Humor świętychTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Wstęp

mutny święty to żaden święty” – twierdził najweselszy święty, Filip Neri. Wesołość zalecał innym, bo uważał, że „smutek szkodzi duszy”.

Weźmy to sobie wszyscy do serca. Zresztą katolicyzm był, jest i zawsze będzie religią radości. Dobra Nowina jest przede wszystkim radosną nowiną, a – jak uważała św. Matka Teresa – „nasza radość to najlepszy sposób głoszenia chrześcijaństwa”.

Przekazuję w ręce Drogich Czytelników bukiet dowcipów o świętych, błogosławionych i sługach Bożych, kawałów przez nich samych obmyślonych lub przez nich opowiadanych, zabawnych przejęzyczeń i śmiesznych żartów sytuacyjnych. Czytajmy je zatem, radujmy się i chwaląc Pana, dzielmy się nimi z bliźnimi. Bo przecież żarty nie po to są, by pod korcem stały, ni anegdoty „do przypraw kuchennych”, ale aby rozśmieszały, bawiły… i czegoś nas nauczyły. A większość z tych dowcipów i anegdotek jest w sumie niezłą lekcją katechizmu.

A Ty, najukochańsza „Przyczyno naszej radości”, módl się za nami i wspomagaj nas, żebyśmy te żarty właściwie – po Bożemu – zrozumieli, a powtarzając je innym, spróbowali ich nie... pozarzynać.

Zanim, Drodzy Czytelnicy, przystąpicie do czytania, proponuję Wam odmówienie najweselszej modlitwy świata autorstwa angielskiego męczennika Tomasza Morusa (codziennie odmawia ją papież Franciszek!):


Modlitwa o dobry humor

Panie, daj mi dobre trawienie i także coś do przetrawienia.

Daj mi zdrowie ciała i pogodę ducha, bym mógł je zachować.

Panie, daj mi prosty umysł, bym umiał gromadzić skarby

ze wszystkiego, co dobre, i abym się nie przerażał na widok zła, ale raczej bym potrafił wszystko

dobrze zrozumieć.

Daj mi takiego ducha, który by nie znał znużenia, szemrania, wzdychania, skargi, i nie pozwól, bym się zbytnio zadręczał

tą rzeczą tak zawadzającą,

która się nazywa moim „ja”.

Panie, daj mi poczucie humoru.

Udziel mi łaski rozumienia żartów, abym potrafił odkryć w życiu odrobinę

radości i mógł sprawiać radość innym.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


„Rocky” z Galilei
u raju bram

a początek jeden z pierwszych chrześcijan i pierwszy papież w historii świata – św. Piotr, rybak z Galilei. Jezus nadał mu pseudonim „Kefas”, czyli „Skała”. Z tego właśnie względu niektórzy Amerykanie nazywają go... „Rocky”.

Ten łowiący ludzi rybak sam jeden mógłby zapełnić całą książkę z dowcipami i mimo że sto procent z nich jest typu: „Przychodzi dusza do nieba, a tam na bramce św. Piotr” (bo przecież Pan Jezus dał mu klucze do królestwa niebieskiego!), to w większości są naprawdę śmieszne.

Ale musicie wiedzieć, że już w Ewangelii św. Piotr dał nam niemały powód do uśmiechu. Nie, nie wtedy, gdy trzy razy zaparł się Chrystusa. To nie było śmieszne. Zabawny był natomiast w wieczernikowej scenie mycia nóg. Nie chciał poddać się temu oczyszczającemu zabiegowi. „Nie, nie, Panie! – protestował. – Ty chcesz mi umyć nogi?”– ze zdziwienia aż wykrzyknął.

„Jan Chrzciciel niegodzien był Mu rozwiązać rzemyka u sandałów, a oto ja, robak marny, temu samemu Mesjaszowi miałbym pozwolić umyć swoje brudne nogi? Nie ma mowy” – myślał pewnie. „Nigdy mi nie będziesz nóg umywał” – odrzekł więc Jezusowi. Ale Ten był nieugięty. Musiał tego nadgorliwego zapaleńca trochę pohamować. Nie wystarczyły mu słowa, że nie rozumie tego, co Jezus czyni, to trzeba go było jeszcze dodatkowo postraszyć. „Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną” – powiedział Zbawiciel. Poskutkowało. Uparciuch zmiękł. Mało tego: „Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę” – prosił. I znów Zbawiciel musiał go pohamować: „Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty...”.

Nie zdziwiłbym się, gdyby św. Piotr jeszcze wtedy nie załapał tak do końca, o co Jezusowi chodzi, i nie zdziwiłbym się też, gdyby ten święty popędliwiec wygonił mnie po śmierci sprzed raju bram, a kiedy odchodziłbym, zanosząc się od płaczu, zmienił nagle zdanie, tłumacząc, że źle spojrzał do swojej niebiańskiej księgi i z tym wiecznym potępieniem to w moim przypadku była jednak pomyłka i summa summarum ma dla mnie bilet do czyśćca. Oby! A z tym czyśćcem to wcale nie żartuję, bo do nieba droga kręta i zgoła nieprzewidywalna być może...

Jedno dla nas, chrześcijan, jest pewne. Śmierć nie jest kresem naszego istnienia. W Katechizmie Kościoła katolickiego czytamy: „Każdy człowiek w swojej nieśmiertelnej duszy otrzymuje zaraz po śmierci wieczną zapłatę na sądzie szczegółowym, który polega na odniesieniu jego życia do Chrystusa i albo dokonuje się przez oczyszczenie, albo otwiera bezpośrednio wejście do szczęścia nieba, albo stanowi bezpośrednio potępienie na wieki”. W świetle nauki Kościoła zmarli trafić mogą zatem w trzy miejsca: do nieba, do piekła lub do czyśćca. Większość z nas nie jest pewnie aż tak dobra, żeby bezpośrednio po zgonie – tak jak święci – trafić do nieba, ani tak zła i zdeprawowana, żeby od razu znaleźć się w piekle. Miejscem, w którym większości z nas przyjdzie przez pewien czas przebywać, będzie zatem czyściec.


A teraz kilka żartów o tym, że nie tak łatwo się do nieba dostać.

Ksiądz Kowalski był niezwykle pobożnym księdzem. Bardzo się starał, żył w celibacie i w pocie czoła pasał powierzone jego pieczy owieczki. Nowak był jednym z jego parafian, w sumie nieodznaczającym się niczym szczególnym, wielkim przeciętniakiem. Przez całe swoje dorosłe życie pracował jako kierowca autobusu. Choć był raptusem, a jego umiejętności prowadzenia dużych wozów były więcej niż mierne, chętnie podejmował się jazdy na najtrudniejszych górskich trasach.

Tak się złożyło, że obojgu zmarło się w tym samym czasie. I pofrunęły obie duszyczki do nieba, i stanęły u rajskich bram. „Proszę, proszę, pan Nowak. Niechże pan wejdzie i się rozgości – powiedział św. Piotr do pierwszego przybyłego. – A tak à propos, św. Piotr jestem” – przedstawił się, ściskając mu dłoń.

Gdy drzwi za Nowakiem się już zatrzasnęły, św. Piotr spojrzał z uwagą na kapłana. „Ksiądz Kowalski, taaak...” – zadumał się i podrapał w głowę. Potem wziął księdza w krzyżowy ogień pytań: „A na pewno ksiądz Mszę Świętą godnie celebrował? A na pewno przeciwko celibatowi nie sarkał? A na pewno ksiądz myślą nawet grzechu nie popełnił?”.

Kiedy padło setne „a na pewno”, ks. Kowalski stracił wreszcie cierpliwość. „Święty Piotrze, gdzie tu sprawiedliwość? Byłem księdzem, proboszczem, sprawowałem sakramenty, spowiadałem, prowadziłem dusze do nieba, a tu ty tak mnie tu maglujesz i maglujesz i wpuścić nie chcesz. A Nowak? Przecież on – ten stary grzesznik – nawet nie za bardzo wiedział, kim ty jesteś, a od razu go do raju wpuściłeś” – pożalił się.

Święty Piotr spojrzał nań łagodnie i wyjaśnił: „No tak, jednakowoż ten grzesznik bardzo dużo ludzi do nieba przywiódł. Na księdza kazaniach wszyscy spali, a jak Nowak prowadził autobus, to wszyscy się modlili”.

W sumie nie dziwi to, bo, jak stoi w Piśmie Świętym... komu wiele dano, od tego więcej wymagać się będzie. Święcenia kapłańskie zobowiązują. A kierowców nie zachęcamy bynajmniej do brawury, zwłaszcza gdy mają pod swoją pieczą pasażerów. Nowakowi się upiekło, wam nie musi... I talentów też nie zakopujcie!

A teraz trochę bardziej „odjechany suchar”.

Do nieba szły banknoty. Prosto z banku przyszła śliczna nowiutka dwustuzłotówka. „Nie, nie wejdziesz. Nie ma mowy” – powiedział do niej św. Piotr. Tuż za nią dziarskim krokiem przybyła setka. „A idźże mi stąd i głowy nie zawracaj” – rzucił Święty Klucznik, przepędzając ją. Pięćdziesiątka też nie weszła, a i z dwudziestką wcale lepiej nie było. Wreszcie na końcu przed św. Piotra przyczłapała stara, sterana, wygnieciona dziesiątka. „O, dziesiąteczka, proszę, proszę, proszę bardzo” – powiedział św. Piotr, szeroko uchylając przed nią rajskie wrota.

 

Oburzyły się pozostałe banknoty i nuże podnosić raban. „My, takie wartościowe banknoty, nie zostałyśmy wpuszczone, a tu takie nic, takie zero – gdyby nie ta jedynka oczywiście – i weszło... Dlaczego nas nie wpuściłeś?” – zapytały zgodnym chórem.

Święty Piotr nie stracił jednak rezonu i rzekł: „A dlatego, że was nigdy w kościele nie widziałem”.

Drodzy Czytelnicy, może wspólnymi siłami pozwolimy wejść do nieba także innym banknotom. Litujcie się chociaż częściej nad dwudziestkami. One też w swoim papierowym życiu wiele przeszły...

Ale żarty na bok. Co ja mówię, banknoty na bok – bo w sumie bezduszne są i jako takie i tak raczej do nieba nie wejdą, no chyba że jakiś podstęp wymyślą. Ale łatwo im to na pewno nie przyjdzie, bo po śmierci większość z nas wyprawiana jest przecież na tamten świat... bez grosza przy duszy.

A teraz cyt, bo... przy rajskiej furcie kręci się jakaś babina. Za klamkę szarpie, stuka, puka, stęka i kwęka. „Co tu, dobra kobieto, porabiacie?” – zagadnął ją św. Piotr. „Ano, Święty Pietreńku, widzisz, zmarło mi się i wejść do nieba chcę. Wpuść, kochanieńki” – odparła kobiecina. „Ale, ale, babciu. To nie takie proste, jak myślicie. Mamy tu taką ankietę. Trzeba ją wypełnić, punkty podliczyć, a kto tysiąc punktów zdobędzie, rajskich rozkoszy zażyć mógł będzie – powiedział Święty Klucznik, sam się sobie dziwiąc, że tak mu się fajnie, «po częstochowsku» zrymowało. – Mówcie mi zatem, babciu, co dobrego w tym życiu zrobiliście. Zacznijmy od spraw kościelnych”. „Na pielgrzymce łotok dziesięć razy aż, kochanieńki, byłam”. „Dziesięć razy pielgrzymka – zanotował św. Piotr, mrucząc pod nosem. – Pół punktu” – podliczył. „Codziennie rano i wieczorem pacierz odmawiałam”. „Pół punktu – dopisał. – Razem jeden”. No i tak przez godzinę bez mała – choć w raju czasu nie liczą – babina dwoiła się i troiła, wymieniła wszystkie dobre czyny dokonane w całym życiu, a tu niespełna pięćdziesiąt punktów się uzbierało. „No mówcie, babciu, dalej, mówcie...” – naglił św. Piotr. „Ale nie mam już o czym mówić, Pietreeeńku – zajęczała babina i w płacz wielki uderzyła. – Tak, tak, zła byłam, zła, ale żałuję tego, a teraz... O mój Jezu, miłosierdzia!” – wykrzyknęła. Nagle rajska brama drgnęła i otwierać się poczęła, wielkie napisy „1000 punktów”, a potem „Bingo!”, a po nim „Witamy”, wyświetliły się i fanfary zabrzmiały. Rzesza pucołowatych aniołków ze świetlistej jasności wychynęła, babinę pod boki wzięła i do raju powiodła... I do tej pory tam, na zielonych pastwiskach w szczęśliwości siedzi i na wieki już siedzieć będzie.

No tak, ładnie, pięknie, ale dowcip cały w tym, że to tylko... dowcip. Bo na skruchę i akty strzeliste po naszej śmierci będzie już – jak naucza Kościół – za późno. Jeśli myślisz, Drogi Czytelniku, że tobie, tak jak tej babinie, fuksem uda się do raju wejść, to wszystko wskazuje na to, że się grubo mylisz. Zamiast napisu: „Rozbiłeś bank”, nad rajską bramą zobaczysz raczej: Game over. Bo o to, by za rajską bramę się dostać, zadbać trzeba już tu, na ziemi. Skruchę okazać, akty strzeliste wznosić i do Boga się nawrócić musimy już teraz.

Weźmy takiego Dobrego Łotra. Ów Dyzma, ukrzyżowany po Pańskiej prawicy, to nawet pewnie by i pięciu punktów nie zdobył, a do nieba się jednak dostał. Jakim cudem? Ano rzutem na taśmę – skruchy okazaniem i pokorną prośbą, by Jezus wspomniał nań, kiedy będzie już w raju. Drugi łotr – niestety – tylko złorzeczyć potrafił. Wiemy, co się z nim stało. Marnie skończył.

Ale tego, żeby, tak jak ten Dobry Łotr, zawierać przyjaźń z Bogiem na ostatnią minutę przed śmiercią, też nie radzę. Większości z nas nie będzie dane – w przeciwieństwie do niego – poznać dnia ani godziny, kiedy ostatnie tchnienie wydać nam przyjdzie. A jeśli śmierć skosi nas nieprzygotowanymi, przed rajską bramą już żadne „Święty Boże” nie pomoże...

A może wolałbyś jednak iść do piekła? Pewnie kumple mówili ci, że oni to nawet wolą do piekła, bo co też w tym niebie robić można? A w piekle alkohol leje się strumieniami, piękne kobiety, przystojni mężczyźni, szybkie samochody, plaże z palmami, wszystkie świata pokusy. Robisz to, na co masz ochotę, jak chcesz, kiedy chcesz i ile chcesz i nikt ci w świętym chórze żadnych chorałów gregoriańskich śpiewać kazał nie będzie. Tak mówili kusiciele, nieprawdaż? A że taka gadka trochę smołą zajeżdża, to co tam! W Krakowie i innych polskich miastach powietrze też śmierdzi i co? I też jest fun.

Dotarł taki gość, co mniej więcej tak właśnie myślał, do niebios bram i przed św. Piotrem staje. „O, witaj, brachu – św. Piotr rzecze. – Nie wiem, jak to się stało, ale tuż po twojej śmierci tylu ludzi się za ciebie modliło, tyle Mszy Świętych zamówionych zostało, że ho, ho. A że dzisiaj mamy specjalne święto, to chociaż sam ledwo, ledwo na czyściec zasłużyłeś, to będzie ci to darowane i pójdziesz prosto do nieba. Cieszysz się?” – zapytał św. Piotr. „Jak nie, jak tak, Święty Piotrze. Każdy by się cieszył – mówi przybyły. – Niebo to jednak niebo”. „No to idź, bracie, idź” – rzecze św. Piotr.

Patrzy nasz bohater w lewo, patrzy w prawo. Po lewej szklane drzwi, a za nimi wszystkie pokusy świata migają, muzyka, śmiechy, swawole. Po prawej szklane drzwi, a za nimi nic, dosłownie nic – pustka głucha, jasność tylko taka, że aż oczy bolą, i jakaś łagodna muzyka rozbrzmiewa. Widząc to, przybyły w lewo żwawym krokiem zmierza, a tu św. Piotr – nie wiadomo czemu jakiś rozbawiony taki – drogę mu zagradza. „Nie, kochaneńki. Jak do nieba, to w prawo, o, w tamte właśnie drzwi” – pokazuje. Nasz bohater w głowę się podrapał. „No nie, jednak kumple mieli rację. Ta jasność i ta muzyka – kameralna taka jakaś – to raczej nie dla mnie. W tamte drzwi po lewej wejdę. Zabawowy zawsze byłem, to dalej będę. Lepiej dalej się dobrze bawić, niż w nie wiadomo jaką nudę wdepnąć – pomyślał i zwrócił się do św. Piotra tymi słowami: – To ja, Święty Piotrze, bardzo dziękuję, ja jednak w lewo pójdę” – mówi przybyły, wycofując się rakiem, bo taki św. Piotr – kto go tam wie – capnąć za kark znienacka i do tego nieba niewydarzonego wepchnąć go jeszcze może. Ale święty śmieje się tylko, po łysince gładzi i mówi: „A idź, bracie, idź, gdzie chcesz. My tu z Panem Bogiem twoją ludzką wolność szanujemy. Tylko pamiętaj, żebyś nie żałował, bo powrotu stamtąd już nie ma”. Zastanowiły nieco naszego bohatera te słowa, ale tylko nieco. „Co tam! – pomyślał – kiedy po lewej tak fajniście, a im bliżej tym fajniej”. Do szklanych drzwi po lewej dotarł, otworzył i nagle... czarne owłosione łapska go porwały, w beczkę wrzącej smoły wpakowały i po łbie widłami jeszcze zdzieliły. Rozgląda się przybyły. W cztery litery coraz bardziej mu gorąco, bo diablisko drew do ognia płonącego pod beczką dorzuca i dorzuca... Ochłonąwszy nieco, rozgląda się i widzi wokoło morze nieszczęśników w beczkach zawodzących, brud, smród, ubóstwo i wieczne męczarnie. „Noooo, a te palmy, plaże, piękne kobiety, gdzie to wszystko? – pyta diabła, jego beczki stróża. „Aaaa, o tym telebimie na drzwiach mówisz? Nieee, tamto to była tylko reklama... Spocik taki zmontowalim...”.

A teraz ostatni już świętopietrzny kawałek. O pewnym chwackim chojraku.

Staje zuch nad zuchami przed niebiańską bramą i oczywiście – jak każdy – św. Piotra spotyka. „Powiedz mi, śmiertelniku, czymżeś się najbardziej zasłużył. Opowiedz mi o jakimś swoim największym dobrym uczynku” – poprosił Święty Portier.

„Już mówię, Święty Piotrze. Jadę ci ja na rowerze koło dyskoteki, a potem koło lasu i nagle słyszę jakieś krzyki. Podjeżdżam bliżej i co widzę? Ośmiu pijanych osiłków nad jakąś dziewczyną się pastwi. W krzaki ją ciągną, a ona wyrywa się, krzyczy, pomocy wzywa, a wkoło żywego ducha. Tylko ona, ja i tych ośmiu osiłków. Biorę ci ja, Święty Piotrze, pompkę od roweru i dalejże dziewczynisku na pomoc się rzucam. Zobaczyli mnie i oniemieli. Dziewczyna się wyrwała i uciekła. No ale ośmiu osiłków to nie były przelewki. Siedmiu sprałem, ale ósmy został. Ja mu pompką w łeb, a on butelkę na drzewie rozbija i zamach bierze...” – ciągnie swą opowieść przybyły. „No a kiedyś to, bracie, czynem tak wielce chwalebnym się popisał?” – wszedł mu w słowo święty. „Nooo, Święty Piotrze, może z jakąś minutkę temu...” – odparł. Bo najczęściej nie znamy, niestety, dnia ani godziny...

A jeśli miałbyś wątpliwości co do tego, że łowienie ryb ma dużo wspólnego z łowieniem ludzi, to oczy może otworzyć ci pytanie, które zadano św. Piotrowi: „A po ile, Święty Piotrze, ryb dziennie łowicie?”, i jego odpowiedź: „A-po-sto-łowie”.


Radość z cierpliwości, czyli humor
asyskiego Biedaczyny

hoć współbracia nazywali św. Franciszka z Asyżu „wesołkiem”, jego humor był raczej nie z tego świata. Był on tak subtelny, że aż – co tu dużo mówić – trudno dostrzegalny. Był to humor – tak jak małże, ostrygi albo... meksykańskie jaja mrówek lub, żeby daleko nie szukać, jak wątróbka albo flaczki – dla prawdziwych koneserów.

„Biedaczynę z Asyżu” znamy jako wielkiego miłośnika zwierząt. Przyjaźnił się z „braćmi ptakami”, uspokoił rozbrykanego „brata osła”, znalazł wspólny język nawet ze straszliwym wilkiem z Gubbio. Trudno zatem uwierzyć, że były również zwierzęta, których nie cierpiał. Tak, tak, były takie. To... mrówki. Zwierzęta te, uznawane za wzór pracowitości, były jego zdaniem... zbyt zapracowane i zabiegane. Obserwacja ich zachowań przywodziła mu na myśl ludzi z chciwości goniących za pieniędzmi i wartościami doczesnymi.

Gdyby św. Franciszek żył dzisiaj i wybrałby się do ZOO, pewnie polubiłby... mrówkojada.

Święty Franciszek opisał, czym jest... prawdziwa radość. Przyznać jednak trzeba, że to opis nader osobliwy: „Przybywa posłaniec i mówi, że wszyscy profesorowie z Paryża wstąpili do zakonu; napisz: to nie jest prawdziwa radość – dyktował bratu Leonowi asyski Biedaczyna. – Że tak samo uczynili wszyscy prałaci z tamtej strony Alp, arcybiskupi i biskupi, również król Francji i Anglii; napisz: to nie jest prawdziwa radość. Tak samo, że moi bracia poszli do niewiernych i nawrócili wszystkich do wiary; że mam od Boga tak wielką łaskę, że uzdrawiam chorych i czynię wiele cudów; mówię ci, że w tym wszystkim nie kryje się prawdziwa radość.

Lecz co to jest prawdziwa radość? Wracam z Perugii i późną nocą przychodzę tu [do klasztoru Matki Bożej Anielskiej w Asyżu – przyp. red.] ), jest zima i słota, i tak zimno, że u dołu tuniki zwisają zmarznięte sople i ranią wciąż nogi, i krew płynie z tych ran. I cały zabłocony, zziębnięty i zlodowaciały przychodzę do bramy; i gdy długo pukałem i wołałem, przyszedł brat i pyta: «Kto jest?». Odpowiedziałem: «Brat Franciszek». A ten mówi: «Wynoś się; to nie jest pora stosowna do chodzenia; nie wejdziesz». A gdy ja znowu nalegam, odpowiada: «Wynoś się; ty jesteś człowiek prosty i niewykształcony. Jesteś teraz zupełnie zbyteczny. Jest nas tylu i takich, że nie potrzebujemy ciebie». A ja znowu staję przy bramie i mówię: «Na miłość Bożą, przyjmijcie mnie na tę noc». A on odpowiada: «Nic z tego. Idź tam, gdzie są krzyżowcy i proś».

 

Powiadam ci: jeśli zachowam cierpliwość i nie rozgniewam się, na tym polega prawdziwa radość i prawdziwa cnota, i zbawienie duszy”.

A teraz kolejna scena – jeśli ktoś obserwował ją z zewnątrz, musiała wyglądać równie dziwnie jak ta z zakonnikiem bezowocnie „kolędującym” u klasztornych drzwi.


Pewnego dnia św. Franciszek wędrował z bratem Maciejem. Gdy dotarli do rozdroża traktów, mieli do wyboru trzy drogi. Jedna prowadziła do Florencji, druga do Sieny, a trzecia do Arezzo. Nie wiedzieli, gdzie się udać. Święty Franciszek postanowił więc zdać się na wolę Bożą. Uczynił to jednak w wielce niekonwencjonalny sposób. Kazał bratu Maciejowi stanąć na środku rozdroża i... kręcić się w kółko, jak czynią to dzieci. Brat obracał się tak szybko i tak długo, że zakręciło mu się w głowie i kilka razy nawet upadł. Wreszcie święty kazał mu przestać. „Gdzie jesteś zwrócony twarzą?” – zapytał. „Ku Sienie” – odparł braciszek. „Oto droga, którą Bóg iść nam każe” – stwierdził św. Franciszek. No i okazało się, że tego dnia w Sienie bardzo go potrzebowano.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?