Dziadek do orzechów

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział X: Wuj i siostrzeniec3

Jeżeli zdarzyło się kiedy któremuś z moich miłych Czytelników skaleczyć się szkłem, to sam wie najlepiej, jak to boli i jak przewlekłe jest gojenie. Tak było też i z Klarą: przez cały prawie tydzień musiała leżeć w łóżku, bo dostawała zawrotów głowy, kiedy tylko próbowała się podnieść.

Wreszcie jednak wyzdrowiała zupełnie i mogła jak dawniej wesoło biegać po pokojach. W oszklonej szafie było prześlicznie, bo stały tam nowe drzewa, kwiaty, domki i pięknie wystrojone lalki.

Przede wszystkim odnalazła Klara swojego Dziadka do Orzechów, który uśmiechał się do niej z drugiej półki zupełnie zdrowymi ząbkami. Gdy przyjaźnie oglądała swojego przyjaciela, przyszła jej nagle do głowy niepokojąca myśl, że wszystko to, co opowiadał ojciec chrzestny, jest właściwie historią Dziadka do Orzechów oraz jego porachunków z Mysibabą i jej synem. Dziadek do Orzechów jest na pewno młodym panem Droselmajerem, synem tokarza lalek, miłym, lecz, niestety, zaczarowanym przez Mysibabę siostrzeńcem ojca chrzestnego Droselmajera. Bo ani na chwilę, słuchając bajki, nie wątpiła Klara, że sędzia Droselmajer był właśnie owym zręcznym zegarmistrzem na dworze ojca Pirlipaty!

– Ale dlaczego, dlaczego wuj ci nie dopomógł? – skarżyła się Klara, bo coraz żywiej i wyraźniej kształtowało się w niej przekonanie, że bitwa, której była świadkiem, toczyła się o państwo i koronę Dziadka do Orzechów. Czyż wszystkie inne lalki nie byli to jego poddani i czyż nie sprawdziła się przepowiednia nadwornego astronoma, że Dziadek do Orzechów zostanie królem państwa lalek?

Rozważając to wszystko, Klara uważała, że Dziadek do Orzechów i jego poddani powinni zacząć żyć i poruszać się tylko dlatego, że ona tego pragnie. Ponieważ jednak tak się nie stało i wszystko w szafie było martwe i nieruchome, Klara przypisała ten stan rzeczy czarom Mysibaby i jej siedmiogłowego syna.

– Chociaż pan nie może poruszyć się ani do mnie przemówić, kochany panie Droselmajer – odezwała się Klara – wiem jednak na pewno, że pan mnie dobrze rozumie i jest pan przekonany o mojej życzliwości. Niech pan liczy na moje poparcie, gdyby mogło ono panu na coś się przydać. Przede wszystkim poproszę wujaszka, żeby dopomógł panu swoją sztuką.

Dziadek do Orzechów był wciąż martwy i nieruchomy, ale Klarze wydało się nagle, że lekkie westchnienie wyfrunęło z szafy i zadzwoniło o szybę.

Klara zlękła się nieco, ale jednak było jej przyjemnie.

Zapadł już zmierzch, do pokoju wszedł radca z ojcem chrzestnym. Wkrótce Ludwika nakryła stół i cała rodzina zebrała się przy herbacie, żartując i rozmawiając wesoło. Klara przyniosła po cichutku swój mały fotelik i siadła u nóg ojca chrzestnego. W pewnej chwili, gdy przy stole zapanowało milczenie, Klara podniosła duże, niebieskie oczy na sędziego i rzekła:

– Wiem już teraz, drogi ojcze chrzestny, że mój Dziadek do Orzechów jest twoim siostrzeńcem, młodym Droselmajerem, synem tokarza lalek. Sprawdziła się przepowiednia twojego przyjaciela, astronoma, gdyż istotnie siostrzeniec twój został księciem, a nawet królem. Ale ty wiesz przecież, że jest on na stopie wojennej z Królem Myszy, synem Mysibaby. Dlaczego mu więc nie pomożesz?

Klara raz jeszcze opowiedziała o całym przebiegu bitwy tak, jak ją widziała. Wybuchy śmiechu matki i Ludwiki przerwały jej opowiadanie.

Tylko Fred i ojciec chrzestny zachowali powagę.

– Skąd tej dziewczynie takie dziwne myśli przychodzą do głowy? – spytał radca.

– Widocznie – odpowiedziała matka – ma bujną wyobraźnię, są to na pewno sny wywołane chorobą.

– To wszystko nieprawda! – rzekł Fred. – Moi czerwoni huzarzy nie są przecież takimi tchórzami, do stu par diabłów!

Tylko ojciec chrzestny uśmiechał się tajemniczo.

Posadził sobie na kolana małą Klarę i rzekł łagodniej niż zwykle:

– Tobie, Klaro, więcej jest dane niż mnie i nam wszystkim razem; jesteś jak Pirlipata urodzoną księżniczką, bo panujesz nad wspaniałym, słonecznym państwem baśni. Ale dużo będziesz miała zgryzot, jeżeli zajmiesz się biednym, zniekształconym Dziadkiem do Orzechów, bo Król Myszy prześladuje go na każdym kroku. Lecz nie ja, tylko ty, ty jedna możesz go uratować; bądź więc wytrwała i wierna!

Ani Klara, ani nikt inny nie zrozumiał, co właściwie miał na myśli ojciec chrzestny; radca zdumiał się tak bardzo, że wziął za puls sędziego i rzekł:

– Drogi przyjacielu, masz silne uderzenie krwi do głowy; powinieneś zaraz wziąć lekarstwo.

Ale pani radczyni pokiwała w zamyśleniu głową i powiedziała cichutko:

– Przeczuwam, co miał na myśli ojciec chrzestny, ale nie potrafię tego jasno wyrazić…

Rozdział XI: Zwycięstwo

Była noc księżycowa i Klara spała już od kilku godzin, kiedy zbudziły ją nagle jakieś dziwne szmery, dochodzące, jak jej się zdawało, z jednego kąta pokoju. Wydawało się, że drobne kamyki padały na podłogę, a od czasu do czasu odzywały się odrażające świsty i piski.

– Ach, to myszy, myszy wracają! – zawołała przerażona Klara i chciała obudzić matkę, ale słowa uwięzły jej w gardle i nie mogła zdobyć się na najlżejsze poruszenie, ujrzała bowiem Króla Myszy, który wydobył się z trudem przez otwór w murze, a potem biegał po pokoju z błyszczącymi oczkami, potrząsając swymi siedmioma koronami na głowie. Ale przerażenie jej doszło do szczytu, kiedy Król Myszy potężnym susem wskoczył na mały stolik, który stał u jej łóżka.

– Hi, hi, hi, musisz mi oddać swoje cukierki, malutka, bo inaczej zagryzę twojego Dziadka… twojego Dziadka do Orzechów…

Tak świstał Król Myszy, zgrzytając zębami, a potem zeskoczył na ziemię i skrył się w dziurze.

Wypadek ten tak przestraszył Klarę, że nazajutrz wstała z łóżka niezmiernie blada i bardzo niespokojna; nie mogła niemal głosu wydobyć. Sto razy chciała wyżalić się przed matką, Ludwiką albo chociażby przed ojcem chrzestnym, ale zawsze przychodziło jej na myśl, że nikt jej nie uwierzy i że zostanie wyśmiana. Wiedziała jednak na pewno, że musi oddać cukierki i marcypany, żeby uratować Dziadka do Orzechów.

Toteż wieczorem ułożyła wszystkie słodycze na podłodze przy szafie.

Nazajutrz rano pani radczyni rzekła:

– Nie rozumiem, skąd wzięły się nagle myszy w naszym bawialnym pokoju. Spójrz tylko, Klaro, zjadły ci wszystkie słodycze!

Tak było rzeczywiście. Jedynie nadziewane marcypany nie przypadły widocznie do gustu żarłocznemu Królowi Myszy, ale pogryzł je tak, że trzeba je było wyrzucić.

Klara nic sobie nie robiła z tej straty cukierków; przeciwnie, cieszyła się niezmiernie, mniemając, że uratowała swojego Dziadka do Orzechów.

Można sobie wyobrazić przerażenie Klary, gdy następnej nocy usłyszała znowu pisk i kwik tuż obok swojego ucha. Ach, to Król Myszy zjawił się znowu! Oczy jego błyszczały jeszcze silniej niż nocy ubiegłej i jeszcze bardziej przeraźliwy pisk wydobywał się z jego siedmiu paszcz.

– Musisz mi oddać swoje lalki z cukru, malutka, bo inaczej zagryzę twojego Dziadunia, twojego Dziadka do Orzechów…

Z tymi słowami okropny Król Myszy zeskoczył ze stolika i ukrył się w norze.

Następnego dnia Klara stanęła przed szafą, w której znajdowały się jej lalki z cukru, i oglądała je po raz ostatni z wielkim smutkiem. Nie należy się dziwić jej zmartwieniu, gdyż nie masz pojęcia, moja uważna Czytelniczko, jakie śliczne figurki z cukru miała Klara!

Przede wszystkim był tam piękny pastuch z pastuszką: paśli oni całe stado owieczek białych jak mleko, a obok nich skakał wesoły piesek. Było tam dwóch listonoszy z listami w ręku, a cztery milutkie parki – wytwornie ubrani młodzieńcy i ślicznie wystrojone dziewczęta – huśtały się na marcypanowej huśtawce… Było tam także kilku tancerzy, a w kąciku stało małe, rumiane dziewczątko, oczko w głowie Klary. Łzy popłynęły jej z oczu.

– O, mój drogi panie Droselmajer! – zawołała do Dziadka do Orzechów. – Czego bym nie zrobiła, żeby pana uratować. Ale to jest jednak okropne!

Dziadek do Orzechów miał wygląd tak zabawny, że Klara, która miała ciągle przed oczami siedem otwartych gardzieli gotowych pożreć Dziadka, postanowiła poświęcić wszystko. Wieczorem ułożyła więc na podłodze przy szafie wszystkie swoje cukrowe laleczki, tak jak poprzednio cukierki i marcypany. Ucałowała pastucha, pastuszkę, owieczki, a wreszcie wyjęła z kąta swoje ulubione rumiane dzieciątko i ustawiła je na samym końcu.

– Nie, to przechodzi wszelkie pojęcie! – wołała pani radczyni następnego ranka. – Na pewno gospodaruje w szafie jakaś ogromna mysz, bo wszystkie cukrowe laleczki biednej Klary są pogryzione.

Klarze trudno było powstrzymać łzy, ale prędko uśmiechnęła się myśląc: „To nic. Dziadek do Orzechów jest uratowany!”

Pani radczyni opowiedziała wieczorem mężowi o spustoszeniach uczynionych przez myszy w szafie dzieci. – To doprawdy okropne, że nie możemy dać sobie rady z tą fatalną myszą, która rozpanoszyła się w oszklonej szafie i pożera słodycze biednej Klary – rzekł radca, a ojciec chrzestny zawołał wesoło:

– Przecież piekarz ma na dole ślicznego kota; zaraz go tu przyniosę! On położy koniec temu wszystkiemu i odgryzie głowę myszy, gdyby to była nawet Mysibaba we własnej osobie albo jej syn, Król Myszy…

– I będzie skakał po stołach i krzesłach – przerwała, śmiejąc się, matka. – Pozrzuca szklanki, filiżanki i narobi jeszcze tysiąc innych szkód.

– Skądże znowu! – odparł ojciec chrzestny. – Kot piekarza jest zręczny; chciałbym umieć tak zgrabnie, jak on, chodzić po pochyłym dachu.

 

– Tylko bez kotów w nocy! – prosiła Ludwika, która nie znosiła tych zwierząt.

– Właściwie ojciec chrzestny ma rację – rzekł radca – ale możemy również postawić pułapkę na myszy. Czy mamy w domu pułapkę?

– Pułapkę zrobi nam najlepiej ojciec chrzestny! – zawołał Fred. – Przecież to on ją wynalazł!

Wszyscy roześmieli się, a ponieważ pani radczyni nie miała w domu pułapki, ojciec chrzestny zaofiarował się, że ma kilka u siebie, i kazał natychmiast przynieść ze swego mieszkania doskonałą pułapkę na myszy.

Fred i Klara przypomnieli sobie dokładnie opowiadanie ojca chrzestnego o twardym orzechu. Kiedy kucharka przysmażała słoninę, Klara drżała na całym ciele i odezwała się do niej, jakby to ona była królową z bajki o Pirlipacie:

– Strzeż się, królowo, Mysibaby i jej rodziny!

A Fred wyjął szablę i zawołał:

– Niech tylko przyjdą, już ja im pokażę!

Ale nic się nie poruszyło ani pod kominem, ani na kominie.

A kiedy sędzia uwiązał słoninę na cienkiej nitce i cichutko ustawił pułapkę przy szafie, Fred go ostrzegł:

– Uważaj dobrze, ojcze chrzestny i świetny zegarmistrzu, żeby ci Król Myszy jakiegoś figla nie spłatał!

W nocy biedna Klara miała okropne przejścia. Czuła zimne dotknięcia wzdłuż ręki, potem coś chropowatego i obrzydliwego przylgnęło do jej policzka, piszcząc straszliwie. Obrzydliwy Król Myszy siedział na jej ramieniu, czerwony ogień zionął z jego siedmiu szeroko rozwartych gardzieli. Potwór, zgrzytając zębami, świstał prosto do ucha Klary:

 
Świst – świst, gwizd – gwizd,
Do domku nie wejdę,
Bez uczty się obejdę,
Złapać mnie się nie uda!
Świst – świst, gwizd – gwizd,
Oddaj mi swoje cuda,
Swoje śliczne książeczki
I swoje sukieneczki!
Nie wiem, co zmiłowanie,
Stracisz swe ukochanie;
Dziadka zjem na śniadanie,
Hi – hi! Pi – pi! Kwik – kwik!
 

Klara była następnego ranka bardzo blada.

– Ta wstrętna mysz jeszcze się nie złapała – powiedziała matka, a myśląc, że Klara boi się myszy i opłakuje swoje cukierki, dodała: – Ale bądź spokojna, Klaro, już my ją wypędzimy! Jeżeli nie pomogą pułapki, to ojciec chrzestny sprowadzi swego szarego kota.

Zaledwie Klara znalazła się w bawialni, natychmiast podeszła do oszklonej szafy i łkając zwróciła się do Dziadka do Orzechów:

– Mój najdroższy, najlepszy panie Droselmajer, cóż ja, mała, nieszczęśliwa dziewczynka mogę dla pana uczynić? Gdybym nawet oddała na pogryzienie temu okropnemu Królowi Myszy wszystkie moje książki z obrazkami, a nawet tę śliczną nową sukienkę, którą dostałam na Gwiazdkę, to przecie zażąda on jeszcze więcej i nic już nie będę miała; wreszcie i mnie samą będzie chciał zagryźć zamiast pana. Ach, co mam uczynić, ja nieszczęśliwa, co mam uczynić?!

Kiedy Klara tak skarżyła się i narzekała, zauważyła nagle, że Dziadkowi do Orzechów po owej pamiętnej nocy pozostała na szyi wielka krwawa plama. Odkąd Klara wiedziała, że jej Dziadek do Orzechów jest w istocie młodym panem Droselmajerem, siostrzeńcem ojca chrzestnego, nie nosiła go więcej na ręku, nie pieściła go i nie całowała, a nawet lękała się go dotknąć.

Ale teraz ostrożnie wyjęła go z szafy i zaczęła ścierać mu chustką do nosa krew z szyi. Jakież było jej zdziwienie, gdy nagle poczuła, że Dziadek w jej ręce stawał się coraz cieplejszy i zaczął się poruszać. Gdy prędziutko odstawiła go na półkę, usta jego zaczęły się otwierać i zamykać, aż wreszcie Dziadunio wyszeptał:

– Ach, moja droga przyjaciółko, ileż pani zawdzięczam! Nie poświęci pani dla mnie ani książek z obrazkami, ani gwiazdkowej sukienki. Tylko niech mi się pani wystara o pałasz; tylko o pałasz, reszta należy już do mnie, gdybym miał nawet…

W tej chwili jednak Dziadek do Orzechów stracił mowę; oczy jego, przed chwilą pełne tęsknoty i uczucia, przybrały znowu wyraz nieruchomy i martwy.

Klara nie odczuwała żadnego lęku; przeciwnie, skakała z radości, bo wiedziała teraz, w jaki sposób uratować Dziadka do Orzechów, nie ponosząc więcej bolesnych ofiar. Ale gdzie zdobyć pałasz dla tego malca? Klara postanowiła naradzić się z Fredem.

Wieczorem, kiedy rodzice wyszli z domu, a dzieci same siedziały w bawialni obok oszklonej szafy, Klara opowiedziała bratu wszystko, co się jej wydarzyło, i w jaki sposób może uratować Dziadka do Orzechów. W tym całym opowiadaniu najbardziej zastanowiło Freda, że jego huzarzy, według relacji Klary, tak źle zachowali się w bitwie. Jeszcze raz zapytał, czy to prawda, a kiedy Klara potwierdziła, podszedł szybko do szafy i zwrócił się do huzarów z patetyczną przemową. Potem, chcąc ich ukarać za egoizm i tchórzostwo, poobcinał im z czapek odznaki wojskowe i zabronił w ciągu całego roku trąbić marsza gwardyjskiego.

Następnie zwrócił się znowu do Klary:

– Co się tyczy pałasza, to mogę dostarczyć go Dziadkowi do Orzechów; wczoraj właśnie wyznaczyłem emeryturę wysłużonemu oficerowi batalionu kirasjerów, więc mogę mu odebrać jego piękny i ostry pałasz.

Wspomniany oficer żył z pensji, wyznaczonej przez Freda, w tylnym kącie trzeciej półki. Chłopiec wyciągnął go stamtąd, zabrał mu błyszczący srebrny pałasz i przypasał go Dziadkowi do Orzechów.

Klara bała się tak bardzo, że następnej nocy nie mogła zmrużyć oka. Zdawało się jej, że z bawialni dochodzą jakieś niezwykłe hałasy, brzęki i szmery. Nagle usłyszała głośny okrzyk: „kwik, kwik!”

– To Król Myszy, na pewno Król Myszy! – zawołała Klara i przerażona wyskoczyła z łóżka. Naokoło panowała już cisza zupełna, ale wkrótce usłyszała cichutkie pukanie do drzwi i delikatny głosik:

– Niech pani spokojnie otworzy, przychodzę z dobrą nowiną!

Klara poznała głos młodego Droselmajera, zarzuciła prędko sukienkę i natychmiast otworzyła drzwi. Dziadunio stał za progiem, trzymając w prawej ręce zakrwawiony pałasz a w lewej woskową świeczkę.

Gdy spostrzegł Klarę, ukląkł na jedno kolano i odezwał się do niej:

– O, pani! Tobie jednej zawdzięczam, żeś pokrzepiła moją odwagę rycerską, a ramieniu memu dodała siły, bym mógł pokonać zuchwalca, który śmiał z ciebie szydzić. Chytry Król Myszy leży zmiażdżony i pławi się we własnej krwi. Zechciej, pani, przyjąć z rąk rycerza oddanego ci aż do śmierci ten dowód zwycięstwa i nie wzgardź tym darem.

To mówiąc, Dziadek do Orzechów zsunął zręcznie z ręki siedem nałożonych jak bransolety złotych koron Króla Myszy i podał je Klarze. Dziewczynka nie posiadała się z radości, a Dziadek do Orzechów powstał i ciągnął dalej:

– O, moja kochana panno Klaro! Teraz, kiedy pokonałem swojego wroga, pragnąłbym ci pokazać wiele cudownych rzeczy, gdybyś tylko zechciała pójść ze mną! O, uczyń to, uczyń, najdroższa panno Klaro!

3siostrzeniec– młody Droselmajer, jako syn kuzyna, jest faktycznie nie siostrzeńcem, a bratankiem zegarmistrza. [przypis edytorski]