999. Nadzwyczajne dziewczyny z pierwszego transportu kobiecego do AuschwitzTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 7

Kobiety są nosicielkami życia i światłem dla świata.

Kabała

Szabat – sobota, 21 marca 1942

KIEDY, JEŚLI NIE w szabat, młoda, niezamężna i dobrze się prowadząca Żydówka jest na pewno w domu? Ustalając termin rejestracji na dzień przed szabatem, władze chciały zyskać pewność, że żadna z tych dziewczyn nie wykręci się od rządowego poboru i się gdzieś nie ukryje. A nawet jeśli, to gdzie, jeżeli nie w domu rodziców, gdzie będzie ją można rano bez trudu znaleźć.

Z ukrywaniem też wiązało się ryzyko, więc aby uchronić córki przed statusem niezamężnych, niektóre rodziny spędziły tygodnie po pierwszych obwieszczeniach na intensywnych próbach znalezienia dla nich mężów. Inne rodziny wysyłały dziewczynki na pobliskie Węgry. Ci, którym obiecano wyjątkowy status, nie uważali tych drastycznych środków za konieczne. Kiedy jednak czas się kurczył, a zwolnienia nie nadchodziły, mieli przed sobą tylko dwa wyjścia: postąpić zgodnie z prawem i oddać córki albo nie posłuchać władzy i je ukryć. Grossowie i Friedmanowie postąpili zgodnie z prawem, Amsterowie – nie.

21 marca rano w willi Adolfa Amstera pojawiła się policja wraz z hlinkowcami. Takie walenie do drzwi wczesnym rankiem mogło znaczyć tylko jedno. Matka Magdy pobiegła do pokoju córki i kazała jej natychmiast iść do „kryjówki na poddaszu” ich dużego domu. Przecierając oczy, pan Amster zapytał pod drzwiami jak najniewinniejszym głosem: „Kto tam?”. Nie spotkał się z miłym odzewem.

Giora Shpira pomięta, że widział swoich dawnych kolegów z klasy – obecnie hlinkowców – jak zabierają przyjaciół. Koledzy aresztowali kolegów. Jest więc prawdopodobne, że kiedy Adolf Amster otworzył drzwi, zobaczył tych samych młodych ludzi, którzy kiedyś, jako pyzaci chłopcy, znali jego córkę. Teraz stali przed nim z wyciągniętą bronią. Powiedział im, że rząd obiecał jego rodzinie wyjątkowy status, więc nie musieli się trudzić, by tu przychodzić. Ale nadęci z poczucia władzy chłopcy w czarnych mundurach wywlekli go na ulicę, wyciąg­nęli pałki i zaczęli bić. Czy to dlatego, że Amstera uważano za bogatego Żyda, chcieli go pobić i publicznie upokorzyć? Sąsiedzi wyszli z domów i obserwowali ten horror. Zakrwawiony i ubłocony Adolf Amster błagał tych szczeniaków, żeby przestali. Nie był, widać, aż tak bogaty ani ważny, żeby to przeszkadzało mu błagać.

Hlinkowcy wrzasnęli na Amstera: „Czemu córka pozwala, by jej ojca pobito na śmierć?! Jeśli Magdę naprawdę obchodzi ojciec, to niech cię ocali. Co z niej za córka, że pozwala ci tak cierpieć?”. Ofiara miała się złapać na haczyk miłości. Słuchanie, jak ojca okładają pięściami i pałkami, rzeczywiście było ponad siły Magdy. W końcu cień dziewczyny o szlachetnej twarzy zszedł na ulicę. Ojciec wziął ją w ramiona i błagał hlinkowców, by pozwolili jej zostać. Nie ma drugiej córki. Powinni zostawić ją w domu. Czy jego służba dla państwa nic nie znaczy?

Hlinkowcy wybuchnęli śmiechem i zaprowadzili delikatną Magdę do innych dziewcząt, którym też się wydawało, że zdołały się ukryć przed wywózką. Jak łatwo znaleźć dobre dziewczyny!

W MAŁEJ MIEJSCOWOŚCI POŁOŻONEJ pod Preszowem hlinkowcy odwiedzili dom rodziny Rosnerów i dali ich córce Janie dwie godziny na spakowanie się. Razem z dwudziestoma trzema innymi dziewczętami z miejscowości Šarišské Lúky została wepchnięta na skrzynię ciężarówki, gdzie dziewczyny stłoczyły się jak sardynki w puszce. W takich warunkach przewieziono je do miasta i zagnano do remizy strażackiej, gdzie sprawdzono nazwiska. Było to koło dziesiątej rano. W remizie zgromadzono już ponad dwieście młodych kobiet.


Giora Shpira (Amir) wtedy i dziś. Dzięki uprzejmości i za zezwoleniem Giory Amira.

Pomimo wczesnej pory Giora Shpira i jego brat słyszeli już, co się stało pod domem Amsterów. Czekali teraz pod remizą, by zobaczyć, co się wydarzy. Kiedy dziewczęta wymaszerowały nagle na ulicę, chłopcy pobiegli za ich kolumną, wykrzykując imiona Magdy i Klary. Ponieważ był to poranek szabatowy, niektórzy członkowie społeczności żydowskiej nie byli jeszcze świadomi, że dziewczęta traktuje się jak zwykłych kryminalistów i, pozbawione ciepłych gestów i pocałunków rodzin, goni się na stację kolejową. Obraz tych zrozpaczonych i zdezorientowanych młodych kobiet prześladuje Giorę do dziś. „Najgorsze było to, jak je wyłapywali…72 To była łapanka, prototyp całego tego zła, jakie miało przyjść”.

WIDOK CÓREK WSIADAJĄCYCH do pasażerskiego pociągu podtrzymał złudzenia, że obwieszczenia istotnie dotyczyły jedynie obowiązkowej służby dla państwa – i mógł uśmierzyć nieco obawy rodziców. W porannym słońcu dziewczęta otwierały okna wagonów i wychylały się, by posłać całusy i łapać na wietrze całusy posyłane do nich. Kiedy dostrzegały swoich rodziców, krzyczały w ich kierunku. Odmawiano modlitwy. Ale niewiele z nich zostało wysłuchanych.

Ida Eigerman mogła pomachać jedynie cioci. Była ciekawa, jak się ma jej rodzina w Polsce. I gdyby wiedziała, co się z nią stało, prawdopodobnie uciekłaby ze stacji. W jej rodzinnym Nowym Sączu kilka dni później starszych Żydów razem z chrześcijańskimi właścicielami różnych interesów zagnano na żydowski cmentarz i rozstrzelano. Wśród zamordowanych byli najprawdopodobniej jej rodzice, a także rodzice Reny Korn­reich z Tylicza.

Przyszła matka Orny Tuckman, Marta F., miała liczną rodzinę, która przyszła na dworzec, by jej pomachać. W tym samym przedziale siedziały jej dobre przyjaciółki: Minka, Margita i druga Marta. Wszystkie ledwo po dwudziestce, czuły się jednak inaczej niż nastolatki oderwane po raz pierwszy od matek i ojców. Wiele z nich miało już pracę i nie mieszkało z rodzicami. Ale ich wyjazd na trzy miesiące oznaczał problemy dla ich rodzin, wspieranych przez nie do tej pory finansowo, które także martwiły się o przyszłość córek. Bo co się stanie z tymi młodymi kobietami, jeśli przez trzy miesiące będą pracowały Bóg wie gdzie? Jak mają się zakochać i wyjść za mąż, skoro nie będzie można z nimi pójść na długi spacer ani wymienić czułości? Czy w tej fabryce butów pracuje wielu miłych młodych Żydów?

72 Najgorsze było to, jak je wyłapywali: Giora Amir, rozmowa z autorką. Większość tego rozdziału oparta jest na rozmowach lub korespondencji z Giorą i Benjaminem Greenmanem.

ROZDZIAŁ 873

Seksizm jest jak rasizm.

Jest bardzo dehumanizujący.

Wilma Mankiller, wódz plemienia Czirokezów grupy zachodniej

W POPRADZKICH KOSZARACH EDITH i Lea obudziły się w innym świecie. Nie było żadnego śniadania, żadnego śpiewu, żadnej matki. Edith zacisnęła znów powieki, zmęczone całym tym zamieszaniem, płaczem i bezsennością. Co gorsza, dostała okres. Gdy wraz z Leą szła korytarzem, słyszała głosy dziewcząt w pustych pokojach i echo kroków niosące się po tym rozległym budynku.

Szok sprawił, że wiele ocalałych wyparło z pamięci szczegóły czasu spędzonego w popradzkich koszarach. Margie Becker pamięta, że pracowała w kuchni przy obieraniu ziemniaków; wynosiła też jedzenie dla jednej z przyjaciółek, ale było jej bardzo przykro, że dawała jej jedzenie niekoszerne. Dziewczęta otrzymały też polecenie ugotowania duszonej kapusty na popołudniowy posiłek oraz instrukcję, by pociąć chleb na dokładnie stupięćdziesięciogramowe porcje – wielkości zaciśniętej pięści – po jednej dla każdej z nich.

Innym polecono posprzątać w koszarach. Edith i Lea powstrzymywały łzy, gdy na czworakach skrobały i szorowały podłogi i ściany. „Nikt nam nie powiedział, co my tam właściwie robimy – wspomina Edith. – Dali nam szmaty i mopy i kazali wyczyścić koszary. No to czyściłyśmy. Zastanawiałyśmy się, czy to jest ta nasza praca dla rządu. To nie było nic strasznego, ale wydawało nam się dziwne, żeby zwieźć dwie setki dziewczyn do wysprzątania koszar. Po co aż tyle? Nic nie wiedziałyśmy”.

A potem do koszar przyjechały 224 dziewczyny z Preszowa, z których 74 były nastolatkami, w tym Magda Amster.

„Wiesz – mówi Edith – te uczucia bardzo trudno wytłumaczyć, ponieważ siedemnastolatka, jeśli nie jest kompletną idiotką, patrzy w przyszłość ze znacznie większym optymizmem niż osoba starsza. Przy całym strachu i niepewności był w nas optymizm”. Tak jak inne przypominała sobie, co jej mówiono, i myślała: „Może tu rzeczywiście chodzi o pracę. Może jest w tym jakiś szczególny cel. Może to praca nie tak ciężka i nie tak straszna. Nie wiedziałyśmy – bo i skąd? Nikt wtedy nie wiedział o Auschwitz”.

W grupie młodych kobiet z Preszowa były też dwie w średnim wieku. Fanny Grossmann i Etela Wildfeur miały po czterdzieści pięć lat i być może przyłączyły się do osiemnastoletniej Ruženy Grossmann i dziewiętnastoletniej Marty Wildfeur, ich córek...

Rząd jasno zaznaczył, że do pracy mają się rejestrować tylko kobiety młode i niezamężne. Co więc Fanny i Etela – a do końca tygodnia jeszcze dwadzieścia trzy inne kobiety w średnim wieku – robiły w pierwszym transporcie? Nie przyjechały z jednej miejscowości74. Siedem z nich pochodziło z Preszowa, cztery z Humennego, trzy z Lewoczy, a jedna przyjechała autobusem ze Stropkova.

Być może postanowiły one wyjechać razem z młodszymi, ale nie ma sposobu, by się dowiedzieć, czy zaplanowały to wcześniej jako swoisty akt oporu czy solidarności, niezgody na to, by dziewczęta jechały same bez opieki. Niewykluczone więc jest również to, że nie były z nimi wcale spokrewnione. Zostały jednak wciągnięte na listę, a ich postępowanie było być może małym aktem buntu, który mógł być podjęty tylko przez kobiety – mężczyźni nie mogli zgłosić się na ochotnika, by zastąpić swe córki czy siostry. Kiedy więc zjawiły się na dworcach kolejowych czy autobusowych, nie zawrócono ich.

 

Pojawia się zatem pytanie: jeśli nie było ich na pierwotnej liście, to może zarejestrowały się pod imionami córek lub innych krewnych, które chciały zastąpić? Czy też po prostu przekazały własne dane i na ochotnika zgłosiły się za młodsze kobiety? Niezależnie od tego, jak to się stało, znalazły się na ostatecznej liście. Liczba kobiet się zgadzała, więc nikt nie został odesłany.

Tak więc te bogobojne religijne kobiety stanęły przed członkami Gwardii Hlinki i… podały swoje nazwiska i wiek. Zostały zarejestrowane: Eta Galatin75, czterdzieści lat, Margita Gluck, czterdzieści pięć lat, Lenka Neumann, czterdzieści dwa lata, Fanny, Paula, Ilona, Rezi… Mająca pięćdziesiąt osiem lat Etela Jager była najstarsza i naprawdę sama – była jedyną kobietą w transporcie noszącą to nazwisko i pochodziła z wioski, której nie ma już na mapie. Co tam robiła? Może zgłosiła się za swoją wnuczkę.

Nie dowiemy się, czy sprzeciwiły się władzy, czy też pojechały w akcie solidarności ze swymi córkami, ale ich cicha odwaga mówiła o sile ich ducha. Żadna z nich nie przeżyła.

Ten pierwszy transport sprowokował też inny, znacznie lepiej udokumentowany akt oporu. W położonym niedaleko granicy Bardiowie76 trzysta dziewcząt miało się zgłosić 20 marca i zostać na noc w szkole żydowskiej. Jednakże 19 marca rabin Levi udał się do doktorów Grosswirtha i Mosze Atlasa z ryzykownym pomysłem. Poprosił ich, by dali niektórym dziewczętom podwójną dawkę szczepionki przeciw tyfusowi, tak by rano miały gorączkę. Lekarze się zgodzili i rankiem ogłosili epidemię tyfusu. Lokalne władze objęły całą dzielnicę żydowską kwarantanną, a wszystkie dziewczęta mieszkające w obrębie miasta zostały wyłączone z wyjazdu „do pracy”. Nie pozwolono im nawet wejść do szkoły.

W sobotę rano, po nocy spędzonej w szkole, około dwustu dziewcząt z okolic Bardiowa przewieziono pociągiem pasażerskim do Popradu. Ale z samego Bardiowa nie wyjechała żadna.

Konce wciąż brakowało dziewcząt do osiągnięcia jego celu – deportacji pięciu tysięcy osób w ciągu tygodnia – co może tłumaczyć, dlaczego miejscy obwoływacze zaczęli nagle wykrzykiwać obwieszczenia w małych miasteczkach i po wsiach. „Miejscy krzykacze nie zawsze byli skuteczni – mówi Edith. – Chodzili po wsiach i walili w swoje bębny, ale mieli do obejścia tyle wsi, że trzeba było nieraz kilku dni, by nowiny wszędzie dotarły”. Tak upłynęły dwa tygodnie. Przypadek dziewcząt z Bardiowa sprawił, że Konka i jego ludzie musieli poszukać gdzie indziej młodych kobiet do deportacji.

Niedziela, 22 marca 1942 roku

O ILE RODZINY W WIĘKSZYCH miastach, takich jak Humenné czy Preszów, miały czas na przygotowanie córek albo umożliwienie im ucieczki, o tyle dziewczęta z miasteczek i wsi nie spotkały się z żadnymi niemal ostrzeżeniami – co okazało się praktyką wysoce efektywną dla władz. Ponad połowę ludności Stropkova stanowili Żydzi. Mieli tam synagogę i jesziwę, a choć bieda wśród wiejskich społeczności była powszechna, Stropkov miał dobrze prosperujący plac targowy i własnego rabina. W okolicznych wioskach mieszkały często jedynie jedna czy dwie żydowskie rodziny.

Peggy znała dosłownie każdego w Kolbovcach, wiosce, w której dorastała. To wszystko byli zresztą jej krewni. Jej opiekuńczy starsi bracia wrócili tego niedzielnego popołudnia z pracy w kiepskim nastroju, by powiadomić rodzinę, że słyszeli miejskiego obwoływacza z bębnem i Peggy ma się zgłosić nazajutrz do pracy rządowej. Dobra wiadomość była taka, że mieli jej płacić, więc rodzina na tym zyska – zapewnili rodziców – będzie to istotna pomoc. Czasy były ciężkie, zwłaszcza dla rodzin żydowskich, które potrzebowały każdego wsparcia.

Tego wieczoru po spakowaniu rzeczy Peggy zatrzymała się przed lustrem i pomyślała, że nagle jej twarz spoważniała. Wygładziła czarne grube włosy, nawijając je na wałki – może dlatego wyglądała na bardziej dojrzałą? Nigdy wcześniej nie opuściła sama Kolbovców, ale perspektywa wspierania rodziców sprawiała, że poczuła się bardzo dorosła i odpowiedzialna. Bo jak większość nastolatek sądziła, że dorosłość jest czymś ekscytującym, w co warto wejść. Wzdychając w oczekiwaniu na to, co miało ją spotkać, Peggy wyobraziła sobie, że wyjeżdża, by przeżyć jakąś wielką przygodę. Nie mogła się doczekać.

TEJ SAMEJ NIEDZIELI w innej wiosce niedaleko Stropkova córki Berkowitzów już się schowały, gdy przyszedł miejscowy policjant z listą. Matka Berthy powiedziała mu, że córki wyjechały z wizytą do krewnych, ale mężczyzna już nieraz słyszał tę śpiewkę i zagroził, że źle się to skończy, jeśli przynajmniej jedna z jej córek nie pójdzie z nim.

Matka i ojciec Berthy spytali, gdzie dziewczęta mają pojechać. Chcieli wiedzieć, co córki będą robić – jak to rodzice. Kiedy policjant odpowiedział, że pojadą do fabryki butów, doszli do wniosku, że brzmi to nie najgorzej. Pani Berkowitz zawołała szesnastoletnią Berthę, żeby wyszła z kryjówki. Młodsza Fany pozostała w ukryciu. „Nie martw się – pocieszała Berthę matka. – Pójdę z tobą na tę rejestrację”.

Razem zapakowały trochę rzeczy Berthy do torby na ramię, a policjant czekał. Gdy weszła jeszcze do domu, ojciec posadził ją na stołku. Łzy pociekły mu po twarzy, gdy położył dłonie na jej głowie. Zaczął się modlić. „Bóg ci pomoże. Wkrótce będziesz znów w domu”. Bertha pierwszy raz w życiu widziała płaczącego ojca. I były to ostatnie słowa, jakie do niej powiedział.

Kiedy już zbierały się do wyjścia, matka Berthy zawołała do synów: „Nie zapomnijcie zdjąć prania!”. Zamarznięte na sznurze koszule i skarpety kołysały się na wietrze, jakby machały im na pożegnanie.

Pani Berkowitz i policjant eskortowali Berthę i jej najlepszą przyjaciółkę Peshy Stainer do większej wsi Kapišová, gdzie miały spędzić noc. Rano miał je stamtąd zabrać autobus. Bertha i Peshy spały w zaprzyjaźnionym domu wraz z innymi dziewczętami, które w towarzystwie matek albo ojców przyszły z okolicznych wiosek. Ale Bertha wspomina: „Nie spałam dobrze, a moja mama nie spała wcale. W tę jedną noc postarzała się o dziesięć lat”.

W PONIEDZIAŁKOWY PORANEK W DOMU Peggy pojawił się policjant. Jej matka spakowała kanapki i trochę słodyczy na dwugodzinny marsz do miasta, a Peggy uściskała braci i rodziców na pożegnanie. Ciepło ubrana, z szalikiem wokół szyi, pomachała im jeszcze raz i ruszyła na spotkanie z przygodą.

Jedyna droga prowadziła przez dolinę. Śnieg oblepił wzgórza, ziemia była twarda i zmarznięta. Cytrynowe słońce wspinało się ponad górami, a poranne cienie uciekały do lasów. W następnej wsi, Brusnicy, do Peggy dołączyła dwudziestojednoletnia Anna Judová. Dziewczyny wychowały się na słowackiej wsi wśród gojów i szeroki świat niezbyt je obchodził. Na energicznej twarzy Peggy widniał szeroki uśmiech i maszerowała raźno drogą w dół z masą ciemnych włosów spiętych pod czapką naciągniętą na uszy. Godzinę później eskortujący je policjant zatrzymał się, by zabrać Ruženę Kleinman77. Trzy dziewczyny poprawiły torby i zaczęły paplać w rześkim porannym powietrzu.

Czterdzieści innych kobiet stało już na przystanku autobusowym w Stropkovie, gdy dołączyły do nich Peggy, Ružena i Anna. Wśród gwaru młodych głosów dziewczęta zastanawiały się nad tajemnicą tej rządowej pracy. Niektóre słyszały tak jak Bertha, że będą pracować w fabryce obuwia, inne zaś, że na farmie. Kierowca autobusu był uprzejmy i uśmiechał się do nich, ale wiedział tylko tyle, że mają pojechać do Popradu. Ponieważ święto Pesach przypadało już za tydzień, dziewczęta zastanawiały się, czy pozwolą im wrócić do domu na seder. Poprad nie był znów aż tak daleko, ledwie kilka godzin drogi.

Peshy Steiner była dla pani Berkowitz jak córka i kiedy dziewczęta wsiadały do autobusu, matka Berthy spojrzała na jej piękną twarz i wzięła ją za rękę. „Obiecajcie mi, że będziecie się opiekować jedna drugą – powiedziała. – I pamiętajcie78, że Bertha to jeszcze dziecko. Pilnujcie jej tak, jakby była waszą małą siostrzyczką”. Poczuły się zobowiązane przyrzeczeniem i zawiązały swoiste siostrzeństwo. Gdy Bertha całowała matkę na pożegnanie, czuła, że coś się zmieniło głęboko w niej. Powiedziała: „Stanę się dorosła”.

Silnik autobusu zakaszlał, a potem zawarczał. Smród benzyny uderzył im do nosów, gdy czarny dym buchnął z zardzewiałej rury wydechowej. Było wiele gadaniny i podniecenia; większość dziewcząt wcale nie była smutna. „Żadna z nas nie myślała, że po raz ostatni widziałyśmy naszych rodziców. Wyjeżdżałyśmy na krótko i miałyśmy niedługo wrócić” – wspomina Bertha. „Śmiałyśmy się i śpiewałyśmy – mówi Peggy. – To była przygoda. Kierowca autobusu był bardzo miły, a my miałyśmy kanapki zapakowane przez mamy. To było jak piknik!79” Nawet kierowca żartował wraz z nimi.

Po jakichś dwóch godzinach podróży sceneria zaczęła się zmieniać, gdy ukazały się Tatry Wysokie ze swoimi szczytami poszarpanymi jak zęby smoka, sterczące w zimowej bieli na tle lodowatego błękitu nieba. Podobnie jak przed nimi dziewczęta z Humennego, te młode kobiety poczuły na widok Tatr taki przypływ patriotycznej dumy, że widząc to, co wydawało im się ostatecznym celem podróży, zaczęły śpiewać80.

Dotoczywszy się do koszar w Popradzie, kierowca otworzył drzwi autobusu i rozentuzjazmowane dziewczęta wysypały się na zewnątrz. Rozglądały się wokół lekko zdezorientowane i uśmiechały się do mężczyzn w czarnych mundurach, zbliżających się ku nim z pejczami w rękach. „Od chwili gdy wysiadłyśmy z autobusu, wszystko się zmieniło – wspomina Peggy. – Strażnicy wrzeszczeli na nas, bili pejczami”. Popychane przez tych mężczyzn, brutalnych i opryskliwych, dziewczyny zatrzymały się na chwilę, odwracając się po pomoc do kierowcy autobusu. Co to było? Co tu się działo? Kierowca patrzył na to równie zaszokowany jak jego pasażerki. Absurdalność sytuacji pogłębiała ich dezorientację. Nastrój nadziei i zapału prysnął.

Za oknami koszar dzień przechodził w noc. Kanapek, które jadły w autobusie, już nie było. Mamy zapakowały im tylko jedzenie na drogę, przekonane, że córki dostaną kolację. Ale na miejscu nie czekał na nie żaden posiłek. Edith i inne dziewczyny zjadły już swoją poniedziałkową rację żywnościową – sto pięćdziesiąt gramów ziemniaków81. Krzepkie wiejskie dziewczyny z okolic Stropkova spotkały w koszarach dziewczęta o pustym spojrzeniu, zamknięte tu od dwóch dni, z twarzami skrzywionymi od szoku i głodu. Dziewczyny z Humennego przyjechały w piątek i do tej pory nie dostały do jedzenia nic prócz stu pięćdziesięciu gramów kaszy, kapusty albo fasoli na dzień plus przydziałowy kawałek chleba. Trudno było uwierzyć, że ledwie kilka dni wcześniej śpiewały patriotyczne pieśni w drodze do Popradu.

SZESNASTOLETNI IVAN RAUCHWERGER przyjechał z kilkoma przyjaciółmi, by sprawdzić, co dzieje się z dziewczynami. Pochodził ze Nowej Wsi Spiskiej, miasta leżącego jakieś dwadzieścia pięć kilometrów na wschód od Popradu. Ivan też był zaszokowany, że dziewczyna, którą kochał, została wraz z wieloma innymi zabrana do jakiejś pracy dla władz. Dlaczego nie wezwano żydowskich mężczyzn, silniejszych i bardziej wytrzymałych? Dlaczego nie wezwano jego?

Tak jak cała żydowska społeczność rodzina Ivana była skonsternowana tą nagłą branką rządową. „Kraj nie pozostał na to całkiem ślepy – wspomina. – Wielu chrześcijańskich biznesmenów kontaktowało się z biskupami w Bratysławie i prosiło o interwencję u prezydenta Tisy na rzecz ich żydowskich przyjaciół, gdyż deportacja samotnych dziewcząt stała w sprzeczności ze wszystkim, czego uczy chrześcijaństwo, a zwłaszcza z przykazaniem miłości bliźniego swego”.


Ivan Rauchwerger jako młody człowiek.

Fot. dzięki uprzejmości i za zezwoleniem Ivana Jarnego.

Tego poniedziałku matka Ivana, Eugénie, kazała mu wypytać sąsiadów, kogo zabrano. Jeden z przyjaciół Ivana pożyczył od wuja samochód i razem z Ivanem i dwoma innymi przyjaciółmi pojechał do koszar w Popradzie. Oddalony mniej niż o kwartał od głównych torów kolejowych piętrowy budynek był łatwy do wypatrzenia z szosy. Pomimo ogrodzenia terenu i strażników przy bramie Ivanowi i jego przyjaciołom udało się wejść do środka i porozmawiać z dziewczętami. Od razu otoczyły ich, spanikowane i wystraszone. „Na policzkach miały ślady rozmazanego tuszu do rzęs; błagały nas, żebyśmy przynieśli im żywność i lekarstwa. Strasznie było je widzieć w takim stanie. Były zrozpaczone”. „Płakałyśmy cały czas – mówi Edith. – Co z nami będzie? Co my tu robimy? Strażnicy nic nam nie mówili”.

 

Następnego dnia, kiedy pojawiło się więcej mężczyzn zaniepokojonych losem swoich sióstr i kuzynek, strażnicy przestali pozwalać na wchodzenie na teren koszar. Luddy, brat Jany Ros­ner, wielokrotnie próbował zobaczyć się z siostrą, ale mu się nie udało. Emil Knieža pożyczył od przyjaciela goja mundur wojskowy i pozwolono mu zobaczyć jego młodą żonę, Ruženę Gräber, którą Edith znała ze szkoły. Ružena domagała się wypuszczenia na wolność, bo przepisy w sprawie przymusowej pracy nie dotyczyły jej jako mężatki, ale urzędnicy nie zwracali sobie głowy takimi drobiazgami. Przełożywszy palce przez druty ogrodzenia, by się dotknąć, Ružena i Emil odbyli pełną rozpaczy rozmowę. „Zabiorą cię do Polski” – ostrzegł żonę. Żadne z nich nie wiedziało, co to właściwie oznacza.

W dziewczętach zamkniętych w koszarach kipiało od niepokoju i niecierpliwości. Wydawało się, że na coś czekają. Tylko na co? Tymczasem przyjeżdżały następne autobusy z rozrzuconych po kraju miejscowości.

FARMĘ HARTMANNÓW82 PROWADZIŁO dwóch KUZYNÓW, bliskich sobie jak bracia. Dzierżawiąc rozległy dom i otaczające go użytki rolne od pewnej węgierskiej arystokratki, Bela i Dula Hartmannowie dzielili się wszystkim. Dom miał dwa skrzydła, tak więc każda rodzina miała własną kuchnię i łazienkę, a obie dzieliły salon, gdzie dzieci mogły się zbierać wieczorami, by pośpiewać, zagrać w coś lub poczytać przy świetle świec. Nie było w domu elektryczności ani sieci wodociągowej, ale nie widziano w tym nic niezwykłego ani uciążliwego.

W murach domu Hartmannów żyło sześcioro dzieci. Córka Beli, Magduška, była ciemnowłosą poważną nastolatką o uśmiechu Mony Lisy. Żona Beli zachorowała na stwardnienie rozsiane, gdy dzieci były jeszcze małe. Przed wojną i wprowadzeniem Kodeksu żydowskiego opiekowały się nią gojki, ale od kiedy zatrudnianie gojek przez Żydów stało się nielegalne, to Magduška stała się główną opiekunką matki. To była ciężka praca: dbanie o higienę, pomoc w jedzeniu i używaniu toalety zrobiły z dziewczynki aż nazbyt poważną nastolatkę, co może tłumaczyć smutne, przenikliwe spojrzenie jej brązowych oczu. Eugen, brat Magduški, był równie odpowiedzialnym piętnastolatkiem, pracującym w polu wraz z ojcem.

Ich kuzynka Olga nie musiała dźwigać takiego brzemienia po swojej stronie domu, ale jako najstarsza z dzieci Duli musiała przypilnować młodsze rodzeństwo: Biankę, Valerię i Ondreja (Bundiego), najmłodszego w rodzinie, biegającego wciąż po sadzie i wdrapującego się na drzewa, by zrywać wiśnie. Wesoła szesnastolatka Nusi (bo tak wszyscy nazywali Olgę) uwielbiała swą nieco starszą kuzynkę Magduškę. Okrągłe jak racuszki policzki Nusi i jej szeroki uśmiech kontrastowały z ciemniejszą karnacją i smętną twarzą kuzynki. Nusi zawsze wyglądała tak, jakby zaraz miała opowiedzieć jakiś dowcip, a Magduška, jakby miała jakąś tajemnicę, ale pomimo tych różnic dziewczęta były sobie bliskie jak siostry. Znały się od dziecka i pomagały razem w rodzinnej farmie od czasu, gdy były dość duże, by wybierać jajka spod kur.

We wsi Rožkovany żyły tylko trzy rodziny żydowskie na sześciuset mieszkańców. Wśród chłopów nie było otwartego antysemityzmu. Wszyscy sobie wzajemnie pomagali podczas żniw i w ciężkich czasach. Zarówno Eugen, jak i Ondrej bawili się z chrześcijańskimi i żydowskimi dziećmi i mieli dobrych przyjaciół wśród wyznawców obu religii.

Poważna farma braci Hartmann zatrudniała miejscowych w mleczarni i przy pracach w polu, gdzie uprawiano pszenicę, kukurydzę, owies, a z łąk zbierano siano dla zwierząt. Hartmannowie hodowali też owce, z których mleka wyrabiali sery, a także zajmowali się sadem, gdzie rosły grusze, jabłonie i wiśnie. Najbliższym miasteczkiem były odległe o trzy kilometry Lipany, gdzie znajdowała się mała synagoga, w której modlili się Hartmannowie. Na terenach wiejskich mało było sygnałów ostrzegawczych, więc Hartmannowie słyszeli tylko co nieco o nowym obowiązku pracy dla żydowskich dziewcząt. Młodsza siostra Nusi, Bianka, miała prawie piętnaście lat, więc Dula na wszelki wypadek wysyłał ją na noclegi do domu przyjaciela goja. Tak jak Friedmanowie Hartmannowie nie chcieli łamać prawa. I Nusi była w domu, gdy zjawił się po nią policjant.

Wspominając scenę pakowania się siostry, Ondrej powiedział: „Wyglądało to tak, jakby jechała na obóz letni”. Wzięła ze sobą manierkę na wodę, kubek do picia, który można było złożyć i wtedy mieścił się w kieszeni, szczoteczkę i pastę do zębów, ołówek i papier, żeby mogła pisać do domu, wygodne buty do pracy, najlepszy płaszcz. Rękawiczki. Szalik. Czapkę. Piżamę. Ubranie na zmianę.

Magduška nie spakowała niczego. Policjant, który dobrze znał rodzinę i wiedział, że Magduška była opiekunką matki, powiedział: „Zabierzemy ją tylko do najbliższego miasta. Jestem pewien, że ją zwolnią”. Bela musiał tylko wyjaśnić sytuację rodzinną. „Tak też zrobimy” – powiedział Bela i włożył palto. Magduška ucałowała matkę, zmierzwiła włosy bratu i powiedziała: „No to na razie”. To było „bardzo nonszalanckie – mówi Eugen. – Ale jechała w końcu tylko do sąsiedniego miasta”. Nikt się nie martwił. Zaraz miała wrócić.

Bela, któremu prócz córki i kuzynki towarzyszył policjant, zauważył, że zebrano jeszcze siedemnaście innych dziewcząt. Wszystkie się znały, a Ellie i Kornelia Mandelówny były bliskimi przyjaciółkami Nusi. Beli ulżyło na myśl, że Nusi nie będzie osamotniona, tym bardziej że Magduška miała wrócić do domu. Gdy Nusi wdała się w rozmowę z siostrami Mandel, wziął córkę za rękę i razem podeszli do urzędnika sprawdzającego nazwiska na liście. Wyjaśnił mu, jak ważne obowiązki ma jego córka jako opiekunka matki. Biurokrata z ołówkiem w dłoni posłał Hartmannowi sceptyczne spojrzenie.

– Przecież nie zabieramy matki, tylko córkę.

– Nie możecie tego zrobić – zaprotestował Bela. – Prowadzimy farmę ważną dla zaopatrzenia wojska, a mój syn pracuje w polu. Jej matka jest przykuta do łóżka.

– To nie jest nasz problem.

– Proszę posłuchać. Magduška jest niezbędnym elementem naszej farmy. Nie mogę jednocześnie dbać o mleczarnię i moją żonę. Jak mamy jednocześnie doić krowy i owce, uprawiać owies i pszenicę, a przy tym opiekować się inwalidką? Żeby pracować, potrzebujemy Magduški.

– W takim razie musi pan znaleźć sobie kogoś innego do pomocy. Ta dziewczyna musi się zgłosić do trzymiesięcznej służby dla państwa.

Z Magduški opadła powłoka spokoju. Jej ciemne oczy wypełniły się łzami. Co poczną bez niej? Nawet się nie pożegnała.

Nusi wraz z Mandelównami próbowała ją pocieszyć. Bela otoczył potężnymi ramionami jedyną córkę i przycisnął do siebie. Powiedział dziewczętom, by napisały jak najszybciej. Kiedy tylko będzie znał ich adres, wyśle im ubrania i pieniądze, żeby mogły sobie kupić, co trzeba, gdy zaczną pracę w fabryce. Poprosił też o kontakt Ellie i Kornelię. Przypomniał im, żeby opiekowały się sobą nawzajem i pamiętały, że Bóg jest z nimi. Ten czas przeleci tak szybko, że zanim się obejrzą, znów będą obchodzić w domu święto Rosz ha-Szana.

Jego słowa wywołały uśmiech na twarzy córki. Gdy błogosławił pocałunkiem jej oczy i skronie, być może pomyślał, że kiedy zobaczy ją następnym razem, będzie już miała siedem­naście lat.

Tym razem nie podstawiono żadnego autobusu. To była ostatnia grupa dziewcząt do zabrania i prawie czterdzieści kobiet załadowano na skrzynię ciężarówki razem z ich bagażami. Bela pomógł córce i kuzynce wdrapać się na platformę i ucałował je obie na pożegnanie. Do Popradu było nieco ponad sto kilometrów. Dziewczęta przykucnęły przy burtach skrzyni, by ochronić się przed wiatrem.

Wśród tych nastolatek trzęsących się z zimna na skrzyni ciężarówki była osiemnastoletnia Linda Reich, która „siedziała wygodnie z rodziną w domu, gdy zaraz po kolacji do drzwi zaczęła dobijać się Gwardia Hlinki”. Zdumieni tym nagłym przerwaniem im spokojnego wieczoru, ani Linda, ani jej rodzice nie wiedzieli, co się właściwie dzieje, ale „hlinkowcy powiedzieli nam: «Zabieramy was do pracy w Niemczech, żebyście mogli pomóc waszym rodzinom w kraju i wesprzeć je»”. Linda była młoda i powiedziała: „To świetnie, bo teraz jest fatalnie”.