Daisy Miller i inne opowiadaniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Poszła spać?

– Nie, ona nie lubi chodzić spać. Mało sypia, niespełna trzy godziny. Mówi, że nie wie, jakim cudem jeszcze żyje. Jest okropnie nerwowa. Myślę jednak, że sypia dłużej, niż jej się zdaje. Udała się na poszukiwanie Randolpha; chce zapakować go do łóżka. On też nie lubi chodzić spać.

– Miejmy nadzieję, że zdoła go przekonać – rzucił Winter­bourne.

– Może gadać do znudzenia, ale w jego przypadku to na nic. – Panna Daisy rozłożyła wachlarz. – Pewnie wezwie na pomoc Eugenia. Tyle że mój brat się go nie boi. Eugenio jest świetnym gońcem, lecz nie robi na Randolphie żadnego wrażenia! Wątpię, by położył się przed jedenastą.

Wydawało się, że poszukiwanie Randolpha istotnie się przeciągnęło, spacerowali bowiem dłuższy czas, a pani Miller nie było.

– Rozglądałam się za panią, której miałam zostać przedstawiona – podjęła panna Daisy. – Jest pańską ciotką. – A gdy Winter­bourne potwierdził, zapytując, skąd zasięgnęła takie informacje, odrzekła, że dowiedziała się wszystkiego od pokojówki. Pani Costello jest bardzo spokojna i bardzo w porządku, comme il faut2, ma białe loki, z nikim nie rozmawia i nigdy nie jada kolacji przy stole ze wszystkimi, table d’hôte3. Co dwa dni dopada ją migrena. – Cóż za uroczy opis, migrena i w ogóle! – szczebiotała wesoło panna Daisy. – Bardzo chciałabym ją poznać, na pewno mi się spodoba. Z pewnością jest wytworna. Bardzo lubię wytworne damy, chciałabym stać się do nich podobna. Mama i ja jesteśmy wytworne do pewnego stopnia. Nie rozmawiamy ze wszystkimi… to jest, nie wszyscy z nami rozmawiają. Mniemam, że to jedno i to samo. W każdym razie nie mogę się doczekać, aż poznam pana ciotkę.

2 comme il faut (franc.) – jak trzeba

3 table d’hôte (franc.) – rodzaj kilkudaniowego posiłku serwowanego w pensjonacie, sanatorium itp.

Nie wiedział, gdzie oczy podziać.

– Będzie zachwycona, lecz obawiam się, że jej migreny mogą pokrzyżować nam plany.

Popatrzyła na niego w mroku.

– Proszę mi nie mówić, że codziennie boli ją głowa – powiedziała współczująco.

Milczał przez chwilę.

– Twierdzi, że owszem – odparł wreszcie, nie znajdując innej odpowiedzi.

Panna Daisy Miller przystanęła i wciąż się w niego wpatrywała. Mimo zmroku widział, jaka była śliczna; rozkładała i składała ogromny wachlarz.

– Ona nie chce mnie poznać! – rzuciła nagle. – Dlaczego pan nie powie wprost? Nie ma czego się bać. Ja się nie boję! – I zaśmiała się cicho.

Posłyszał drżenie w jej głosie i aż zdrętwiał ze zgrozy.

– Proszę pani – zaoponował – ona nikogo nie zna. To przez jej słabe zdrowie.

Uszła kilka kroków, wciąż się zaśmiewając.

– Nie ma czego się bać – powtórzyła. – Zresztą dlaczego miałaby chcieć mnie poznać? – Przystanęła przy balustradzie; na wprost rozciągało się rozświetlone gwiazdami jezioro. Jego tafla lśniła, a w oddali majaczyły zarysy górskich szczytów. Daisy Miller spojrzała na ten tajemniczy krajobraz i znów się roześmiała. – Ojej! Naprawdę jest wytworna!

Winter­bourne zastanawiał się, czy ona czuje się dotknięta i przez chwilę liczył na to – wówczas wypadałoby mu ją pocieszyć. Miał miłe wrażenie, że okazałaby się podatna na takie zabiegi. Gotów był poświęcić ciotkę w rozmowie: przyznać, że jest dumną, niegrzeczną kobietą i oświadczyć, że nie powinni się nią przejmować. Jednakże zanim zdołał wkroczyć na tę karkołomną ścieżkę galanterii i lekceważenia, młoda dama, ruszając naprzód, wydała okrzyk zgoła innego rodzaju:

– O, idzie mama! Chyba jednak nie zapędziła Randolpha do łóżka. – W pewnym oddaleniu ukazała się kobieca postać, bardzo niewyraźna w mroku i posuwająca się niepewnym, wolnym krokiem. Naraz jakby przystanęła.

– To na pewno pani matka? Poznała ją pani w ciemnościach?

– Też! – zawołała panna Daisy Miller ze śmiechem. – Chyba umiem rozpoznać własną matkę. I wiem, że ma na sobie mój szal! Zawsze nosi moje rzeczy.

Rzeczona dama nadal niepewnie trwała w miejscu, w którym się zatrzymała.

– Chyba nie widzi pani – stwierdził Winter­bourne. – Albo – dodał w przekonaniu, że w przypadku panny Miller żart ujdzie mu płazem – gryzie ją sumienie z powodu szala.

– Biedaczka! – rzuciła pogodnym tonem dziewczyna. – Mówiłam jej, że może go nosić. Nie chce podejść, bo widzi pana.

– Ach tak. W takim razie pójdę sobie.

– Ależ nie, chodźmy! – nalegała panna Daisy.

– Mam obawy, iż matka pani nie pochwala mojego spaceru z panią.

Spojrzała na niego z powagą.

– Nie chodzi o mnie, tylko o pana… a właściwie o nią. Nie wiem sama! Ale matka nie lubi żadnego z panów, z którymi się przyjaźnię. Jest bardzo nieśmiała. Robi zamieszanie, gdy przedstawiam jej dżentelmenów. Ja robię to… prawie zawsze. Gdybym nie przedstawiała ich matce – dodała cichym, monotonnym głosem – uważałabym, że to nie wypada.

– W takim razie musi pani wiedzieć, jak się nazywam. – Winter­bourne się przedstawił.

– Ojej, wszystkiego nie zapamiętam! – Roześmiała się.

Znajdowali się już przy pani Miller, która na ich widok podeszła do balustrady i oparła się o nią, z natężeniem wpatrując się w jezioro, odwrócona do nich plecami. – Matko! – odezwała się dziewczyna zdecydowanym tonem. Starsza kobieta spojrzała w ich stronę. – To jest pan Winter­bourne. – Panna Daisy dokonała prezentacji z prostotą i wdziękiem. Owszem, była „pospolita”, jak nazwała ją pani Costello, ale Winter­bourne nie mógł się nadziwić, ile miała przy tym uroku.

Matka jej była drobną, jasnowłosą kobietą o rozbieganych oczach, maleńkim nosku i wysokim czole, ozdobionym skręconymi w loczki rzadkimi włosami. Podobnie jak córka, prezentowała się nader elegancko i nosiła wielkie brylanty w uszach. Winter­bourne odnotował, że nie przywitała się z nim – nawet na niego nie patrzyła.

Daisy podeszła i poprawiła jej szal.

– I po co się tutaj kręcisz? – powiedziała łagodnym tonem, który przeczył ostrym słowom.

– Sama nie wiem. – Matka znów zwróciła się w stronę jeziora.

– Na co ci ten szal? – zawołała Daisy.

– Potrzebny! – odrzekła z lekkim rozbawieniem matka.

– Zapędziłaś Randolpha do łóżka?

– Nie, musiałam dać za wygraną – przyznała pani Miller spokojnie. – Chce porozmawiać z kelnerem. Bardzo lubi z nim rozmawiać.

– Opowiadałam o nim panu Winter­bourne’owi. – W uszach młodzieńca ton Daisy zabrzmiał tak, jakby wypowiadała jego nazwisko całe życie.

– Owszem! Miałem przyjemność poznać pani syna.

Mama Randolpha milczała, wypatrując czegoś w tafli jeziora. Wreszcie się odezwała.

– Nie rozumiem, jak on żyje!

– W każdym razie nie jest tak źle jak w Dover – stwierdziła Daisy.

– A co się stało w Dover? – chciał wiedzieć Winter­bourne.

– Wcale się nie kładł. Całą noc przesiadywał w westybulu. Do północy był na nogach.

– Do wpół do pierwszej – uściśliła z lekkim naciskiem pani Miller.

– Sypia w ciągu dnia? – spytał Winter­bourne.

– Nie bardzo – odparła Daisy.

– Chciałabym, żeby sypiał! – dodała matka. – Chyba nie może.

– Bywa naprawdę męczący – skwitowała Daisy.

Przez moment panowała cisza.

– Daisy Miller, nie wypada brzydko mówić o bracie! – upomniała ją po chwili starsza kobieta.

– Kiedy on bywa męczący, matko – zaoponowała Daisy, bynajmniej nie kłótliwym tonem.

– Ma dopiero dziewięć lat – przypomniała pani Miller.

– W każdym razie nie chce pojechać do zamku. Więc pojadę z panem Winter­bourne’em.

Na to oświadczenie, wygłoszone spokojnym i rzeczowym tonem, pani Miller nic nie odpowiedziała. Winter­bourne uznał, że nie pochwala ich planów, ale ponieważ ma ugodowy, prostolinijny charakter, z pewnością da się przekonać.

– Tak – zaczął – pani córka wspaniałomyślnie uczyniła mi zaszczyt, pozwalając zostać swoim przewodnikiem.

Rozbiegane oczy pani Miller spoczęły błagalnie na Daisy, która jednak przeszła parę kroków, nucąc pod nosem.

– Mniemam, że pojedziecie powozem – zaczęła matka.

– Zapewne, lub popłyniemy statkiem – odpowiedział Winter­bourne.

– No tak, cóż ja mogę wiedzieć. – Westchnęła. – Nigdy nie byłam na tym zamku.

– To wielka szkoda. – Winter­bourne wyczuwał, że jej opór zaczyna słabnąć. Ale przygotował się na to, iż ona zechce towarzyszyć córce.

– Od dawna zamierzałyśmy tam pojechać – ciąg­nęła – ale nic z tego nie wyszło. Naturalnie Daisy bardzo chciałaby jechać. Ale jest pewna dama… nie wiem, jak się nazywa… której zdaniem nie warto tutaj oglądać zamków. Twierdzi, że lepiej zaczekać z tym, aż będziemy we Włoszech. Ponoć mają tam zamków bez liku. – Pani Miller mówiła coraz pewniejszym tonem. – Oczywiście chcemy oglądać tylko najważniejsze. Zwiedziłyśmy kilka w Anglii – dodała.

– O tak! W Anglii mają piękne zamki – zgodził się Winter­bourne. – Ale ten w Chillon również warto zobaczyć.

– No cóż, jeśli Daisy ma ochotę… – Głos pani Miller zdradzał pewne obawy przed skalą owego przedsięwzięcia. – Ona jest gotowa na każde wyzwanie.

– O, na pewno jej się spodoba! – zapewnił Winter­bourne. Coraz bardziej pragnął się upewnić, że dostąpi zaszczytu tête-à-tête z młodą damą, która spacerowała w pobliżu, nucąc cicho. – A czy pani nie byłaby gotowa je podjąć?

Matka Daisy spojrzała na niego z ukosa.

– Lepiej niech jedzie sama – odparła po prostu i ruszyła naprzód.

Winter­bourne poczynił w duchu spostrzeżenie, iż rodzicielska troska tej damy dalece różni się od metod wychowawczych czujnych matron, które trzęsły życiem towarzyskim w starym mieście na drugim końcu jeziora. Ale w jego rozmyślania wdarł się głos bezbronnej córki pani Miller, która głośno wypowiedziała jego nazwisko.

 

– Panie Winter­bourne! – zawołała.

– Mademoiselle! – odpowiedział.

– Popływamy łódką?

– Teraz? – zdziwił się.

– A czemu by nie?

– Ależ Annie Miller! – zgromiła ją matka.

– Niechże pani jej pozwoli, proszę! – Winter­bourne nie mógł się opanować, albowiem nigdy nie zaznał przyjemności żeglowania po zmroku w towarzystwie powabnego dziewczątka.

– Ona nie ma ochoty – powiedziała pani Miller. – Wolałaby wrócić do pokoju.

– Jestem pewna, że pan Winter­bourne chce popływać – oznajmiła Daisy. – Jest bardzo uczynny!

– Z panią popłynąłbym pod gwiazdami choćby do Chillon.

– Niemożliwe! – wykrzyknęła Daisy.

– Ależ! – krzyknęła znów jej matka.

– Nie rozmawiał pan ze mną pół godziny – powiedziała z wyrzutem młoda dama.

– Gawędziłem z pani matką.

– Chcę, żeby pan mnie przewiózł łódką! – zażądała Daisy. Wszyscy stanęli i dziewczyna popatrzyła na Winter­bourne’a wyczekująco. Uśmiechała się z wdziękiem, oczy jej błyszczały, i wachlowała się swoim wielkim wachlarzem. Ze świecą szukać ładniejszej, pomyślał Winter­bourne.

– Na przystani przycumowane jest z pół tuzina łódek. – Wskazał na schody prowadzące z ogrodu nad wodę. – Pozwoli pani, że podam jej ramię, a pójdziemy tam i którąś sobie wybierzemy.

Daisy nie ruszyła się z miejsca i odrzuciwszy w tył głowę, wybuchnęła śmiechem.

– Lubię, gdy dżentelmen zachowuje się oficjalnie!

– Zapewniam panią, że była to oficjalna propozycja.

– Wiedziałam, że stanie pan na wysokości zadania.

– Doprawdy? Obawiam się, że pani kpi ze mnie.

– Nie wydaje mi się, proszę pana – wtrąciła pani Miller łagodnie.

– W takim razie popłyńmy.

– Jak pan to ładnie powiedział! – zachwyciła się panna Daisy.

– Jeszcze ładniej byłoby wprowadzić słowa w czyn.

– Na pewno! – zawołała Daisy, ale wciąż stała, zaśmiewając się serdecznie.

– Sprawdź, która godzina – odezwała się matka.

– Jedenasta, proszę pani. – Głos z cudzoziemskim akcentem popłynął z mroku i Winter­bourne, odwróciwszy się, spostrzegł barwną postać stojącą u boku dam. Musiała właśnie się zbliżyć.

– O, Eugenio – powiedziała Daisy. – Idę popływać łódką.

Eugenio zgiął się w ukłonie.

– O jedenastej wieczorem, mademoiselle?

– Idę z panem Winter­bourne’em. On mnie przewiezie.

– Proszę jej powiedzieć, że nie może – perswadowała pani Miller.

– Myślę, że to zły pomysł, mademoiselle. – Eugenio zastosował się do prośby.

Winter­bourne wyraził w duchu ubolewanie, że taka ślicznotka spoufala się z gońcem, ale nic nie powiedział.

– Myślisz, że to nie wypada, jak mniemam! – wykrzyknęła Daisy. – Jego zdaniem nic nie wypada.

– Jestem do pani usług – wtrącił Winter­bourne.

– Czy mademoiselle chce iść sama? – Eugenio zwrócił się do pani Miller.

– O nie, z tym panem! – odpowiedziała mama Daisy.

Goniec spoglądał chwilę na Winter­bourne’a – z uśmiechem, jak się młodzieńcowi zdawało – po czym skłonił się uroczyście.

– Jak mademoiselle uważa.

– Och, miałam nadzieję, że będziesz się pieklił! – stwierdziła Daisy. – Odechciało mi się żeglo­wania.

– Ja będę się pieklił, jeśli zaraz nie popłyniemy – powiedział Winter­bourne.

– Nie ma to jak mała scena! – Dziewczyna znów wybuchnęła śmiechem.

– Pan Randolph poszedł spać – oznajmił lodowatym tonem goniec.

– Możemy już wracać, Daisy! – ucieszyła się pani Miller.

Daisy odwróciła się do Winter­bourne’a i powachlowała się z uśmiechem.

– Dobranoc. Zapewne jest pan rozczarowany, zdegustowany, czy coś w tym rodzaju!

Popatrzył na nią, ujmując dłoń, którą mu podała.

– Raczej zdziwiony.

– No cóż, mam nadzieję, że nie spędzi to panu snu z powiek! – zakpiła i w asyście uprzywilejowanego Eugenia obie panie ruszyły w stronę hotelu.

Winter­bourne odprowadził ich wzrokiem; był naprawdę zdziwiony. Postał kwadrans nad jeziorem, roztrząsając w głowie kaprysy i wybryki dziewczyny. Ale jedynym wnioskiem, jaki płynął z tych rozważań, było to, że diabelnie chciałby ją gdzieś zabrać.

Dwa dni później zabrał ją do zamku Chillon. Czekał na nią w obszernym westybulu, gdzie roiło się od służby, gońców oraz cudzoziemskich turystów, którzy gapili się i plątali bez celu. On wyznaczyłby inne miejsce na spotkanie, lecz decyzja należała do panny Daisy. Zbiegając po schodach, zapinała długie rękawiczki i przyciskała zamkniętą parasolkę do zgrabnej sylwetki, ubrana z powściągliwą elegancją w strój podróżny. Winter­bourne był człowiekiem obdarzonym wyobraźnią, a także – jak mawiali nasi przodkowie – uczuciowym; gdy patrzył, jak ona sunie pewnym, szybkim kroczkiem, poczuł, że zapowiada się coś romantycznego. Bez trudu dałby wiarę, że jest skłonny uciec z panną Daisy. Razem minęli tłum ludzi zebranych w holu; wszyscy świdrowali ją wzrokiem, bo swoim trajkotaniem zwracała uwagę. Winter­bourne wolałby jechać do Chillon powozem, lecz dziewczyna zapragnęła udać się tam małym parowcem; twierdziła, że ubóstwia statki parowe. Wiatr wieje tak miło, a wokół tyle nowych twarzy. Rejs nie był długi, ale towarzyszka Winter­bourne’a znalazła czas na powiedzenie wielu interesujących rzeczy. Jemu wyprawa ta wydała się przygodą tak wielkiego formatu, że mimo cechującego pannę Daisy poczucia niezależności miał cichą nadzieję, że ona poczuje to samo. Ale trzeba zaznaczyć, że w tym względzie czekał go zawód. Daisy Miller była niezwykle wprost ożywiona i w świetnym humorze, lecz nie sprawiała wrażenia szczególnie zaaferowanej. Swobodna jak zawsze, śmiało odwzajemniała spojrzenia i nie rumieniła się, patrząc na niego, ani gdy widziała, że sama przyciąga uwagę otoczenia. A przyciągała aż nadto; Winter­bourne czerpał chociaż satysfakcję z tego, jaka jest dystyngowana. Wcześniej dręczyła go obawa, że panienka będzie głośno paplać, śmiać się przesadnie, a może nawet wyrazi chęć zwiedzenia pokładu. Lecz zapomniał o strachu i siedział uśmiechnięty, ze wzrokiem utkwionym w jej twarzyczce, ona zaś, nie ruszając się z miejsca, poczyniła mnóstwo nader oryginalnych uwag. Było to najrozkoszniejsze gadulstwo, z jakim w życiu obcował. Oswoił się z myślą, że jest „pospolita”, ale czy rzeczywiście taka była, czy może on pogodził się z jej pospolitością? Wypowiedzi jej zwykle były dość błahe, czasem jednak trafiała się inna od pozostałych.

– I co pan taki poważny? – zapytała nagle, wlepiając w Winter­bourne’a śliczne oczy.

– Ja? Myślałem, że uśmiecham się od ucha do ucha.

– Wygląda pan, jakbyśmy jechali na pogrzeb. Jeśli to ma być uśmiech, w takim razie pańskie uszy leżą bardzo blisko siebie.

– Mam odtańczyć dziki taniec na pokładzie?

– Tak! A ja obejdę wszystkich z pańskim kapeluszem. Zwrócą nam się koszty podróży.

– W życiu nie miałem tyle zabawy – wymamrotał Winter­bourne.

Lustrowała go przez moment, po czym wybuchnęła śmiechem.

– Lubię te nasze rozmowy! Przedziwny z pana człowiek!

W zamku Daisy wprost wychodziła ze skóry. Biegała po sklepionych komnatach, szeleściła halkami na krętych schodach, wyskakiwała z uroczym piskiem z oubliettes, z lochów, i nadstawiała kształtne uszko na wszystko, co Winter­bourne miał do powiedzenia o zamku. Zauważył jednak, że nie dbała o feudalne ciekawostki, a przykurzone tradycje Chillon były jej obojętne. Na szczęście zwiedzali zamek tylko z przewodnikiem i Winter­bourne zadbał o to, by ich nie popędzano, mogli więc spędzać w komnatach tyle czasu, ile im się żywnie podobało, i zatrzymywać się, kiedy chcieli. Przewodnik nie robił trudności – Winter­bourne hojnie mu to wynagrodził – i zostawił ich w spokoju. Wypowiedzi panny Miller cechował pewien brak logiki, lecz zawsze znajdowała pretekst do tego, co w danej chwili oblekała w słowa. Surowe mury zamku stanowiły punkt wyjścia dla wielu tematów, toteż zadawała Winter­bourne’owi mnóstwo pytań o niego samego – o jego rodzinę i przeszłość, nawyki, upodobania i plany – i służyła mu wyczerpującymi informacjami o sobie, dbając przy tym, aby wywrzeć na nim jak najlepsze wrażenie.

– Wystarczy tych wiadomości! – zdecydowała, kiedy opowiedział jej historię nieszczęśliwego Bonivarda. – W życiu nie widziałam człowieka, który wiedziałby tyle, ile pan! – Historia Bonivarda, jak to mówią, weszła jednym uchem, a wyszła drugim. Ale Daisy wyraziła nadzieję, że Winter­bourne zechce z nimi podróżować i „zwiedzać”, a oni dzięki temu nauczą się czegoś pożytecznego. – Nie zechciałby pan uczyć Randolpha? – spytała. Odparł, że byłby zachwycony, lecz niestety pochłaniają go inne zajęcia. – Inne zajęcia? Nie wierzę! – zawołała. – Jak to? Przecież nie prowadzi pan interesów. – Potwierdził, ma jednak zobowiązania, które za dzień lub dwa wezwą go z powrotem do Genewy. – A niech to! – burknęła. – Nie do wiary! – I zmieniła temat. Ale nie minęło parę minut, gdy znów wyskoczyła jak diabeł z pudełka, w chwili kiedy zwracał jej uwagę na przepiękny układ zabytkowego kominka. – Nie chce pan powiedzieć, że musi wracać do Genewy?

– Ze smutkiem przyznaję, iż zmuszony jestem uczynić to w dniu jutrzejszym.

– No, panie Winter­bourne, jest pan okropny!

– Ależ proszę tak nie mówić – zaoponował. – Na koniec…

– Na koniec! – wykrzyknęła. – Nazwałabym to raczej początkiem. Mam ochotę zostawić pana tutaj i jechać prosto do hotelu sama. – I przez następne dziesięć minut wymyślała mu od okrutników.

Biedny Winter­bourne nie wiedział, co począć: jeszcze żadna młoda dama nie zaszczyciła go takim rabanem na wieść o jego zamierzeniach. Po tym incydencie jego towarzyszka straciła całe zainteresowanie Chillon i urokami jeziora, skupiając się na tajemniczej piękności z Genewy, do której – jak stwierdziła z całą stanowczością – tak spieszno mu było wracać. Winter­bourne szedł w zaparte, nie miał pojęcia, skąd to sobie uroiła; targały nim sprzeczne uczucia: od zdziwienia jej pochopnym wnioskowaniem, do rozbawienia uporem, z jakim wytykała mu kłamstwo. Stanowiła, jego zdaniem, osobliwe połączenie niewinności i braku ogłady.

– Czy kiedykolwiek wypuszcza pana na dłużej aniżeli trzy dni? – spytała z ironią. – Latem daje panu wolne? Nikt nie jest aż tak zapracowany, by w owym czasie nie móc wyjechać. Domyślam się, że w razie spóźnienia sama po pana przypłynie. Niechże pan zostanie do piątku, to wyjdę na przystań popatrzeć!

Winter­bourne zaczął myśleć, iż niesłusznie był rozczarowany nastrojem, w jakim młoda dama wsiadła na statek. Jeśli brakowało mu osobistego akcentu, ten właśnie się pojawił. I dobitnie zabrzmiał w obietnicy, że przestanie mu „dokuczać”, jeśli on złoży jej uroczystą obietnicę, że odwiedzi ją zimą w Rzymie.

– To nie będzie trudne – odparł. – Ciotka wynajęła na zimę mieszkanie w Rzymie i wyraziła już życzenie, bym się u niej zatrzymał.

– Pan nie ma przyjeżdżać dla ciotki – oznajmiła Daisy – tylko dla mnie.

Była to jedyna aluzja, jaką usłyszał z jej ust na temat swojej niesympatycznej krewnej. Odpowiedział, że tak czy inaczej na pewno przyjedzie. Daisy przestała go dręczyć, po czym wsiedli do powozu i o zmierzchu wrócili do Vevey; milczała przez całą drogę.

Wieczorem Winter­bourne wspomniał pani Costello, że spędził popołudnie w Chillon, z panną Daisy Miller.

– Z tą Amerykanką od gońca? – upewniła się dama.

– Na szczęście goniec został w domu.

– Pojechała z tobą całkiem sama?

– Owszem.

Pani Costello podniosła do nosa sole trzeźwiące.

– I ja miałam ją poznać!

3

Winter­bourne, który wrócił do Genewy nazajutrz po wyprawie do Chillon, udał się do Rzymu pod koniec stycznia. Ciotka przebywała tam już od paru tygodni, otrzymał od niej parę listów. „Ludzie, którym nadskakiwałeś w Vevey ubiegłego lata, przyjechali tutaj, goniec i cała reszta”, pisała. „Zdaje się, że zawarli kilka znajomości, ale goniec wciąż się spoufala. Młoda dama jest ponadto w bliskiej zażyłości z Włochami trzeciej kategorii, z którymi prowadza się w sposób budzący powszechną konsternację. Przywieź mi tę ładną powieść Cherbulieza, »Paule Méré«. I nie bądź później niż dwudziestego trzeciego”.

Zgodnie z naturalnym biegiem rzeczy Winter­bourne po przyjeździe do Rzymu uzyskałby adres pani Miller od bankiera amerykańskiego i mógłby złożyć wizytę pannie Daisy.

 

– Po tym, co działo się w Vevey, chyba mogę ich odwiedzić – rzekł do pani Costello.

– Jeśli po tym, co się dzieje… nie tylko w Vevey… masz ochotę podtrzymywać tę znajomość, bardzo proszę. Oczywiście mężczyźnie wypada wszystkich znać. Mężczyźni mają ten przywilej!

– A cóż takiego się dzieje? Co ciocia ma na myśli?

– Ta dziewczyna włóczy się z cudzoziemcami. Bardziej szczegółowych informacji zasięgniesz gdzie indziej. Upatrzyła sobie pół tuzina etatowych rzymskich łowców posagów i chodzi z nimi po domach. Na przyjęciach zjawia się z dżentelmenem o dobrych manierach i wspaniałym wąsie.

– A co na to matka?

– Pojęcia nie mam. Okropni ludzie.

Winter­bourne dumał przez chwilę.

– Oni są tylko nieobyci… Bardzo niewinni. Nie nazwałbym ich zepsutymi.

– Są beznadziejnie wulgarni – zawyrokowała pani Costello. – Kwestię, czy bycie beznadziejnie wulgarnym świadczy o zepsuciu, pozostawiam filozofom. W każdym razie są dostatecznie zepsuci, by wzbudzać niechęć; jak na ten krótki żywot, to mi w zupełności wystarczy.

Informacja, że Daisy Miller przebywa w otoczeniu pół tuzina wspaniałych wąsów, ostudziła nieco zapał Winter­bourne’a, odwodząc go od zamiaru złożenia jej natychmiastowej wizyty. Może nie schlebiał sobie, iż trwale zagościł w jej sercu, ale zirytował się na wieść będącą w skrajnej sprzeczności z wizją, którą skrycie pielęgnował: wizją ślicznej panienki niecierpliwie wypatrującej go przez okno. Odwlekł tę wizytę wraz z koniecznością upomnienia się o względy panny Miller, co nie przeszkodziło mu odwiedzić paru innych znajomych. Jedną z nich była Amerykanka, która spędziła parę zim w Genewie, gdzie posłała dzieci do szkoły; dystyngowana pani mieszkająca na Via Gregoriana. Winter­bourne zastał ją w szkarłatnym saloniku na trzecim piętrze; pokój zalewało południowe słońce. Nie minęło dziesięć minut, kiedy wszedł lokaj i zaanonsował: „Madame Mila!”. Poprzedziło to nadejście małego Randolpha Millera, który stanął pośrodku i wlepił wzrok w Winter­bourne’a. Po chwili weszła jego ładna siostra, a za nią, po dłuższej chwili, pani Miller, idąca wolnym krokiem.

– Ja wiem, kim pan jest! – oznajmił Randolph.

– Jestem pewien, że wiesz mnóstwo rzeczy – zawołał Winter­bourne, ujmując jego dłoń. – Jak tam twoja nauka?

Daisy z wdziękiem witała się z gospodynią, lecz na dźwięk głosu Winter­bourne’a pospiesznie zwróciła ku niemu głowę.

– No proszę! – zawołała.

– Przecież mówiłem, że się zjawię – odpowiedział z uśmiechem.

– No cóż… nie wierzyłam panu – skwitowała panna Daisy.

– Jestem pani zobowiązany. – Zaśmiał się.

– Nie przyszedł pan mnie odwiedzić! – zauważyła.

– Przyjechałem dopiero wczoraj.

– Nie wierzę!

Winter­bourne zwrócił się o pomoc do jej matki, lecz ta unikała jego spojrzenia i przycupnąwszy na krześle, wbiła wzrok w syna.

– Mamy większe mieszkanie – oznajmił Randolph. – I złocone ściany.

Pani Miller drgnęła skrępowana.

– Mówiłam, że coś palniesz, kiedy tutaj przyjdziemy! – mruknęła.

– Nie, to ja ci mówiłem! I mówię panu! – dodał wesoło, klepiąc Winter­bourne’a w kolano. – Naprawdę jest większe!

Daisy wdała się w rozmowę z panią domu, toteż Winter­bourne uznał, że wypada zamienić parę słów z jej matką.

– Mam nadzieję, że dobrze się pani miewała, odkąd widzieliśmy się w Vevey – zagaił.

Pani Miller zawiesiła wzrok w okolicach jego podbródka.

– Nie bardzo, proszę pana.

– Cierpi na niestrawność – wtrącił Randolph. – Ja również. I ojciec także. Ja mam najgorszą!

Słowa chłopca, zamiast wprawić panią Miller w zakłopotanie, najwyraźniej sprawiły jej ulgę.

– Dokucza mi wątroba – wyznała. – To pewnie wina klimatu, jest mniej korzystny niż w Schenectady, zwłaszcza zimą. Nie wiem, czy słyszał pan, że tam mieszkamy. Mówiłam Daisy, że jeszcze nie znalazłam drugiego takiego lekarza jak doktor Davis, i z pewnością nie znajdę. O, w Schenectady nie ma lepszego, wszyscy go tam cenią. Ma pełne ręce roboty, ale zrobiłby dla mnie wszystko. Twierdzi, że w życiu nie widział takiej niestrawności, ale uparł się ją wyleczyć. Dam głowę, że spróbuje wszystkiego. Miał zastosować jakiś nowy lek, lecz przypadła akurat pora naszego wyjazdu. Pan Miller życzył sobie, aby Daisy zobaczyła Europę. Ale napisałam do niego, że bez doktora Davisa długo nie pociągnę. Ze świecą szukać lepszego lekarza w Schenectady, a tam ludzie chorują na potęgę. Z tego wszystkiego nie mogę spać.

Winter­bourne uciął pogawędkę medyczną z pacjentką doktora Davisa, a Daisy trajkotała z gospodynią. Zapytał panią Miller, czy podoba jej się w Rzymie.

– Muszę przyznać, że sprawił mi zawód – rzekła. – Tyle słyszeliśmy o nim, może za dużo. Ale co zrobić? Spodziewaliśmy się czegoś innego.

– To tylko kwestia czasu, na pewno pani się przekona – zapewnił Winter­bourne.

– Z każdym dniem coraz bardziej nie cierpię Rzymu! – zawołał Randolph.

– Jesteś jak mały Hannibal – zauważył Winter­bourne.

– Nieprawda! – zaperzył się Randolph.

– Nie jesteś mały – wtrąciła pojednawczo matka. – Lecz istotnie, bywaliśmy w miastach, które podobały nam się bardziej niż Rzym. – I na pytanie Winter­bourne’a dodała: – Na przykład Zurych. Piękne miasto, a tak bardzo niedoceniane.

– Najładniejszy był „Richmond”! – oznajmił Randolph.

– Ma na myśli statek – wyjaśniła matka. – Płynęliśmy nim. Randolph świetnie bawił się na pokładzie.

– W życiu nie widziałem ładniejszego – powtórzył chłopiec. – Tyle że płynął w złą stronę.

– Może kiedyś popłyniemy w dobrą. – Pani Miller roześmiała się bez przekonania. Winter­bourne wyraził nadzieję, że może chociaż Rzym spełnił oczekiwania jej córki, na co pani Miller odparła, że Daisy jest oczarowana. – Zwłaszcza towarzystwem… Jest przednie. Daisy bywa, gdzie tylko możliwe, zawarła mnóstwo znajomości. Naturalnie bywa więcej niż ja. Ludzie są tutaj przemili, przyjęli ją bardzo gościnnie. I poznała wielu dżentelmenów. O tak, czuje się w Rzymie jak ryba w wodzie. Młodej pannie zawsze jest przyjemniej, kiedy zna wielu panów.

Tymczasem panna Daisy znów skierowała uwagę na Winter­bourne’a.

– Opowiadałam pani Walker, jaki pan jest wstrętny! – oznajmiła.

– Na jakiej podstawie? – spytał, zły trochę, że tak dalece przeoczyła fakt, iż stęskniony wielbiciel, gnany romantycznym zniecierpliwieniem, nie zawitał po drodze ani do Florencji, ani do Bolonii. Przypomniał sobie, jak cyniczny rodak powiedział mu kiedyś, że Amerykanki – te najładniejsze, co nadawało pewnikowi głębszego wymiaru – są najbardziej wymagające, a zarazem najmniej obciążone poczuciem wdzięczności.

– Jak to, w Vevey był pan wstrętny. Nie zgadzał się pan na nic. Nie chciał pan przedłużyć pobytu, mimo moich próśb.

– Ależ moja pani – wykrzyknął z galanterią. – Przejechałem taki kawał drogi do Rzymu, aby wysłuchiwać wyrzutów?

– Słyszy pani? – Daisy zwróciła się do gospodyni, ciągnąc za kokardę przy jej sukni. – Czy kiedykolwiek słyszała pani coś równie osobliwego?

– Osobliwego, moja droga? – powtórzyła pani Walker tonem stronnika młodego człowieka.

– Sama nie wiem. – Daisy dotknęła wstążek przy jej sukni. – Muszę pani coś powiedzieć, pani Walker.

– Mamo – wtrącił Randolph, przeciągając głoski. – Mówię ci, że musimy już iść. Eugenio narobi rabanu!

– Nie boję się Eugenia – obruszyła się Daisy. – Proszę posłuchać, pani Walker – ciągnęła. – Jak pani wiadomo, wybieram się na pani przyjęcie.

– Miło mi to słyszeć.

– Mam prześliczną sukienkę.

– Na pewno.

– Ale chcę panią o coś prosić… o zgodę na przyprowadzenie przyjaciela.

– Państwa przyjaciele są tu mile widziani. – Pani Walker uśmiechnęła się do pani Miller.

– O, ja się z nimi nie przyjaźnię – powiedziała matka Daisy z nieśmiałym uśmiechem. – Nigdy z nimi nie rozmawiam!

– Mam na myśli mojego bliskiego przyjaciela, pana Giovanellego – uzupełniła bez mrugnięcia okiem Daisy.

Pani Walker milczała przez chwilę, po czym zerk­nęła na Winter­bourne’a.

– Będę zachwycona, jeśli pan Giovanelli raczy się zjawić – odpowiedziała.

– Jest Włochem – dodała rzeczowo Daisy. – I moim wielkim przyjacielem. Jest najprzystojniejszy na świecie… oprócz pana Winter­bourne’a! Zna wielu Włochów, ale chciałby poznać paru Amerykanów. Ma o nich wysokie mniemanie. Jest taki mądry. I uroczy!

Ustalono, że wybitny osobnik stawi się u pani Walker, i pani Miller podniosła się do wyjścia.