Romans panny Brook

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Helen Dickson
Romans panny Brook
Tłumaczenie:
Wanda Jaworska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1852 r.

Lydia stała obok Henry’ego Sturgisa, mężczyzny, który za kilka minut miał zostać jej mężem. Zdenerwowana, pełna wątpliwości i zaniepokojona tempem wydarzeń, po raz kolejny zadawała sobie pytanie, czy podejmuje właściwy krok.

Kiedy Henry oznajmił, że chce ją poślubić, nie bardzo wiedziała, jak zareagować. Krótki czas, który ze sobą spędzili, był wprawdzie ekscytujący, ale uznała, że nie należy działać pochopnie. Przed rokiem straciła matkę i od tamtej pory musiała radzić sobie w życiu sama. W tej sytuacji trudno jej było zdecydować się na intymny związek z mężczyzną.

Dlaczego? – zastanawiała się. Dlaczego jest tak przeczulona na punkcie szczerości i uczciwości? Dlaczego obawia się ulec emocjom i zaufać temu, co ze sobą niesie miłość? Ludzie na ogół nie mają z tym problemu. A więc dlaczego ona jest inna?

Bała się! Ale czego? Dopuszczenia drugiej osoby do swego życia i związanych z tym zobowiązań. Bo zobowiązanie oznacza przyjęcie kogoś do swego serca, ofiarowanie mu bezpiecznego miejsca, w którym wszystko byłoby możliwe i zrozumiałe. Zobowiązanie oznacza konfrontację w imię miłości z tym, co niesie życie. Brzmi prosto i zrozumiale, tyle że miała sama ze sobą pewien problem. Otóż nie wiedziała, czego tak naprawdę chce, w konsekwencji czego uważała, że byłoby to ryzyko porównywalne ze skokiem w nieodgadnioną otchłań bez dna.

Czy to się uda? Dobre pytanie… Targana rozterkami, czy wyjść za Henry’ego, czy nie, postanowiła, że na razie niczego w swoim życiu nie zmieni i poczeka, co przyniesie los. Jednak Henry’emu bardzo się śpieszyło i po dalszych próbach perswazji z jego strony oraz wskrzeszeniu nieproszonego upiora z przeszłości – upiora o postaci ojca, który okrutnie ją porzucił, gdy była dzieckiem, a teraz znów chciał wtargnąć w jej życie, czego za wszelką cenę pragnęła uniknąć – uległa tym namowom. Starała się przekonać samą siebie, że Henry Sturgis stanowi ucieleśnienie tego wszystkiego, czego pragnęła, a przede wszystkim zdoła wyzwolić ją od jej lęków.

Gdy tylko przyjęła jego oświadczyny, Henry natychmiast, wręcz z niestosownym jej zdaniem pośpiechem, nadał sprawie bieg. Nie miała nic do powiedzenia w kwestii przygotowań do ślubu. Za dwa dni mieli wyruszyć do Liverpoolu, a stamtąd do Ameryki, bo narzeczony tam mieszkał, a jego ojciec ponoć był ciężko chory. Na wypadek, gdyby coś mu się stało, Henry nie chciał przebywać po niewłaściwej stronie Atlantyku. To z tego powodu zatrzymali się w szkockiej wiosce Gretna Greek, modnym i romantycznym miejscu, gdzie można było zawrzeć natychmiastowe małżeństwo bez wymaganej zgody rodziców.

Stali więc przed podejrzanym duchownym, który za sowitą zapłatę zgodził się poprowadzić ceremonię. Miejscem zaślubin nie był co prawda kościół, ale panująca w pomieszczeniu cisza i dwoje świadków stwarzały nastrój powagi stosowny do okoliczności.

Lydia miała na sobie skromną suknię w malinowym kolorze, a na głowie budkę z szerokim półokrągłym rondem, ozdobioną małym bukiecikiem różowych i białych pączków róż. Spod budki wymykały się czarne loki, łagodnie pieszcząc jej twarz.

– Możemy zaczynać? – spytał duchowny, pochylając się ku nim.

– Tak – szybko odpowiedział Henry, nie kryjąc niecierpliwości. – Bardzo proszę.

Duchowny zapytał, czy są w wieku upoważniającym do zawarcia małżeństwa, jednak gdy odparli „tak”, drzwi do pomieszczenia gwałtownie się rozwarły, ktoś wparował do środka i rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu:

– Natychmiast wstrzymać ceremonię!

W pierwszej chwili Lydia pomyślała, że słuch ją myli, a przecież wyraźnie słyszała, że nakazano przerwanie ceremonii. Spłoszona odwróciła się w tej samej chwili co Henry.

Sytuacja wydawała się nierealna: świadkowie, ksiądz, słońce padające przez okno i dwaj obcy mężczyźni, którzy pojawili się znikąd. Wyższy, czyli ten, który próbował nie dopuścić do ślubu, zmierzał w ich kierunku. Obrzuciła go wzrokiem. Jego wysoka barczysta postać znamionująca siłę i sugerująca zdolności przywódcze, zdawała się przytłaczać pozostałe zgromadzone tu osoby.

– Nie można z tym zaczekać? – Duchowny był wyraźnie niezadowolony. – Przerwał pan uroczystość.

– Z uzasadnionego powodu.

Lydia poczuła dreszcz przebiegający jej po plecach, po czym utkwiła wzrok w intruzie.

– A jakiż to ponoć uzasadniony powód kazał panu wtargnąć bez zaproszenia i zakłócić uroczystość ślubną? – spytała ostrym tonem, mierząc go pogardliwym spojrzeniem.

Nieznajomy przeniósł wzrok z Henry’ego na nią, spoglądając z arogancją, która najpewniej była jego wrodzoną cechą. Zwęził niebezpiecznie oczy i wydął wargi, ale to, co wydawało się uśmiechem, było jedynie nawykową uprzejmością połączoną z lekceważeniem.

– Proszę wybaczyć kłopot, jaki sprawiłem, ale mam ku temu ważne powody, co pani, czego jestem pewien, wkrótce sama przyzna. Ten mężczyzna, którego ma pani poślubić, nie jest tym, za kogo się podaje. Gdybym nie zjawił się w porę, popełniłby przestępstwo.

– Jest pan policjantem? – Lydia spojrzała na niego ze zdumieniem.

– Nie.

Czekała, aż wyjawi powód swojej interwencji, a intuicja podpowiedziała jej, że prawda, którą zaraz usłyszy, będzie gorsza niż jej najgorsze wyobrażenia. Stała nieruchomo obok Henry’ego, niemal bojąc się oddychać, w oczekiwaniu na dalsze słowa nieznajomego.

– Czuję się w obowiązku poinformować panią, że mężczyzna, który ma zostać pani mężem, już ma żonę.

Pod Lydią nogi się ugięły. Nikt z obecnych się nie odezwał. Twarz Henry’ego poszarzała, niemniej to on pierwszy otrząsnął się z szoku. Zacisnął wargi i przybrał czujny wyraz twarzy, niczym mały chłopiec, który po popełnieniu karygodnego występku nagle sobie uzmysłowił, że został przyłapany.

– Co to ma znaczyć? – spytał ostrym tonem, wlepiając wzrok w przybysza. – I co tu u diabła robisz?

– Chyba nie muszę ci tego wyjaśniać? – odpowiedział przybysz niebezpiecznie spokojnym tonem. – Czyżbyś rozum postradał, porywając się na tak niedorzeczny czyn?

Henry zadrżał na te słowa, ale narzucił sobie jaki taki spokój.

– A niech cię – mruknął, dodając coś pod nosem.

Lydia odwróciła oczy od intruza i popatrzyła na mężczyznę, który o mały włos nie został jej mężem, mówiąc sobie, że cokolwiek się dzieje, musi być pomyłką, dziwacznym koszmarnym snem na jawie. Niepodobna, żeby było inaczej. Ale przybysz był tak bardzo zdecydowany i absolutnie pewny siebie, że właściwie już wiedziała, że mówi prawdę, nawet jeśli nie była w stanie w pełni jej pojąć.

– Znasz tego mężczyznę, Henry? – zwróciła się do niedoszłego małżonka. – I skąd on zna ciebie? Odpowiedz.

Henry wprost emanował wrogością, która jawnie dowodziła, że nie tylko go zna, ale że jest bliski rękoczynów. Gniew zastąpił początkowy szok. Ignorując kobietę, którą miał poślubić, postąpił krok w stronę przybysza. Plecy miał sztywne, pięści zaciśnięte.

– Niech cię diabli, Golding! – warknął. – Niech diabli wezmą ciebie i twój wścibski nos!

– Chciałbyś, prawda? – Golding zaśmiał się sarkastycznie. – Wydawało mi się, że nie proszę o zbyt wiele, gdy nalegałem, żebyś dochował wierności Mirandzie, szczególnie po tym, co dla ciebie zrobiłem. Gdyby nie ja, byłbyś zrujnowany i wylądowałbyś w upadającej rodzinnej posiadłości, z trudem wiążąc koniec z końcem. Tymczasem prowadziłeś życie lorda i uganiałeś się za kobietami.

– Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? – spytał Henry.

– To nie było trudne. – Golding lekko się wzdrygnął. – Zostawiłeś moją siostrę, ale znudziła się jej samotność, więc pojechała za tobą do Londynu, a kiedy nie mogła cię odnaleźć, po pomoc przyszła do mnie. Złożyłem więc wizytę w twoim klubie, a twoi przyjaciele okazali się aż nadto uczynni. Jakąż to wymówką zamierzałeś poczęstować żonę, by usprawiedliwić swoją nieobecność? – zakończył z pobrzmiewającą w głosie agresją jak ktoś, kto przywykł do otrzymywania natychmiastowych odpowiedzi.

– Coś bym wymyślił – mruknął Henry.

– Nie wątpię. Miałeś wprawę w okłamywaniu swojej żony. Do diabła, Henry, niewiele brakowało, a zostałbyś bigamistą!

– Gdybyś tu nie wkroczył. Nie mogłeś zaaranżować swego przybycia z większą zręcznością – próbował ironizować. – Pojawiłeś się we właściwym miejscu o właściwym czasie. – Zmełł w ustach przekleństwo. – Ale…

– Tylko nie próbuj mi tu czegoś po swojemu wyjaśniać, bo sytuacja mówi sama za siebie! Jak, u diabła, zamierzałeś tłumaczyć się przed sądem? – Golding spiorunował go wzrokiem. – Bardzo mnie kusi, by cię zabić i uwolnić świat od takiej jak ty kanalii, niestety za bardzo kocham siostrę, by to zrobić. Żadna kobieta, która musi znosić jedną miłosną przygodę męża za drugą, nie powinna czuć się zobligowana do wierności, więc moja siostra ma wszelkie powody, by zażądać rozwodu. Niestety wątpię, czy się na to zdecyduje. Ma żelazną wolę, a twoje skandaliczne zachowanie tylko dodatkowo ją zahartowało. Ona nie jest byle kim nie tylko z charakteru. To lady Seymour i niezależnie od tego, co byś jej uczynił, zamierza utrzymać swoją pozycję towarzyską. Do diabła, człowieku, bardzo ją zraniłeś. Domyślam się, że jesteś z siebie dumny.

Przeniósł uwagę na Lydię, zbliżając się do niej niczym ogromna fala, a jego gęste ciemne włosy, lekko posrebrzone na skroniach, błyszczały w promieniach słońca padających przez okno. Wysoki, wąski w talii, z silnymi muskularnymi barami, ubrany w ciemny surdut i jasne spodnie, przesunął po niej bezczelne spojrzenie. Zacisnął usta, a zimne i nieprzyjazne oczy zaiskrzyły groźnie.

Obserwował ją, a ona obserwowała jego. Irytowało ją to spojrzenie, a Golding wybuchnął:

– Na litość boską, co też pani sobie myślała, zadając się z tym notorycznym rozpustnikiem?!

 

Lydia poczuła wzbierający w niej gniew, któremu musiała dać upust. W końcu była ofiarą przebiegłości Henry’ego w takim samym stopniu, jak siostra Goldinga. Jej oczy rozbłysły groźnie, a głos zabrzmiał silnie i zdecydowanie.

– Niczemu nie jestem winna! – oświadczyła z furią. – Nie miałam pojęcia, że Henry ma żonę ani że jest notorycznym rozpustnikiem, gdyż nie należę do jego świata. Wyższe sfery są poza moim zasięgiem, sir. Nie wiedziałam też, że nazywa się Seymour. Znam go wyłącznie jako Henry’ego Sturgisa.

Golding stał z rękami opartymi na biodrach, jego jasnoniebieskie oczy zdawały się zimne jak lód na tle ciemnej twarzy o silnie zarysowanej szczęce.

– Nie oskarżałem pani, panno…? – Spojrzał na nią pytająco.

– Brook. Lydia Brook – przedstawiła się, próbując zapanować nad głosem i nadać rysom twarzy normalny wygląd. – A pan nazywa się Golding, tak?

– Tak, Alexander Golding.

Lydia patrzyła na niego wyzywająco, wysuwając małą brodę, po czym przeniosła wzrok na Henry’ego. Słowa wypowiedziane przez Goldinga brzmiały jej w uszach jak echo. Nagle poczuła, jakby jej głowa znalazła się w stanie nieważkości, i musiała zebrać wszystkie siły, żeby utrzymać się w pozycji pionowej.

Patrzyła na Henry’ego, w jego twarzy wyczytała to wszystko, czego nie był w stanie ukryć. W ułamku sekundy zmienił się z miłego i czułego mężczyzny, który czekał niecierpliwie, aż zostanie jego żoną, w samolubnego i szczwanego typka, który zastanawiał się gorączkowo, co zrobić, żeby odwrócić na swoją korzyść sytuację, która go zaskoczyła. Pojawienie się szwagra wytrąciło go z równowagi, na jego brwiach pojawiły się kropelki potu. Lydia niemal mogła słyszeć, jak pracują jego zwoje mózgowe.

Zacisnęła powieki, usiłując pozbyć się dławiącego ucisku w gardle. Słońce, które jeszcze przed chwilą tak jasno świeciło, zaczęło zachodzić. Jakże była naiwna, gdy wierzyła, że namiętne pocałunki Henry’ego i słowa łagodnej perswazji świadczą, iż naprawdę jej pragnie. Teraz sobie uświadomiła, że były to tylko nic nieznaczące frazesy, a jego namiętność niczym nie różniła się od tej, jaką mógł czuć do każdej kobiety, która go pociągała. Fakt, że nie uległa jego próbom uwiedzenia – oczywiście kategorycznie odmówiła zrobienia tego bez obrączki na palcu – tylko sprawił, że pragnął jej jeszcze bardziej i z jeszcze większą natarczywością próbował ją zdobyć.

– Powiedz, dlaczego to zrobiłeś – zażądała, kiedy wreszcie uznała, że będzie mogła przemówić normalnym głosem.

Rzucił na nią okiem. Chciała zobaczyć w tym spojrzeniu prośbę o zrozumienie, ale ujrzała tylko chłodną kalkulację.

– Jakbyś nie wiedziała – odparł głosem tak niskim, że z trudem wychwytywała słowa. – Chciałem cię…

– Ale nie jako żonę – odparowała pogardliwie, zauważając, że nie patrzy jej w oczy.

– Nie. Zależy mi na tobie…

– Nie niszczy się kogoś, na kim nam zależy.

– Od chwili, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy, pragnąłem cię – powiedział Henry. – Nic na to nie poradzę. Tak długo na to czekałem. Myślałem, że nigdy nie będzie mi dana szansa posiadania ciebie. Zaślepiony pożądaniem zatraciłem poczucie dobra i zła, sprzeniewierzyłem się wpojonym mi zasadom dobrego wychowania. Nie jestem z tego dumny.

– Akurat to jedno popieram. Masz wielki powód do wstydu. – Spojrzała na niego z pogardą. – Oszukałeś mnie, przywiozłeś tutaj, żeby uczynić swoją żoną. Miałeś mnie zabrać do swego domu w Ameryce, bo twierdziłeś, że twój ojciec jest chory, więc nie możesz czekać wymaganych trzech tygodni na zapowiedzi. Nic z tego nie było prawdą. Jaką łatwowierną i zaślepioną idiotką się okazałam Musiałeś się świetnie bawić tą moja głupotą… To, co zrobiłeś jest nikczemne i podłe. Jak śmiałeś tak haniebnie mnie potraktować?

– Lydio, gdybyś tylko wiedziała…

– Wiedziała? Co wiedziała?! – wybuchnęła. – Że już masz żonę? Co zamierzałeś ze mną zrobić? Porzucić w Szkocji po jednej nocy małżeńskich rozkoszy i wrócić do Londynu zadowolony z kolejnego, jak mniemam, sukcesu? – Gdy po jego minie poznała, że właśnie taki miał zamiar, rzuciła mu spojrzenie pełne odrazy. – Budzisz we mnie wstręt, Henry. Jak śmiałeś tak ze mnie zadrwić i wystawić na pośmiewisko?

– Co teraz zrobisz? – spytał.

– To, co robiłam zawsze. Będę żyć własnym życiem. Ale skąd to nagle zainteresowanie? Bądźmy szczerzy, Henry, nie kochałeś mnie, podobnie jak ja ciebie.

– Chcesz powiedzieć, że nie żywiłaś do mnie żadnych ciepłych uczuć?

– Chciałeś mnie uwieść, ale ci się nie udało, więc jeszcze bardziej się zawziąłeś. Zamiast zachować się przyzwoicie i się usunąć, posunąłeś się jeszcze dalej. Wykorzystując moją naiwność i wrażliwość, zaproponowałeś mi małżeństwo, choć nie miałeś do tego prawa. Jesteś kłamcą i oszustem. Najgorsze, że dałam się na twoje kłamstwa nabrać i nawet przez myśl mi nie przeszło, jakie są twoje prawdziwe intencje. A ty chciałeś mnie poniżyć! Ale nigdy ci się to nie uda. Nigdy!

Trudno jej było znieść myśl, że Henry igrał z nią jak kot z myszą. Popatrzyła na jego kręcone jasne włosy i szczupłe muskularne ciało. Miał zmysłową twarz o pełnych ustach i głębokich oczach spoglądających spod ciężkich powiek. Niewątpliwie podobał się kobietom. Był tym samym mężczyzną, który okazywał jej względy i był wyczulony na jej potrzeby. Ale teraz już widziała, że tamten mężczyzna nie istnieje i nigdy nie istniał. Miała przed sobą znudzonego cynika, który szukał kolejnych podniet, skrajnego egoistę ceniącego tylko własny interes. A także aroganta, który patrzył na nią bezczelnie i z pogardą, bo wywodziła się z niższej sfery społecznej.

Znienawidziła go. Czuła w sobie mieszaninę złości i upokorzenia tak dojmującego, że nieomal wierzyła, iż może ją to zabić.

– Poniżenie… To śmieszne. – Wyraźnie go rozzłościły jej słowa. – Ty, moja droga Lydio, potrafiłabyś rozgrzać mężczyźnie łóżko, gdybyś nie była tak zimna jak sopel lodu i bezmyślnie nieugięta. Niektórym mogłaby podobać się twoja niewinność, ale ja uważam, że tylko traciłbym z tobą czas. Szkoda, bo pod tą warstwą lodu kryje się temperament, który mógłby mi dostarczyć wiele rozkoszy, o czym zamierzałem się przekonać, gdyby nie przeszkodził mi w tym mój szwagier. Ty trzymasz na odległość wyciągniętej ręki każdego mężczyznę, który nie obieca, że włoży ci obrączkę na palec.

– Włącznie z tobą, Henry – przerwał mu ostro Golding, widząc, jak wielkiego szoku doznała Lydia po tym ataku na jej osobę.

– Włącznie ze mną. – Henry uniósł arogancko brwi. – Ale byłem gotów przezwyciężyć każdy opór, byle tylko ją posiąść.

– Byłeś gotów nawet popełnić bigamię. Ale nie udało się, Harry, dlatego agresywnie wytykasz pannie Brook to wszystko, co uznajesz za jej wady.

– W rzeczy samej. I przyznaję, że poczułem wobec niej ogromne pożądanie, ale niech Bóg broni, żebym miał poślubić kobietę o tak podłym charakterze, w dodatku bez grosza przy duszy.

– Fiasko twoich wysiłków boleśnie odczujesz dopiero wtedy, gdy wrócisz do miasta, staniesz twarzą w twarz ze znajomymi i będziesz musiał przyznać, że przegrałeś zakład, a na koniec zapłacić pięćset gwinei – skwitował Golding.

Lydia czuła pustkę w głowie. Odzyska przytomność umysłu dopiero wtedy, gdy sobie uświadomi, że to, co się wydarzyło, to nie był koszmarny sen, lecz rzeczywistość, która może zaciążyć na całym jej życiu. Ale na razie była zbyt zszokowana, żeby cokolwiek czuć czy wybiegać myślą w przyszłość. Nikt nigdy tak jej nie znieważył i tak nie sponiewierał jej dumy.

Nie mogła zaprzeczyć straszliwej prawdzie. Henry założył się z przyjaciółmi, że ją uwiedzie, i gdyby wygrał, wzbogaciłby się o pięćset gwinei. To było więcej, niż mogła znieść jej zraniona duma. Wezbrał w niej gniew. Wszelkie cieplejsze uczucia, jakie mogła jeszcze żywić wobec niego, zostały zniszczone.

– Jak śmiałeś?! – Trzęsła się ze złości. – Jak śmiałeś tak postąpić? Jak śmiałeś uczynić ze mnie przedmiot ohydnych żartów i równie obrzydliwych zakładów?!

– Panno Brook – włączył się Golding – proszę mi wybaczyć. Bardzo żałuję, że o tym wspomniałem…

– O czym? – Lydia przeniosła na niego wzrok. – O zakładzie? Dlaczego miałby pan żałować, skoro powiedział pan prawdę? Mam prawo wiedzieć, do czego był zdolny Henry, żeby mieć mnie w swoim łóżku. – Spojrzała na niedoszłego męża. – To, co uczyniłeś, jest nikczemne. Od samego początku zmierzałeś do tego, żeby mnie poniżyć w najbardziej wyuzdany sposób. Nie spadnie mi korona z głowy, jeśli przyznam, że okazałam się na tyle głupia, by ulec twojemu urokowi. Zapewne przywykłeś do takiej reakcji najróżniejszych kobiet – ciągnęła szyderczo – choć przecież masz żonę. Poczułabym wielką satysfakcję, gdybym się dowiedziała, że wypłata pięciuset gwinei puściła cię z torbami, niestety wątpię, by tak się stało.

– Na litość boską, Lydio, to był tylko zakład! Chwila szaleństwa! Nigdy nie miałem zamiaru cię zranić – nieporadnie tłumaczył się Henry.

– Chwila szaleństwa?! – prychnęła, posyłając mu nienawistne spojrzenie. – Tak to nazywasz? Nie ma żadnego usprawiedliwienia na to, co zrobiłeś. W twoim przypadku to podwójne draństwo. Nie licząc się z moimi uczuciami, podstępem byś mnie uwiódł, a potem porzucił jak pospolitą dziewkę, niszcząc moją reputację, a tym samym całą moją przyszłość… ty… ty obrzydliwy, nikczemny zbereźniku.

– Lydio, posłuchaj…

– Nie interesuje mnie, co jeszcze masz do powiedzenia. Za to ty posłuchasz mnie, Henry Sturgisie, Seymourze czy jak tam się nazywasz. Nigdy ci nie wybaczę. Nigdy! I radzę ci, trzymaj się ode mnie z daleka. – Odwróciła się i wyszła, nie mogąc dłużej znieść jego widoku.

To, co uczynił jej Henry, i co to będzie znaczyło dla niej w przyszłości, rozwijało się przed nią niczym długa nić złości i żalu. Miała ochotę rzucić się na niego, wydrapać mu oczy i stłuc pięściami. Nienawiść, niesmak, rozczarowanie, uczucie upokorzenia i zranienia rozsadzało jej czaszkę i ściskało pierś, aż miała wrażenie, że się udusi.

Wszystkie jego zabiegi prowadzące do fikcyjnego małżeństwa służyły wyłącznie jednemu celowi. Chodziło o wygranie zakładu z przyjaciółmi. Lydia miała wrażenie, jakby Henry wbił w nią nóż i pokroił na drobne kawałeczki. Znękana potwornym bólem i poczuciem straty, wypadła z pokoju, do którego zaledwie przed chwilą wchodziła przepełniona szczęściem. Teraz niczego nie widziała, niczego nie słyszała z wyjątkiem uderzeń własnego serca. Biegła przed siebie ulicą, nie wiedząc, dokąd zmierza, byle jak najdalej od tamtego pomieszczenia i osób, które się w nim znajdowały.

Wiedziała, że jej samopoczucie się poprawi, gdy tylko zostawi to wszystko za sobą. Wiedziała, że nie powinna się zatrzymywać, tylko uciekać od tego zła. Ale w końcu będzie musiała się zatrzymać, a wtedy wrócą wszystkie bolesne emocje. Nie chciała widzieć Henry’ego. Nie chciała patrzeć mu w oczy. Nie kochała go. Nie wiedziała, co to znaczy kogokolwiek kochać, ale to nie umniejszało jej upokorzenia i bólu spowodowanego publiczną zdradą. Najważniejsze, to znaleźć się jak najdalej od tej nieszczęsnej wioski.

Usłyszała, że ktoś ją woła, ale nie zatrzymała się. Jej serce łomotało w szalonym tempie, czuła ból w lewym boku.

– Zaczekaj – usłyszała.

Z trudem łapiąc oddech, zobaczyła przed sobą niewyraźny zarys drogi. Biegła dalej, ale usłyszała za plecami kroki i ponowne wołanie, aż wreszcie ktoś chwycił ją za ramię i zatrzymał. Ciężko oddychając, odwróciła się. Miała zamęt w głowie, mijający ją przechodnie byli zamazani, dźwięki ulicy stłumione. Zamęt w jej głowie jeszcze się nasilił, kiedy zobaczyła przed sobą jasnoniebieskie oczy ocienione gęstymi czarnymi rzęsami, usłyszała głęboki melodyjny głos i poczuła miły zapach wody kolońskiej. Wciąż trzymając ją za ramię, Alexander Golding sprowadził ją na bok, z dala od hałasu przejeżdżających powozów.

Oczy, które się w nią wpatrywały, były przeźroczyste i skrzące jak promienie słońca na wodzie. Miała wrażenie, że przewiercają ją na wskroś.

– Wszystko w porządku? Jest pani zdenerwowana. – Mówił spokojnie, bez współczucia, pozornie nie przejmując się jej sytuacją ani przyczyną zdenerwowania.

– Oczywiście, że jestem zdenerwowana! – parsknęła z irytacją, próbując odzyskać samokontrolę. – To niewybaczalne, co zrobił Henry. Za kogo on mnie uważa? Za smakowity kąsek, którym można się uraczyć? Za naiwną dziewczynę, która zaspokoi jego potrzeby przez jedną czy dwie noce? Musiał mieć wyborną zabawę, gdy prowadził ze mną tę nikczemną grę. I jak bardzo musiał się rozczarować, gdy się okazało, że przegrał zakład.

Twarz Goldinga pozostała nieporuszona, ale oczy mu pociemniały.

– Przykro mi, że musiała się pani o tym dowiedzieć w taki sposób – oświadczył ze spokojem.

– Tak, mnie też, ale dzięki Bogu jeszcze nie było za późno. A teraz czy zechce pan puścić moje ramię?

Golding natychmiast posłuchał.

 

Gniew Lydii nieco osłabł, więc mogła uważniej przyjrzeć się przystojnemu nieznajomemu. Miał w sobie wyniosłą powściągliwość, która stwarzała pewien dystans, wyczuwała też w nim wręcz agresywną pewność siebie i potężną determinację. Otaczała go aura zwycięzcy, który odnosi sukcesy na wszystkich polach, na których działa. Poczynając od arogancko uniesionej głowy aż po swobodną postawę widać było, że jest człowiekiem o skomplikowanym i wielowymiarowym charakterze, absolutnie przy tym przekonanym o własnej nieomylności.

– Ja… ja… – Miała wrażenie, że słowa utknęły jej w gardle. Czuła się obnażona i bezbronna. Na ogół opanowana i zachowująca samokontrolę, wystawiona na widok tego mężczyzny miała wrażenie, że została odarta z godności. Ta cała sytuacja była zbyt upokarzająca. Kiedy pierwszy raz popatrzyła na niego, poznała po jego twarzy, że jest twardym mężczyzną, który niełatwo się wzrusza, więc była zaskoczona, że ją dogonił. – Proszę mi wybaczyć – powiedziała. – To wszystko stało się tak nagle, mam zamęt w głowie.

Po raz pierwszy Alexander tak naprawdę popatrzył na nią, a ona spojrzała na niego. Coś między nimi zaiskrzyło. Lydia z trudem przełknęła ślinę. Nie była w stanie odwrócić oczu. Pomyślała, że powinna krzyczeć albo próbować uciec, ale nic takiego nie zrobiła. Wokół panował zgiełk ulicy, mijali ich przechodnie, przejeżdżały powozy, ale oni niczego nie widzieli ani nie słyszeli, zatopieni w swoich oczach. Trwało to tylko krótką chwilę, lecz wydawało się, że wieczność całą, zanim Lydia wreszcie odwróciła wzrok.

Mimo wrażenia, jakie wywarła na nim ta młoda kobieta, Alex błyskawicznie doszedł do siebie. Zorientował się, że ona wciąż jeszcze nie może się otrząsnąć z szoku, jakim były rewelacje o niedoszłym małżonku.

Była dość wysoka i szczupła, miała piękne rysy, a włosy ukryte pod budką lśniły głęboką czernią. Duże zielone oczy były wilgotne, a na gęstych rzęsach osiadły łzy, które lśniły jak diamenty. Jej usta były czerwone i soczyste jak jagody, dolna warga pełna. Ciepłe promienie słońca nadawały jej skórze delikatny blask. Była tak pociągająca, że nie był w stanie oderwać od niej oczu.

Kiedy wpadł do pomieszczenia, w którym odbywał się ślub, żeby przerwać ceremonię, patrzył tylko na szwagra. Gdy się dowiedział nie tylko tego, że Henry pojechał do Szkocji, ale i tego, w jakim celu to zrobił, pomyślał, że chodzi o jedną z tych dziewcząt lekkich obyczajów, które myślą tylko o frywolnych rozrywkach i z zapałem godnym zdecydowanie lepszej sprawy łamią wszelkie zasady panujące w towarzystwie, a ich życie jest jednym wielkim pasmem niepohamowanych przyjemności. Stąd jej zgoda na podjęcie tej szalonej eskapady.

Złość wywołana haniebnym zachowaniem Henry’ego zaczęła nieco ustępować na rzecz podziwu dla młodej kobiety, która w krytycznej chwili przystąpiła do zdecydowanej samoobrony. W jej oczach gorzał płomień gniewu i Alex, niejako wbrew sobie, był poruszony jej młodością i siłą. Ale kiedy na nią patrzył, nie widać było śladu łagodności.

– Zdaję sobie z tego sprawę – powiedział po chwili. Uświadomiwszy sobie, jak bardzo bolesny musiał być dla niej fakt, że stała się ofiarą uwodziciela, nagle okazał cień ludzkich uczuć. – Musi to być dla pani trudne. Nie wiedziała pani, że Henry jest żonaty.

– Gdybym wiedziała, nie byłoby mnie tutaj – odrzekła bliska płaczu. – Nie mogę wprost uwierzyć, że mi to zrobił. Jak mógł tak postąpić?

Była zrozpaczona, wydawało się, że w każdej chwili może spłoszyć się jak dziki jelonek. Alex poczuł dziwną potrzebę, by potraktować ją łagodnie i jakoś pocieszyć. Ale nie znał jej jako człowieka, nie wiedział też, jak przebiegała jej znajomość z jego szwagrem. Innymi słowy, co tak naprawdę ich łączyło przed fatalnym finałem.

– Już dobrze – odezwał się. – Nie zamierzam pani osądzać.

– Ale myślę, że pan to robi – odparła Lydia, patrząc na niego nieufnie, a po chwili uniosła butnie głowę i powiedziała: – Dziękuję, że pan przyjechał.

– Nie ma za co.

Obserwował jej postawę, widział sztywne ramiona i dłonie zaciśnięte w pięści. Twarz miała białą jak alabaster, a oczy intensywnie błyszczały. Nie mógł odwrócić od niej wzroku, bo wyglądała imponująco. Stała dumnie wyprostowana, promieniejąc godnością. Zauważył, że lęk ją opuścił, a jego miejsce zajęła lodowata wściekłość. Czekając, aż zakończy tę wewnętrzną walkę, która się w niej toczyła, starał się zachować tak obojętny wyraz twarzy, jak to było możliwe.

– Wyobrażam sobie, że cieszyła się pani z podróży do Ameryki – zagadnął.

– Tak. Nie mogę zaprzeczyć, miałam nadzieję na nowy etap w życiu.

– Musi być pani rozczarowana.

– Dobrze, gdy człowiek posiadł umiejętność godzenia się z rozczarowaniami.

– Naprawdę? Wydaje się pani za młoda na tak gorzką lekcję życia – zauważył.

– Nikt nie wie, kiedy życie postanowi nas doświadczyć.

Alex nie spuszczał z niej wzroku. Starał się wyczytać z jej twarzy konkretne znaczenie kryjące się za tymi słowami, ale jej twarz pozostała nieprzenikniona. Podejrzewał, że ta młoda kobieta kryje w sobie nie lada dumę i odwagę, dzięki czemu skutecznie stawia czoła każdej, nawet najbardziej bolesnej sytuacji.

Lydia milczała, zastanawiając się, co ma zrobić. Do tej pory miała przy sobie Henry’ego, człowieka doświadczonego i stanowczego, który prowadził ją za rękę, wynajął powóz, zorganizował podróż na północ i wszystko pozałatwiał w związku z ich ślubem. Teraz była zdana na własne siły. Jej nadzieje i marzenia dotyczące pięknej przyszłości prysły. Ale, jeśli Bóg pozwoli, sytuacja wcale nie musi być nie do naprawienia.

– Nie wrócę tam – oświadczyła. – Nie chcę już widzieć Henry’ego. Nigdy.

– Nikt tego od pani nie oczekuje – powiedział Alex, zwracając uwagę na spokojny ton jej głosu. – Proszę pójść do hotelu. Zadbam o to, żeby Henry pani nie niepokoił. Teraz już wiem, że zachowałem się niewłaściwie, nie pytając ani nie starając się zrozumieć, jak bardzo dotknęło panią to, co się stało. Zwykle nie jestem taki gruboskórny. Niestety, byłem wobec pani niesprawiedliwy. Proszę o wybaczenie.

– Pana gniew był uzasadniony, skoro Henry jest mężem pana siostry. Proszę mi wierzyć, sir, że kiedy mi się oświadczył, dość długo i gruntownie zastanawiałam się nad odpowiedzią, rozważając różne warianty naszego przyszłego związku. – Uśmiechnęła się gorzko. – Kiedy już muszę podjąć decyzję, nigdy nie działam pochopnie, jednak tym razem powinnam zastanowić się nad tym jeszcze dłużej.

– Nie mogła pani wiedzieć, że jest żonaty, pani wina jest żadna. – Przerwał na moment. – Proszę mi pozwolić towarzyszyć pani w drodze do hotelu.

– Dziękuję. I tak już zadał pan sobie dużo trudu. – Zerknęła na niego spod oka.

– Nie miałem wyboru. – Wzruszył ramionami. – Proszę mi wierzyć, panno Brook, że nie przeszkodziłbym w ślubie, gdybym nie miał ku temu ważnego powodu. Ma pani szczęście, że zjawiłem się na czas. Przepraszam, jeśli przysporzyłem pani kłopotów, ale musi pani przyznać, że równocześnie wyświadczyłem pani przysługę.

– Tak, tak, jestem tego świadoma. – Odsunęła się o krok. – Wrócę do hotelu, a rano ruszę na południe.

Zatrzymali się przed wejściem. Alex spojrzał na nią. Zauważył maleńki dołek w jej podbródku. Panna Lydia Brook ma klasę, stwierdził w duchu. A ton jej głosu i sposób trzymania głowy świadczyły o dobrym wychowaniu, jak również o tym, że nie jest kimś pospolitym czy choćby przeciętnym, tylko sytuuje się znacznie wyżej. Wyczuwał, że ta kobieta ma silną osobowość i jest świadoma własnej wartości.

Był oszołomiony tym, co do niej czuł. Nie potrafił znaleźć słów na określenie swoich emocji. Wiedział tylko, że to uczucie różni się diametralnie od tych, których ostatnimi czasy doświadczał. To było coś, co zaiskrzyło niespodziewanie, zaskakując go i szokując, ale wiedział, że nie mógłby ani nie chciałby znaleźć się z dala od niej.

– Też zatrzymam się w tym hotelu – powiedział. – Sprawiłoby mi zaszczyt i ogromną przyjemność, gdyby zechciała pani zjeść ze mną obiad, panno Brook.