Podróż Cilki

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Chucherka z was, moje zeczki, prawda? – Spogląda na Cilkę. – Zabierz ją z powrotem do środka. Wrócę po was.

Cilka jest zaskoczona i zaniepokojona, ale robi, co jej kazano. Pospiesznie wracają do baraku, a reszta więźniarek wyrusza do pracy. Śnieg gęstnieje, a oddalające się sylwetki wkrótce znikają w kurzawie. Cilka zastanawia się, co teraz z nimi będzie.

Kołyszą się z Józią przy piecu, owinięte kocami. Cilka ma nadzieję, że jakoś się przyzwyczają do ciągłego chłodu. Nie ma jeszcze nawet zimy. Lodowaty podmuch powietrza wyrywa ją z zamyślenia. W progu stoi Antonina. Zanim za nią podążą, Cilka upewnia się, że drzwi są zamknięte.

Często widywała Antoninę w towarzystwie innej brygadzistki. Wie, że mieszkają w jednym baraku, więc przypuszcza, że obie odpowiadają za łagierniczki. Albo ta druga jest asystentką Karpownej. Tak czy inaczej, tamta przebywa teraz pewnie z resztą brygady.

Do ambulatorium i lazaretu nie jest daleko, ale w zamieci idą powoli i z trudem. Śnieg jest tak głęboki, że brną w nim po kolana i ledwo mogą stawiać kroki. Cilka próbuje oszacować rozmiar zony, licząc baraki podobne do tego, w którym mieszka. Większe budynki, stojące nieco dalej, to pewnie administracja albo warsztaty, ale nie sposób rozpoznać ich przeznaczenia. Siedziba lazaretu nie jest niczym oznakowana i Antonina musi im ją wskazać.

Wejścia pilnuje wartownik. Brygadzistka na chwilę odsuwa szalik owinięty wokół twarzy i głośno krzyczy. Cilka zastanawia się, co takiego zrobił ten człowiek, że ukarano go taką służbą. Nie wygląda, jakby żyło mu się lepiej niż więźniom, choć prawdopodobnie ma lepsze warunki mieszkaniowe i dostaje więcej jedzenia. Wartownik otwiera drzwi z ostentacyjną niechęcią i bezceremonialnie wpycha kobiety do środka. Pewnie kazali mu pilnować, żeby nie naleciało tu śniegu.

W budynku jest bardzo ciepło, więc czym prędzej zdejmują chusty – Józia musi radzić sobie jedną, zdrową ręką.

– Stójcie tu – poleca im Antonina. Czekają tuż za progiem, rozglądając się po izbie.

To jakaś poczekalnia. Więźniowie – mężczyźni i kobiety – siedzą na nielicznych krzesłach, ale głównie na podłodze. Są zgięci wpół, na twarzach mają wypisany ból. Inni są zwinięci w kłębek i trudno na pierwszy rzut oka powiedzieć, czy są pogrążeni we śnie, nieprzytomni czy martwi. Kilkoro jęczy cicho, a Cilka z niepokojem rozpoznaje ten odgłos. Ponad nimi wisi na ścianie portret Stalina.

Antonina stoi przy biurku i mówi coś cicho do siedzącej za nim starszej kobiety. Kiwa głową, po czym wraca do Cilki i Józi.

– Jak przyjdzie kolej na ciebie, wywołają twój numer, 509.

Brygadzistka powtarza powoli rosyjską liczbę: piat’sot diewiat’, po czym bez słowa kieruje się do drzwi. Wkrótce jedynym śladem jej obecności jest plama świeżego śniegu, który szybko topnieje, tworząc kałużę.

Cilka prowadzi Józię pod ścianę, gdzie można usiąść. Dopiero usadawiają się na podłodze, kilka głów podnosi się, a pełne lęku oczy oceniają nowo przybyłe. Czy tu w ogóle jest jakaś hierarchia? Cilka odpowiada na ich spojrzenia. Oni pierwsi odwracają wzrok.

Cilka słyszy ich numer, któremu towarzyszą jakieś krzyki. Budzi się z odrętwienia.

– Ostatnia szansa! – woła kobieta zza biurka.

Cilka zauważa, że Józia zasnęła z głową opartą o jej nogi.

– Jesteśmy! Już idziemy! – mówi tak głośno, jak tylko potrafi.

Potrząsa Józią i podnosi się z podłogi, po czym szybkim krokiem podchodzi do biurka, zza którego spogląda na nie surowo matrona. Kobieta wstaje, podaje Józi jakieś papiery i kieruje się do drzwi prowadzących na tyły izby. Dziewczęta posłusznie podążają za nią.

Kobieta prowadzi je między rzędami łóżek ustawionych po obu stronach pomieszczenia. Wygląda to jak sala szpitalna. Cilka spogląda na nie i widzi, że pościel jest biała. Koce są szare, ale prawdopodobnie grubsze niż te w ich baraku. Głowy mężczyzn i kobiet spoczywają na poduszkach.

Mijają salę i wchodzą do niewielkiego gabinetu oddzielonego przepierzeniem od reszty izby. Natychmiast czują silną woń środka dezynfekującego.

Józia zostaje posadzona na krześle obok stołu zastawionego butelkami, bandażami i rozmaitymi narzędziami. Zawiadująca pacjentami wskazuje papier, który Józia trzyma, i podaje Cilce pióro. Najwyraźniej mają wypełnić dokumenty. Kobieta odwraca się i odchodzi.

– Nie dam rady pisać – szepcze Józia. – Jestem praworęczna.

– Daj mi to – mówi Cilka.

Bierze arkusz papieru, odsuwa rozrzucone na stole instrumenty na bok i kładzie formularz na blacie.

Dopiero wtedy zauważa, że druk jest cyrylicą. Litery wyglądają jak tunele i bramy, mają dziwne ogonki i zawijasy. Minęło sporo czasu, odkąd po raz ostatni widziała ten alfabet. Ciężko będzie w nim pisać.

– Jakoś damy radę – stwierdza. – Najpierw zawsze trzeba podać imię i nazwisko. Jak się nazywasz, Józiu?

– Kotecka, Józefa Kotecka.

Cilka pisze powoli, najstaranniej, jak potrafi, mając nadzieję, że lekarze będą w stanie to odczytać.

– No dobrze, a to chyba data urodzenia.

– 25 listopada 1930 roku.

– Teraz adres zamieszkania.

– Nie mam już adresu. Ojca aresztowali po tym, jak nie przyszedł raz do pracy. Był robotnikiem leśnym i szukał moich braci, którzy zaginęli trzy dni wcześniej. Potem aresztowali matkę. Zostałam tylko ja i babcia. Strasznie się bałyśmy, całkiem same w domu. A potem przyszli i nas też zabrali. – Twarz Józi wykrzywia się z bólu. – Nikt z mojej rodziny tam teraz nie mieszka.

– Wiem, Józiu. – Cilka kładzie rękę na ramieniu dziewczyny. Była w tym samym wieku, kiedy i jej wszystko odebrano.

– Wsadzili mnie do więzienia. – Józia zaczyna płakać. – Strasznie mnie bili, Cilka. Bili mnie i pytali, gdzie są moi bracia. Powiedziałam, że nie wiem, ale mi nie uwierzyli.

Cilka kiwa głową na znak, że słucha. To dziwne, jak czasem człowieka ogarnia nagle chęć mówienia o przeszłości, myśli. Ale jej to nie dotyczy. Ona nigdy nie znajdzie słów do opisania swoich przeżyć.

– Pewnego dnia załadowali mnie z babcią na ciężarówkę i zabrali nas na dworzec kolejowy i wtedy poznałam ciebie.

– Przepraszam, że o tym wspomniałam, Józiu. – Cilka wbija wzrok w formularz.

– Nie, nic nie szkodzi – mówi dziewczyna, patrząc na przyjaciółkę. – Powiesz mi, dlaczego tu jesteś? Wiem tylko, że jesteś Słowaczką. A ta kobieta w pociągu powiedziała, że była gdzieś z tobą... Twoja rodzina też została aresztowana?

Cilka czuje, jak żołądek boleśnie jej się zaciska.

– Może kiedy indziej.

– I wiedziałaś, co robić, kiedy przyjechałyśmy. – Józia marszczy brwi w zamyśleniu.

Cilka ignoruje ją i wpatruje się w dokument przed sobą.

Nagle słyszą jakiś dźwięk. Odwracają się i widzą wysoką, szczupłą, atrakcyjną kobietę w białym kitlu i ze stetoskopem na szyi. Złociste warkocze oplatają jej głowę, a błękitne oczy mrużą się w uśmiechu.

Kobieta przygląda im się i natychmiast zwraca się do nich po polsku, w języku, który obie rozumieją.

– Jak mogę wam pomóc? – Cilka nigdy jeszcze nie słyszała takiego akcentu.

Józia podnosi się z krzesła.

– Nie, nie, siadaj, nie ruszaj się. Zakładam, że to ty jesteś pacjentką.

Józia kiwa głową.

– A ty?

– Jestem jej przyjaciółką. Poproszono mnie, żebym z nią została.

– Macie problemy z formularzem?

– Jakoś dajemy sobie radę – odpowiada Cilka ostrożnie, ale nie może się powstrzymać przed pytaniem. – Skąd pani wiedziała, w jakim języku się do nas zwracać?

– Od dawna pracuję w łagrowych lazaretach i nauczyłam się rozpoznawać takie rzeczy. – Lekarka uśmiecha się ciepło i swobodnie. Odkąd tu przyjechała, Cilka po raz pierwszy widzi tak szczery wyraz twarzy.

– Daj mi to, rzucę okiem – mówi, po czym wyjmuje dokument z rąk Cilki. – Dobra robota.

Cilka się rumieni.

– Może skończysz to wypełniać? Przeczytam ci pytania.

– Po rosyjsku?

– A poradzisz sobie?

– Trochę mówię w tym języku, ale pisanie jest trudniejsze.

– W takim razie myślę, że powinnaś pisać dalej po rosyjsku. Im szybciej się nauczysz, tym lepiej. Znasz jeszcze jakieś inne języki?

– Słowacki, czeski, polski, węgierski i niemiecki.

Lekarka przechyla głowę.

– No proszę, jestem pod wrażeniem – wyznaje, ale na wszelki wypadek zniża głos i ciągnie po rosyjsku: – Następne pytanie brzmi: jaki jest cel wizyty w lazarecie?

Cilka zabiera się do wpisania odpowiedzi. Lekarka zagląda jej przez ramię.

– Prawie dobrze. Może najpierw zapytasz pacjentkę, a potem zanotujesz to, co ci powie.

Cilka czuje przypływ paniki. Nie jest pewna, czy lekarka bawi się jej kosztem. Dlaczego zawsze musi się wyróżnić, bez względu na to, jak bardzo stara się tego nie robić? Pyta Józię po rosyjsku, a ta patrzy na nią zdziwiona.

Cilka próbuje napisać „oparzenie ręki” cyrylicą.

– Nieźle – chwali lekarka. – Na razie wystarczy, ja się zajmę resztą. A teraz przyjrzę się pacjentce.

Józia wyciąga rękę. Kobieta siada na krześle i zaczyna delikatnie rozwijać prowizoryczny bandaż.

– Kto cię tak opatrzył?

– Cilka.

– To ty pewnie jesteś Cilka? – zgaduje medyczka.

– Najpierw kazałam jej trzymać rękę w śniegu, potem znalazłam kawałek materiału i owinęłam najlepiej, jak potrafiłam.

– Dobra robota, Cilka. Zobaczmy teraz, jak to wygląda.

Po zdjęciu opatrunku lekarka odwraca dłoń Józi i ogląda oparzelinę.

– Poruszaj palcami.

Mimo bólu Józia próbuje wypełnić polecenie, ale opuchlizna jej na to nie pozwala.

– Miałaś sporo szczęścia, że był z tobą ktoś, kto wiedział, że na oparzenia najlepsze jest zimno. Mogło się to dla ciebie skończyć znacznie gorzej. A tak wygląda to na poparzenie pierwszego stopnia pięćdziesięciu procent dłoni i osiemdziesięciu procent czterech palców. Z kciukiem chyba wszystko w porządku. – Kobieta podnosi głowę i patrzy Józi w oczy. – Opatrunek będzie trzeba zmieniać codziennie przez dwa tygodnie. I żadnej pracy, ani na dworze, ani pod dachem.

 

Kobieta odwraca się do Cilki.

– Podaj mi tę tubkę, tę z napisem „Kriem ot ożogow”, krem na oparzenia.

Cilka podaje jej specyfik, zdejmując najpierw zakrętkę, a lekarka delikatnie smaruje rękę Józi.

– A teraz poszukaj na półce za tobą szerokiego bandaża.

Cilka robi, co jej kazano. Opatrunek zostaje fachowo owinięty wokół dłoni Józi, po czym lekarka zębami rozrywa koniec wzdłuż na pół i związuje.

– A teraz podaj mi ten dokument i pióro. Trzeba napisać raport.

Kobieta kreśli kilka słów, po czym składa kartkę i podaje ją Józi.

– Napisałam tu to, co już wam powiedziałam. Nie wolno ci pracować ani na dworze, ani w pomieszczeniu, musisz też przychodzić tu codziennie przez co najmniej dwa tygodnie na zmianę opatrunku. Potem zobaczymy, jak przebiega gojenie. A co do ciebie, Cilka... Bardzo pomogłaś przyjaciółce, a z pisaniem wcale nie jest u ciebie tak źle, jak ci się wydaje. – Lekarka uważnie przygląda się dziewczynie. – Masz dryg do języków. Ostatnio ciągle przywożą nowych więźniów, a w lazarecie brakuje rąk do pracy. Może chciałabyś do nas dołączyć?

Cilka zdaje sobie sprawę, jaka to dla niej szansa. W łagrze są złe miejsca pracy – pod gołym niebem, wymagające fizycznie – ale też i dobre. W tamtym, innym miejscu „dobra” praca oznaczała więcej jedzenia i ciepło, ale dla Cilki wiązała się też z nieustannym wykorzystywaniem oraz koniecznością patrzenia na tych, którzy w obozie mieli najgorzej. Stanowisko blokowej było dla niej karą, ale Cilka czuje, że musi za nią odpokutować. Za to, że przeżyła. Za to, że wymieniała papierosy na jedzenie, na ciepłe ubrania, gdy tymczasem inne kobiety przychodziły i odchodziły, szły na śmierć. Przychodziły i odchodziły, przychodziły i odchodziły, i tak bez przerwy.

Jest głupia. Znowu zastanawia się, dlaczego zawsze się czymś wyróżnia. Patrzy na Józię i czuje, że jeśli się zgodzi, zdradzi przyjaciółkę. Zdradzi wszystkie kobiety z baraku.

– Oczywiście, że chce – oświadcza w jej imieniu Józia.

Cilka patrzy na nią. Józia kiwa głową na zachętę.

– Ja... – Czy jeśli odmówi, wsadzą ją do ciemnicy? A może przynajmniej dzięki pracy tutaj mogłaby przemycić więcej żywności tym, którzy jej potrzebują, albo wymienić ją na papierosy, buty i płaszcze dla pozostałych.

Lekarka wygląda na zdezorientowaną. Cilka przypuszcza, że nie spodziewała się odmowy.

– Ja chyba nie mogę – odpowiada wreszcie.

– Słucham? – Kobieta osłupiała. – Wszyscy musimy gdzieś pracować.

– Ja chętnie będę dalej pracować w kopalni – dodaje i sama słyszy, jak głucho brzmi jej głos. Kiedyś myślała, że zasługuje na więcej, na lepsze rzeczy, ale teraz już wie, że zawsze trzeba za to zapłacić wysoką cenę.

– No cóż. – Lekarka ma inną propozycję. – Zróbmy tak: przez kolejne dwa tygodnie będziesz przychodzić z Józią i pomożesz mi zmieniać opatrunek, a potem zdecydujesz, co dalej.

Józia unosi brwi zachęcająco. Cilka po namyśle kiwa głową.

– Dobrze, dziękuję. Ale co z Józią?

– O nią będziemy się martwić za dwa tygodnie. Jestem pewna, że znajdziemy dla niej odpowiednią pracę. Tymczasem napiszę dla ciebie notatkę, dasz ją twojej brygadzistce. Będziesz tu codziennie przyprowadzać Józię; ona po zmianie opatrunku wróci do baraku, ale ty zostaniesz i będziesz pracować.

Lekarka pisze kolejną notatkę i wręcza ją Cilce.

– A teraz wracajcie do łóżek, odpocznijcie trochę.

– Przepraszam – zagaja Cilka – ale jak was nazywać?

– Jestem doktor Kaldani, Jelena Gieorgijewna. Sama zdecyduj, jak wolisz do mnie mówić.

– Dziękuję, Jeleno Gieorgijewna – odpowiadają dziewczyny chórem.

Podążają za nią przez salę. Jęki i krzyki pacjentów sprawiają, że całe ciało Cilki pokrywa się gęsią skórką.

Zrobi, co jej każą.

Przechodzą przez wartownię, wychodzą na mróz, po czym brną przez głęboki śnieg z powrotem do baraku.

5

– Wiem, że ci zimno – mówi Cilka do Józi. – Ale myślę, że powinnyśmy oszczędzać węgiel, dopóki reszta nie wróci. Dołożę tylko tyle, żeby piec nie wygasł.

Przychodzi jej na myśl, że już próbuje jakoś zrekompensować następne dwa tygodnie życia w większym cieple niż reszta.

Cilka pomaga Józi położyć się do łóżka i szczelnie owinąć kocem. Dorzuca trochę węgla, po czym sama się kładzie. Przygląda się twarzy młodej dziewczyny. Widzi, jak bardzo poznaczyły ją strach, chłód, cierpienie i bezradność.

– Posuń się.

Cilka wstaje, po czym kładzie się obok Józi, wiedząc, że to najlepszy sposób na dodanie jej otuchy.

W jednej chwili obie zasypiają.

Budzi je podmuch lodowatego powietrza i jęki powracających. Kobiety przepychają się, walcząc o miejsce jak najbliżej pieca, zdejmują przemoczone buty i z trudem poruszają palcami stóp.

– Patrzcie tylko, kto wylegiwał się cały dzień w łóżku – syczy Helena.

Pokryte sadzą twarze kobiet odwracają się w ich stronę. Cilka wyczuwa ich wzburzenie, zmęczenie i zazdrość.

– Jak tam jej ręka? – Natalia podchodzi do nich.

Cilka wstaje z łóżka, sięga pod koc i pokazuje Natalii dłoń Józi.

– Lekarka powiedziała, że trzeba jej będzie zmieniać opatrunek codziennie przez dwa tygodnie.

– Czy to znaczy, że nie musi pracować? – woła Hanna, niedawno przybyła żylasta więźniarka, która trzyma z Heleną.

– Oczywiście, że tak – odpowiada Cilka. – Jej jest trudno nawet jeść. Jak miałaby chodzić do pracy?

– Ty za to nie masz wymówki – warczy Hanna. – Jutro wracasz do dźwigania kubła z węglem. Cieszysz się, prawda?

– Jestem tak zmęczona, że chcę tylko zasnąć i nigdy się nie obudzić – oświadcza Helena.

Zanim Cilka zdąży się odezwać, drzwi nagle się otwierają i staje w nich Antonina.

Wszystkie oczy zwracają się w jej stronę. Kobiety pospiesznie ustawiają się u stóp łóżek. Józia wstaje z trudem i też staje na baczność.

Antonina mija pozostałe posłania i zmierza wprost do Józi i Cilki. Pozostałe kobiety śledzą każdy jej ruch.

– No i?

– Przepraszam, Antonino Karpowna, czy mogę wziąć papiery z posłania?

Brygadzistka daje jej znak, że pozwala.

Cilka wyjmuje notatki lekarki i przekazuje je Antoninie. Ta najpierw czyta raport z leczenia Józi, zalecenia codziennej zmiany opatrunku i zwolnienie z pracy. Podnosi wzrok, spogląda na dłoń dziewczyny i kiwa głową. Potem czyta drugie zapiski, patrzy na Cilkę i czyta je ponownie.

– Właśnie załatwiłaś sobie najlepsze miejsce pracy w całym łagrze. Gratulacje. – Oddaje jej z powrotem papiery, a na szerokiej twarzy maluje jej się wyraz rozbawienia. – Dalej, wychodzić, ustawić się w kolejce.

Kobiety formują dwa równe rzędy i podążają za Antoniną do stołówki na kolację. Śnieg przestał padać, ale na ziemi leży jego gruba warstwa, więc z trudem stawiają kroki. Cilka trzyma głowę opuszczoną, czapkę ma naciągniętą nisko na oczy. Ale Helena i Hanna i tak doganiają ją.

Helena syczy do niej przez szalik. Cilka nie reaguje.

Natalia zagaduje ją uprzejmiejszym tonem.

– Cilka, jesteśmy ciekawe...

– Odmówiłam – przerywa jej dziewczyna. – Ale w lazarecie brakuje ludzi i poprosili mnie, żebym tam pracowała.

Helena sapie.

– Ależ z ciebie szczęściara, ty suko.

Hanna wpatruje się w Cilkę.

– Ona naprawdę nie chciała – wtrąca Józia – ale ta lekarka kazała jej przyjść na próbę.

– Dlaczego się nie zgodziłaś? – chce wiedzieć Natalia.

– Może się boję igieł? – Cilka próbuje żartem rozładować napięcie.

Olga, która przygląda się im z odległości, parska pod nosem.

– Ona nie chciała mieć lepiej niż my – wyjaśnia Józia. – Naprawdę słyszałam, jak próbowała odmówić.

– To wariactwo – oświadcza Natalia. – Każda z nas zgodziłaby się bez zastanowienia.

Są już niemal w stołówce.

Cilka czuje, że powoli dociera do nich, nawet do Heleny i Hanny, że teraz będzie miała dostęp do lepszego jedzenia, ciepła i materiałów. I tak oto przez przypadek znowu znalazła się w sytuacji, gdy ma nad innymi władzę, choć wcale jej nie chce.

– Postaram się zachować bandaże Józi – obiecuje. – Dla was, do owinięcia stóp albo głowy, do pracy.

– Lepiej, żeby ci się udało – zapowiada Helena.

W stołówce jedzą wodnistą zupę i nieświeży chleb. Cilka zauważa, że Helena ciągle na nią patrzy i szeptem konferuje z Hanną.

– Wszystko będzie dobrze – próbuje ją podnieść na duchu Józia. – Może wszystkie znajdziemy dobrą pracę.

Dziewczyna urywa i wpatruje się przed siebie niewidzącym wzrokiem, bez wątpienia wyobrażając sobie przyszłość w bardziej różowych barwach. Cilka cieszy się, że nie straciła optymizmu. To da jej siłę.

Kiedy o dziewiątej gasną lampy, kobiety leżą już w łóżkach.

Nagle drzwi otwierają się z impetem, a podmuch powietrza wciska do środka chmurę śniegu. Rozbłyskują reflektory z wież wartowniczych. Kobiety podnoszą głowy, żeby zobaczyć, co się dzieje. Chłopcy i mężczyźni, starzy i młodzi, wpadają do wnętrza. Więźniarki krzyczą i próbują chować się pod kocami. Jeśli oni mnie nie widzą, a ja nie widzę ich, to mnie tu nie ma.

– Pomyśleliśmy sobie, że damy wam trochę czasu na oswojenie się z nowym miejscem – oznajmia przybysz, a Cilka poznaje Borysa, tego, który ją wybrał. – Ale jest cholernie zimno, a my potrzebujemy czegoś na rozgrzewkę. Gdzie jesteś? Gdzie jest moja krasawica? Cały tydzień czekałem, aż cię w końcu zerżnę. No dalej, pokaż się, żebyśmy mogli zacząć.

Idzie w jej kierunku, po drodze ściągając koce z pozostałych kobiet.

– Tu jestem, na samym końcu – woła Cilka.

– Co ty wyprawiasz? – głos Józi drży. – Cilka, co się dzieje? Boję się.

Borys staje nad Cilką i uśmiecha się szeroko.

– Cilka! – krzyczy Józia.

– Zamknij się, suko, zanim ja cię zamknę – warczy na nią więzień.

– Już dobrze, Józia, już dobrze – uspokaja ją Cilka, chociaż cała się trzęsie.

– Hej, Wadim, tu jest twoja, zaraz obok mojej – mówi Borys. – Chodź po nią.

Józia krzyczy i próbuje wstać z łóżka. Borys popycha ją z powrotem i przytrzymuje, czekając, aż Wadim podejdzie. Potem siada na brzegu łóżka Cilki i zaczyna ściągać buty. Bije od niego smród wódki. Józia cicho płacze, a Cilka czuje, że pęka jej od tego serce. Kładzie dłoń na piersi Borysa.

– Pozwól mi z nią chwilę porozmawiać, uciszę ją – proponuje beznamiętnie. Pozostałe kobiety, bite i przyciskane do materaców, krzyczą i przeklinają, ale Cilka czuje się odpowiedzialna za Józię. Była przy niej, kiedy dziewczyna została do tego wybrana. Musi zrobić, co w jej mocy, by ją chronić.

Borys wzrusza ramionami. Wadim trzyma rękę na ustach Józi i rozdziera jej ubranie.

– Zaczekaj chwilę – mówi do niego stanowczo Cilka. Zaskoczony mężczyzna przerywa w pół ruchu. – Józia, posłuchaj mnie. Posłuchaj. – Cilka pochyla się bliżej i zniża głos. – Tak mi przykro... nic nie możemy zrobić, żeby to powstrzymać. A przynajmniej ja nie potrafię nic zrobić.

Mruga i czuje, jak ciężkie są jej powieki. Czas spowalnia bieg, jak zawsze, kiedy pojawia się w niej ta pustka. To tylko ciało.

– Cilka, nie, nie możemy im pozwolić...

– Gdybym tylko mogła, tobym ich wszystkich pozabijała – szepcze Cilka. – Proszę, ona ma poparzoną rękę. Bądź ostrożny – mówi do Wadima, po czym wraca do przyjaciółki. – Tak mi przykro... Józia, jestem przy tobie – dodaje, chociaż wie, że tak nie jest. Nie do końca.

Patrzy na Borysa.

– To tylko dziecko, nie możecie jej zostawić w spokoju?

– To nie moja decyzja. W każdym razie Wadim lubi młode. Ja też. Nie jesteś od niej dużo starsza, co?

– Nie.

Cilka zaczyna rozpinać koszulę. Dobrze wie, co ma robić. Krzyki kobiet i wrzaski mężczyzn tworzą ogłuszający zgiełk. Przez chwilę Cilka zastanawia się, czy hałas nie sprowadzi strażników. Ale nikt nie przychodzi im z pomocą. Pewnie robią to samo.

Czując na ciele twarde dłonie Borysa, Cilka patrzy na Józię. Kiedy w migoczącym świetle piecyka przyjaciółka odwraca twarz w jej stronę, w jej oczach maluje się zupełnie nowy rodzaj przerażenia. Cilka wyciąga do niej rękę i czuje dotyk zabandażowanych palców. Ściska jej nadgarstek, a Józia cicho szlocha, ale ani na chwilę nie odwraca wzroku od Cilki, do samego końca.

 

Po wszystkim Borys zakłada spodnie i buty i pochyla się nad Cilką.

– Nikt inny cię nie tknie. I mogę tak to załatwić, żeby tylko Wadim mógł dotknąć twoją koleżankę.

– Więc zrób to.

– Dajcie spokój, chłopcy, jak do tej pory nie daliście rady podupczyć, to już dzisiaj wam nie stanie – krzyczy do pozostałych Borys. – Jazda, wynocha stąd, panie muszą teraz troszkę odpocząć.

Jęki nieudaczników mieszają się z drwinami i śmiechem szczęśliwców, po czym milkną i słychać już tylko łkanie poranionych i zrozpaczonych kobiet. Nikt się nie odzywa. Smród niemytych, cuchnących wódką mężczyzn długo wisi w powietrzu.

Kiedy sygnał pobudki oznajmia więźniom, że nastał nowy dzień, kobiety podnoszą się powoli z łóżek. Głowy mają spuszczone, nie patrzą nikomu w oczy. Milczą. Cilka rzuca szybkie spojrzenie na Józię. Na policzku i wokół oka widać siniaki i opuchliznę – pamiątkę po ręce Wadima. Dziewczyna zastanawia się, co powiedzieć, czy zapytać przyjaciółkę, jak się czuje, czy coś ją boli. Józia odwraca się do niej plecami. Cilka rozumie niemy komunikat.

Śniadanie przebiega w ciszy. Weteranki rzucają szybkie spojrzenie na nowicjuszki, zauważają ślady i rozpoznają przyczynę. Zamykają się we własnych wstydliwych przeżyciach, wdzięczne za świeże ciała, które na jakiś czas zapewnią im wytchnienie od gwałtów.

Gdy reszta grupy wychodzi do pracy, Cilka i Józia zostają w baraku. Kazano im czekać, aż przyjdzie po nie Antonina i odprowadzi je do lazaretu. Józia wraca do łóżka i zwija się w kłębek, chowając twarz w koc.

Szyby pokrywają się szronem, w miarę jak ogień w piecyku wygasa. Na szczęście czekanie nie trwa długo. Cilka nie może znieść napięcia.

Wchodzą do poczekalni i Antonina prowadzi je na wartownię.

– Ta przyszła tu do pracy – wskazuje na Cilkę. – Druga będzie musiała zaczekać, aż tamta skończy. Nie będę szła w taki ziąb po każdą z osobna.

Kobieta przy biurku czyta wręczone jej notatki.

– Chodź ze mną – mówi.

Podążają przez salę do ambulatorium. Józia siada na wskazanym krześle, Cilka staje za nią.

Jest tu kilkanaście łóżek, wszystkie zajęte, tak samo jak krzesła dla pacjentów, którzy mogą się na nich utrzymać. Słychać jęki bólu. Wygląda na to, że leżą tu głównie mężczyźni, ale jest też kilka kobiet. Cilka postanawia przyjrzeć się tym ludziom, próbuje ustalić, gdzie są ranni lub co im dolega. W wielu przypadkach nie ma wątpliwości: mają widoczne rany, krew sączy się przez skrawki materiału udające opatrunki albo opaski zaciskowe. Cilka czuje, jak znowu ogarnia ją to uczucie pustki, zimne jak śnieg.

– A, tu jesteście – mówi na powitanie Jelena Gieorgijewna. Józia podnosi oczy, po czym natychmiast wbija je na powrót w podłogę.

– Jak się dzisiaj czujesz? Bardzo boli?

Józia wzrusza ramionami.

Lekarka patrzy na nią, a potem na Cilkę, która odwraca wzrok. Jelena delikatnie chwyta Józię za podbródek i unosi jej twarz ku sobie. Po przejściu trasy do lazaretu na mrozie siniak wygląda jeszcze gorzej. Kobieta przesuwa palcami po skórze dziewczyny. Józia syczy z bólu.

– Możesz mi powiedzieć, co się stało?

Kiedy Józia opuszcza głowę, Jelena puszcza ją.

– To jej wina – wyrzuca z siebie Józia. – Zmusiła mnie do tego, kazała mi się zgodzić. Mówi, że jest moją przyjaciółką, a palcem nawet nie ruszyła, żeby mi pomóc...

– Wczoraj do baraku przyszli mężczyźni – informuje Cilka szeptem.

– No tak, rozumiem – wzdycha Jelena. – Masz jakieś inne obrażenia, Józiu?

Józia zaprzecza ruchem głowy.

– A ty, Cilka?

– Nie.

– Pewnie, że nie ma, pozwoliła mu na wszystko, nie walczyła, nawet słowem się nie odezwała.

Lekarka wstaje.

– Zostańcie tutaj. Spróbuję znaleźć jakąś wolną izbę, żeby was dokładniej zbadać.

Dziewczęta czekają w milczeniu. Myśli Cilki błądzą wokół lekarki. Czy ludziom przydziela się tę pracę w łagrach? A może sami ją wybierają? Nie jest w stanie sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek trafił tu z własnej woli. Jelena wraca, po czym prowadzi je do pobliskiego pomieszczenia, a wyproszony z niego mężczyzna głośno protestuje, przekonuje, że należy mu się osobna sala, bo jest oficerem, i to wysokiej rangi, co to za porządki, żeby traktować go jak pospolitego więźnia.

Pościel i koc na łóżku są zmięte i skotłowane, a w powietrzu unosi się woń niemytego mężczyzny, przetrawionego alkoholu i papierosów. Jelena każe dziewczynom usiąść obok siebie na materacu.

– To bardzo brutalne miejsce – zaczyna lekarka.

– Wiem – szepcze Cilka i odwraca się do Józi. – Józiu, przepraszam, powinnam była cię ostrzec, powiedzieć, czego się spodziewać, pomóc ci zrozumieć...

– Po prostu tam leżałaś i... patrzyłaś na mnie. Cilka, jak mogłaś?

Cilka nadal nie czuje absolutnie nic, ale zauważa, że zaczęła się trząść, kolana podskakują jej na łóżku. Wsuwa ręce pod nogi i zaciska dłonie.

– Jestem pewna, że nie miała wyboru – odpowiada Jelena.

– Mogła chociaż spróbować. Prawdziwa przyjaciółka by spróbowała. – Głos Józi cichnie, aż w końcu milknie.

Ludzie ciągle jej mówią, że powinna była coś zrobić. Ale najtrudniej jest usłyszeć to od kogoś, kogo próbowała dopuścić do siebie, komu pozwoliła się do siebie zbliżyć.

– Miałam po prostu nadzieję, że do tego nie dojdzie – mówi Cilka. – Spodziewałam się, że prędzej czy później nas to czeka, ale nie wiedziałam kiedy i miałam nadzieję, że może jakoś tego unikniemy.

Jest jej naprawdę przykro, ale nie wie, co powinna była zrobić, co jeszcze mogła zrobić.

Lekarka wyczuwa panujące między nimi napięcie.

– Najpierw chcę zbadać Józię, zmienić jej opatrunek, potem muszę cię przygotować do pracy, Cilka.

Cilka podnosi się z łóżka.

– Mam zaczekać na zewnątrz?

Jelena patrzy na Józię pytająco.

– Możesz zostać – odpowiada i zaciska dłonie, z całych sił próbując powstrzymać ich drżenie.

Bardejov, Czechosłowacja, 1940 rok

Jest piękny, wiosenny dzień, a Cilka i jej siostra Magda idą przez rodzinny Bardejov. Magda posyła uśmiech w stronę dwóch chłopców zmierzających w ich stronę. Jest starsza od Cilki o dwa lata, a młodsza dziewczyna podziwia jej krok, elegancki ruch nadgarstka z błyszczącym w słońcu zegarkiem i uwodzicielsko kołyszące się biodra.

– Obu się podobasz – zauważa Cilka. – A ty którego wolisz?

– To tylko chłopcy – odpowiada Magda.

Młodzieniaszkowie zatrzymują się, blokując dziewczętom drogę. Magda przystaje, a Cilka podąża za jej przykładem.

– Cześć, László, cześć, Jardin – wita ich Magda.

– Co to za ślicznotka idzie dzisiaj z tobą? – mówi László i mierzy Cilkę wzrokiem od stóp do głów.

– To moja siostra, moja młodsza siostra. Przestań się na nią gapić – rzuca Magda ostro.

– Nic na to nie poradzę, nie mogę oderwać od niej wzroku – kwituje László z lubieżnym uśmiechem.

Cilka czuje w żołądku dziwny ucisk. Wbija oczy w ziemię.

– Chodź, Cilka, idziemy. – Magda chwyta ją za rękę i odciąga.

– Hej, Cilka, jak się wyrwiesz siostrze, to przyjdź po mnie – woła za nimi László.

Magda ściska ramię Cilki.

– Aua! Przestań, puść mnie. O co ci chodzi? – protestuje Cilka i uwalnia się z uścisku.

– Masz dopiero czternaście lat – przypomina Magda.

– Wiem, ile mam lat – odpowiada Cilka wyzywająco. – On jest całkiem przystojny. Jak dobrze go znasz?

Magda zatrzymuje się i zagląda poważnie w twarz Cilki.

– Nie bądź głupia, Cilka. Jesteś tylko dzieckiem. A on... cóż, nie jest jeszcze mężczyzną, ale nie jest też już chłopcem. Musisz być ostrożna.

Cilka splata ręce na piersi.

– Czyli co, nie wolno mi rozmawiać z żadnym chłopcem, tak?

– Nie, nie o to mi chodzi. Pewnego dnia dorośniesz, a wtedy zrozumiesz...

– Co zrozumiem? Co ty niby wiesz o chłopcach? Nigdy cię z żadnym nie widziałam.

Magda odwraca wzrok, a jej piękna twarz ciemnieje nagle niczym chmura gradowa. Cilka nigdy jej takiej nie widziała, boi się cieni, które dostrzega w oczach siostry.

– Magda, nic ci nie jest?

– Chodź, zróbmy zakupy i wracajmy do domu, niedługo godzina policyjna.

– Ale dlaczego nie możemy zostać na dworze? Nie rozumiem, po co mam przestrzegać tych głupich zasad. Nie zrobiłyśmy nic złego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?