Św. Gemma GalganiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Nazywano ją „córką Bożej boleści”, „kwiatem Męki Pańskiej”, „anielską dziewicą z Lukki”, „żywą ikoną Ukrzyżowanego”. Ona sama mówiła o sobie, że jest jedynie „służebnicą nieużyteczną”, „podłym stworzeniem”, „śmietnikiem”...

Święta Gemma Galgani – włoska mistyczka i stygmatyczka z toskańskiej Lukki – żyła wprawdzie ponad sto lat temu, ale wciąż nie przestaje frapować i fascynować. Oto opowieść o jej niezwykłym życiu. Zaczniemy ją – jak przykazał mistrz sztuki filmowej Alfred Hitchcock – od... „trzęsienia ziemi”.



Najpiękniejsza
reprodukcja Ecce Homo

Wieczorem 8 czerwca 1899 roku dwudziestojednoletnia Gemma Galgani przebywała w mieszkaniu na pierwszym piętrze domu przy Via del Biscione w toskańskiej Lukce. Nagle poczuła „wewnętrzny ból z powodu swoich grzechów”, który doprowadził ją nieomal do śmierci. Straciła czucie. Po chwili siły ducha powróciły. „Umysł znał tylko moje grzechy i jak obraziłam Boga; pamięć przypominała mi je wszystkie i pokazywała cierpienie, jakie Jezus musiał znosić dla mojego zbawienia; wola kazała mi je wszystkie nienawidzić i przysięgać, że chcę wszystko przecierpieć, żeby je odpokutować”1 – opisywała.

„Po skupieniu wewnętrznym szybko nastąpiła ekstaza i znalazłam się przed moją niebiańską Mamą, która po swojej prawicy miała Anioła Stróża, a on kazał mi ­najpierw odmówić akt skruchy”2. Potem Matka Boża zapewniła ją, że zostaną jej odpuszczone wszystkie grzechy, że Jezus bardzo ją kocha i chce obdarować ją pewną szczególną łaską. Dodając, że będzie jej matką, Maryja okryła dziewczynę swym rozchylonym płaszczem.

„W tym momencie pojawił się Jezus, wszystkie Jego rany były otwarte, ale krew już nie płynęła, a wydobywały się z nich jakby płomienie, które dotknęły moich dłoni i stóp i serca. Czułam, jakbym umierała, byłabym upadła na ziemię, ale Mama podtrzymała mnie, wciąż okrytą Jej płaszczem. Musiałam pozostać w tej pozycji kilka godzin. Potem Mama ucałowała mnie w czoło i wszystko zniknęło, a ja znajdowałam się na podłodze, klęczałam i odczuwałam ciągle silny ból w rękach, stopach i sercu”3.

Po chwili Gemma podniosła się, żeby położyć się do łóżka. Wtedy spostrzegła, że z bolących miejsc płynie krew. Opatrzyła je. „Ten ból, te udręki zamiast przygnębienia przynosiły mi całkowity spokój. Rano z trudem zdołałam pójść do Komunii, włożyłam rękawiczki, żeby ukryć ręce. Ledwie mogłam ustać; co chwilę wydawało mi się, że umieram. Bóle te trwały do trzeciej w piątek, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa”4.

Zatrwożona i zakłopotana tym doświadczeniem Gemma pokazała stygmaty swojej ciotce Cecylii Giannini. „Popatrz tylko, co zrobił mi Jezus!” – powiedziała.

Od tej pory przez około dwa lata stygmaty pojawiały się w każdy czwartkowy wieczór około godziny ósmej wieczorem, kiedy Gemma wchodziła w stan ekstazy, by przeżywać Mękę Pańską. Obejmowały one zresztą nie tylko dłonie i ręce, ale i bok. Od 19 lipca 1900 roku mistyczka doświadczała również ran po koronie cierniowej (sam objawiający się jej Jezus na prośbę Gemmy wielokrotnie nakładał jej ją na głowę, a potem zdejmował) oraz śladów biczowania (z początku były to czerwone pręgi, a potem już głębokie otwarte rany).

Jak wyglądały owe stygmaty? Tak opisywał je kierownik duchowy stygmatyczki ojciec Germano od św. Stanisława (Ruoppolo): „Wraz z ekstazą widziano ukazujące się na wierzchu rąk i na środku dłoni czerwone plamy; stopniowo pod wierzchnią skórą w żywym ciele otwierało się podobieństwo przebicia, nieregularnie okrągłe na dłoniach, a podłużne na stronie przeciwległej (wierzchniej), na koniec skóra wierzchnia pękała, odkrywając ranę na co najmniej dziesięć milimetrów szeroką, a dwadzieścia długą na dłoni; dwa zaś tylko milimetry szeroką na wierzchu ręki. Ten otwór czasem bardzo powierzchowny, a nawet prawie niewidoczny gołym okiem, prowadził zwykle do dużej głębokości, tak, że zdawał się przechodzić przez całą grubość ręki jakby przekłutej na wylot”5. Co więcej, otwór na wierzchu dłoni zakryty był zazwyczaj przez podnoszącą się swobodnie na brzegach mięsistą i twardą wypukłość mającą dwa i pół centymetra średnicy, która kształtem przypominała... główkę gwoździa.

„Stygmaty nóg większe i otoczone sinością, odwrotnie do stygmatów rąk, miały większą średnicę na wierzchu niż od spodu. Zresztą stygmat lewej nogi był tak szeroki na powierzchni, jak nogi prawej na jej podeszwie. Wydaje się to rzeczą naturalną, gdy przypuścimy, że nogi Zbawiciela były przymocowane do krzyża jednym gwoździem, prawa na lewej”6. Rany tworzyły się w jednej chwili od wewnątrz jakby pod naporem niewidzialnych gwoździ.

Niewielu widziało otwór w boku. Miał on kształt półksiężyca o skierowanych do góry końcach. „Długość jego w prostej linii wynosiła sześć centymetrów, jego szerokość pośrodku trzy milimetry, a jego zagięcie równało się łukowi takiejże wielkości, mającemu strzałę mniej więcej na jeden centymetr”7. Rana ta tworzyła się stopniowo lub nagle jak pod pchnięciem niewidzialnej włóczni. Krwawiła bardzo obficie, ale nie w sposób ciągły, przesiąkając bieliznę. Gemma tamowała to krwawienie złożonym kilkakrotnie płótnem, które co godzinę zmieniała i w ukryciu prała.

Na ciele Gemmy pojawiała się też rana na ramieniu imitująca ranę Chrystusa po niesieniu krzyża – głęboka, krwawiąca i bolesna. Sprawiała, że chodziła pochylona w stronę, na której ją miała. Włoska stygmatyczka doświadczała na własnym ciele także innych etapów Męki Pańskiej – krwawego pocenia się w Ogrójcu, wywichnięcia członków w czasie krzyżowania, dojmującego pragnienia podczas konania.

Ci, którzy obserwowali Gemmę w czasie koronowania cierniem, krwawego pocenia się i biczowania, zaświadczali między innymi o śladach kolców na czole i na całej głowie, tryskającej strumieniami krwi zalewającej jej twarz i moczącej poduszkę, o pręgach i wielkich krwawiących czerwonych bruzdach nagle i niespodziewanie pojawiających się na ramionach, nogach i innych częściach ciała. „Miało się przed sobą najpiękniejszą reprodukcję Ecce Homo” – stwierdził ojciec Germano8.

Podczas przeżywania Męki Pańskiej Gemma cierpiała bardzo, ale – jak wyznawała – większe cierpienia sprawiał jej „ból jej grzechów”.

Krwawiące rany utrzymywały się zazwyczaj do piątkowego wieczoru (najczęściej do trzeciej po południu) lub do sobotniego ranka, powoli zrastając się i ­zamieniając w białe blizny. Krwawe znaki przestały się pojawiać na wyrażoną podczas modlitwy prośbę Gemmy, kiedy spowiednik zabronił jej przyjmowania tej łaski. Rany już się nie pojawiały, ból jednak pozostał.

Tylko jeden raz stygmaty pojawiły się w innym czasie niż z czwartku na piątek. Stało się to, kiedy w myślach życzenie ich zobaczenia wyraził wątpiący w prawdziwość mistycznych doświadczeń Gemmy prowincjał zgromadzenia pasjonistów.

1 Św. G. Galgani, Autobiografia. Dziennik, Fundacja Żywe Słowo, Warszawa 2013, s. 61-62.

2 Tamże.

3 Tamże.

4 Tamże.

5 O. G. Ruoppolo, Głębie duszy, czyli Święta Gemma Galgani, Maria Vincit, Wrocław 2010, s. 181.

6 Tamże, s. 182.

7 Tamże, s. 182-183.

8 Tamże, s. 189.


Klejnot z raju

Słowo „gemma” oznacza „klejnot”, „drogi kamień”. Takie imię – a dodatkowo również Umberta i Pia – nadali na chrzcie świętym swojej nowo narodzonej córeczce rodzice: Henryk Galgani, aptekarz z Borgonuovo di Camigliano, oraz jego żona Aurelia. Dziewczynka była piątym z ośmiorga ich dzieci. Przyszła na świat w Borgonuovo 12 marca 1878 roku, ale już kilka tygodni później – w kwietniu – wraz z rodziną przeprowadziła się do Lukki.

Z jej imieniem było zresztą nieco zamieszania. Wybrał je dla dziecka jego wujek Maurycy, ale Aurelia nie za bardzo chciała się na nie zgodzić. Martwiła się i zastanawiała, czy będzie mogło ono pójść do nieba, nie mając tam żadnej patronki (nie wiedziała bowiem, że w kościelnym kalendarzu była już jedna święta o takim imieniu). Przyjaciel rodziny, ks. Olivo Dinelli, uspokoił ją jednak, stwierdzając że w raju jest dużo klejnotów i ma nadzieję, że ich córeczka będzie kolejnym. Nikt wtedy nie podejrzewał, jak prorocze były to słowa.

 

Jezus zamiast... łakoci

Henryk – który był spokrewniony z żyjącym w XVI wieku ofiarnym kapłanem i patronem farmaceutów św. Janem Leonardim – lubił Gemmę najbardziej ze wszystkich swoich dzieci i bardzo ją rozpieszczał. Kupował jej najpiękniejsze sukienki i ozdoby, karmił najlepszymi kąskami i łakociami. Aurelia też bardzo się cieszyła, że wreszcie – po powiciu czterech synów – urodziła córeczkę. Dziewczynka nie była jednak z tego faworyzowania zadowolona.

Matka i pierwsze nauczycielki – opiekunka („kobietka”) oraz siostry Vallini, wychowawczynie z prywatnego żłobka – nauczyły Gemmę katechizmu i wszczepiły w jej serce żarliwą pobożność, głęboką miłość do Jezusa i Maryi, a także pragnienie nieba. Głęboko pobożna, uczęszczająca codziennie na Mszę Świętą Aurelia stała się dla córki prawdziwą duchową kierowniczką. Co wieczór modliła się z nią i opowiadała jej o Jezusie. Dziewczynka niewiele jednak z tego jeszcze rozumiała.


„Oddasz mi swoją mamę?”

Ukochana mama Gemmy chorowała i z roku na rok była coraz słabsza. Przyczyną jej niedomagania była gruźlica, czyli – jak się wówczas mówiło – galopujące suchoty. Coraz częściej w rozmowie z córką poruszała ona temat nieba i szczęścia wiecznego. Pytała Gemmę, czy chce z nią tam pójść. Dziewczynka – mimo zakazu lekarza – często przebywała w jej pokoju, nie chcąc, by mama odeszła do nieba bez niej.

26 maja 1885 roku w kościele św. Michała licząca siedem lat Gemma otrzymała sakrament bierzmowania, który w tamtych czasach poprzedzał Komunię Świętą. Po przyjęciu sakramentu dziewczynka chciała wyjść z kościoła, ale jej ciotka i inne towarzyszące jej osoby zapragnęły zostać na Mszy Świętej. Pozostała z nimi, choć niechętnie i z płaczem. Wydawało jej się, że pod jej nieobecność mama umrze. „Jak umiałam najlepiej, starałam się słuchać Mszy i modlić się za nią; usłyszałam nagle w sercu: «Zechciałabyś oddać mi swoją mamę?». «Tak – odpowiedziałam – ale proszę mnie też zabrać». «Nie – odpowiedział ten sam głos – daj mi dobrowolnie swoją mamę. Ty na razie musisz zostać z tatusiem. Zaprowadzę ją do nieba, wiesz? Dasz mi ją chętnie?». Byłam zmuszona odpowiedzieć, że tak...”9 – opisywała. To był pierwszy raz, kiedy Gemma usłyszała głos Jezusa.

9 Św. G. Galgani, dz. cyt., s. 20.


U ciotki Heleny

17 września 1886 roku Aurelia Galgani zmarła. Miała zaledwie 39 lat. Zanim to się jednak stało, Gemma – w obawie, że ze zgryzoty umrze wcześniej niż jej mama – została wysłana przez ojca do San Gennaro, do krewnych ze strony matki. Ciotka Helena Landi – jak pisała później Gemma – kochała ją ogromnie, a ona ją... „nic a nic”. W ich wzajemnych stosunkach dochodziło do zgrzytów. „Podczas pobytów u ciotki byłam ciągle niegrzeczna. Miała ona syna, który robił mi na złość i łapał mnie; raz, kiedy jeździł konno (miał piętnaście lat), ciocia kazała mi zanieść mu coś – nie pamiętam co – do ubrania. Zaniosłam mu to, a on mnie uszczypnął: wtedy pchnęłam go mocno, tak, że aż spadł z konia i uderzył się w głowę. Ciotka związała mi ręce z tyłu i trzymała mnie tak przez cały dzień. Rozdrażniona wpadłam w gniew i zaczęłam krzyczeć i wrzeszczeć, powiedziałam też, że się zemszczę, ale tego nie zrobiłam”10. Gemma ubolewała też, że ciotka – inaczej niż jej mama – nie każe się jej dużo modlić, że przez cały okres pobytu u niej nie mogła przystępować do spowiedzi, a rano nikt nie chciał chodzić z nią do kościoła.

10 Tamże, s. 21.


W Instytucie
św. Zyty

Po śmierci żony, na Boże Narodzenie tego samego roku, stęskniony za Gemmą ojciec (a także nalegający na powrót siostry jej ukochany brat Gino) sprowadził ją z powrotem do siebie. Zajął się też sprawą jej dalszej edukacji. Dziewczynka uczyła się najpierw w szkole miejskiej, a później w prowadzonym przez oblatki Ducha Świętego Instytucie św. Zyty, którego dyrektorką była założycielka zgromadzenia, wielka czcicielka Trzeciej Osoby Boskiej, bł. Helena Guerra. Gemma poczuła się tam jak w raju. Przekazywanie wiadomości łączono bowiem z gruntowną nauką religii oraz wdrażaniem do praktyk religijnych.

Dobra, życzliwa, opanowana Gemma była w klasie bardzo lubiana, choć na początku siostry uznały ponoć – jak sama stwierdziła – że, po pierwsze, jest niegrzeczna, a po drugie, „przerażająco mało umie”. W autobiografii Gemma oskarżała się, że nie było dnia, aby jej nie ukarano, że nie umiała lekcji, i ­niewiele ­brakowało, żeby ją wyrzucono. Za główną wadę, z powodu której obrywała wiele uwag i kar, uznała swoją pychę. Dodawała, że w domu też była nieznośna. Wszystkim, a najbardziej ojcu, zawracała głowę, codziennie chciała wychodzić na spacer, pragnęła mieć nowe ubrania i zaniedbywała modlitwę.

To samooskarżanie było jednak – jak w przypadku wielu świętych – znacznie wyolbrzymione. Siostry uważały ją bowiem za „duszę szkoły”, najpilniejszą uczennicę, lubianą i cenioną przez koleżanki. Dodawały też, że choć żywa i o gorącym temperamencie, już wtedy była jednak trochę zamknięta w sobie, stanowcza, nieco szorstka i rubaszna w zachowaniach, nietroszcząca się o ludzkie sądy. Oblatki podkreślały jej pobożność i dziecięcą mądrość, spokój i doskonałe panowanie nad sobą. „Zamiast okazywać drażliwość, sprzeczać się, jeżeli ją zaczepiano lub nawet znieważano, odpowiadała najpierw miłym wejrzeniem, potem uśmiechem tak słodkim, że rozbrojona przeciwniczka rzucała się w jej objęcia i ściskała ją serdecznie”11. Za postępy w nauce i dobre stopnie otrzymywała nagrody. Największą z nagród było jednak dla niej… słuchanie opowieści o Męce Pańskiej.

11 O. G. Ruoppolo, dz. cyt., s. 23.


„Zostałyśmy
wysłuchane!”

Przełożona sióstr poprosiła kiedyś nauczycielkę Gemmy i całą klasę o modlitwę za konającego, który odmawiał przyjęcia sakramentów. „Zostałyśmy wysłuchane!” – powiedziała Gemma nauczycielce tuż po zakończeniu modłów. Jeszcze tego samego dnia wieczorem dotarła do nich wiadomość, że umierający rzeczywiście się nawrócił.


„Dajcie mi Jezusa!”

W Instytucie św. Zyty Gemma przygotowywała się do Pierwszej Komunii Świętej. Była niska i najmłodsza w klasie, jednak chyba najbardziej ze wszystkich dzieci pragnęła, żeby Jezus przyszedł wreszcie do jej serca i zaczął w nim żyć. „Dajcie mi Jezusa; zobaczycie, że będę dobra; nie będę już grzeszyć, stanę się całkiem inna. Dajcie mi Jezusa, albowiem ginę z pragnienia i już dłużej wytrzymać nie mogę” – przekonywała.

Aby się jeszcze lepiej przygotować na ten najważniejszy w życiu katolika dzień, dziewczynka, płacząc, uprosiła ojca, żeby pozwolił jej wziąć udział w piętnastodniowym skupieniu duchowym, swoistych rekolekcjach zamkniętych w klasztorze.

Gemma żywiła wtedy jeszcze jedno wielkie pragnienie: chciała dowiedzieć się czegoś więcej o Jezusie, który – jak mówiła jej mama – umarł na krzyżu za ludzi. Nie rozumiała tego stwierdzenia. Dlaczego umarł? Dlaczego na krzyżu? Co to znaczy, że zrobił to „za ludzi”? Te pytania bardzo ją nurtowały. ­Poprosiła ­swoje wychowawczynie, aby jej to wyjaśniły. Od tej pory ­jedna z zakonnic przychodziła do niej codziennie, kiedy inne dziewczynki były już w łóżkach, i opowiadała jej o życiu, męce, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. To wzbudziło w sercu dziewczynki umiłowanie krzyża oraz pragnienie jeszcze głębszego poznania Męki Pańskiej. Pewnego wieczoru opowieść o cierpieniach Chrystusa była tak bardzo sugestywna i poruszająca, że czując silny ból i współczucie, dostała wysokiej gorączki. Przestraszona zakonnica zaniechała wtedy dalszych nauk.


Pragnienie ciągłego
zjednoczenia

Pierwsza Komunia Święta była dla Gemmy wielkim przeżyciem. Przyjęła ją 17 czerwca 1887 roku, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, po trzyczęściowej (trzydniowej) spowiedzi generalnej, którą odbyła u bp. Giovanniego Volpiego (hierarcha ten został odtąd jej stałym spowiednikiem). Już jako osoba dorosła tak opisała to, co działo się wtedy w jej duszy: „Nie umiem wyrazić tego, co zaszło między mną a Jezusem w tamtej chwili. Jezus pozwolił się mocno, bardzo mocno odczuć w mojej nędznej duszy. W tej chwili zrozumiałam, że rozkosze nieba są inne niż ziemskie. Ogarnęło mnie pragnienie, aby to zjednoczenie z moim Bogiem było ciągłe. Czułam się coraz bardziej oderwana od świata i coraz bardziej gotowa, żeby się skupić”12. Jezus obecny w Eucharystii stał się odtąd dla Gemmy centrum jej życia duchowego. Tego komunijnego dnia poczuła też gorące pragnienie, by zostać zakonnicą.

12 Św. G. Galgani, dz. cyt., s. 24.


Komunijne
postanowienia

W związku z Komunią Świętą Gemma poczyniła szereg nabożnych postanowień:

„1. Będę spowiadała się i przyjmowała Komunię Świętą co dzień, tak, jakby był to mój ostatni dzień.

2. Często będę odwiedzać Jezusa w Najświętszym Sakramencie, zwłaszcza wtedy, kiedy będę smutna.

3. Do każdego święta Matki Bożej będę się przygotowywać przez jakieś umartwienie i co dzień będę prosiła niebiańską Mamę o błogosławieństwo.

4. Zawsze chcę przebywać w obecności Bożej.

5. Za każdym razem, kiedy bije zegar, trzy razy powtórzę: «O mój Jezu, miłosierdzia»”13.

Napisałaby tych postanowień jeszcze więcej, ale przeszkodziła jej w tym wchodząca do pokoju nauczycielka. Oblatka obawiała się, że obarczanie się nadmiarem powinności nadweręży zdrowie jej młodziutkiej podopiecznej.

13 Tamże, s. 24.


„Zbawienne” ciotki

Radości z przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej i związanego z nim poruszenia nie podzielali i nie rozumieli bliscy Gemmy. Zatruwali jej życie, przeszkadzając w nieskrępowanym rozwijaniu się jej pobożności. „Nie pozwalali jej wstawać wcześnie i chodzić zbyt często do kościoła, wymagali, by wieczorami brała udział we wspólnych spacerach i stroiła się jak jej siostrzyczki itd.”14. W sukurs przyszła jej wtedy Boża Opatrzność. Zmarł bowiem jej dziadek oraz wuj. Do ich domu przeprowadziły się dwie ciotki – Elisa i Elena Galgani. Były to bardzo pobożne kobiety. Pod ich opieką Gemma mogła wreszcie codziennie rano uczestniczyć we Mszy Świętej, wieczorem nawiedzać Przenajświętszy Sakrament, razem z nimi modlić się i rozmawiać o Bogu, a także – co dla niej najważniejsze – codziennie karmić się Chlebem Życia.

 

14 O. G. Ruoppolo, dz. cyt., s. 31.


Śmierć
ukochanego brata

Śmierć ukochanej mamy okazała się wkrótce pierwszym z wielu rodzinnych dramatów, które przyszło jej przeżyć. W 1894 roku na gruźlicę zmarł także jej ukochany osiemnastoletni brat Gino, który w seminarium duchownym przygotowywał się do przyjęcia święceń kapłańskich. Trudno jej się było po jego śmierci pozbierać. Chciała umrzeć razem z nim i niewiele brakowało, żeby się tak stało, bo zaledwie miesiąc po jego odejściu sama bardzo poważnie zapadła na zdrowiu. Chorowała przez trzy miesiące. Musiała wtedy opuścić szkołę. Po wyzdrowieniu, wolna od zajęć szkolnych, pomagała w gospodarstwie domowym, zajmując się w sposób szczególny wychowywaniem młodszego rodzeństwa.


Miłosierdzie
w praktyce

W tym czasie pochłaniało Gemmę praktykowanie miłosierdzia. Wychodząc z domu, wynosiła biedakom wyproszone u ojca pieniądze, chleb, mąkę, bieliznę i inne rzeczy. Nic dziwnego, że biedacy tłumnie się do niej garnęli. W końcu tych praktyk zabronił jej spowiednik i ojciec. Nie mając co dać biedakom, dziewczyna płakała i... przestała wychodzić z domu. To, że nie mogła dawać jałmużny, uznała później za sposób, który Jezus użył dla jej nawrócenia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?