Zła królowa

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Tytuł oryginału: Tithe

Adaptacja translatorska: Stanisław Kroszczyński

Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Renata Kuk, Aneta Szeliga

Skład i łamanie: Robert Majcher

Opracowanie graficzne polskiej okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © 2002 by Holly Black

Ilustracja na okładce © 2020 by Rhett Podersoo

Projekt okładki © 2020 by Simon & Schuster, Inc.

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-932-2

Książka ukazała się w 2006 r. pt. Danina. Wielkomiejska baśń.

Wydanie pierwsze w tej edycji, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

SPIS TREŚCI

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

Przypisy

Mojej siostrzyczce Heidi

Kraina elfów cudna jest,

Lecz sekret trzeba znać:

Co siedem lat przychodzi nam Ofiarę Piekłu słać.

Rosły i śliczny, lękam się, że złożą właśnie mnie.

Young Tam Lin

PROLOG


Whisky – lepsze od Miltona czary,

jeżeli boskie chcesz pojąć zamiary.

A.E. Housman, Terence, This Is Stupid Stuff

Kaye ponownie zaciągnęła się papierosem, po czym upuściła go do butelki z piwem matki. To będzie dobry sposób na sprawdzenie, jak bardzo Ellen się upiła. Ciekawe, czy połknie peta w całości.

Ellen, Lloyd i reszta Stepping Razor nadal znajdowali się na scenie, składali sprzęt. Występ był kiepski, a sądząc po minach, ekipa dobrze o tym wiedziała. To zresztą nie miało znaczenia, nagłośnienie było przesterowane i rzęziło, a poza tym wszyscy pili, palili i wrzeszczeli, więc Kaye wątpiła, żeby kierownikowi to przeszkadzało. Było nawet trochę tańców.

Barman znowu się do niej wyszczerzył i zaproponował drinka na koszt firmy.

– Mleko – odparła kpiąco Kaye, odgarniając z twarzy wystrzępione blond włosy. Kiedy facet się odwrócił, szybko upchnęła po kieszeniach kilka pudełek zapałek.

Matka stanęła obok niej, pociągnęła solidny łyk piwa, po czym wypluła wszystko na ladę.

Kaye nie zdołała się powstrzymać od złośliwego śmiechu. Matka patrzyła na nią z niedowierzaniem.

– Idź i pomóż załadować sprzęt do wozu – odezwała się Ellen ochrypłym od śpiewu głosem, przygładzając spocone włosy. W kącikach ust miała resztki szminki. Wyglądała na zmęczoną.

Kaye zsunęła się ze stołka, jednym zwinnym ruchem wskoczyła na scenę. Lloyd zerknął na nią spode łba, gdy zaczęła zbierać sprzęt na chybił trafił, więc ograniczyła się do tego, co należało do jej matki. Mężczyzna miał szklisty wzrok.

– Hej, mała, masz jakąś kasę?

Kaye wzruszyła ramionami i podała mu banknot dziesięciodolarowy. Miała więcej i on pewnie o tym wiedział. Dopiero co wróciła z Chow Fat’s. Na dostarczaniu chińskiego żarcia nie zarabiała kroci, ale i tak więcej, niż gdyby grała w zespole.

Wziął pieniądze i powlókł się do baru – zapewne po to, by na pożegnanie zafundować sobie jeszcze jedno piwko.

Kaye pozbierała rzeczy Ellen i zaczęła się przepychać przez tłum. Większość osób schodziła jej z drogi. Chłodne jesienne powietrze na zewnątrz przynosiło ulgę mimo smrodu żelaza, spalin i kolejki podziemnej. Dla Kaye miasto zawsze śmierdziało metalem.

Załadowanie sprzętu do samochodu zajęło jej zaledwie kilka minut. Wróciła do baru, chcąc sprowadzić matkę do wozu, nim ktoś zbije szybę i ukradnie wszystko. W Philly nie można było zostawiać nic w samochodzie. Ostatnio ktoś połakomił się na stary płaszcz i torbę z ręcznikami, które leżały na siedzeniu wozu Ellen.

Dziewczyna sprawdzająca dokumenty przy drzwiach tym razem przyglądała jej się przez długą chwilę, ale nic nie powiedziała. Zresztą było już późno. Zaraz mieli zamykać. Ellen ciągle siedziała przy barze, paliła papierosa i sączyła coś mocniejszego od piwa. Lloyd rozmawiał z jakimś facetem o długich, ciemnych włosach. Gość wyglądał trochę jak z innej bajki, chyba był zbyt dobrze ubrany. Jednak Lloyd gadał z nim jak ze starym kumplem, otoczywszy go ramieniem. Kaye na moment pochwyciła wzrok tamtego: miał żółte, kocie oczy, które jakby świeciły w półmroku. Zadrżała.

Ale Kaye od czasu do czasu widywała dziwne rzeczy i już nauczyła się je ignorować.

– Bryka gotowa – oznajmiła matce.

Ellen niedbale skinęła głową.

– Mogę dostać papierosa, kochanie?

Kaye wygrzebała paczkę ze swojego wojskowego chlebaka i wyjęła dwa papierosy. Jeden podała matce, drugi sama zapaliła.

Matka pochyliła się ku niej. Roztaczała woń piwa, whisky i potu, która dla Kaye była równie swojska, jak zapach perfum.

– Fajkowy całus – powiedziała w ten głupkowaty sposób, który zarazem zawstydzał i zachwycał, po czym przytknęła koniuszek swojego papierosa do żarzącego się koniuszka papierosa Kaye i zaciągnęła się głęboko. Po dwóch haustach dymu jej papieros się rozjarzył.

– Gotowe? – zapytał Lloyd, a Kaye niemal podskoczyła. Ale to nie głos ją wystraszył, lecz jego brzmienie – aksamitne, jak u jakiegoś żigolaka, a nie takiego palanta jak Lloyd. Coś tu było nie tak.

Ellen najwyraźniej niczego nie zauważyła. Szybko wypiła resztkę whisky.

– Jasne.

Chwilę później Lloyd wykonał dziwny ruch, zbyt gwałtowny – uniósł rękę, jakby chciał uderzyć Ellen w plecy. Kaye odepchnęła go instynktownie. Nawet nie bardzo mocno, ale pijany mężczyzna stracił równowagę. Spadający nóż uderzył o podłogę.

Twarz Lloyda była kompletnie pusta, pozbawiona wszelkich emocji. Oczy miał zaokrąglone, źrenice rozszerzone.

Frank, perkusista Stepping Razor, złapał go za rękę. Lloyd zdążył jeszcze zdzielić go w twarz, nim unieruchomili go klienci baru, a ktoś zadzwonił po policję.

Gdy gliny dotarły na miejsce, Lloyd niczego nie pamiętał. Był natomiast wściekły jak diabli i potwornie darł się na Ellen. Policja zawiozła Kaye i jej matkę do mieszkania Lloyda i czekała, aż dziewczyna spakuje ich rzeczy do plastikowych worków na śmieci. Ellen tymczasem wydzwaniała do znajomych, usiłując znaleźć jakieś lokum.

– Kochanie – rzekła w końcu – będziemy musiały jechać do babci.

– Dzwoniłaś do niej? – zapytała Kaye, upychając winylowe płyty Grace Slick do pustej skrzynki po pomarańczach. Odkąd przed sześciu laty wyjechały z New Jersey, nie odwiedziły babci ani razu. Kiedy dzwoniły do niej w święta, Ellen zamieniała z matką zaledwie parę słów, po czym oddawała słuchawkę córce.

– Tak, obudziłam ją. – Ellen sprawiała wrażenie potwornie, ale to potwornie znużonej. – Długo tam nie zabawimy. Będziesz mogła się spotkać z tą swoją koleżanką.

– Janet – powiedziała Kaye, mając nadzieję, że to ją ma na myśli Ellen. Bo chyba nie chciała jej znowu dokuczyć, przypominając te rzekome bzdury o elfach. Kaye nie miała zamiaru wysłuchiwać kolejnej opowieści o sobie i swoich wyimaginowanych przyjaciołach.

– Z tą, do której piszesz mejle z biblioteki. Poczęstujesz mnie jeszcze jedną fajką, kochanie? – poprosiła Ellen, wrzucając do skrzynki garść kompaktów.

 

Kaye podniosła skórzaną kurtkę Lloyda, która zawsze jej się podobała, i przypaliła papierosa od kuchenki gazowej, by nie marnować zapałek.

1


Mrożące jak śpiączka, kruche jak kwiat podszepty

twego przewrotnego świtu, jaźni zatapianie,

niech każda krwinka nasza elfem się stanie.

Mina Loy, Moreover, the Moon The Lost

Lunar Baedeker

Kaye wirowała na szarych, wyślizganych deskach promenady. Powietrze było ciężkie, pachniało zasychającymi małżami i skorupami soli, które osadziły się na pomostach. Fale zaciekle atakowały brzeg, po czym cofały się ociężale, unosząc ze sobą piasek i żwir.

Wysoko na niebie widniał blady księżyc, choć słońce dopiero chyliło się ku zachodowi.

Jak cudownie jest móc oddychać, pomyślała Kaye. Uwielbiała spokojną surowość oceanu i elektryzującą woń wilgotnego morskiego powietrza. Raz jeszcze zakręciła się, nie dbając o to, że jej spódnica wzbija się ponad górną granicę czarnych pończoch.

– Przestań! – zawołała Janet. Chwiała się lekko w butach na grubych koturnach, ale zwinnie przeskoczyła nad wylewającym, zatkanym liśćmi kanałem, który oddzielał promenadę od biegnącej równolegle ulicy. Jaskrawy makijaż zalśnił w świetle latarni. Janet wypuściła chmurę niebieskiego dymu i ponownie zaciągnęła się papierosem. – Jeszcze spadniesz.

Mieszkały u babci już od tygodnia i chociaż Ellen w kółko powtarzała, że wkrótce wyjadą, Kaye wiedziała, że tak naprawdę nie mają dokąd pójść. Cieszyło ją to. Uwielbiała wielki stary dom, pełny kurzu i kulek na mole. Lubiła bliskość morza i powietrze, które nie drapie w gardle.

Dziewczęta mijały tanie, dawno zamknięte i zabite dechami hotele z osuszonymi, popękanymi basenami. Nawet sale z automatami były zamknięte, choć przez okna z przyciemnionego szkła nadal było widać pluszaki w urządzeniach do łapania maskotek. Na zardzewiałym szyldzie ponad wystawą opuszczonego sklepu widniała nazwa Nadmorski Walijczyk.

Janet pogrzebała w małej torebce i wyciągnęła truskawkowy błyszczyk. Kaye obróciła się ku niej gwałtownie, rozwiewając poły sztucznego futra z lamparta; na jednej z pończoch już zdążyło się zrobić oczko. Do wysokich butów przykleił się piach.

– Chodźmy popływać – powiedziała, oszołomiona nocnym powietrzem i płonąca jak rozgrzany do białości księżyc. Wszystko pachniało wilgocią i dzikością, jak przed burzą, i Kaye miała ochotę biec przed siebie, nieskrępowana, poza horyzont, który rozpościerał się przed jej oczami.

– Woda jest lodowata – zauważyła z westchnieniem Janet – a ty masz szopę na głowie. Kaye, musisz doprowadzić się do porządku, zanim tam dojdziemy. Wyglądasz jak jakaś dziwaczka! Faceci nie lubią dziwolągów.

Kaye przystanęła i z uwagą przysłuchiwała się słowom Janet, wpatrując się w nią swymi nieco skośnymi, pomalowanymi ciemną kredką oczami badawczo niczym kot.

– Więc jaka powinnam być?

– Nie chodzi o to, żebym miała dla ciebie gotową receptę, ale… chyba chcesz poderwać faceta?

– Co mi tam po facecie. Musimy znaleźć inkuby.

– Inkuby?

– Demony. To z łaciny. A najłatwiej nam będzie je znaleźć – konspiracyjnie ściszyła głos – pływając nago w Atlantyku na tydzień przed Halloween.

Janet przewróciła oczami.

– Wiesz, co mi przypomina to słońce? – zapytała Kaye. Na horyzoncie, gdzie morze stykało się z niebem, widniał już tylko niewielki pasek czerwieni.

– No? – zapytała Janet, podając Kaye błyszczyk.

– Wygląda, jakby podcięło sobie żyły w wannie i zakrwawiło całą wodę.

– Kaye, to obrzydliwe.

– A księżyc nic, tylko patrzy. Siedzi tam i patrzy, jak ono umiera. Pewnie sam je do tego doprowadził.

– Kaye…

Kaye zawirowała ze śmiechem.

– Po cholerę ciągle wymyślasz te bzdury? Teraz wiesz, co miałam na myśli, mówiąc „dziwaczka”. – Janet mówiła głośno, ale Kaye ledwo ją słyszała przez szum wiatru i własny śmiech.

– Daj spokój, Kaye. Pamiętasz tego elfa, o którym kiedyś opowiadałaś historyjki? Jak mu było?

– Któremu? Jeden był Spike, a drugi Gristle.

– No widzisz! Zmyśliłaś ich. Ciągle coś zmyślasz.

Kaye przestała się kręcić, przekrzywiła głowę i zanurzyła palce w kieszeniach.

– A czy ja mówię, że nie?


Stary budynek po karuzeli od lat stał opuszczony. Na porozbijanych szybach widniały otoczone koronami włosów anielskie twarze bez wyrazu. Cały przód budynku był oszklony. Zaglądając do środka, można było zobaczyć brudną podłogę z odłamkami szkła. Jedynie surowa, zrobiona ze sklejki rampa do deskorolkowych akrobacji świadczyła o tym, że w ciągu ostatniej dekady próbowano jeszcze wykorzystywać to miejsce w celach komercyjnych.

Głosy odbijały się echem w nieruchomym powietrzu, niesione aż na ulicę. Janet wyrzuciła papierosa do rynsztoka. Zasyczał i szybko odpłynął, kołysał się na wodzie niczym pająk.

Kaye wciągnęła się na gzyms i przewiesiła nogi na drugą stronę. Po szybie nie było już śladu, ale zahaczyła o pozostałości szkła i rozdarła pończochy.

Warstwy farby gęsto pokrywały artystyczną niegdyś sztukaterię wewnątrz budynku. Stojąca na środku rampa została pomalowana przez miejscowych grafficiarzy, pokryta naklejkami z nazwami zespołów i pobazgrana długopisami.

Rzecz jasna, budynek nie był pusty.

– Kaye Fierch, pamiętasz mnie? – zapytał ze śmiechem Klucha, który pomimo swojej ksywy był szczupły i niski.

– Zdaje się, że to ty w szóstej klasie rzuciłeś w moją głowę butelką.

Chłopak znów się zaśmiał.

– Fakt. Zapomniałem o tym. Nadal jesteś wściekła?

– Nie – odparła Kaye, ale jej błogi nastrój zdążył już się ulotnić, pozostawiając zmęczenie i niepokój. Janet wspięła się na szczyt rampy i usiadła obok Kenny’ego, który, niczym król, siedział w swojej srebrzystej kurtce flajerce, przyglądając się wszystkiemu z góry. Przystojny, o ciemnych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach. Gestem pozdrowienia uniósł w górę niemal pełną butelkę tequili.

Marcus, który też trzymał butelkę, udał, że rzuca nią w Kaye.

Kilka kropel prysnęło na jego flanelową koszulę.

– Bourbon. – Wyciągnął butelkę w stronę Kaye. – Kosztowne gówno.

Przyjęła trunek z wymuszonym uśmiechem. Marcus wrócił do wykruszania cygara. Nawet kiedy się garbił, był z niego kawał chłopa. Brązowa skóra na jego głowie lśniła. Kaye zauważyła coś, co wyglądało na zacięcie przy goleniu.

– Przyniosłam wam trochę słodyczy – powiedziała Janet do Kenny’ego, wyciągając słodką kukurydzę i irysy o smaku orzeszków ziemnych.

– Przyniosłam wam trochę słodyczy – przedrzeźnił ją Klucha wysokim, piskliwym głosem, po czym wskoczył na rampę.

– Dawaj.

Kaye przechadzała się po okrągłym pomieszczeniu. Było niesamowite: stare, zniszczone i urocze. Bourbon zaczynał palić w gardle, co w sam raz pasowało do nastroju tego miejsca. Był to trunek, który mógłby pijać człowiek w letnim garniturze i nieodłącznym kapeluszu.

– Masz azjatycką krew – stwierdził Marcus, który tymczasem wypełnił cygaro zielskiem i zaczął pociągać. Powietrze wypełniła gęsta, słodka woń. – Z którego kraju?

Kaye ponownie pociągnęła bourbona, usiłując zignorować pytanie.

– Kaye! Słyszysz mnie?

– Jestem w połowie Japonką.

Dotknęła swoich włosów. Były jasne jak włosy jej matki. To one wprawiały ludzi w zakłopotanie.

– Rany, widziałaś kiedyś te ich kreskówki? Małe dziewczynki z kucykami i tym całym gównem, w tych krótkich mundurkach. Powinni nam tu zafundować takie same. Nosiłaś kiedyś taki?

– Zamknij się, palancie – odparła ze śmiechem Janet. – Ona chodziła do podstawówki z Kluchą i ze mną.

Kenny przełożył palec przez szlufkę dżinsów Janet i pociągnął dziewczynę ku sobie, by ją pocałować.

– Dobra, dobra, bez urazy. – Marcus się zaśmiał. – A nie potrzymałabyś przez chwilę tych włosów w kucykach? No, pokaż się tak.

Kaye pokręciła głową. Nie ma mowy.

Marcus i Klucha zaczęli grać w piłkę pustą butelką po piwie. Kopali ją od nogi do nogi, więc się nie zbiła, tylko wydawała głuchy dźwięk. Kaye pociągnęła kolejny łyk bourbona. W głowie przyjemnie jej szumiało, jakby muzyka nieistniejącej karuzeli wciąż brzmiała. Weszła w głąb pogrążonego w półmroku pomieszczenia, przyglądając się starym plakatom reklamującym popcorn i orzeszki ziemne po pięć centów za porcję. Na przeciwległej ścianie były zniszczone czarne drzwi. Kiedy je pchnęła, otworzyły się, choć nie bez oporu. Dochodzące przez okna w głównej sali światło księżyca oświetliło stare biurko i korkową tablicę, na której wisiały pożółkłe kartki z menu. Kaye weszła do pokoju, nie zważając na to, że włącznik światła nie działa. Poruszając się po omacku, znalazła kolejną klamkę. Te drzwi wychodziły na klatkę schodową, oświetlał ją tylko sączący się z góry skąpy blask. Ruszyła w górę, trzymając się zakurzonej barierki. Kichnęła głośno. Raz, drugi.

U szczytu schodów widniało niewielkie okienko, oświetlone przez spoglądający złowrogo z nieba morderczy księżyc, dojrzały i wielki. W kątach stały wzbudzające ciekawość skrzynki. Gdy jednak wzrok Kaye padł na konia, wszystko inne znikło z jej pamięci. Zwierzak był niesamowity: lśniący perłową bielą i pokryty maleńkimi odłamkami lustrzanego szkła. Pysk miał wymalowany na czerwono, fioletowo i złoto; był nawet rządek białych zębów i różowy język, ponad którym było dość miejsca, by wetknąć kostkę cukru. Było jasne, dlaczego koń został porzucony: miał odrąbane wszystkie cztery nogi i fragment ogona. Z kikutów sterczały drzazgi.

„Gristle byłby zachwycony”. Ta myśl wielokrotnie przychodziła Kaye do głowy od czasu wyjazdu z wybrzeża. Od sześciu lat.

„Moi wyimaginowani przyjaciele byliby zachwyceni”. Po raz pierwszy pomyślała tak, gdy zobaczyła miasto, oświetlone, jakby trwała tam wieczna Gwiazdka. Ale oni nigdy nie odwiedzili jej w Filadelfii. A teraz, gdy miała szesnaście lat, odnosiła wrażenie, że fantazja całkiem ją opuściła.

Spróbowała postawić konia na postrzępionych kikutach. Zachwiał się, ale nie upadł. Kaye zdjęła płaszcz i rzuciła go na zakurzoną podłogę. Bourbona postawiła obok. Przełożywszy nogę przez grzbiet zwierzaka, opadła na siodło, podpierając się nogami. Pogładziła żłobioną w złote loki grzywę. Dotknęła pomalowanych na czarno oczu i pokiereszowanych uszu.

W jej wyobraźni biały koń podniósł się na drżących nogach. Dotyk długich loków wywoływał przyjemne uczucie, a grzbiet zwierzęcia stał się żywy i ciepły. Kaye wplotła palce w grzywę i zacisnęła pięści, poczuła lekkie mrowienie. Koń zarżał cicho, gotów do skoku w chłodną czarną toń. Odrzuciła głowę do tyłu.

– Kaye? – Cichy głos wyrwał ją ze świata fantazji. Przy schodach, spoglądając na nią bezbarwnym wzrokiem, stał Kenny. Jeszcze przez chwilę Kaye trzymała się swojej wizji; potem poczuła, jak płoną jej policzki.

Teraz, w blasku księżyca, widziała chłopaka lepiej niż tam w dole. Z uszu zwisały mu dwa ciężkie srebrne kółka. Krótkie, cynamonowe włosy były potargane i lekko kręcone, podobnie wyglądała niewielka kozia bródka. Pod kurtką miał przyciasną koszulkę, ukazującą kształtne, naturalnie uformowane mięśnie.

Ruszył ku niej, wyciągając do przodu rękę, a potem spoglądając na nią dziwnie, jakby nie wiedział, co zamierzał z nią zrobić. W końcu, niemal jak zahipnotyzowany, pogłaskał konia po głowie.

– Widziałem – powiedział. – Widziałem, co zrobiłaś.

– Gdzie jest Janet? – Kaye nie była pewna, o co Kenny’emu chodzi. Gdyby nie malująca się na jego twarzy powaga i powolne cedzenie słów, byłaby przekonana, że chłopak z niej żartuje.

On tymczasem zaczął głaskać konia po grzywie.

– Martwiła się o ciebie. – Kaye nie mogła oderwać wzroku od dłoni Kenny’ego, która zdawała się czochrać nieistniejące włosy. – Jak to zrobiłaś?

– Co? – Teraz już naprawdę ją przestraszył, ale zarazem jej pochlebił. Na jego twarzy nie dostrzegła najmniejszego śladu kpiny. Spoglądał na nią tak badawczo, że wyglądał jak wielki znak zapytania.

– Widziałem, jak koń wstaje – mówił tak cicho, że mogłaby udać, że nie dosłyszała jego słów. Kenny tymczasem położył dłoń na jej udzie i zaczął ją przesuwać w górę ku bawełnianym majtkom.

 

Dotyk poraził ją, mimo świadomości powolnego ruchu ręki. Na chwilę zamarła, sparaliżowana; potem zerwała się, wypuszczając spomiędzy ud grzbiet konia. Zwierzę przewróciło się z hukiem, potrącając butelkę bourbona. Ciemny trunek niczym nocny przypływ rozlał się na jej płaszcz i zakurzone skrzynki.

Nim zdążyła pomyśleć, chłopak chwycił ją za dekolt. Cofnęła się, straciła równowagę i upadła. Koszula rozdarła się, odsłaniając stanik, choć chłopak w końcu ją puścił.

Na schodach rozległ się tupot kroków.

– Co jest, kurwa? – Marcus i Klucha pojawili się u góry, przepychając się wzajemnie, by zobaczyć, co się tam dzieje.

Kenny pokręcił głową i rozglądał się w oszołomieniu, podczas gdy Kaye usiłowała podnieść z podłogi zalany bourbonem płaszcz.

Chłopcy rozstąpili się przed Janet, która wbiegła po schodach w ślad za nimi i teraz stała, z konsternacją spoglądając to na Kaye, to na Kenny’ego. Kaye odepchnęła ją, pośpiesznie usiłując trafić ręką w rękaw płaszcza.

– Kaye! – zawołała za nią Janet.

Kaye zignorowała ją, przeskakując w ciemnościach po dwa stopnie naraz. Nie było nic, co mogłaby powiedzieć, by wytłumaczyć to, co się stało.

Słyszała, jak Janet wrzeszczy:

– Co jej zrobiłeś?! Co jej zrobiłeś, do cholery?!

Kaye przebiegła przez salę, w której niegdyś stała karuzela, przerzuciła nogę przez parapet. Szkło, którego poprzednio starannie unikała, tym razem lekko porysowało zewnętrzną część uda, gdy zeskakiwała na pokryty wodorostami piach.

Zimny wiatr mile chłodził rozgrzaną twarz.


Cornelius Stone podniósł nowe pudło komputerowych odpadków i zaciągnął je do sypialni, gdzie stało już mnóstwo innych. Za każdym razem, gdy jego matka wracała z pchlego targu z rozbitym monitorem, lepką klawiaturą albo po prostu z mnóstwem kabli, na jej twarzy malowała się nadzieja, która sprawiała, że Corny miał ochotę ją uderzyć. Ta kobieta po prostu nie była w stanie pojąć różnicy między 286-tką a komputerem kwantowym. Nie pojmowała, że epoka partyzanckiej inżynierii się kończy; że nie wystarczy już być pieprzonym geniuszem. Trzeba być jeszcze bogatym.

Upuścił pudełko, trzykrotnie kopnął je z całej siły, chwycił dżinsową kurtkę z diabelską głową na plecach i ruszył ku drzwiom.

– Przyda ci się to, kochanie? – Matka była w pokoju Janet. Składała nową parę dżinsów z lumpeksu. – Potem podniosła koszulkę z kotkami z kryształków. – Myślisz, że spodoba się twojej siostrze?

– Dzięki, mamo – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Muszę lecieć do roboty.

Minął ojczyma, który stał pochylony, wyciągając piwo z kredensu pod stołem kuchennym. Po blacie spacerowała biała kotka z kolejnym miotem w brzuchu, wydzierając się o puszkę, pikle, lody czy cokolwiek. Corny niechętnie pogłaskał ją po łebku, ale nim zaczęła się do niego przymilać, otworzył zrobione z moskitiery drzwi i wyszedł na parking. Chłodne październikowe powietrze przyniosło mu ulgę od papierosowego zaduchu.

Corny uwielbiał swój samochód. Był to pomalowany farbą gruntową chevrolet, pokryty plamami rdzy, z wykładziną, która zwisała z sufitu jak wybrzuszona skóra. On sam też nie wyglądał lepiej: wysoki chudzielec ze spiczastym nosem, kiepskimi włosami i jeszcze gorszą cerą. Pasował do swojego imienia. Cornelius. Corny. Korniszon. Ale nie, kiedy siedział w tym samochodzie. Tam, w środku, był anonimowy.

Przez ostatnie trzy tygodnie codziennie wychodził do pracy nieco wcześniej. Jechał do sklepu z mrożonkami i kupował trochę żarcia. Potem krążył po mieście, mijając wszystkie lokalne miejsca schadzek, wyobrażając sobie, że ma w samochodzie półautomatyczny karabin, i licząc, ile osób zdołałby ustrzelić. „Paf!” – mówił cicho do podniesionych żaluzji, patrząc, jak szatyn o szerokich barach i we włożonej daszkiem do tyłu czapce baseballowej podbiega do chichoczących dziewcząt ukrytych za szybą czerwonej ciężarówki. „Paf! Paf!”.

Tego wieczoru kupił kubek kawy i paczkę czarnej lukrecji. Przez chwilę przyglądał się książce w papierowej okładce z wytłoczonym srebrnym smokiem. Przeczytał kilka zdań w nadziei, że opowieść go zainteresuje. Ta zabawa zaczynała go nudzić. Gorzej niż nudzić: zaczynał się czuć bardziej żałosny niż zwykle. Do Halloween został niecały tydzień. Prawdziwy świr już dawno poszedłby i kupił prawdziwą spluwę. Corny pociągnął łyk kawy i omal jej nie wypluł. Za słodka. Pociągnął następny łyk, usiłując przywyknąć do smaku. Ohyda.

Wysiadł z wozu i wylał cały kubek na parking. Zadowolony z efektu, wszedł do sklepu i kupił kolejną kawę. Stojąca za ladą matrona z szopą rudych włosów przyjrzała mu się i wskazała kurtkę.

– Niby że kim pan jest, diabłem?

– Chciałbym – odparł, rzucając na ladę dolara dwadzieścia pięć. – Chciałbym.