Zagubieni w NeapoluTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,90  59,12 
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
Audiobook
37,90  31,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6

Ten pocałunek, ten pocałunek… Był jak pierwszy kęs zakazanego owocu. Wystarczył moment wahania, a potem natychmiastowa rekompensata za to, że rzuciło się w diabły rozsądek: eksplozja boskiej wszechmocy na języku i fala doskonałej przyjemności, niepowstrzymanej aż do chwili, kiedy nie można rozróżnić soku z owocu, który spływa po brodzie, od śliny, która cieknie ci z ust, ale i tak nie ma to dla ciebie znaczenia.

Niewiele wiedziałam o biblijnych historiach, ale wydawało mi się, że było coś tak przyjemnego w tym pocałunku, że czyniło go to zakazanym przez prawo, a być może i przez naturę. A teraz, kiedy już tego skosztowałam, teraz, gdy już wiedziałam, nie mogłam zawrócić z tej drogi. Nie mogłam anulować tego, co zrobiłam, nie mogłam przestać wiedzieć tego, czego się dowiedziałam. Poza tym zupełnie tego nie chciałam. Czułam się jedynie oszołomiona, właściwie nawet oburzona. Jak to możliwe, że taki sekret był przede mną ukryty przez całe moje życie?

W myślach bez przerwy odtwarzałam sobie ten pocałunek. W odróżnieniu od kasety wspomnienie nie zacierało się i nie skręcało. Im częściej je przywoływałam, tym było bogatsze w detale, w emocje. Przeżywając ten pocałunek od nowa, mogłam go spowolnić, a więc i posmakować wraz z najdrobniejszymi składnikami, tymi, które za pierwszym razem prawie przeoczyłam.

Słoność w zakamarkach szyi, brąz oczu, czuły i żywy jak dopiero co obdarta z kory gałąź i jego ręka, pełna wdzięku, ale dość duża, by objąć moją głowę od szyi do samego czubka, gdy przyciągał mnie do siebie. Ten pocałunek zasługiwał na to, by przeżyć go jeszcze raz. Przez dwadzieścia trzy lata musiałam żyć bez niego, a teraz pozwolono mi cieszyć się nim zaledwie pół godziny.

Najwyżej. Zresztą nie byłam pewna, czy kiedykolwiek się powtórzy. Taki pocałunek, myślałam, nie może się powtórzyć, tak jak skosztowanie zakazanego owocu może się zdarzyć tylko raz.

Moje myślenie nie prowadziło do konstatacji, że aby przeżyć to jeszcze raz, wystarczyłoby zostać znów sam na sam z Pietro. Ten pocałunek nie miał z nikim powiązania. Był czymś większym od niego i ode mnie także. My nie mogliśmy go stworzyć, bo to on stworzył nas.

— Wyjeżdżasz do Guangzhou? — powiedział jakiś głos obok mnie.

— Że co?

Luca wskazał głową zabezpieczoną szkłem, starą, ogromną mapę Chin, dumę sali studentów na wydziale studiów orientalnych. Kto wie, jak długo siedziałam tam i patrzyłam na nią, zupełnie jej nie widząc, zamiast zainteresować się podręcznikiem semiotyki.

— Uczyłam się.

— Znam tych spod znaku raka. — Luca rzucił na stół swoją obdartą torbę i przesunął krzesło z głośnym rumorem. Kilku studentów podniosło oczy znad książek.

— Roberta też jest taka.

— Jaka?

— Jak skorupa, która nigdy nie jest wewnątrz pusta.

Porównanie z Robertą było wielkim komplementem. Luca i Roberta to była historyczna para, prawie bezdyskusyjna, która istniała, długo zanim przybyłam do Quartieri Spagnoli. Ale potem Roberta wyjechała do jakiegoś miasteczka na Peloponezie, by tam zająć się tłumaczeniem antycznej poezji greckiej do pracy magisterskiej i od jakiegoś czasu jej nie było. Zastanawiałam się, czy Luca za nią tęsknił, czy nadal ją kochał, ale takie sprawy nigdy nie były tematem naszych rozmów.

— Masz chwilę?

— Jasne.

Luca wyjął z torby kasetę. Chciał, żebym pomogła mu odcyfrować tekst piosenki, którą jego zespół miał zagrać na koncercie. Kiedy przystawiał krzesło do mojego i rozplątywał słuchawki, poczułam się bardzo doceniona faktem, że Luca Falcone potrzebował właśnie mnie, nawet jeżeli tylko przez chwilę. Zawsze był zaangażowany w jakiś projekt. Kaligrafia arabska, tabele astrologiczne, antyczne runy, restaurowanie samurajskich mieczy. Kultywował swoją sztukę z koncentracją prawie medytacyjną, która prowadziła go daleko, bardzo daleko ode mnie, od chłopaków, od uniwersytetu, od Neapolu.

W słuchawkach zadudniły niezrozumiałe słowa. Piosenka wydawała mi się paskudna, ale skoro podobała się jemu, musiała mieć — z natury rzeczy — wyższą wartość, której po prostu nie potrafiłam dostrzec. Kiedyś Luca pokazał mi, jak się przygotowuje risotto z szafranem. Te delikatne piórka w kolorze czerwonego koralu chronione przed światem maleńką kapsułką szkła nie wydawały mi się w żaden sposób jadalne, tym bardziej że miały ten dziwny zapach pleśni, ale Luca delikatnie rozkruszył jedno piórko, dmuchnął w nie i tym podmuchem wrzucił je do garnka. Przysięgłabym, że w jakiś magiczny sposób risotto, które leciutko się gotowało, wraz z parą wybuchło świetlistym kolorem żółci. Luca to alchemik, więc i w tej piosence musiało być jakieś złoto.

Zapisałam słowa najdokładniej, jak potrafiłam. Przez cały czas śledził moje poczynania, siedząc tak blisko, że czułam lawendowy zapach jego mydła i słyszałam skrzypienie skórzanej kurtki.

— Nie poradziłbym sobie bez ciebie, Heddi — powiedział na koniec.

Moje imię było nordyckie i bardzo stare, ale uwielbiałam, jak Luca je wymawiał. Był wymagającym lingwistą; mówił biegle po arabsku, francusku i angielsku, toteż nie wystarczała mu poprawna wymowa mojego imienia, on wydobywał je z głębi siebie jak oddech.

Chciałam mu opowiedzieć o Pietro, ale się powstrzymałam. Bałam się, że zniknie magia tego popołudnia, która wciąż elektryzowała mój umysł jak sekret wyszeptany do ucha. A poza tym, co jeżeli Sonia także wyznała mu swoje uczucia w stosunku do Pietro? W oczach Luki nie chciałam mieć żadnych wad, moralnych czy jakichkolwiek innych.

Możliwość, by mu o tym opowiedzieć, zniknęła, gdy zaczął zakładać torbę.

— Ucz się dalej. W tym tempie zrobisz magisterkę szybciej niż my wszyscy.

— A jakie znaczenie ma magisterka? — powiedziałam. — W końcu to tylko kawałek papieru.

— To prawda, ale dla większości ludzi ten kawałek papieru wart jest o wiele więcej niż cenny islamski papirus. Przede wszystkim dla mojego ojca.

Luca miał już torbę przerzuconą przez ramię, ale nadal siedział przy mnie. Ton naszej rozmowy stał się bardziej osobisty, może nawet odrobinę przykry.

— A poza tym, czy ja tego chcę czy nie, trzeba zamknąć ten rozdział — westchnął.

— Jaki rozdział?

Uśmiechnął się do mnie krzywo.

— Byłaś kiedyś w Tunezji? To fascynujące miejsce, chciałbym tam kiedyś wrócić. Przyjaciele z Japonii też mnie wciąż zapraszają, ale najpierw magisterka, a potem wojsko.

Wojsko. To było jak przekleństwo, o którym w naszym kręgu przyjaciół się nie mówiło. Poczułam się obrażona, za siebie, ale i za niego. Luca wyjaśnił mi spokojnym albo po prostu zrezygnowanym głosem, że zdecydował się nie odbywać rocznej służby wojskowej prosto po liceum, w odróżnieniu od swoich kolegów z klasy. Może to był błąd, bo teraz w jego wieku życie w koszarach wydaje się nie do przyjęcia. Wolałby służbę cywilną.

— Tak czy inaczej, rok to za długo, Luca!

To było niewyobrażalnie długo, tak jak niemożliwe do wyobrażenia było to, że po tym roku Luca po prostu nie wróci do Neapolu.

— Półtora roku — sprecyzował. — Inaczej wybór byłby łatwy.

— Nic nie jest łatwe.

Chciałam, żeby Luca wykombinował jedną ze swoich magicznych sztuczek i sprawił, żeby problem zniknął, albo żeby znalazł jakiś sposób ucieczki od tego problemu. On ograniczył się jednak tylko do tego, że spojrzał na mnie w ten specyficzny sposób, jakby próbował porozumieć się ze mną na zupełnie innym poziomie istnienia. Ja jednak niczego nie zrozumiałam. Zdecydowałam tylko, że nie ma co robić greckiej tragedii z czegoś, co było jeszcze czasem przyszłym, odległym i niepewnym.

Wstał, zachęcając mnie, żebym razem z nim wróciła do Quartieri. Nie dałam się długo prosić. Szybko zamknęłam książkę i wzięłam torbę. Świadomość, że doszło między nami do jednego z najbardziej intymnych dialogów, trochę zmniejszyła jej ciężar. Kiedy szliśmy po Spaccanapoli w słodkiej chmurze dymu, ramię w ramię i krokiem nieomal synchronicznym, byłam pewna, że wszyscy pomyśleliby, że my, Luca Falcone i ja ze swoimi niedoskonałościami, jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.

— Luca, co to znaczy, że świat jest książką?

— Świat jest książką, a kto nie podróżuje, nie pozna z niej ani strony.

— To twoje zdanie?

— Przeceniasz mnie, to święty Augustyn. Dla mnie to znaczy i to, że rzeczy, których warto się nauczyć, nie znajdziesz w książkach.

Desperacko chciałam jak najlepiej przygotować się do rozmowy z Sonią, ale chyba przesadziłam, zapraszając ją do Caffè Gambrinus. Wielkie złocone lustra odbijały tam w nieskończoność zamożnych klientów. Był to niesamowity efekt, który sprawił, że zapadłam się w antycznym fotelu, a jego spokojny kolor przypominał mi spodnią stronę listka drzewa oliwnego. Tego dnia bardzo boleśnie potrzebowałam właśnie tego mojego ulubionego miejsca, gdzie czułam się bezpiecznie, gdzie zamówienie cappuccino po południu nie wywoływało nawet najmniejszego grymasu dezaprobaty na twarzy kelnera w muszce i gdzie spełniały się moje nastoletnie marzenia o Italii takiej, jaką sobie wymarzyłam. Gambrinus, salon literacki z XIX wieku, był jednym z ostatnich śladów, jakie pozostały po Neapolu — stolicy Europy. W Neapolu mieszkał D’Annunzio (i ciągle przesiadywał w Gambrinus), Degas i Goethe także. I czyż markiz de Sade nie znalazł tu swojego piekielnego raju?

Sonia usiadła przy stoliku. Czułam na sobie spojrzenia ludzi, którzy patrzyli na moją luźną kurtkę i na jej czarny komplecik.

— O rany, ale tu szykownie.

Przypomniałam sobie Pietro podczas kolacji na tarasie; powiedział coś podobnego o naszym mieszkaniu. Wyobrażałam sobie ich jako parę; nie było to trudne, bo mieli w sobie tę samą szczerość, pochodzili z tego samego świata, a w dzieciństwie oglądali te same kreskówki. Czułam się tak, jakbym pozbawiła ją idealnego towarzysza. Nagle poraziła mnie myśl, że być może rzuciłam Sonię na pożarcie lwom i zaczęłam sobą gardzić.

 

Popijałyśmy kawę i rozmawiałyśmy o naszych najbardziej wymagających lektorach. Ten Sonii był fanatykiem gramatyki portugalskiej, moja była elegancką panią z Bułgarii, która już pierwszego dnia zakazała klasie (to tylko taki sposób mówienia, bo na zajęciach byłyśmy tylko dwie) wypowiedzenia choćby jednego słowa po włosku, ale po jakimś czasie kazała mówić do siebie po imieniu. Miała na imię Iskra. Kazała nam też odwiedzić córkę w Bułgarii podczas studenckiego pobytu. W trakcie tych pogaduszek spoglądałam przez okno na Piazza del Plebiscito, który aż do zakończenia mojego pierwszego roku akademickiego był jednym wielkim parkingiem. Niedawna rewitalizacja miejska, podczas której usunięto samochody, sprawiła, że poza obscenicznymi graffiti i łuszczącymi się plakatami pojawiło się nadspodziewanie dużo wolnej przestrzeni, dającej ogromne możliwości.

Pusta filiżanka Sonii stanęła na spodeczku z głuchym finalnym stuknięciem. Teraz albo nigdy, ale jak to zacząć? Jeszcze z nikim nie rozmawiałam o Pietro. Teraz mogłam zbanalizować to, co zaszło między nami, albo wyznać straszną prawdę, że od tamtego popołudnia nie byłam w stanie przeczytać ani linijki, nie mogłam nawet spać.

— Masz taką poważną minę. Nie wpakowałaś się w jakieś kłopoty?

— Nie, wszystko w porządku. Pamiętasz, co mi powiedziałaś o Pietro, tego wieczoru na dachu?

— Tak! Piękny jest, prawda? — Sonia wywróciła oczami do góry, jakby przypominała sobie coś boskiego, a potem dodała: — Chcę powiedzieć: piękny w niezwykły sposób, nie sądzisz? I ma takie piękne pańskie dłonie…

To stwierdzenie mnie zdezorientowało i zaczęłam ciąg zdań, z których żadnego nie dokończyłam. Poczułam się fałszywa i nielogiczna, jak jeden z tych cyrkowych klaunów, który grzebie w rozklekotanej walizce i wyciąga z niej przedmioty, jeden bardziej bezsensowny od drugiego — but, parasol, banan — aż w końcu znajduje to, czego szukał.

— Czuję coś do niego — powiedziałam w końcu.

Uśmiech Sonii skrzywił się lekko.

— I sądzę, że i on czuje coś do ciebie.

— Przykro mi, ja…

Sonia przerwała mi w pół słowa, mówiąc z tym sardyńskim zaśpiewem, tak szybkim, że zawsze miałam wrażenie, że się spieszy. Powiedziała, że jest szczęśliwa, i że cieszy się z mojego szczęścia. A potem objęła mnie uściskiem pachnącym szamponem arbuzowym.

To było jak olśniewający klik, jaki wydaje cząstka puzzli, która dopasowuje się perfekcyjnie do reszty układanki. Na zewnątrz południowe słońce tańczyło w szybach, gdy przebiegałam najkrótszą drogą do Quartieri Spagnoli. Zagłębiłam się w zaułki, które szybko powitały mnie krzykami sprzedawców ryb, mruczeniem motorów, parasolami schnących prześcieradeł. W nogach czułam nieskończoną moc, która pozwoliła mi wspiąć się aż na via De Deo. Z balkonów chmurą zapachów osnuły mnie przypiekane papryki i kotlety, które sprawiły, że zgłodniałam. Przypomniałam sobie, że od rana nie jadłam nic albo prawie nic. Przebudził się mój żołądek. Głód zaakcentował lekkość, którą miałam w głowie i w każdej cząstce mojej istoty, gdy przemknęłam przez na wpół zamkniętą bramę i biegłam po dwa schodki naraz. Nie zatelefonowałam ani nawet nie zadzwoniłam domofonem. Przybyłam w porze obiadowej, bez zaproszenia, nie przyniosłam nawet grzecznościowej kromeczki chleba. Przybiegłam, jakbym była spóźniona.

7

Pietro zabrał się do gotowania dla mnie. Kroił cebule, jakby bał się zadać im ból, starannie zmniejszał ogień pod patelnią. Umiał poruszać się w tej maleńkiej kuchni i dawał sobie radę ze składnikami, którymi dysponował, jakby był przyzwyczajony do niezapowiedzianych gości zjawiających się w porze obiadu. Nie chciał, abym mu pomagała i cieszył się, że wreszcie wróciłam. Usadził mnie na stopniu tarasu z płaszczem słońca na plecach i włożył mi w rękę kieliszek białego wina, co wcale nie zrobiło mi źle — przeciwnie, to było lekarstwo, które rozjaśniało moje myśli, zamiast je zmącić. Zrozumiałam, że bez potrzeby rozdmuchałam do granic możliwości konieczność rozmowy z Sonią. Teraz cały ten dramat zredukował się do lekkiej papki, jak te cebule, które podsmażały się na patelni razem z boczkiem.

— Jesteś mężczyzną wielkich umiejętności. Geolog, kucharz…

— Geologiem jeszcze nie jestem, a poza tym najpierw spróbuj tego sosu amatriciana, zanim powiesz, że umiem gotować — roześmiał się ochryple.

Wino na pusty żołądek dodało mi niespotykanej odwagi, więc powiedziałam:

— Tym razem, kiedy się śmiałeś, nie zakryłeś ust.

— Masz sokoli wzrok.

— Dlaczego ukrywasz swój piękny uśmiech?

Pietro długo nie odpowiadał. Wlał na patelnię słoik domowych pomidorów i, zamyślony, zabrał się do mieszania.

— Nie widzisz dlaczego? Chodzi o zęby.

Zawołałam go do siebie. Niezbyt chętnie schylił się przede mną, pobrzękując rozkołysanym, srebrnym słońcem. Potem otworzył usta, tylko trochę, ale nagle poczułam, jak całe wino, które zdążyłam wypić, rozchodzi się po moich żyłach i otwiera jak meduza, a gorące macki rozkoszy oplatają całe moje ciało.

— Zobaczmy. — Starałam się skoncentrować na jego zębach. Były proste i aż za bardzo równe. Jak ziarenka w kolbie białej kukurydzy. Widząc, jakie są perłowe i gładkie, chciałam dotknąć ich językiem, teraz, natychmiast. Pietro uśmiechnął się. Nie zauważyłam tego wcześniej, ale na jednym z siekaczy miał jakiś szary cień.

— Prawie nie widać — powiedziałam.

Pocałowaliśmy się; to była intymna wymiana pomiędzy winem, dymem i głodem. Sprawiła, że moje serce zaczęło bić jak oszalałe.

Podniósł się, a kiedy czekaliśmy, aż zagotuje się woda, ni stąd ni zowąd powiedział:

— A wiesz, że wcześniej mieszkałem w Rzymie?

Nie zdając sobie z tego sprawy, otworzyłam oczy ze zdziwienia.

— Więc dlaczego przyjechałeś do Neapolu?

Pytanie godne hipokryty. Takie samo zadawano mi tysiące razy, jakby moja odpowiedź mogła usprawiedliwić powód, dla którego wszyscy byliśmy właśnie tutaj. Bo Neapol nie był wyborem. To był dar nie do odrzucenia, kwestia urodzenia albo losu.

Pietro opowiadał, że jego brat chciał pójść na studia do Neapolu, na architekturę. Rodzice zgodzili się bez wahania. Sprawy akademickie, nauka, Gabriele nadawał się tylko do tego. Ale on nie był zadowolony i powiedział im, że bez Pietro nie pojedzie. Nawet młodszy brat, jak twierdził, miał prawo zrealizować swoje marzenie o studiowaniu geologii. Tym razem jednak powiedzieli „nie”. Nie byli gotowi stracić jedynego syna, który umiał zamienić oliwki w cenny zielony płyn, a ziarno w złoty pył, ale Gabriele był uparty jak muł i rodzice z czasem się poddali.

Jednak Pietro nie był zadowolony. Powiedział rodzinie, że nie chce studiować w Neapolu, woli w Rzymie. To było najdalsze miejsce, jakie mógł sobie wymarzyć. To akurat rodziców nie obchodziło, zważywszy, że czy w tym, czy innym mieście i tak by go stracili. Oni w swoim życiu nie byli nigdy dalej niż w Szafuzie, gdzie urodzili się obaj bracia, ale Pietro w Szwajcarii widział tylko fermę mleczną i korytarz z porozrzucanymi zabawkami w wynajętym mieszkaniu. Ten korytarz bardziej niż korytarzem był opiekunką do dzieci, bo przy dobrze zamkniętych drzwiach było to miejsce bezpieczne, gdzie trzymano chłopców, gdy zazębiały się godziny pracy rodziców. Kiedy mama wracała z pracy, czasami przynosiła im lody z fabryki. Gdy urośli na tyle, aby dosięgnąć klamek, przywiozła ich do Włoch i zaczęli chodzić do szkoły razem, do tej samej klasy, jakby byli bliźniakami.

Od Rzymu Pietro oczekiwał wielkich rzeczy, ale rzeczywistość była zupełnie inna. Jedyne lokum, na jakie było go stać, to była kawalerka w pobliżu autostrady. Transportem miejskim jechał ponad godzinę na uniwersytet Sapienza. Aby temu zaradzić, kupił używany motor, ale w ten sposób wszystkie pieniądze, jakie miesięcznie miał do dyspozycji, kończyły w baku. Nie chciał prosić rodziców o więcej pieniędzy, bo to byłoby jak przyznanie im racji. Zresztą nie było nawet z kim pójść na kawę czy pizzę. Jego koledzy z roku zawsze zajmowali się swoimi sprawami, a niektórzy otwarcie go unikali. Jedyny przyjaciel, jakiego miał, Giuliano, który także studiował geologię, pochodził z Irpiny, ale niestety mieszkał po drugiej stronie miasta.

Pietro cały czas się uczył. Z geofizyki zdecydowanie się wyróżniał, doskonale poszła mu mineralogia, ale zawalił egzamin z matematyki — i to dwa razy. Dopadły go wątpliwości. Co on, do cholery, robił w stolicy? Co on sobie myślał, że zostanie geologiem? Ze swoim pochodzeniem? Patrząc na ten okres z perspektywy czasu, wpadł prawdopodobnie w depresję. Gdyby nie Giuliano, kto wie, jaką głupotę by zrobił… Wtedy zadzwonił do brata, który bez wahania zaoferował:

— Przenieś się do Neapolu.

Gabriele wytłumaczył mu, że tutaj życie uniwersyteckie jest cudowne. Mieszka się w historycznym centrum miasta, wszędzie chodzi się piechotą, dyskutuje o polityce, sztuce i literaturze. Do obiadu pije się wino, zakuwa się nocą, a śpi w dzień. W Neapolu można za niewielkie pieniądze żyć po królewsku. Studenci mają zniżki do teatru i kina oraz bony na trzydaniowe obiady za jedyne dwa tysiące lirów, nie mówiąc już o minimalnych cenach wynajmu mieszkań w Quartieri Spagnoli.

Kiedy skończyła się opowieść Pietro, a penne były już al dente, usiedliśmy do stołu.

— Dziś mamy co jeść… — powiedział — …a jutro przyniesie, co przyniesie. Roześmiał się bezdźwięcznie.

Uwielbiałam sposób, w jaki bawił się słowami. Składał je jak nikt inny, ale nigdy nie było to sztuczne. I to ja miałam rację, umiał świetnie gotować. Jednak zaledwie po kilku kęsach przeszedł mi głód. Może za dużo wypiłam, choć mój kieliszek, nadal pełny, świadczył o czymś przeciwnym. Byłam na tyle świadoma, by zdawać sobie sprawę z lekko przekrzywionej powierzchni wina, której przyczyną był sam stół, nieco zapadnięty pośrodku. Poza tym zauważyłam, że płyn drży. Winien był telewizor sąsiadów włączony na cały regulator albo drżenie, które odczuwałam we własnym wnętrzu.

Odłożyłam widelec.

— Walczyłeś o swoje przekonania, Pietro. — Po raz pierwszy wypowiedziałam jego imię. To był jakby lapsus, który mnie oszołomił i wzruszył, jakbym właśnie wyznała mu miłość. — A teraz jesteś tutaj.

— Jestem tutaj. Z tobą. Nie do uwierzenia.

Pietro też odłożył sztućce.

— Dobrze, że wyjechałem z Rzymu. To była najlepsza decyzja w moim życiu.

Wymieniliśmy się spojrzeniami i zrozumiałam, że on także stracił apetyt. Po co było nam jedzenie? Czy teraz, czy w ogóle?

Poprowadził mnie na górę schodami, ale tym razem nie było już zawstydzenia z podstawówki. W jego pokoiku byliśmy wielkoludami. Wziął moją twarz w dłonie, pocałował mnie jak utraconą kochankę, z przyjemnością, ale i cierpieniem. Potem objął mnie wpół, przyciągając do siebie bardzo mocno.

Nieoczekiwanie dla samej siebie popchnęłam go w tył na maleńkie łóżko. Łatwo się poddał, pociągając mnie za sobą. Poczułam moje ciało przy jego ciele, przygniatający ciężar i całkowitą bliskość. Przestałam na chwilę oddychać, aż poczułam, jak rośnie jego męskość, nagląco gorąca, i zrozumiałam, że nic we mnie, naprawdę nic, nie było ani spokojne, ani pod kontrolą.

Znów się pocałowaliśmy, ale nie tak, jak całowaliśmy się za pierwszym razem, ale tak, jakbyśmy dziś rozpoczęli pocałunek w miejscu, w którym skończyliśmy poprzednio. To było drżące zatracenie w całkowitej ciemności, w której istniało jakieś my, może od zawsze, a jednak nasze pocałunki były z tych pospiesznych, które nie mogą czekać, które mają takie pragnienie jak człowiek po przejściu pustyni, który mając wody pod dostatkiem, pije do utraty tchu. Kiedy przesunęłam ustami po jego szyi, teraz mokrej od potu, usiłował zdjąć mi gumkę z włosów, ale musiał zrezygnować.

Pocałunki znów wzięły górę, nie mogliśmy przestać, to po prostu nie było możliwe, nawet gdyby groziło nam osunięcie ziemi, które miałoby zwalić się na całą dzielnicę i pochłonąć nas całkowicie. Tylko pocałunki miały teraz znaczenie, tylko ja i on. Chcieliśmy pożreć siebie nawzajem, uczepić się jedno drugiego, nawet za włosy, a potem błagaliśmy, wzywaliśmy Boga, w którego nawet nie wierzyłam. Pojęłam, że śmierć z przyjemności jest możliwa.

Złamaliśmy wcale niemało zasad, buty na łóżku, dziewczyna na nim, okno otwarte na oścież, światło dnia, ale była sjesta i tylko wulkan mógł nas zobaczyć.

 

Popołudniowe słońce oświetlało nasze ubrania rzucone na ziemię jak brudna bielizna do prania. Zaczęliśmy się śmiać. To był śmiech przyjemny, naturalny, jakby dopiero w tej chwili dotarł do nas sens jakiegoś pięknego żartu. Na zewnątrz, za oknem statki czekały w słońcu, stojąc na srebrnej tacy zatoki.

Wyglądało na to, że w ślad za sirocco wreszcie wracała piękna pogoda.

— Niedługo nadejdzie lato — powiedziałam. — Czuję to w powietrzu.

— Chcę spędzić każdy jego dzień z tobą, jeżeli pozwolisz. — Wsunęłam się pod łuk jego ramienia, poczułam jego wargi, które zostawiały wilgoć na moim czole,

— Przysuń się — powiedział zachrypniętym głosem. — Pośpij ze mną.

Ostatnią rzeczą, na jaką miałam teraz ochotę, był sen. Ale było coś jeszcze, nie wiem, może połączenie późnego słońca, które rozciągało się nad nami jak druga kołdra, wino, które rozleniwiło mnie jak zapomniana ciepła kąpiel w wannie, i regularny rytm oddechu Pietro. Wszystko to w końcu ukoiło moje myśli.

Znajdowałam się na zewnątrz samotnej willi, chyba tam mieszkałam. To był dom nad morzem, może w okolicy Castellammare, a z tyłu za nim stok obsadzony oliwkami, miękki i szary jak ukochany, zmechacony wełniany kocyk. Kiedy jednak lepiej się przyjrzałam, zdałam sobie sprawę, że nad drzewami oliwnymi i domkiem, nad całą okolicą góruje skalista ściana tak wysoka, że zapiera dech w piersiach, jakby była nie z tego świata, a ze świata gigantów. Wezuwiusz. Jak to się stało, że wcześniej tego nie zauważyłam? Sprawiał wrażenie, jakby rósł w oczach, dlatego nie ośmieliłam się odwrócić od niego spojrzenia, gdy wycofywałam się w kierunku morza, ale im bardziej na niego patrzyłam, tym usilniej przykuwał mój wzrok.

Znikąd pojawiły się ciężkie, szare chmury, które szybko zbierały się jedna nad drugą, jakby miały zbudować mur bez zaprawy. Słońce zniknęło. Niebo trzymało mnie w pułapce, a kiedy ziemia pode mną zadrżała, straciłam wszelkie wątpliwości co do tego, co naprawdę się działo.

Odwróciłam się tyłem do wulkanu. Na plaży była łódź wiosłowa, którą zsunęłam do wody jednym pchnięciem, miażdżąc znajdujące się pod nią kamyki. Wiosłowałam w kierunku otwartego morza, ale woda mnie zaskoczyła, była szklista i spokojna mimo katastrofy, która miała nadejść. Niebo i morze były tego samego koloru, koloru popiołu i nie był to ani dzień, ani noc, to był kolor końca czasu. Nagle, w jednym wybuchu wściekłości, pasji czy szaleństwa Wezuwiusz uwolnił roztopione skały, które spłynęły w dół stokami jak gorący wosk ze świecy, możliwe, że doprowadzając w tym niepowstrzymanym akcie do samozniszczenia.

Popatrzyłam na lawę z osłupieniem. Lśniąca i powolna płynęła w kierunku drzew oliwnych, w stronę domu. Dlaczego nie było ostrzeżenia, choćby najmniejszego sygnału? Jednak wszystko to trzeba było zostawić za sobą, musiałam się ruszyć, wiosłować i uciekać.

Nagle usłyszałam krzyki ludzi, którzy wybiegali z oliwnych gajów, w większości były to kobiety i dzieci, ale skąd oni się tam wzięli? Ja miałam jedyną łódź, jedyny ratunek. Musiałam natychmiast wrócić i zabrać ich stamtąd, wszystkich, których zdołam, ale teraz wulkan pluł także kamieniami, które bombardowały wodę wokół mnie. Jeżeli wrócisz, umrzesz — usłyszałam w głowie głos. Siedziałam w łodzi sztywna z przerażenia, powoli zdając sobie sprawę z tego, co chciałam zrobić.

Potem zobaczyłam tylko drobne włoski na piersi Pietro, która wznosiła się i opadała. Wyciągnęłam rękę, aby dotknąć jego srebrnego słońca o postrzępionych brzegach.

— Cześć — powiedział głosem ciężkim od snu.

— Miałam paskudny sen.

— Boisz się?

— Już nie.

Odwrócił się i obdarzył mnie pocałunkiem, który pochłonął nas z siłą zamętu i wirował, wirował, aż wyczerpał się w westchnieniu.

— Kiedyś… — powiedział zduszonym szeptem, jakby jego płucom zabrakło tchu — …kiedyś cię poślubię.