa myślowych rozgałęzień. Był to niby wielki polip, poczęty sam przez siebie. Wrażenia młodości, smimo woli, pchany ku temu jakąś natrętną siłą, oplatały się koło najdrobniejszych wydarzeń. Co więcej, z czasem chaos myśli począł zespalać się w zgodną harmonię, pulsować organicznym życiem, w końcu stał się prawie żywą istotą i rozpoczął wędrówki w fantastyczne krainy, po których wyobraźnia lubi wodzić owe przez siebie poczęte kapryśne twory. Wśród zajęć i zabaw świata wszędzie towarzyszył autorowi jakiś głos wewnętrzny. W chwilach gdy oddawał postrzeżenia, które autor gromadził się cały rozkoszom obserwacji, śledząc kobietę w tańcu, rozmowie, uśmiechu, głos ten natrętnym szeptem podsuwał mu najcyniczniejsze komentarze. Jak Mefistofeles na straszliwej orgii w Brocken pokazuje Faustowi palcem złowrogie postacie, tak autor czuł obecność jakiegoś demona, który w pełni odurzeń balowej atmosfery trącał go poufale po ramieniu i szeptał: „Widzisz ten czarujący uśmiech? To uśmiech nienawiści...” Czasami demon puszył się na kształt Kapitana z dawnych komedii Hardy’ego: potrząsał purpurą haftowanego płaszcza i usiłował nadać nową świetność wyblakłym świecidłom i sczerniałemu szychowi dawnej sławy. To znów wybuchał szerokim i rubasznym, iście Rabelaisowskim śmiechem i kreślił palcem na murze słowo, które mogłoby służyć jako dopełnienie owego: „Pij!”, jedynej wyroczni, jaką raczyła objawić boska Flasza. Częstokroć ten Trilby literacki pojawiał się na stosach książek i zakrzywionymi palcami ukazywał złośliwie dwa żółte tomiki, których tytuł lśnił się i mienił. A skoro ujrzał autora w naprężeniu ciekawości, wówczas sylabizował głosem drażniącym jak dźwięk harmonijki: „Fizjologia małżeństwa”! Prawie zawsze jednak demon nachodził autora późnym wieczorem, w godzinie sennych marzeń. Wówczas, kuszący jak rusałka, melodią słów pełnych słodyczy starał się obłaskawić duszę, którą już wziął w niewolę. Czarujący i szyderski, gibki jak kobieta, okrutny jak tygrys, w czułości niebezpieczniejszy był niż w nienawiści, każda jego pieszczota zostawiała krwawe ślady pazurów. Pewnej nocy zwłaszcza, wyczerpawszy arsenał czarów, zdobył się na ostatni wysiłek. Zbliżył się, przysiadł na łóżku, podobny zakochanej dziewczynie, która milczy wstydliwie, lecz której oczy błyszczą gorączkowo i zdradzają wreszcie słodką tajemnicę.

 

– Oto – szeptał – masz tu prospekt na pas bezpieczeństwa, za pomocą którego będzie można przechadzać się po Sekwanie suchą nogą. Ten tom to sprawozdanie Akademii o ubraniu, które pozwoli spacerować bez obawy sparzenia wśród jasnych płomieni. Czyż nie wymyślisz nic, co by mogło uchronić małżeństwo od niebezpieczeństw zimna i gorąca? Słuchaj dalej! Oto „Sztuka przechowywania środków żywności”; „Sztuka zapobiegania dymieniu kominków”; „Sztuka wiązania krawata”; „Sztuka ćwiartowania mięsa”...

Tu w ciągu minuty wyliczył obfitość książek tak oszołamiającą, iż autorowi poczęło ćmić się w oczach.

– Każdy dzień – ciągnął dalej – pochłania te setki, tysiące książek, a przecież nie cały świat buduje, nie cały świat jada, nosi krawaty i pali na kominku, natomiast cały świat po trochu żeni się i idzie za mąż!... Ale patrz, patrz tylko!...

Tu nagle czarnoksięskim gestem odsłonił w oddali jakby olbrzymi ocean, w którym wszystkie książki całego wieku poruszały się, niby fale morskie, jednostajnym rytmem. Osiemnastki uderzały o brzeg raz po razu, ósemki szumiały poważnie, zanurzały się na dno i wypływały powoli, przeciskając się z trudem przez gęstą warstwę tomików in 12° i in 32°, które, roztrącane, rozbijały się w lekką i ruchliwą pianę. Przewalające się fale roiły się od dziennikarzy, korektorów, papierników, drukarzy, agentów, roznosicieli, których głowy na przemian tonęły, to znów wynurzały się z morza książek. Wszystko krzyczało tysiącem głosów na kształt kąpiących się uczniaków. Tam i z powrotem krążyło w łodziach kilku ludzi, których zadaniem było wyławiać książki, holować je do brzegu i składać przed jakąś wysokakó, czarno ubraną osobą o pogardliwym wyrazie twarzy, sztywną i chłodną: księgarze – publiczność. Bies ukazał palcem łódź strojną w nowiutkie chorągwie, pędzącą pełnymi żaglami, z rozpostartym afiszem miast flagi; po czym, wybuchając sardonicznym śmiechem, odczytał przeszywającym głosem: „Fizjologia małżeństwa”.

W owym czasie autor zakochał się: odtąd bies zostawił go w spokoju, nie czując się widać na siłach utrzymania placówki zajętej przez kobietę. Upłynęło lat kilka, wolnych od innych udręczeń oprócz udręczeń miłości, i autor mógł mniemać, iż wyleczył jedną chorobę za pomocą drugiej. Jednakże pewnego wieczora znalazł się przypadkowo w którymś z paryskich salonów. Wśród rozmowy toczącej się przy kominku zabrał właśnie głos jeden z mężczyzn i rozpoczął grobowym tonem następujące opowiadanie:

– Wypadek ten zdarzył się w Gandawie podczas mego pobytu w tym mieście. Pewna dama, wdowa od lat dziesięciu, dotknięta nieuleczalną chorobą, spoczywała na łożu śmierci. Trzech dalekich krewnych oczekiwało jej ostatniego tchnienia; nie odstępowali jej w obawie, aby nie rozporządziła majątkiem na rzecz miejscowego klasztoru. Chora leżała w milczeniu, na wpół już zgasła; śmierć zdawała się pełzać po niemej i wyblakłej twarzy. Widzicie ten obraz: w zimową noc, trzech krewniaków, otaczających w milczeniu łoże umierającej. Prócz nich przy łóżku stara dozorczyni, potrząsająca znacząco głową, i lekarz, który, widząc, iż choroba dobiega kresu, sięga jedną ręką po kapelusz, drugą zaś czyni wymowny gest, jak gdyby chciał powiedzieć: „Nic tu już nie mam do roboty”. Uroczystą ciszę przerywał tylko głuchy świst deszczu, który, zmieszany ze śniegiem, siekł po zamkniętych okiennicach. By oczy umierającej ochronić od blasku, umocował najmłodszy ze spadkobierców zasłonę przy świecy obok łóżka, tak iż świetlny krąg sięgał ledwie śmiertelnej poduszki, od której odrzynała się zżółkła twarz chorej, niby spełzła pozłota głowy Chrystusa na sczerniałym srebrze krzyża.

Jedynie migotliwe błękitne płomyki kominka oświetlały posępny pokój, w którym za chwilę rozegrać się miał dramat. Nagle żarzące się polano stoczyło się na posadzkę, jakby zwiastując katastrofę. Zbudzona hałasem, chora podnosi się i otwiera szeroko oczy, błyszczące jak u kota. Wszyscy wpatrują się w nią w osłupieniu. Ona śledzi wzrokiem toczącą się głownię i nim ktokolwiek mógł pomyśleć o powstrzymaniu niespodzianego i jakby w przystępie nagłego szału wykonanego ruchu, wyskakuje z łóżka, chwyta szczypce i odrzuca żarzący węgiel. Dozorczyni, lekarz, krewni rzucają się ku niej, chwytają – i za chwilę leży już w dawnej pozycji, z głową zwieszoną na poduszkę i zanim upłynęło kilka minut, umiera, z oczami nawet po śmierci wlepionymi w kwadrat posadzki, na który stoczyła się głownia.

Ledwie hrabina Van Ostroem wydała ostatnie tchnienie, trzej spadkobiercy obrzucili się nieufnym wzrokiem i, nie myśląc już o zmarłej ciotce, skierowali oczy na tajemniczą posadzkę. Byli to Belgowie: rachunek zatem odbywał się w ich głowach nie mniej chyżo od tego spojrzenia. W kilku słowach wymienionych półgłosem postanowiono, że żaden z nich nie opuści pokoju. Lokaj poszedł po robotnika. Kiedy trzej Belgowie, pochyleni nad kosztowną posadzką, usłyszeli pierwsze uderzenie dłuta, zadane ręką terminatora, dusze krewniaków zadrgały wzruszeniem. Deski puściły!

– Ciotka poruszyła się!... – rzekł najmłodszy.

– Nie, to tylko migotanie światła!... – odparł starszy, którego oczy śledziły równocześnie i skarb, i umarłą.

Znaleźli, dokładnie w tym miejscu, na które potoczyło się żarzące polano, duży przedmiot, starannie otoczony warstwą gipsu.

– Dalej! – zawołał najstarszy.

Pod uderzeniem dłuta ukazała się głowa ludzka. Po jakimś szczątku ubrania rozpoznano w niej hrabiego, który, w przekonaniu całego miasta, umarł rzekomo na Jawie, serdecznie opłakiwany przez wdowę.

Opowiadający tę dawną historię był to wysoki, chudy mężczyzna o drapieżnym oku i ciemnych włosach. Uderzyło autora niejakie podobieństwo między owym mężczyzną a demonem, od którego doznał był tylu udręczeń; jednakże nieznajomemu brakło rozszczepionego kopyta. Nagle zabrzmiało w uszach autora słowo wiarołomstwo; i oto, jakby na dźwięk dzwonu, zbudziły się w jego wyobraźni najposępniejsze postacie orszaku, który niegdyś, w ślad za tymi czarnoksięskimi głoskami, przesuwał się przed oczyma jego duszy. Od tego wieczoru fantasmagorie nieistniejącego dzieła rozpoczęły na nowo swoje prześladowanie.

W żadnej epoce nie oblegało autora tyle kuszących pomysłów do nieszczęsnej książki. Jednakże opierał się mężnie biesowi, mimo że ten wplatał uporczywie najdrobniejsze wydarzenia życia w owo nieistniejące dzieło i, niby urzędnik celny, wszystko znaczył swoją szyderską pieczęcią.

W kilka dni później autor znalazł się w towarzystwie dwóch pań. Pierwsza była w swoim czasie jedną z najświetniejszych i najwytworniejszych kobiet dworu Napoleona. Restauracja zastała ją na wysokim szczeblu społecznym i strąciła ją; wówczas usunęła się w zupełne zacisze. Druga, młodsza, cieszyła się podówczas w Paryżu rozgłosem modnej piękności. Żyły w przyjaźni, gdyż ambicje i próżnostki czterdziesto- i dwudziestodwuletniej kobiety rzadko ścierały się na jednym terenie. Autor dla jednej z tych dwóch pań nie wchodził w rachubę, druga zaś umiała go przeniknąć, obecność jego zatem nie przerwała dość szczerze rozpoczętej rozmowy, zawodowej niejako – rozmowy o rzemiośle kobiety.

– Czy zauważyłaś, droga, że kobiety potrafią szaleć jedynie dla głupców?

– Cóż znowu, księżno? Jakże pogodzisz to twierdzenie z absolutnym brakiem sympatii, jaki zdradzają dla swoich mężów?

„Ależ to istne opętanie! – rzekł, do siebie autor. – Czyżby tym razem diabeł przebrał się w spódnicę?...”

– Nie, moja kochana – mówiła dalej księżna – bynajmniej nie żartuję. Wyznaję, że nieraz wprost lękam się o samą siebie, odkąd nieco chłodniej rozglądam się pamięcią wśród osób, które znałam niegdyś. Inteligencja, dowcip mają zawsze w sobie coś zbyt świetnego, co nas drażni; a mężczyzna bogato nimi obdarzony przestrasza nas może nieco. Jeżeli przy tym jest dumny, wówczas nie będzie okazywał zazdrości, co także nie może się nam podobać. Może wolimy podnosić mężczyznę ku sobie niż wspinać się ku niemu... Prawda, że talent dzieli z nami swoje triumfy, ale mężczyzna wyzuty z niego daje nam bardziej bezpośrednie rozkosze... Każda z nas, bez wyjątku, woli słyszeć naokoło szepty: „Cóż to za piękny mężczyzna!” niż oglądać swego kochanka kroczącego do Instytutu.

– Zlituj się, księżno, przestań! Przerażasz mnie doprawdy. I młoda pięknisia poczęła naprędce szkicować portrety kochanków, za którymi szalały znajome panie z jej świata, lecz – nie znalazła wśród nich ani jednego mężczyzny błyszczącego umysłem.

– Ależ – zawołała – klnę się na mą cnotę, toż ich mężowie więcej są warci...

– Tak, ale są ich mężami! – odparła z niezachwianą powagą księżna.

– Czyż katastrofa, która grozi każdemu mężowi we Francji, byłaby nieuniknioną? – zapytał autor.

– Naturalnie! – odparła śmiejąc się księżna. – Już sama zaciekłość, jaką niektóre kobiety ścigają te, które uległy owemu pełnemu szczęścia nieszczęściu, dowodzi, jak bardzo im dokucza własna powściągliwość. Jedna poszłaby w ślady Lais, gdyby nie strach przed piekłem; druga zawdzięcza swą cnotę oschłości serca; inna niezdarności pierwszego wielbiciela; tamta... Autor przerwał potok wynurzeń, zwierzając projekt dzieła, prześladujący go tak uparcie. Obie panie przyjęły zamiar z sympatią, obiecując wiele wskazówek. Młodsza żartując złożyła natychmiast pierwszy fundusz przedsiębiorstwa, podejmując się matematycznie udowodnić, iż kobiety bezwarunkowo cnotliwe są to jedyne rozsądne istoty na świecie. Naówczas, wróciwszy do domu, autor zawołał do swego demona:

– Przybywaj! Jestem gotów. Spisujmy cyrograf!

Demon nie zjawił się.

Jeżeli autor kreśli tu biografię własnej książki, nie czyni tego bynajmniej z podszeptu zarozumiałości. Spisuje fakty, które mogą posłużyć jako przyczynek do historii myśli ludzkiej i ułatwią niewątpliwie zrozumienie samego dzieła. Dla niejednego anatoma myśli nie będzie może obojętną wiadomość, iż dusza jest rodzaju żeńskiego. I tak, dopóki autor odpędzał od siebie myśl o zamierzonej książce, książka zjawiała się wszędzie. Jedną kartkę znajdował na łóżku chorego, inną na wykwintnej kanapce buduaru. Spojrzenia kobiet wirujących w zakrętach walca budziły w nim natłok myśli; każde słowo, każdy gest zapładniały jego oporną wyobraźnię. W dniu, w którym sobie powiedział: „Dobrze więc! Niech się stanie to dzieło, które mnie ściga i prześladuje!...” – wszystko pierzchło; podobny owym trzem Belgom, autor, schylając się, aby podnieść skarb, znalazł jedynie martwy szkielet.

Miejsce kuszącego demona zajęła jakaś postać o słodkawym i wyblakłym wejrzeniu. Obejście jej było uprzejme i dobroduszne, a wywody wolne od szpilek krytyki. Postać ta płodziła więcej słów niż myśli i zdawała się nade wszystko obawiać hałasu. Może to był domowy geniusz naszych czcigodnych posłów, zajmujących fotele w centrum Izby?

– Czy nie byłoby lepiej – mówiła ta postać – zostawić wszystko, jak było? Czyż istotnie jest tak źle? W małżeństwo trzeba wierzyć, jak się wierzy w nieśmiertelność duszy, a ty z pewnością nie masz zamiaru sławić w swej książce szczęścia małżeńskiego. Zresztą chcesz wyprowadzić wnioski na podstawie tysiąca małżeństw paryskich, które, ostatecznie, są tylko wyjątkiem. Może ci się zdarzy spotkać mężów gotowych ustąpić ci własnej żony, ale żaden syn nie ustąpi ci matki... Niejeden, dotknięty twymi poglądami, może podać w podejrzenie czystość twych obyczajów, uczciwość intencyj. Zresztą, aby dotykać skrofułów społecznych, na to trzeba być królem Francji lub co najmniej Pierwszym Konsulem...

Jakkolwiek Rozsądek – on ci to był – zjawił się autorowi w postaci możliwie najpowabniejszej, nie znalazł mimo to pasłuchu: bo oto już w oddali Szaleństwo potrząsało błazeńskim berłem Panurga i autor zapragnął władać tym berłem. Gdy je pochwycił, okazało się tak ciężkie jak maczuga Herkulesa. Co więcej, dobry proboszcz z Meudon porzucił je w stanie niezbyt zachęcającym dla młodego człowieka, dla którego niepokalana świeżość rękawiczek stanowi punkt honoru o wiele drażliwszy niż napisanie dobrej książki.

 

– Cóż, dzieło nasze gotowe? – spytała pewnego dnia młodsza z owych dwóch współpracowniczek autora.

– O pani! Czyż łaska twoja zechce mi nagrodzić wszystkie nienawiści, które rozpętam?

Zrobiła niezdecydowany ruch, na który autor odpowiedział gestem zniechęcenia.

– Cóż znowu? Wahasz się pan? Ależ pisz, drukuj, wydawaj bez najmniejszej obawy! Dziś oceniamy książkę daleko więcej z kroju niż z materii.

Jakkolwiek autor przypisuje sobie jedynie skromną rolę sekretarza owych dwóch dam, on sam, starając się ująć w pewną całość ich oderwane spostrzeżenia, podjął rozwiązanie niejednego zadania. W zakresie małżeństwa jedna rzecz zwłaszcza była do zrobienia, mianowicie sformułowanie tego, o czym cały świat myśli, a czego nikt głośno nie mówi; jednakowoż, czerpiąc w ten sposób książkę z mózgownicy całego świata, czyż nie naraża się autor na to, iż nie spodoba się ona nikomu? Może jednak eklektyzm ten zdoła ocalić książkę w oczach publiczności. Wśród żartu i szyderstwa autor starał się zaszczepić niejedną pocieszającą refleksję. Prawie zawsze kusił się o poruszenie nowych i ukrytych sprężyn duszy. Biorąc w obronę interesy najbardziej materialne, analizując je lub potępiając, zdołał może skierować uwagę czytelnika na źródło niejednej intelektualnej rozkoszy. Byłoby pretensjonalnością twierdzić, iż humor jego nie przekroczył nigdy granic wytwornego smaku; raczej liczył on na rozmaitość usposobień, w nadziei utrzymania równowagi między uznaniem a przyganą. Temat sam przez się był tak poważny, iż autor usiłował przeplatać go wciąż anegdotą; dziś bowiem jedynie anegdota pozwala książce przemycić morał i służy mu niejako za odtrutkę.

W dziele tym, całkowicie opartym na spostrzeżeniach i analizie, nie zawsze dało się uniknąć znużenia czytelnika i uciekania się do nieszczęsnego ja autora; autor nie taił przed sobą, iż ze wszystkich niebezpieczeństw, jakie mogą grozić książce, te dwa są najgroźniejsze. Starał się przeto rozłożyć materię dzieła w ten sposób, aby dozwolić czytelnikowi częstych wypoczynków. System ten uświęcony został przez pisarza, który niegdyś roztrząsał istotę smaku w dziele dość pokrewnym z tymi wywodami, mającymi na celu wyświetlenie istoty małżeństwa. Z niego pozwolę sobie zaczerpnąć słów kilka dla oddania myśli wspólnej obu tym dziełom; będzie to niejako hołd dla poprzednika, którego śmierć zbyt szybko nastąpiła po dniach jego powodzenia.

„Gdy pisząc mówię o sobie w liczbie pojedynczej, oznacza to swobodną gawędę z czytelnikiem: wolno mu wtedy krytykować, sprzeczać się, powątpiewać, śmiać się nawet; lecz skoro występuję uzbrojony w majestatyczne my – wówczas obwieszczam, wówczas trzeba w milczeniu pochylić głowę”. (Brillat-Savarin, przedmowa do „Fizjologii smaku”). H. B...c

5 grudnia 1829