Zagubieni w NeapoluTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,90  59,12 
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
Audiobook
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

W Quartieri Spagnoli istniała swego rodzaju podwórzowa hierarchia. Na szóstym czy siódmym piętrze cieszyliśmy się dodatkowym słońcem, dalekimi panoramami, czasami morską bryzą. Na tej wysokości anarchia zaułków wydawała się często bardzo odległa. Te sto sześćdziesiąt osiem stopni to była zarazem próba jak z survivalu dla najsilniejszych i nasz Wielki Mur.

Jednak już na trzecim piętrze, nie mówiąc już o drugim albo w żadnym wypadku o pierwszym, mieszkało się jak w domku z kart. Balkony były spiętrzone jedne nad drugimi, prześcieradła zawieszone prawie jedne na drugich, a same budynki — jakby już i tak nie zostały ustawione dość blisko siebie — były dodatkowo oplecione kablami elektrycznymi, z których zwisały lampiony, jakby po to, aby utrzymać budynki na miejscu. Dopóki śmierć was nie rozłączy. Na niższych piętrach światło słoneczne można było liczyć na centymetry. Jedna złota sztabka pojawiała się raz na dzień, jak zapomniana przez jakiegoś gościa na stole w kuchni, ale zanim można byłoby włożyć ją do kieszeni, deformowała się w romb o postrzępionych brzegach nadgryzionych ciemnością, aż w końcu pozostawał tylko maleńki samorodek, ale i on w końcu także znikał. Życie na parterze było nie do pomyślenia.

Mieszkańcy dzielnicy posługiwali się koszykiem, w dialekcie zwanym „panaro”. Lubiłam patrzeć, jak wykonuje skok na bungee z wyższych pięter, a potem, kiedy jest już na dole, zostaje załadowany chlebem albo mlekiem, dostarcza zapomniane klucze czy pieniądze. Koszyk przypominał pająka, który wspina się po jedwabnej nici, wspierany w swoim odważnym zjeździe często mylnie odbieranymi, wywrzaskiwanymi rozkazami. Dla nas, studentów zamiejscowych, to było zbyt plebejskie. My, aby połączyć się z hałaśliwym i kłótliwym życiem na dole, używaliśmy jeszcze delikatniejszego, choć oczywiście bardziej nowoczesnego połączenia. Domofonu.

— Hej, Pie, jest Eddie? — doszedł nas raz chrapliwy głos.

— To Tonino. Do ciebie.

Pobiegłam do domofonu z poczuciem winy. Bardzo rzadko bywałam teraz w domu, wystawiając na ryzyko tą nieokiełznaną codzienność, na której bazowała moja przyjaźń z chłopakami.

— Musisz natychmiast wrócić do domu, Eddie, nie ma czasu na wyjaśnienia.

Tonino powiedział to twardym głosem, jakby dla potwierdzenia moich lęków.

Zeszłam na dół. Nawet na tych swoich krótkich nóżkach Tonino przebiegł maraton przez dzielnicę pogrążoną w letargu poobiedniej sjesty. Z trudem dotrzymywałam mu kroku. Przez cały ten czas srebrne słońce coraz bardziej niespokojnie podrygiwało pod moją koszulką, kiedy nalegałam, żeby wytłumaczył mi, o co chodzi.

— Nie udało nam się odnaleźć twojego aparatu fotograficznego — odpowiedział tylko.

— Po co wam aparat fotograficzny?

— Poczekaj, a zobaczysz. To normalnie odlot!

Weszliśmy na ostatnie piętro i przekroczyliśmy próg mieszkania. Natychmiast zobaczyłam — przez otwarte na oścież drzwi pokoju Angelo — gęste, prawie całkowicie mgliste powietrze, jak w jakimś filmie, kiedy kamera robi ujęcie sceny ze snu. Tylko że tu wszystko było prawdziwe, powietrze smakowało wapnem. Popatrzyłam na Angelo stojącego obok okna. Przybrał pozę typową dla zamyślenia, ale był dziwacznie obsypany mąką jak piekarz. Upudrowana jak jakaś gejsza była także Sonia, która siedziała na łóżku oparta o ścianę. Oboje nieruchomi jak aktorzy czekający na podniesienie kurtyny.

— Co tu się dzieje?

Z korytarza dobiegł mnie głos Luki.

— Popatrz w górę.

Nad łóżkiem Angelo sufit był poznaczony głębokimi ranami i ponacinany pęknięciami jak Sardynia odnogami rzek. Pod spodem, dokładnie na dywanie z krowiej skóry, teraz prawie nierozpoznawalnym, leżała ogromna płyta — nie wiedziałam, gipsowa czy kamienna, a dookoła okruchy, odłamki, gruz i pył. Powinnam była zrozumieć, a jednak scena przedstawiała tak straszne zniszczenia, że nie potrafiłam.

— Sonia i Angelo siedzieli na łóżku i oglądali jakieś gówno w telewizji… — wyjaśnił mi Tonino — …kiedy ładnie pięknie zwalił się na nich kawał sufitu.

— Mógł nas zmiażdżyć! — dodał Angelo, krztusząc się entuzjazmem. — Mało brakowało… Poraniło mi nogę.

— Dobrze się czujecie? — Chciałam ruszyć ku nim przez to gruzowisko, ale Tonino mi przeszkodził.

— Niczego nie ruszaj, maleńka! Najpierw musimy porobić zdjęcia, pokażemy je właścicielowi czy ubezpieczycielowi, cholera wie. Inaczej nikt nam nie uwierzy.

— Dobrze się czuję, Eddie — powiedziała Sonia. — Tylko musnęło mi ramię. Mogliśmy to już sprzątnąć, ale czekaliśmy na ciebie, żeby zrobić zdjęcia.

— Aparat jest w szufladzie, tej pod słownikami — powiedziałam roztargniona do Tonina. — Ale jest w nim tylko czarno-biały film.

— Nic nie szkodzi, przecież wszystko tu jest białe.

Włączyłam minoltę i dopiero wtedy dotarł do mnie sens tej sceny, którą miałam przed oczami. Uchwyciłam w obiektywie kamień, który roztrzasnął się, spadając tuż obok łóżka. Angelo z okruchami we włosach, kołdrę pokrytą okruchami, całe pobielone wojskowe buty Sonii. Gdyby stała kilka centymetrów dalej od Angelo, prawdopodobnie złamałoby jej nogę. Albo gdyby on w tym momencie wstał, żeby zmienić kanał… Angelo miał rację. Oboje o włos uniknęli poważnych obrażeń albo czegoś gorszego. Dlaczego więc tak źle się czułam, stojąc całkowicie bezpieczna za soczewką aparatu zamiast z przyjaciółmi w tym pokoju, który tak dobrze znałam, także ubielona od stóp do głów? Absurdalna zawiść.

Ledwie skończyłam, gdy Angelo obszedł dookoła zwalony kawał sufitu, chcąc udać się do kuchni po zasłużoną kawę. Sonia chciała iść do łazienki, aby wziąć prysznic.

— Nie! — powiedział Luca. — Trzeba się stąd wynieść, w tym mieszkaniu już nie jest bezpiecznie.

— Na razie spadł sufit, Falcone, a co może jeszcze spaść? — dodał Tonino.

— Pęknięcie na wyższym piętrze się poszerza. To musi być ze sobą powiązane, ten dom się rozpada.

I mówiąc to, Luca wygnał nas na kawę do baru w dzielnicy, tak by mógł pójść porozmawiać z właścicielką mieszkania. Tylko Luca wiedział, w którym basso w Quartieri mieszka, zważywszy, że to on wynajął to mieszkanie pierwszy, jeszcze w czasach, zanim pojawiliśmy się my.

Dołączył do nas po półgodzinie. Opowiedział, że właścicielka poszła z nim do domu w kapciach i szlafroku, popatrzyła wokół, słuchając jego opowieści z twarzą, która nie zdradzała ani żadnych emocji, ani tego, czy i jakie asy miała w rękawie. Wyjęła z kieszeni krzykliwą komórkę, by zadzwonić do siostrzeńca. Mówiła do niego takim dialektem, że nawet Luca, który miał ojca neapolitańczyka, nie był w stanie jej zrozumieć.

Wyłączyła telefon z przesłodkim uśmiechem, aby wyjaśnić Luce rezultaty tego, co — jak się okazało — nie było kłótnią, ale zamiejscową oceną inżynieryjną. Ufała siostrzeńcowi, jakby był jej własnym synem. Był on w jej ocenie najlepszym inżynierem w całej Quartieri Spagnoli albo kiedyś nim zostanie, jak tylko skończy studia. Rada była taka, żeby wstawić tam kilka żelaznych belek łączących podłogę z zewnętrzną ścianą, która rzeczywiście odpadała od budynku. Na naprawę trzeba było sześciu miesięcy, w terminach neapolitańskich, i aż do tego momentu mieszkanie nie będzie nadawało się do zamieszkania.

Młynek do kawy zakłócił ciszę w przyjemnie ogłuszający sposób. Angelo siedział załamany na krześle, ale w końcu odezwał się pierwszy.

— Cholera, ale ja uwielbiam to mieszkanie.

Wyjęłam mu okruch tynku z włosów.

— Ja też — powiedziałam, ale w tym samym momencie poczułam coś innego, coś, co mnie ciągnęło, jakiś skurcz nie do przezwyciężenia, jak morski prąd. Jakaś cząstka mnie wiedziała, że najgorsze, co mogę zrobić, to mu się przeciwstawić.

— Jest też w tym coś pozytywnego — powiedziała Sonia.

— Tak, i to jeszcze jak! — Angelo o mało nie zerwał się z krzesła. — Nadchodzi lato, więc tak czy siak wszyscy wracamy do domów. Weźmy najpotrzebniejsze rzeczy i przez tych kilka miesięcy zabawmy się w nomadów.

— Chciałbym cię zobaczyć, takiego blondaska grzeczniutkiego, jak sobie mieszkasz w jakimś squacie z prawdziwymi bezdomnymi punkami — stwierdził Tonino.

— A ty co, do mendy, o tym wiesz? I tak już myślałem, żeby zatrzymać się u Davide, a ty pójdziesz tam, gdzie ktokolwiek będzie w stanie cię znieść. Dawać, ludzie, możemy zaoszczędzić worek pieniędzy na wynajmie, a mieszkanie będzie piękne i odnowione już w październiku, dokładnie na rozpoczęcie nowego roku — powiedziawszy, co miał do powiedzenia, opadł triumfująco na oparcie krzesła.

Chyba po raz pierwszy Tonino zgodził się z Angelo. Z drugiej strony stolika Luca rzucił mi jedno z tych swoich spojrzeń, jakby miał ochotę mnie zaczarować i tym razem byłam przekonana, że w swojej nieskończonej mądrości stara się przekazać mi prośbę, żebym pozwoliła mu się wypowiedzieć i dała się ponieść prądowi.

Przeprowadziłam się do Pietro. Była w tej naszej decyzji naturalność i przewidywalność, której nie chciałam zgłębiać.

Pod wpływem szaleństwa chwili nie miałam głowy, by zastanawiać się nad pominiętymi etapami znajomości ani nad konsekwencjami. Nie patrzyłam w przyszłość, zresztą chyba nigdy tego nie robiłam; nie patrzyłam też w przeszłość. Gdy już opuściłam ten ciemny, zniszczony pałac, który tak kochałam, wydało mi się, że zrozumiałam, czym było to mieszkanie od samego początku — etapem przejściowym.

Pietro wyniósł z pokoju stelaż swojego łóżka, aby zmieścić jeszcze jeden materac dla mnie. Wolna przestrzeń, i tak już niewielka, zmniejszyła się jeszcze bardziej. Stałam w wejściu niepewna, jak mogłabym pomóc w uporządkowaniu tych przesuwanych meblowych puzzli, pogrążona w rozmyślaniach o chłopakach, zastanawiając się, jak często i gdzie będziemy się widywać.

 

— Według mnie tam będzie dobrze — powiedział Pietro, podniósł i pojedynczo przeniósł materace w kąt koło okna. Teraz zostało tylko tyle miejsca, by można było otwierać i zamykać drzwi.

— Jesteś pewien?

— Całkowicie.

— Mogę zapłacić.

— Mowy nie ma.

— To tylko na lato.

— Zastanowimy się potem.

Obserwowałam go, trochę zafascynowana jego siłą fizyczną i pewnością w spojrzeniu, jakby od zawsze marzył o tym, by dzielić z inną istotą ludzką pokoik wielkości garderoby. Patrzył na mnie z wyrazem pokornej satysfakcji, może dlatego, że rozwiązał ten problem geometryczny. Z rękoma zwisającymi po bokach przeniósł cały swój ciężar na jedną nogę. Natychmiast przypomniałam sobie Pietro, jak tamtego pierwszego wieczoru przyszedł do nas na kolację i stał niepewny pod rozetą sufitu, niezdarny i zdyszany z powodu schodów, jakby czekając, by coś spadło mu z nieba.

Ten jego obraz, obraz kogoś jeszcze wówczas obcego, zmroził mnie. Przecież nie minęło jeszcze nawet dwa miesiące. Odczułam ukłucie zimnej wątpliwości z powodu szaleńczego tempa, w jakim zdecydowałam się z nim zamieszkać, z powodu tego, jak mało o nim wiedziałam, z powodu uniesienia — metamorfozy — jaką odczuwałam za każdym razem, kiedy mnie dotykał, z powodu seminariów i wykładów, które z własnej woli opuściłam, z powodu tych wszystkich impulsywnych zachowań, nieodpowiedzialnych i być może nawet niebezpiecznych, które sprawiały, że nie poznawałam samej siebie.

Materace tworzyły teraz małżeńskie łoże ze szczeliną w środku.

— Przykro mi z powodu tej szczeliny — powiedział.

— Jest dobrze.

Każdej nocy szczelina się powiększała. Po przebudzeniu pierwszą rzeczą, którą ujrzałam, była błękitna kreska morza. Z tego nowego punktu widokowego dzielnica jakby rozpłynęła się w nicości. Pietro jeszcze spał, gdy wstałam.

Poszłam do łazienki na niższym piętrze — tej, w której był podgrzewacz do wody, nad którym znęcała się Madeleine, i wanna, do której lała się ciepła woda z podgrzewacza bez koniecznej ingerencji z zewnątrz. Postawiłam maszynkę do kawy na ogniu i wyszłam na taras. Tylko dwa schodki i już byłam na gąbczastym dywanie dachu.

Przepiękny poranek. Wszędzie wokół anteny telewizyjne wydłużały się, dziurawiąc białe od słońca niebo. Kto wie, ile z tych budynków, rozklekotanych wież, było ustawionych na terenie pustym wewnątrz, o którym opowiadał mi Gabriele. Kto wie, czy dom, w którym teraz przebywałam, stał na takim właśnie terenie. Zresztą co to miało za znaczenie? Tam na górze czułam się najwyższa, bo miałam nad sobą świat bez sufitu. Nieliczne poranne odgłosy docierały do mnie zmiękczone i odrealnione. Powietrze było czyste i na wpół zaspane, papierosy dopiero co zapalone, smoła jeszcze się nie rozgrzała, czuć było ciepły chleb i chłodne morze. Chciałam nasycić się tymi zapachami, napełnić oczy dzielnicą, obsypać się brokatem jak zatoka. Na spokojnej powierzchni kontenerowce wydawały się nierealne, drżały jak jakaś fatamorgana i miały kolor rdzy albo kurzu, taki jak niewyraźny brąz wulkanu widoczny za nimi.

Kawa zaczęła chlupotać. Wróciłam do kuchni i zaskoczyło mnie, że spotkałam tam Madeleine ledwie ubraną i z potarganymi włosami, a jeszcze bardziej to, że uśmiechnęła się szeroko i ucałowała mnie. W niczym nie przypominała zrzędliwej dziewczyny, która pomagała nam z prysznicem. Osiem godzin nieprzerwanego snu najwyraźniej mogło zdziałać cuda. Przyszedł także Pietro i usiedliśmy we troje przy krzywym stole, aby napić się kawy.

Wszelkie wątpliwości na jego temat nagle się rozwiały. Czułam się u siebie i kochałam go.

Mogłam sobie tylko wyobrazić wstrząs, jakiego doznali Sonia i chłopaki, którzy na własnej skórze doświadczyli zawalenia się sufitu. Moja reakcja była inna — ja szukałam potwierdzenia, że nie zawali się cały Neapol. Pewnej niedzieli rano zabrałam Pietro na wycieczkę do Parco di Capodimonte.

Mogliśmy równie dobrze być na Bali. Pośród tuneli drzew drżał egzotyczny ptasi śpiew, trawa była skoszona i wilgotna, rosły palmy. W Neapolu każda pojedyncza palma była dla mnie oznaką życia, symbolem wrodzonego, niezniszczalnego piękna, a tam było ich całe mnóstwo.

— Ach, tutaj odpoczną mi oczy — powiedział Pietro. — Jak to się stało, że nigdy tu nie byłem?

— Nie ma się czego wstydzić — odpowiedziałam dowcipnie. — Nikomu nie powiem, że cudzoziemka była twoim przewodnikiem.

Wyciągnął paczkę Marlboro i zmrużył oczy, by zapalić.

— Uwielbiam to, że nie jesteś stąd. Dzięki temu nie jesteś taka jak inni, którzy dają się urabiać starym ideom.

— Wszyscy?

— Większość, szczególnie ludzie z moich stron.

Spacerowaliśmy po parku, dłoń w dłoni albo ramię w ramię, mijając, to tu, to tam, pocieszające ślady cywilizacji, takie jak latarnie i metalowe ławki. Od czasu do czasu spotykaliśmy zupełnie normalnych ludzi, pary siedzących na ławkach staruszków, rodziców pchających dziecięce wózki, maniaków zdrowia uprawiających jogging albo jeżdżących na rowerach. Patrzyłam na nich wszystkich, ukrywając uśmiech. Nie chciałam, żeby widać było po mojej twarzy niezaprzeczalną dumę z faktu, że spaceruję tu z Pietro. Wydawało mi się, że to niegrzeczne tak się tym chwalić, porażać ich swoją nieokiełznaną radością z powodu czegoś, co ja posiadałam, a oni byli tego pozbawieni.

Spacerowaliśmy długo aż do momentu, kiedy jedna ze żwirowych ścieżek otworzyła się na panoramę miasta rozciągającego się aż do wulkanu i na zatokę wciąż tą samą, ale nigdy taką samą.

Pietro pokiwał głową z aprobatą.

— Miło by było przywieźć cię tu samochodem, tak jak na to zasługujesz.

Wróciliśmy do punktu wyjścia, muzeum Capodimonte, drugi pałac królewski w mieście. Był pomalowany na kokieteryjny kolor czerwony, który pomiędzy wschodem a zachodem słońca, kiedy wejścia dla zwiedzających były otwarte, przypominał czasami spłowiałą czerwień plażowych parasoli, świeżą krew, a czasami rozlane wino. Przed muzeum był ogromny, bujnie zielony, angielski trawnik.

Rozpięłam sprzączki sandałów, aby chodzić boso po tym nasyconym kolorem dywanie. To było coś, czego nie robiłam od lat. Położyłam się na plecach i poczułam, jak Pietro zagłębia się w trawę obok mnie. Trawa była chłodna. Przypomniałam sobie, że w zimie, kiedy byłam mała, leżąc na plecach, robiłam rękoma i nogami snow angel, śnieżnego anioła. Zastanawiałam się, czy można zrobić anioła w trawie. Nad nami przepływało świetliste i bezkresne niebo.

Nagle do uszu dobiegł niski pomruk.

— Grzmi? — zażartowałam.

— Przysięgam, że to nie mój brzuch.

W ciągu kilku sekund ten hałas potężniał, aż zamienił się w nienaturalnie grzmiący ryk, jakby ktoś wysysał powietrze z nieba. I nagle spomiędzy palm wyłonił się ogromny czarny samolot. Leciał na bardzo niskim pułapie. Przeleciał nad nami jakby w zwolnionym tempie. Dostrzegłam wyraźnie wypuszczone podwozie, srebrne rysy na czarnym podbrzuszu, i instynktownie wcisnęłam się z całej siły w trawę jakby po to, żeby uniknąć jego dotyku.

— Cholera jasna! — krzyknął Pietro. — Co to było za paskudztwo?

Rozemocjonowani rozważaliśmy różne hipotezy, decydując w końcu, że musiał to być samolot wojskowy.

— Ja nigdy nie leciałem samolotem — powiedział Pietro.

— Ani razu?

— Nie.

Pogłaskałam gęstą trawę wnętrzem dłoni.

— Myślisz, że przeleci jeszcze jeden?

— Mam nadzieję, że tak. Poczekajmy chwilkę.

Temu naszemu czekaniu towarzyszyło ogromne napięcie. To było jak czekanie na kolejną serię sztucznych ogni w Święto Niepodległości, to było jak pragnienie igrania z ogniem.

Nasza cierpliwość została nagrodzona, gdy niedługo potem pojawił się kolejny samolot. Poczułam, jak rozrywa się powietrze, jak ziemia drży. Tym razem myślałam, że szczęście się wyczerpało i dojdzie do zderzenia, być może z dachem muzeum, aż głośno krzyknęłam. Nic takiego jednak się nie wydarzyło.

Czekaliśmy, aż park znów się uspokoi i ptaki zaczną śpiewać.

— Mogłabyś mnie ze sobą zabrać — powiedział Pietro. — Ukryć mnie w swojej walizce.

— A dokąd chciałbyś pojechać?

— Co byś powiedziała na Amerykę?

Ameryka miała wiele twarzy, ale ta, która w tej chwili ukazała się moim myślom, to była Ameryka przedmieść. Uciekłam nie dlatego, że spotkało mnie tam coś złego, w rzeczywistości nie zdarzyło mi się tam zupełnie nic. To była powolna, choć bezbolesna śmierć. Położyłam się na boku i wsparłam na łokciu.

— A wiesz, dokąd ja chciałabym pojechać?

— Dokąd?

— Do Norwegii.

Opowiedziałam mu, że wiele lat wcześniej, kiedy wypełniałam formularz podania do stowarzyszenia zajmującego się wymianami kulturalnymi, jako pierwszą z trzech opcji wybrałam właśnie Norwegię. Włochy wpisałam dopiero na trzecim miejscu. Zobaczyłam w jakimś folderze zdjęcie norweskiej chatki wetkniętej w błękitnawy zaśnieżony pejzaż. Chatka miała zachwycająco pomarańczowe okna. Tak myślałam jako piętnastolatka. Zanim jednak włożyłam formularz do koperty, pokazałam go mojej najlepszej przyjaciółce; miała na imię Sneżana, była córką dysydenckiego pisarza bułgarskiego. Ta z pogardą popatrzyła na mój pierwszy wybór i kazała mi zamienić Norwegię na Włochy. Nie byłam specjalnie przekonana, ale Sneżana miała ciemne obwódki wokół oczu i była kiedyś nad Morzem Czarnym, więc jej posłuchałam. W tym okresie wydało mi się to trochę wyborem na chybił trafił. Nie wydawało mi się, że skreślenie „Norway” i wpisanie „Italy” mogłoby mieć jakieś poważniejsze konsekwencje. A jednak miało.

Pietro odwrócił się do mnie. Z potarganymi włosami był tak piękny, że miałam ogromną nadzieję, że zapomni o swoim opanowaniu w miejscach publicznych, i mnie pocałuje.

— W takim razie jedźmy do Norwegii. Wiesz, że na Morzu Północnym jest ropa naftowa?

Wydałam z siebie brrr.

— To może Islandia. Przynajmniej mają tam wulkany, żeby się trochę rozgrzać.

— No to Meksyk. Tam mają wulkany, ale i plaże. Ty i ja moglibyśmy siedzieć na brzegu morza i pić gigantyczne margaritas.

— No i Fidżi! Zawsze chciałem tam pojechać, ale nie wiem, gdzie się znajdują.

Oczywiście żartowaliśmy. Albo nie.

— Gdziekolwiek to jest, zabiorę cię tam — powiedział Pietro.

Obojętny na przechodniów wyciągnął się, aby mnie pocałować, choć z kontrolowaną pasją. Tu, natychmiast, na tej wilgotnej trawie.

Znów położyliśmy się jak anioły z trawy, wyciągnięci, dłoń w dłoni, i poddaliśmy się szczęściu. Na niebie nie było nawet chmurki. Były tylko warstwy błękitu, zieleni i my pomiędzy nimi jak upadłe anioły. Wydało mi się, że widzę w świecie i w miłości ich podstawową prostotę. I miałam wrażenie, że zamiast być przyklejeni do ziemi, uwolniliśmy się od niej, wykorzeniliśmy, uwolniliśmy się nawet od grawitacji. Jak piórka.

Pietro westchnął.

— I pomyśleć, że jak jakiś idiota wyrzuciłem swój szwajcarski paszport.

Wytłumaczył mi, że musiał zrezygnować ze szwajcarskiego obywatelstwa w wieku osiemnastu lat, aby uniknąć służby wojskowej.

— Gdyby nie brat, nie miałbym żadnego powiązania z tamtym miejscem.

— Ale nigdy nie słyszałam, żeby mówił o Szwajcarii.

— Rzeczywiście, Gabriele opowiada zawsze o Posillipo. Giampiero z Posillipo myśli to… a Pierluigi z Posillipo myśli tamto.

Śmiejąc się, usiadłam, aby włożyć buty.

— Nie mówiłem o Gabriele, mówiłem o Vittorio.

— Masz jeszcze jednego brata?

— Jest najstarszy, prawie się o nim nie mówi.

Vittorio, jak powiedział, ożenił się z jakąś Szwajcarką i miał z nią dwoje dzieci. Najpierw zatrudnił się jako robotnik w tej samej mleczarni, gdzie pracowali rodzice. Miał nocne zmiany, więc gdy wracał o piątej rano, budził ojca, bo wtedy łóżko należało się jemu. Miał siedemnaście lat, gdy matka zaczęła pakować manatki, chcąc ostatecznie wrócić do Monte San Rocco.

— Rodzice pokłócili się o to, ale nie było cudów. Nie chciał wracać do Włoch, a poza tym ojciec został jeszcze w Szafuzie, żeby pracować i wysyłać pieniądze do domu, więc w końcu matka nie miała wiele do powiedzenia.

Uznałam istnienie jeszcze jednego mężczyzny podobnego do Pietro i przyszło mi do głowy, że mogły się powielać w nieskończoność jak w grze lustrzanych odbić. Dziwny pomysł, który był efektem długiego postu.

Pietro w końcu stwierdził:

— Jestem głodny jak wilk, baby, chodźmy do domu.

 

Chodźmy do domu, jakie to cudowne zdanie. Chciałabym, aby szeptał mi to do ucha tysiąc razy. Chodźmy do domu. Do domu.

Pietro natychmiast wstał i już wkładał mi sandały w sposób prawie uwodzicielski, jakby chciał mi przypomnieć, że jeśli nie włożę ich dość szybko, stracę ostatni balast, który trzyma mnie na ziemi, i odlecę.

A jednak Luca zawsze był krok do przodu, bo jak tylko wróciliśmy do Quartieri Spagnoli, odkryliśmy, że wsiadł na prom. Popłynął do Grecji.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?