Monolog polsko żydowskiTekst

Z serii: Esej
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © BRU­NO BAR­BEY / MA­GNUM PHO­TOS

Co­py­ri­ght © by HEN­RYK GRYN­BERG, 2003

Re­dak­cja FI­LIP MO­DRZE­JEW­SKI

Ko­rek­ta MAG­DA­LE­NA KĘ­DZIER­SKA-ZA­PO­ROW­SKA / D2D.PL,

MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-486-6

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej MI­CHAŁ NA­KO­NECZ­NY / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Spis treści

  Od au­to­ra

  Hi­sto­ria pol­sko-ży­dow­ska

  Pol­ska eks­klu­zyw­na

  Trój­kąt pol­sko­-ży­dow­sko-ukra­iń­ski

  Dzie­dzic­two du­cho­we

  Przy­miesz­ka krwi

  Żyd, któ­ry uda­wał Po­la­ka, któ­ry uda­wał Żyda…

  My, Ży­dzi z Do­bre­go

  Obo­wią­zek

  Pa­le­sty­na, Pa­le­sty­na…

  Wi­nię Eu­ro­pę

  Nad pięk­nym, mo­drym Wan­n­see

  Im­pe­ra­tyw czło­wie­czeń­stwa

  Przypisy

Od au­to­ra

Więk­szość ni­niej­sze­go mo­no­lo­gu była w tej lub in­nej for­mie pu­bli­ko­wa­na w „Res Pu­bli­ce No­wej” i na jej stro­nie in­ter­ne­to­wej, gdzie wy­wo­ły­wa­ła oży­wio­ny dia­log. Esej za­ty­tu­ło­wa­ny Obo­wią­zek uka­zał się pier­wot­nie w „Od­rze”, a Przy­miesz­ka krwi i Dzie­dzic­two du­cho­we wy­ro­sły z re­cen­zji za­miesz­czo­nych do­syć daw­no w ty­go­dni­ku „Wprost” i „Ga­ze­cie Wy­bor­czej”. Naj­star­szy jest Żyd, któ­ry uda­wał Po­la­ka, któ­ry uda­wał Żyda…, bo wy­wo­dzi się z ar­ty­ku­łu dru­ko­wa­ne­go w 1991 w nowo­jor­skim mie­sięcz­ni­ku „Okay Ame­ry­ka” i póź­niej­szej dys­ku­sji w chi­ca­gow­skim „To Be”.

Hi­sto­ria pol­sko-ży­dow­ska

Nig­dy nie by­łem w Ka­li­szu, ro­dzin­nym mie­ście mo­jej by­łej żony, w któ­rym roz­gry­wa się głów­na ak­cja Ży­cia co­dzien­ne­go i ar­ty­stycz­ne­go, ale To­wa­rzy­stwo Mi­ło­śni­ków Zie­mi Ka­li­skiej wzię­ło mnie za ka­li­sza­ni­na i po­pro­si­ło o coś do an­to­lo­gii. Na­pi­sa­łem im więc wiersz o „ro­dzin­nym mie­ście, w któ­rym nig­dy nie by­łem” i w któ­rym ani śla­du „po star­szych bra­ciach w Pi­śmie i w Bogu / po są­sia­dach w sta­tu­tach i pra­wach”. Po­pro­si­li o przy­pi­sy, bo wiersz wy­da­wał im się trud­ny do zro­zu­mie­nia. Pod­je­cha­łem do bi­blio­te­ki pu­blicz­nej w po­bli­skim Ar­ling­to­nie spraw­dzić pew­ne szcze­gó­ły, ale w żad­nej en­cy­klo­pe­dii nie było Ka­li­sza. – Pro­szę szu­kać pod Sta­tu­te of Ka­lisz – po­ra­dzi­ła mi bi­blio­te­kar­ka, wca­le nie Ży­dów­ka, i zna­la­złem tam wszyst­ko, co trze­ba, bo tu, w Wir­gi­nii nad Po­to­ma­kiem, Sta­tut Ka­li­ski jest le­piej zna­ny niż w Ka­li­szu nad Pro­sną.

Ży­dzi w hi­sto­rii Pol­ski po­ja­wia­ją się na spe­cjal­nych kon­fe­ren­cjach na­uko­wych (fi­nan­so­wa­nych głów­nie przez Ży­dów), w spe­cjal­nych pu­bli­ka­cjach (ad­re­so­wa­nych do Ży­dów) i w uro­czy­stych prze­mó­wie­niach (na eks­port, dla Ży­dów), ale nie ma ich ani u Bo­le­sła­wa Po­boż­ne­go, któ­ry Sta­tut Ka­li­ski wpro­wa­dził, ani u Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go, któ­ry go ra­ty­fi­ko­wał, ani w roz­dzia­łach o za­kła­da­niu, roz­wo­ju i upad­ku miast, ani na wi­śla­nym szla­ku zbo­żo­wym do Gdań­ska, z któ­re­go czer­pa­ła siły go­spo­dar­ka I Rze­czy­po­spo­li­tej (III Rzecz­po­spo­li­ta bez Ży­dów nie ra­dzi so­bie z tłu­sty­mi zbio­ra­mi zbo­ża jak Egipt bez Jó­ze­fa).

„Przez wie­ki ko­rzy­sta­li­śmy z wkła­du Ży­dów, któ­rzy żyli w Pol­sce, wzbo­ga­ca­li na­szą go­spo­dar­kę, na­szą kul­tu­rę i na­sze ży­cie spo­łecz­ne”, przy­zna­je pol­ski mi­ni­ster w li­ście do Świa­to­we­go Kon­gre­su Ży­dów, ale nie pol­ska hi­sto­ria. Do ele­men­tów na­pły­wo­wych za­słu­żo­nych dla go­spo­dar­ki kra­ju za­li­cza się Niem­ców, Ho­len­drów, Fran­cu­zów, na­wet Szko­tów, tyl­ko nie Ży­dów. W oświad­cze­niach na eks­port Ży­dzi wzbo­ga­ca­li Pol­skę, lecz w wy­po­wie­dziach na uży­tek we­wnętrz­ny wzbo­ga­ca­li tyl­ko sie­bie, jej kosz­tem. Zu­bo­ża­li ją, wręcz okra­da­li. Na­wet ich dzia­łal­ność kul­tu­ral­ną uwa­ża­no za szko­dli­wą, je­śli nie wręcz groź­ną.

O naj­więk­szej klę­sce, jaka spo­tka­ła Ży­dów w Pol­sce i była naj­więk­szą klę­ską kul­tu­ry, hi­sto­ria Pol­ski wspo­mi­na na mar­gi­ne­sie i od nie­chce­nia (za mo­ich szkol­nych lat wca­le nie wspo­mi­na­ła). Peł­no ich za to w pry­wat­nych re­la­cjach, w któ­rych wy­stę­pu­ją nie jako ofia­ry, lecz oskar­że­ni. Przede wszyst­kim o ak­tyw­ność go­spo­dar­czą – za któ­rą in­nych się chwa­li. Nie tyl­ko nie mają za­sług, lecz prze­ciw­nie, wszyst­kie­mu są win­ni. W hi­sto­rii ich wca­le nie ma, a w pasz­kwi­lach – tak ust­nych, jak i pi­sem­nych – są wszech­obec­ni. Nie ma ich i są – rów­no­cze­śnie.

Są ob­se­sją, któ­rej skut­ki by­wa­ją ka­ta­stro­fal­ne, i tyl­ko na tym po­le­ga ich „wina”. W kry­tycz­nych la­tach trzy­dzie­stych za­miast go­to­wać się do obro­ny przed wro­giem rze­czy­wi­stym, kon­cen­tro­wa­no uwa­gę na „obro­nie” przed Ży­da­mi. Ra­dzo­no, co z nami – bo od 1936 i ja by­łem na tym świe­cie – zro­bić. Może wy­słać nas na Ma­da­ga­skar? Ten pol­sko-fran­cu­ski pro­jekt po­do­bał się po­cząt­ko­wo tak­że Hi­tle­ro­wi, bo za­bój­czy kli­mat i lu­dzie tam pa­da­li jak mu­chy. Pro­jekt miał wszel­kie szan­se, bo gdzie in­dziej od­ma­wia­no Ży­dom wiz. Żeby skło­nić nas do wy­jaz­du, pro­po­no­wa­no, by za przy­kła­dem hi­tle­row­skiej Rze­szy za­bro­nić ubo­ju ry­tu­al­ne­go, ode­brać nam han­del, po­zba­wić nas oby­wa­tel­stwa. Jesz­cze w 1939 zgło­szo­no pro­jekt usta­wy, któ­ra mia­ła za­ka­zać nam zmia­nę na­zwisk – na­wet prze­chrztom, je­śli 11 li­sto­pa­da 1918 byli za­pi­sa­ni „jako wy­zna­ją­cy re­li­gię moj­że­szo­wą”. Też za przy­kła­dem Hi­tle­ra, któ­ry zna­ko­wał Ży­dów, wpi­su­jąc każ­de­mu do do­wo­du oso­bi­ste­go do­dat­ko­we imię: Isra­el lub Sara.

Wik­tor To­mir Drym­mer, ów­cze­sny dy­rek­tor De­par­ta­men­tu Kon­su­lar­ne­go MSZ i głów­ny au­tor pro­jek­tu „Ma­da­ga­skar”, wy­ja­śnia w swo­im wspo­mnie­niu pt. Za­gad­nie­nie żydow­skie w Pol­sce w la­tach 1935–39, że trze­ba było coś z Ży­da­mi zro­bić, bo „prze­lud­nia­li” Pol­skę (po Ro­sji naj­rza­dziej za­lu­dnio­wy kraj w Eu­ro­pie), bo przez nich za dużo było „zbęd­nych lu­dzi”, bo „wy­ob­co­wa­li się”, bo „od­róż­nia­li się od oto­cze­nia […] obcą dla ucha, smęt­ną mu­zy­ką i pie­śnia­mi, obcą w sma­ku i za­pa­chu kuch­nią, złą mową pol­ską, po­bu­dza­ją­cą do żar­tów i kpin”, bo „byli do koń­ca swe­go ist­nie­nia nie­zro­zu­mia­łą dla więk­szo­ści Po­la­ków eg­zo­ty­ką”, bo „ce­chą ży­dow­ską, któ­ra draż­ni­ła Po­la­ków, była ich ten­den­cja do wy­łącz­no­ści i za­trzy­my­wa­nia opa­no­wa­nych przez sie­bie ga­łę­zi han­dlu, rze­mio­sła i po­śred­nic­twa”, bo „bez po­śred­nic­twa, któ­re było w stu pro­cen­tach w rę­kach Ży­dów, ża­den pro­du­cent, duży czy drob­ny, nie mógł zbyć swych pło­dów rol­nych” (zu­peł­nie jak dziś). Dy­rek­tor Drym­mer, jako „spe­cja­li­sta” od spraw ży­dow­skich, twier­dzi, że „w Pol­sce Ży­dzi przy­ję­li zgo­ła inną tak­ty­kę ani­że­li w Niem­czech i Ro­sji” (tam się prze­waż­nie asy­mi­lo­wa­li, a w Pol­sce prze­waż­nie nie – HG).

Ostat­nim za­rzu­tem, jaki dy­rek­tor Drym­mer po­sta­wił nam, pol­skim Ży­dom, była nie­rów­ność spo­łecz­na w war­szaw­skim get­cie: dzie­sięć ty­się­cy bo­ga­tych na set­ki ty­się­cy gło­du­ją­cych, bo „jak wi­dać, woj­na i oku­pa­cja ni­cze­go nie na­uczy­ły «gór­nej» war­stwy”. Dy­rek­to­ra Drym­me­ra, któ­ry we wrze­śniu 1939 umknął mo­stem za­lesz­czyc­kim z gór­ną (bez cu­dzy­sło­wu) war­stwą, któ­ra mia­ła do dys­po­zy­cji pań­stwo­we sa­mo­cho­dy i pań­stwo­wą ben­zy­nę, ra­ził „or­dy­nar­ny ego­izm spe­cjal­nej gru­py ludz­kiej” za­mknię­tej w war­szaw­skim get­cie. A gło­sił te swo­je po­glą­dy w pa­mięt­nym roku 1968 (!) w pa­ry­skich „Ze­szy­tach Hi­sto­rycz­nych” (nr 13, 1968). Moją ri­po­stę (Ma­da­ga­skar, czy­li spo­sób my­śle­nia) re­dak­tor Gie­droyc od­rzu­cił, twier­dząc, że nie ro­zu­miem ów­cze­snych sto­sun­ków1.

 

Drym­mer – nie­gdyś le­gio­ni­sta i pił­sud­czyk – nie na­po­mknął w swo­im wspo­mnie­niu, że to on w 1936 (a więc wkrót­ce po śmier­ci Mar­szał­ka) za­ini­cjo­wał usta­wę, któ­rej ce­lem było – jak wy­ja­śnił w maju 1938 na kon­fe­ren­cji kon­su­lów w Ber­li­nie – „pod­nie­sie­nie god­no­ści oby­wa­te­la pol­skie­go przez wy­klu­cze­nie wszyst­kich tych, któ­rzy nie są god­ni […], a zwłasz­cza Ży­dów, jako ele­men­tu de­struk­cyj­ne­go”2. Na sku­tek tej usta­wy ty­sią­ce de­por­to­wa­nych z Nie­miec pol­skich Ży­dów trzy­ma­no w li­sto­pa­dzie 1938 na zie­mi ni­czy­jej pod go­łym nie­bem, aż zde­spe­ro­wa­ny mło­dy czło­wiek, któ­re­go ro­dzi­ce tam się znaj­do­wa­li, strze­lił w Pa­ry­żu do hi­tle­row­skie­go dyp­lo­ma­ty, a hi­tle­row­cy urzą­dzi­li za to „Noc Krysz­ta­ło­wą” Ży­dom w ca­łej Rze­szy. W sześć­dzie­siąt lat po tej uwer­tu­rze do Ho­lo­kau­stu w War­sza­wie wy­da­no całą księ­gę wspo­mnień Drym­me­ra pod zna­mien­nym ty­tu­łem W służ­bie Pol­sce (Gryf i In­sty­tut Hi­sto­rii PAN, 1998).

Co cie­kaw­sze, jego ar­gu­men­ty nie­mal do­słow­nie po­wtó­rzył Mie­czy­sław Pszon – nie­gdyś en­dek – w swo­im wspo­mnie­niu na te­mat tej­że „spe­cjal­nie trud­nej kwe­stii ży­dow­skiej” (Ja­sne wy­bo­ry i ciem­ne ra­cje, „Ty­go­dnik Po­wszech­ny”, nr 43, 1995). Pi­sze on, że wal­ka w Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej mię­dzy kon­cep­cją pań­stwa na­ro­do­we­go i pań­stwa na­ro­do­wo­ścio­we­go „skoń­czy­ła się zwy­cię­stwem kon­cep­cji na­ro­do­wej […], bo­wiem pań­stwo na­ro­do­wo­ścio­we, czy­li w kon­se­kwen­cji fe­de­ral­ne, roz­le­cia­ło­by się, mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że jed­nym z naj­bar­dziej de­struk­cyj­nych (podkr. HG) ele­men­tów – poza mniej­szo­ścia­mi te­ry­to­rial­ny­mi – byli Ży­dzi”. Zwłasz­cza na Kre­sach „to był cał­kiem obcy ele­ment, inny na­ród, coś zu­peł­nie in­ne­go”, stwier­dza ka­te­go­rycz­nie Pszon (wbrew na­ocz­nym świad­kom, jak Mic­kie­wicz, Orzesz­ko­wa, Vin­cenz, Mi­łosz, i ta­kie­mu do­wo­do­wi rze­czo­we­mu jak Bru­no Schulz, je­den z fi­la­rów pol­skiej pro­zy). Jesz­cze raz okre­śla on Ży­dów jako „dzie­sięć pro­cent lud­no­ści cał­ko­wi­cie ob­cej – ob­cej nie tyl­ko ję­zy­ko­wo, ale i oby­cza­jem, wia­rą czy stro­jem”, by do­dać, że „te dzie­sięć pro­cent lu­dzi od­gry­wa­ło nie­po­rów­na­nie wiel­ką rolę”, zwłasz­cza „w nie­któ­rych dzia­łach go­spo­dar­ki, gdzie pew­ne sek­to­ry były w stu pro­cen­tach pro­wa­dzo­ne przez Ży­dów […], głów­nie han­del i po­śred­nic­two (np. han­del zbo­żem)”. Z jed­nej stro­ny (w prze­ci­wień­stwie do Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go) trak­tu­je on ży­dow­ski han­del jako zja­wi­sko ne­ga­tyw­ne, a z dru­giej na­rze­ka, że „mi­ni­mal­ny pro­cent Ży­dów zaj­mo­wał się pro­duk­cją”. Czyż­by en­de­cja wo­la­ła, żeby pro­wa­dzi­li pro­duk­cję? A je­śli tak nie­zno­śne (żeby nie po­wie­dzieć „de­struk­cyj­ne”) były ich oby­cza­je, strój, ję­zyk i wia­ra, to dla­cze­go jesz­cze więk­szą hi­ste­rię wy­wo­ły­wa­li, kie­dy mó­wi­li, ubie­ra­li się i za­cho­wy­wa­li jak Po­la­cy? A naj­więk­szą, kie­dy przyj­mo­wa­li pol­skie imię, na­zwi­sko i wia­rę? Na ta­kie py­ta­nia nie znaj­dzie się od­po­wie­dzi ani u Pszo­na, ani u żad­ne­go in­ne­go en­de­ka.

Skar­ży się on rów­no­cze­śnie na to, że „pró­by asy­mi­la­cji pol­skich Ży­dów skoń­czy­ły się fia­skiem”, i na to, że w Kra­ko­wie „na 800 ad­wo­ka­tów było tyl­ko 60 Po­la­ków” i że „po­dob­nie było z le­ka­rza­mi”. Na ewen­tu­al­ne py­ta­nie, komu szko­dzi­li ci cał­kiem prze­cież za­sy­mi­lo­wa­ni ad­wo­ka­ci i le­ka­rze, od­po­wia­da po­rów­na­niem: „Co szko­dzi­ło Mu­rzy­nom w RPA przed znie­sie­niem apart­he­idu, że wszy­scy ad­wo­ka­ci byli bia­li? A jed­nak coś szko­dzi­ło…” Za­tem nie o asy­mi­la­cję cho­dzi­ło, tyl­ko o rasę. I w do­dat­ku jest to ra­sizm bar­dziej ir­ra­cjo­nal­ny od po­łu­dnio­wo­afry­kań­skie­go, bo opar­ty na prze­świad­cze­niu, że Ży­dzi byli rasą do­mi­nu­ją­cą, a Po­la­cy dys­kry­mi­no­wa­ną. „Chło­pak ze wsi, z naj­więk­szym tru­dem prze­bi­ja­ją­cy się przez stu­dia praw­ni­cze […] na­po­ty­kał tu na zwar­ty mur”, ar­gu­men­tu­je Pszon, nie wspo­mi­na­jąc o nie­obec­no­ści Ży­dów wśród (ad­mi­ni­stra­cyj­nie no­mi­no­wa­nych) sę­dziów i pro­ku­ra­to­rów ani o tym, że i ży­dow­scy ad­wo­ka­ci (któ­rych z te­goż po­wo­du na­praw­dę było za dużo) na­po­ty­ka­li na „mur” kon­ku­ren­cji. Fakt, że ist­nie­je kon­ku­ren­cja po­mię­dzy Ży­da­mi, z re­gu­ły prze­kra­czał en­dec­ką wy­obraź­nię. Prak­ty­ka le­kar­ska lub ad­wo­kac­ka była nie­mal je­dy­nym uj­ściem dla kształ­cą­cych się, za­sy­mi­lo­wa­nych Ży­dów, któ­rych nie do­pusz­cza­no do ad­mi­ni­stra­cji pań­stwo­wej, woj­ska, po­li­cji. Pod ko­niec anty­se­mic­kich lat trzy­dzie­stych za­my­ka­no przed nimi tak­że me­dy­cy­nę i pra­wo. Sto­pień cy­wi­li­za­cji na wsi rze­czy­wi­ście przy­po­mi­nał Afry­kę, ale to nie „chło­pak ze wsi” był Mu­rzy­nem, tyl­ko Żyd.

Pszon pi­sze, że „nie­życz­li­we Pol­sce lob­by ży­dow­skie […] wy­mu­si­ło w Trak­ta­cie Wer­sal­skim na­rzu­ce­nie Pol­sce trak­ta­tu mniej­szo­ścio­we­go”, któ­ry „na­ru­szał na­szą su­we­ren­ność” (Hi­tler uwa­żał cały Trak­tat Wer­sal­ski za spi­sek ży­dow­ski prze­ciw­ko Niem­com). Wil­so­now­ski Trak­tat w Spra­wie Ochro­ny Mniej­szo­ści zo­stał „na­rzu­co­ny” nie tyl­ko Pol­sce, lecz wszyst­kim nowo wy­kreo­wa­nym pań­stwom, któ­rym po­wie­rzo­no wie­lo­et­nicz­ne te­ry­to­ria. Miał on za­pew­nić mniej­szo­ściom „zu­peł­ną i cał­ko­wi­tą ochro­nę ży­cia i wol­no­ści”, o co rze­czy­wi­ście za­bie­ga­li przed­sta­wi­cie­le ame­ry­kań­skich or­ga­ni­za­cji ży­dow­skich na wieść o po­gro­mach, w któ­rych bra­ło udział pol­skie woj­sko: 21–23 XI 1918 we Lwo­wie, zimą 1919 w mia­stach rze­szowsz­czy­zny, 22 IV 1919 w War­sza­wie, 5 V 1919 w Piń­sku, 27 V 1919 w Czę­sto­cho­wie3. Ży­dzi nie byli w sta­nie ni­cze­go w Wer­sa­lu „wy­mu­sić”, ale na­wet gdy­by tak było, to ochro­na pod­sta­wo­wych praw czło­wie­ka po­win­na chy­ba cie­szyć pra­wo­rząd­ne­go oby­wa­te­la, a nie mar­twić. Za­war­ty w 1975 Układ Hel­siń­ski, któ­ry bro­nił ana­lo­gicz­nych praw, zo­stał na­praw­dę wy­mu­szo­ny na Mo­skwie i jej sa­te­li­tach, któ­rzy też uwa­ża­li to za „na­ru­sze­nie su­we­ren­no­ści”.

Mniej­szo­ścia­mi w jaw­nym lub skry­tym kon­flik­cie z mię­dzy­wo­jen­nym pań­stwem pol­skim byli Ukra­iń­cy, Li­twi­ni i Niem­cy, co Po­la­cy mie­li wkrót­ce bar­dzo bo­leś­nie od­czuć, ale pole wi­dze­nia prze­sła­nia­ła „spe­cjal­nie trud­na kwe­stia ży­dow­ska”. Za­śle­pie­nie to wy­wo­ły­wa­ło roz­łam i waśń w spo­łe­czeń­stwie i od­cią­ga­ło uwa­gę od istot­nych pro­ble­mów, jak bez­ro­bo­cie, nie­zbęd­na re­for­ma rol­na, od­gór­na alie­na­cja mniej­szo­ści et­nicz­nych, któ­re sta­no­wi­ły jed­ną trze­cią lud­no­ści, i śmier­tel­na groź­ba z ze­wnętrz. Za­śle­pie­nie to naj­bar­dziej się przy­czy­ni­ło do klę­ski wrze­śnio­wej.

Pszon za­rzu­ca przed­wo­jen­nym Ży­dom, że „nie in­te­re­so­wa­li się ist­nie­niem pań­stwa”. Po­wo­jen­nym – zwłasz­cza w 1968 – za­rzu­ca­no, że za­nad­to się in­te­re­so­wa­li. A byli to Ży­dzi tak za­sy­mi­lo­wa­ni, że nie­raz tyl­ko taj­na po­li­cja zna­ła ich po­cho­dze­nie. I po­dob­nie jak w Niem­czech i Ro­sji „tak­ty­ka” asy­mi­la­cji nie­wie­le im się przy­da­ła. Pań­stwo na­ro­do­we, któ­re­go kon­cep­cja zwy­cię­ży­ła za­rów­no w la­tach trzy­dzie­stych, jak i sześć­dzie­sią­tych, w obu wy­pad­kach roz­le­cia­ło się w kom­pro­mi­tu­ją­cy spo­sób, a nie­usta­ją­ce, okrut­ne woj­ny et­nicz­ne cią­gle przy­po­mi­na­ją, jak wca­le nie „trud­ne” było współ­ży­cie z „ob­cy­mi” Ży­da­mi. Sa­me­mu Pszo­no­wi się zresz­tą wy­msknę­ło, że „kwe­stia ży­dow­ska pro­pa­gan­do­wo była zna­ko­mi­tym te­ma­tem dla wie­lu po­li­ty­ków i była szcze­gól­nie ła­twa do wy­gra­nia”. Była i jest, dla­te­go się ją cią­gle na nowo wy­my­śla i gra. In­ny­mi sło­wy, to nie Ży­dzi byli „jed­nym z naj­bar­dziej de­struk­cyj­nych ele­men­tów” w Pol­sce, lecz an­ty­se­mi­ci. Byli i są.

Re­dak­tor Tu­ro­wicz lo­jal­nie za­mie­ścił moją od­po­wiedź Pszo­no­wi (O de­struk­cyj­nych ele­men­tach w Pol­sce, „Ty­go­dnik Po­wszech­ny”, nr 51, 1995), a na­wet wy­ja­śnił mi w li­ście, że nie czy­tał jego tek­stu przed dru­kiem, bo by go nie pu­ścił. A wkrót­ce po­tem Wy­daw­nic­two Znak sa­mo­rzut­nie przy­sła­ło mi książ­kę pt. Po­la­cy i Niem­cy pół wie­ku póź­niej, któ­ra jest zbio­rem za­de­dy­ko­wa­nym Mie­czy­sła­wo­wi Pszo­no­wi, jako jed­ne­mu z pio­nie­rów po­jed­na­nia pol­sko­-nie­miec­kie­go, z trze­ma roz­dzia­ła­mi jego wspo­mnień, włącz­nie z tym z „Ty­go­dni­ka”, tyl­ko pod moc­niej­szym ty­tu­łem: Ży­dzi. Książ­ka ta – z przed­mo­wą Je­rze­go Tu­ro­wi­cza – wy­szła rów­no­cze­śnie po nie­miec­ku. A więc re­zul­tat dia­lo­gu taki jak z Drym­me­rem4.

„Inny sta­je się obcy, wro­gi. Za­miast być źró­dłem tego, co nowe, co może być lep­sze, mą­drzej­sze, co może war­to przy­swo­ić, a na pew­no war­to usza­no­wać, inne za­czy­na być trak­to­wa­ne jako to, co gro­zi, co może być nie­bez­piecz­ne. Za­mknię­cie w so­bie ła­two idzie w pa­rze z nie­na­wi­ścią do tych, co mó­wią in­nym ję­zy­kiem, in­a­czej my­ślą, inne mają tra­dy­cje i oby­cza­je”. To naj­lep­szy ko­men­tarz do po­glą­dów ta­kich lu­dzi jak Drym­mer i Pszon. Zna­la­złem go w wy­kła­dzie Bar­ba­ry Skar­gi wy­gło­szo­nym w Pa­ry­żu i za­adre­so­wa­nym do ca­łej Eu­ro­py („Ty­go­dnik Po­wszech­ny”, nr 33, 2002). Pro­fe­sor Skar­ga ostrze­ga rów­nież, że tego ro­dza­ju kse­no­fo­bia po­tra­fi „wy­rzu­cić do wro­giej sfe­ry nie tyl­ko inne rasy, inne na­ro­dy, ale na­wet tych, co na­le­żą do wła­sne­go na­ro­du, ale in­a­czej myś­lą, nie we­dług re­guł, ja­kie dana gru­pa uzna­ła za je­dy­nie praw­dzi­we”, i w kon­se­kwen­cji „za­czy­na się dzie­lić na­wet wła­sny na­ród na tych «wła­ści­wych» jego przed­sta­wi­cie­li i nie­wła­ści­wych”. Ten głos w dys­ku­sji wska­zu­je, że dia­log pol­sko-ży­dow­ski nie za­wsze nas dzie­li na dwie prze­ciw­ne stro­ny, co już jest jego nie­wątp­liwą war­to­ścią.

Od wrze­śnia 1939 oskar­ża się Ży­dów o nie­lo­jal­ność wo­bec kra­ju, w któ­rym przed­tem trak­to­wa­no ich jako ele­ment obcy lub wręcz de­struk­cyj­ny, i wo­bec pań­stwa, któ­re chcia­ło się ich po­zbyć. „Wi­ta­li en­tu­zja­stycz­nie woj­ska so­wiec­kie”; „tłum­nie wstę­po­wa­li do mi­li­cji i na urzę­dy”; wi­dzia­no ich „na wszyst­kich szcze­blach ad­mi­ni­stra­cji i par­tii”. Kry­sty­na Ker­sten pi­sze, że „po­nad dzie­sięć ty­się­cy opi­sów z po­szcze­gól­nych miej­sco­wo­ści umoż­li­wia w przy­bli­że­niu zda­nie so­bie spra­wy z roz­mia­rów i cha­rak­te­ru zja­wisk, któ­re sta­no­wi­ły two­rzy­wo mitu i słu­ży­ły ra­cjo­na­li­za­cji an­ty­se­mi­ty­zmu” (Po­la­cy, Ży­dzi, ko­mu­nizm: ana­to­mia pół­prawd 1939–68, War­sza­wa 1992). Tak­że w no­tat­kach ge­ne­ra­ła An­der­sa moż­na zna­leźć „ob­sa­dę przez Ży­dów wszyst­kich waż­niej­szych sta­no­wisk”. I nie­mal to samo w In­nym świe­cie Her­lin­ga­-Gru­dziń­skie­go, któ­ry z sze­ściu na­czel­ni­ków ła­gru za­pa­mię­tał przede wszyst­kim Żyda. Pro­fe­sor Ker­sten pod­kre­śla, że „mamy tu do czy­nie­nia z na­gmin­nie sto­so­wa­nym za­bie­giem obron­nym”, choć u Her­lin­ga­-Gru­dziń­skie­go jest to ra­czej cięż­ki kom­pleks (i jesz­cze je­den przy­kład, że po­dział na stro­ny nie za­wsze jest wy­raź­ny w tym dia­lo­gu). Naj­ja­skraw­szym przy­kła­dem za­bie­gu obron­ne­go jest (przy­to­czo­na w książ­ce Ker­sten) de­pe­sza ge­ne­ra­ła Si­kor­skie­go, któ­ry w od­po­wie­dzi na za­rzu­ty o dys­kry­mi­na­cję Ży­dów przez pol­skie wła­dze woj­sko­we w Ro­sji do­ma­gał się po­tę­pie­nia „jaw­nej zdra­dy i in­nych zbrod­ni, ja­kich się wo­bec Pol­ski i pol­skich oby­wa­te­li do­pusz­cza­li przez cały czas oku­pa­cji so­wiec­kiej…”.

Oskar­ża­nie Ży­dów o nie­lo­jal­ność na wscho­dzie mia­ło uspra­wie­dli­wiać an­ty­ży­dow­ską po­sta­wę Po­la­ków w nie­miec­kiej stre­fie oku­pa­cyj­nej i po­gro­my po wej­ściu Niem­ców do so­wiec­kiej stre­fy oraz od­wró­cić uwa­gę od ko­la­bo­ra­cji Po­la­ków z jed­nym oku­pan­tem i dru­gim. Tym­cza­sem Ży­dzi do­brze pa­mię­ta­ją, że ich domy i skle­py gra­bio­no za­raz po wkro­cze­niu Niem­ców, to jest przed in­wa­zją so­wiec­ką (17 wrze­śnia 1939). Po­twier­dza­ją to w swo­ich re­la­cjach moje Dzie­ci Sy­jo­nu, któ­re wraz z ro­dzi­na­mi zbie­gły lub zo­sta­ły de­por­to­wa­ne przez Niem­ców na so­wiec­ką stro­nę, a po ze­sła­niu na Sy­be­rię i amne­stii wy­do­sta­ły się z woj­skiem An­der­sa do Pa­le­sty­ny, gdzie przed­sta­wi­cie­le pol­skich władz na uchodź­stwie spi­sa­li ich ze­zna­nia. Hi­sto­ryk Wło­dzi­mierz Ro­zen­baum przy­po­mi­na w in­ter­ne­cie (kwie­cień 2001), że sam pro­fe­sor To­masz Strzem­bosz, któ­ry po re­we­la­cjach o zbrod­ni w Je­dwab­nem upar­cie ją uspra­wie­dli­wiał ko­la­bo­ra­cją Ży­dów z wła­dzą so­wiec­ką, dzie­sięć lat wcze­śniej („Kar­ta”, nr 5, 1991) przy­to­czył ze­zna­nia trzy­dzie­stu dwóch pol­skich świad­ków, z któ­rych wy­ni­ka, że ko­la­bo­ra­cja Po­la­ków do­pro­wa­dzi­ła do szyb­kiej li­kwi­da­cji pol­skich od­dzia­łów zbroj­nych w Ko­biel­nie w po­bli­żu Je­dwab­ne­go i Ra­dzi­ło­wa. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że Ży­dzi ko­la­bo­ro­wa­li z So­wie­ta­mi (jak z każ­dą inną wła­dzą), ale czy­ni­li to w nie więk­szym stop­niu niż Po­la­cy. Tak­że w PRL (co i ja do­sko­na­le pa­mię­tam), gdzie ko­la­bo­ra­cja była naj­bar­dziej ma­so­wa i bez­wstyd­na, i dla­te­go w tej czę­ści hi­sto­rii „ży­dow­skie UB” słu­ży – jak to okre­ślił Wła­dy­sław Bar­to­szew­ski – jako ali­bi dla stu­pro­cen­to­wo pol­skich ube­ków (któ­rych było pięć­dzie­siąt razy wię­cej, a w gór­nej ka­drze osiem razy wię­cej).

 

Re­la­cje o ży­dow­skiej nie­lo­jal­no­ści są na ogół nie­spój­ne lo­gicz­nie i uczu­cio­wo. „Ból był tym więk­szy, że część tak głę­bo­ko wro­śnię­tej w hi­sto­rię Lwo­wa lud­no­ści ży­dow­skiej wi­ta­ła Ar­mię Czer­wo­ną okrzy­ka­mi ra­do­ści, rzu­ca­jąc na ma­sze­ru­ją­cych żoł­nie­rzy kwia­ty”, skar­ży się oj­ciec do­mi­ni­ka­nin w „Ty­go­dni­ku Po­wszech­nym” (nr 38, 1990) i do­da­je, że Ży­dzi „swo­ją po­sta­wą wo­bec Ro­sjan zra­zi­li do sie­bie ogrom­ną część pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa”. Jak­by nie było do nich „zra­żo­ne” w li­sto­pa­dzie 1918… Po­grom w Ra­dzi­ło­wie uspra­wie­dli­wia się pro­so­wiec­ką po­sta­wą lud­no­ści ży­dow­skiej, jak­by nie było tam po­gro­mu w 1933. Jak­by hi­sto­ria za­czę­ła się w 1939. Au­tor wspo­mnie­nia z dumą pod­kre­śla, że po­mi­mo to „po za­ję­ciu przez hi­tle­row­ców Ma­ło­pol­ski Wschod­niej”, kie­dy „roz­po­czął się dla Ży­dów okres wię­cej niż tra­gicz­ny […], zna­leź­li się w klasz­to­rze oj­co­wie, któ­rym tra­ge­dia tego na­ro­du szcze­gól­nie nie da­wa­ła spo­ko­ju”, po­nie­waż „w cu­dzym nie­szczę­ściu nie wol­no pa­mię­tać na­wet naj­więk­szych krzywd”. A za­tem już nie „część lud­no­ści ży­dow­skiej”, tyl­ko Ży­dzi wy­rzą­dzi­li spo­łe­czeń­stwu pol­skie­mu krzyw­dę, i to rzę­du „naj­więk­szych”, któ­rej oj­co­wie za­kon­ni w swo­jej wiel­ko­dusz­no­ści nie chcie­li pa­mię­tać. Z dru­giej stro­ny zwrot „zna­leź­li się” wska­zu­je, że nie wszyst­kim z nich tra­ge­dia Ży­dów „nie da­wa­ła spo­ko­ju”, a samo wspo­mnie­nie ojca do­mi­ni­ka­ni­na świad­czy, że choć „nie wol­no pa­mię­tać na­wet naj­więk­szych krzywd”, nie na­le­ży on do tych, co swo­jej „krzyw­dy” nie pa­mię­ta­ją.

„Ma­te­ria­ły te wska­zu­ją przede wszyst­kim na wy­biór­cze po­strze­ga­nie rze­czy­wi­sto­ści”, stwier­dza pro­fe­sor Ker­sten. Ale w nie mniej­szej mie­rze wi­dać w nich szok kul­tu­ro­wy. Na­wet obiek­tyw­ne­go ob­ser­wa­to­ra, jak Le­opold Bucz­kow­ski, za­szo­ko­wał „na­gan na zad­ku ja­kie­goś jew­rej­czy­ka” (Dzien­nik wo­jen­ny, Olsz­tyn 2001). Po­la­cy, któ­rzy nig­dy przed­tem nie do­świad­czy­li eman­cy­pa­cji Ży­dów, nie byli na taki wstrząs przy­go­to­wa­ni. Tak samo re­ago­wa­li na Ży­dów w woj­sku, UB i KC w la­tach 1944–1955 – je­dy­nym w hi­sto­rii Pol­ski okre­sie peł­ne­go rów­no­upraw­nie­nia Ży­dów. Po­dob­ny szok prze­ży­wa­ją po­ko­le­nia pol­skich imi­gran­tów w Ame­ry­ce. Nig­dzie nie ma wię­cej pol­skie­go an­ty­se­mi­ty­zmu na kilo­metr kwa­dra­to­wy niż w Chi­ca­go i w No­wym Jor­ku na Gre­en­po­in­cie.

Pro­fe­sor Ker­sten uspra­wie­dli­wia pro­so­wiec­ką po­sta­wę mło­dych Ży­dów, któ­rym od­bie­ra­no „pra­wo trak­to­wa­nia Pol­ski jako Oj­czy­zny”; „dla któ­rych w Pol­sce nie było miej­sca”; „któ­rzy po­ni­ża­ni na każ­dym kro­ku […] po­czu­li się rów­no­upraw­nie­ni, zy­ski­wa­li po­czu­cie włas­nej war­to­ści”. Jed­nak­że więk­szość Ży­dów na wscho­dzie cie­szy­ła się nie z tego, że ar­mia, któ­ra we­szła, była czer­wo­na, tyl­ko z tego, że nie była bru­nat­na. Dla Po­la­ków to było wszyst­ko jed­no, ale nie dla Ży­dów. Ja bym się cie­szył do dziś, gdy­by czoł­gi so­wiec­kie do­szły były wte­dy do Do­bre­go, bo przy­najm­niej ja­kaś część mo­jej ro­dzi­ny by oca­la­ła.

W so­wiec­kiej stre­fie oku­pa­cyj­nej i w głę­bi im­pe­rium Ży­dzi byli w nie mniej­szym stop­niu niż Po­la­cy prze­śla­do­wa­ni, wię­zie­ni i zsy­ła­ni do wszyst­kich krę­gów Gu­ła­gu. Zo­sta­ło to udo­ku­men­to­wa­ne w set­kach pro­to­ko­łów spi­sa­nych przez przed­sta­wi­cie­li pol­skie­go rzą­du emi­gra­cyj­ne­go (na któ­rych opie­ra się moja opo­wieść doku­men­tal­na Dzie­ci Sy­jo­nu). Na­to­miast po amne­stii dla oby­wa­te­li pol­skich Ży­dzi byli dys­kry­mi­no­wa­ni przez pol­skie in­sty­tu­cje cy­wil­ne i woj­sko­we w Ro­sji bar­dziej niż w przed­wo­jen­nej Pol­sce, co po­twier­dza bez­stron­na książ­ka Kry­sty­ny Ker­sten. Ży­dzi, któ­rzy sta­no­wi­li co naj­mniej jed­ną trze­cią, a we­dług nie­któ­rych źró­deł bli­sko po­ło­wę pol­skich uchodź­ców i ze­słań­ców, usi­ło­wa­li jak Po­la­cy wy­do­stać się z so­wiec­kie­go domu nie­wo­li, ale An­ders za­sto­so­wał nu­me­rus clau­sus i na sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy żoł­nie­rzy i cy­wi­lów wy­pro­wa­dził tyl­ko trzy ty­sią­ce Ży­dów.

Nie przyj­mo­wa­no ich do woj­ska, a je­śli przy­ję­to, usi­ło­wa­no się po­zbyć. Je­den z by­łych żoł­nie­rzy na­pi­sał mi czter­dzie­ści lat póź­niej z Au­stra­lii, że w li­sto­pa­dzie 1941 prze­pro­wa­dzo­no w Toc­ku se­lek­cję i sfor­mo­wa­no osob­ny ba­ta­lion ży­dow­ski – 550 żoł­nie­rzy – do któ­re­go skie­ro­wa­no rów­nież wszyst­kich ży­dow­skich ofi­ce­rów, pod­cho­rą­żych i pod­ofi­ce­rów. Ze­rwa­no ich ze snu na go­dzi­nę przed po­bud­ką i bez śnia­da­nia ani dzien­nej ra­cji chle­ba ka­za­no od­ma­sze­ro­wać na sta­cję. „Gło­do­wa­li­śmy wte­dy już od pół­to­ra do dwóch lat, w za­leż­no­ści od daty aresz­to­wa­nia, każ­dy stra­co­ny po­si­łek był moc­no od­czu­wa­ny”. Sie­dem go­dzin cze­ka­li na po­ciąg. Do­je­cha­li do Ko­tłu­ban­ki, a stam­tąd brnę­li wie­le ki­lo­me­trów przez za­spy do so­sno­we­go lasu, gdzie cze­kał na nich ma­jor Ga­ła­dyk, za ja­kąś karę wy­zna­czo­ny na do­wód­cę ży­dow­skie­go ba­ta­lio­nu. „Je­dli­ście śnia­da­nie? – spy­tał. Nie, pa­nie ma­jo­rze. A to skur­wy­sy­ny! Do­sta­li­ście chleb? Nie, pa­nie ma­jo­rze. A to skur­wy­sy­ny! Ma­cie z sobą na­mio­ty? Nie, pa­nie ma­jo­rze. A to skur­wy­sy­ny!”

Całą noc ła­ma­li ga­łę­zie na sto­sy i pa­li­li, ale dwóch lu­dzi za­mar­z­ło. Rano je­den z pod­po­rucz­ni­ków po­szedł z po­wro­tem na sta­cję, wy­na­jął od ko­goś sa­nie i do­je­chał do naj­bliż­sze­go so­wiec­kie­go kwa­ter­mi­strzo­stwa, gdzie przed­sta­wił imien­ny spis ba­ta­lio­nu i wy­asy­gno­wa­no im chleb, ka­szę, na­mio­ty, sie­kie­ry i piły. W re­zul­ta­cie było im le­piej niż w Toc­ku, bo do­sta­wa­li te same przy­dzia­ły, a mie­li­ za­wsze pod do­stat­kiem drze­wa na opał, któ­re w Toc­ku trze­ba było tasz­czyć ki­lo­me­tra­mi, i wbrew ocze­ki­wa­niom do­wódz­twa nikt nie zde­zer­te­ro­wał. Po­tem sta­cjo­no­wa­li w Gu­zar, przy afga­ni­stań­skiej gra­ni­cy, gdzie re­kru­to­wa­no do pod­cho­rą­żów­ki. Zgło­si­ło się 242 Po­la­ków i 34 Ży­dów. Przy­ję­to 242 Po­la­ków i 4 Ży­dów. Puł­kow­nik Koc (brat za­ło­ży­cie­la OZN), któ­ry był do­wód­cą zgru­po­wa­nia, nie ukry­wał swo­ich uczuć do Ży­dów. W kwiet­niu 1943 byli w pół­noc­nym Ira­ku, kie­dy do­szły do nich wie­ści o tym, co się sta­ło z Ży­da­mi w Pol­sce. „Rów­nie prze­ra­ża­ją­cą była ra­dość oka­zy­wa­na przez nie­któ­rych Po­la­ków z przy­szłej «Pol­ski bez Ży­dów» – z nie­któ­ry­mi z nich dzie­li­li­śmy pry­czę w ba­ra­ku ła­gier­nym i na­miot w woj­sku”, wspo­mi­na mój ko­re­spon­dent. „Bez wąt­pie­nia anty­se­mi­tyzm w woj­sku jest”, przy­znał An­ders na od­pra­wie re­dak­to­rów pra­sy woj­sko­wej. „Po­wstał on przede wszyst­kim na sku­tek ogrom­nej ilo­ści, nie­współ­mier­nej, Ży­dów w Pol­sce. My­ślę, że ża­den na­ród nie po­tra­fi­ prze­trwać ta­kie­go ol­brzy­mie­go pro­cen­tu Ży­dów, przy zdol­no­ści tego na­ro­du do han­dlu, a za­tem przy wy­ru­go­wa­niu z tych dzie­dzin ele­men­tu pol­skie­go”, wy­ja­śniał ge­ne­rał. A było to 18 kwiet­nia 1944 – rów­no rok po tam­tych wie­ściach z Pol­ski. An­ty­se­mi­tyzm przy­cichł pod­czas kam­pa­nii wło­skiej, ale wzrósł po­now­nie, „kie­dy do woj­ska na­pły­nę­li­ akow­cy z nie­miec­kich obo­zów je­niec­kich i folks­doj­cze z by­łej ar­mii nie­miec­kiej […] 25 ty­się­cy, pra­wie sami Ślą­za­cy”, wspo­mi­na ży­dow­ski we­te­ran.

W Praw­dzie nie­ar­ty­stycz­nej pi­sa­łem, że pod oku­pa­cją hi­tle­row­ską Po­la­cy za­cho­wa­li się le­piej, niż moż­na było ocze­ki­wać po kam­pa­nii an­ty­se­mic­kiej z lat trzy­dzie­stych. Nie wie­dzia­łem wte­dy o Je­dwab­nem, Ra­dzi­ło­wie, Szczu­czy­nie, Wą­so­szu, Wi­znie i dwu­dzie­stu in­nych miej­sco­wo­ściach łom­żyń­skie­go i bia­ło­stoc­czy­zny, gdzie pol­scy są­sie­dzi la­tem 1941 mor­do­wa­li swo­ich ży­dow­skich są­sia­dów (patrz Wo­kół Je­dwab­ne­go, War­sza­wa 2002). I wie­rzy­łem po­wszech­nej opi­nii, że szmal­cow­ni­cy byli mar­gi­ne­sem, a tym­cza­sem Jo­an­na To­kar­ska­-Ba­kir przy­ta­cza do­ku­men­ty, we­dług któ­rych AK mia­ła na li­ście 60 ty­się­cy szmal­cow­ni­ków w sa­mej Ma­ło­pol­sce (Ob­se­sja nie­win­no­ści, „Ga­ze­ta Wy­bor­cza”, 13–14 I 2001). W ze­sta­wie­niu z tą licz­bą nie­zbyt im­po­nu­ją­co wy­glą­da je­de­na­ście wy­ro­ków śmier­ci wy­da­nych przez Kie­row­nic­two Wal­ki Cy­wil­nej, któ­re otrzy­ma­ło za to me­dal Yad Va­shem. A nikt prze­cież nie po­li­czył (i nie po­li­czy) bez­in­te­re­sow­nych i bez­i­mien­nych do­no­si­cie­li, jak „ten nie­zna­jo­my, któ­ry speł­nił ci­chy, «pa­trio­tycz­ny» czyn”, wy­da­jąc ojca Ca­le­la Pe­re­chod­ni­ka (Czy ja je­stem mor­der­cą?, War­sza­wa 1995, s. 258). To przez nich w Pol­sce było naj­nie­bez­piecz­niej po­ma­gać Ży­dom i przez nich wy­gi­nę­ła więk­szość Ży­dów na aryj­skiej stro­nie. W świę­tym gaju Yad Va­shem jest naj­wię­cej pol­skich drze­wek, ale w sto­sun­ku do licz­by Ży­dów po­win­no ich być nie kil­ka ty­się­cy, lecz kil­ka­dzie­siąt ty­się­cy. I by­ło­by, gdy­by nie do­no­si­cie­le i szmal­cow­ni­cy. Pro­fe­sor Ker­sten twier­dzi, że „po­sta­wa nie­ma­łej prze­cież czę­ści pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa wo­bec do­ko­ny­wa­nej przez Niem­ców za­gła­dy była cał­ko­wi­cie nie­po­ję­ta”. Z tym się nie moż­na zgo­dzić. By­ła­by ona nie­po­ję­ta, gdy­by nie na­gon­ka z lat trzy­dzie­stych. Bo to na an­ty­se­mi­tów z tam­tych lat spa­da od­po­wie­dzial­ność za pla­gę szmal­cow­ni­ków i „pa­trio­tycz­nych” do­no­si­cie­li, a tak­że za rze­zie w Je­dwab­nem i in­nych miej­sco­wo­ściach wo­je­wódz­twa łom­żyń­skie­go, gdzie do­mi­no­wa­ła en­de­cja i któ­re jesz­cze przed woj­ną przo­do­wa­ło w an­ty­ży­dow­skich eks­ce­sach.