Pierwsza osoba liczby pojedynczej

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Ichininshō tansū

Projekt serii: Agnieszka Spyrka

Projekt okładki: Ula Pągowska

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska

© ICHININSHO TANSU (First Person Singular)

Copyright © 2020 Haruki Murakami

Originally published by Bungeishunju Ltd., Tokyo.

All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-1527-1

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2020

Spis treści

Do kamiennej poduszki (Ishi no makura ni)

Śmietanka (Kuriimu)

Charlie Parker Plays Bossa Nova (Chārii Pākā pureizu bosanova)

With the Beatles (Wizu za Biitoruzu)

Wiersze zebrane o drużynie Yakult Swallows (Yakuruto Suwarōzu shishū)

Karnawał (Shanikusai) (Carnaval)

Wyznanie Małpy z Shinagawy (Shinagawazaru no kokuhaku)

Pierwsza osoba liczby pojedynczej (Ichininshō tansū)

Słowo od tłumaczki


Do kamiennej poduszki
Ishi no makura ni


Chcę tu opowiedzieć o pewnej kobiecie. Chociaż na dobrą sprawę zupełnie nic o niej nie wiem. Nie mogę sobie przypomnieć jej imienia ani twarzy. Ona też pewnie nie pamięta, jak ja się nazywałem i wyglądałem.

Kiedy ją poznałem, byłem na drugim roku studiów, nie miałem jeszcze dwudziestu lat. Ona pewnie miała ze dwadzieścia pięć. Dorabialiśmy sobie, pracując w tej samej restauracji. I przypadkiem tak się złożyło, że spędziliśmy razem noc. Nigdy więcej się nie widzieliśmy.

Mając dziewiętnaście lat, nie wiedziałem prawie nic o tym, co dzieje się w moim sercu, naturalnie nie miałem więc też pojęcia, co dzieje się w sercach innych. Mimo to myślałem, że mniej więcej potrafię rozpoznać radość i smutek. Tylko nie bardzo umiałem odróżnić liczne zjawiska występujące pomiędzy radością a smutkiem i zrozumieć ich wzajemną konfigurację. To często budziło we mnie niepokój i uczucie bezsilności.

Mimo to chciałbym jednak opowiedzieć o tej kobiecie.

Wiem, że pisała wiersze w formie tanka[1] i wydała jeden zbiór. Napisałem „zbiór”, ale były to po prostu zszyte sznurkiem kartki, na których wydrukowano wiersze, i do tego zwykła okładka. Całość przypominała jakąś broszurę czy skrypt. Nie dało się tego nawet nazwać „książką wydaną nakładem autorki”. Jednak kilka zawartych tam wierszy niezwykle silnie do mnie przemówiło. Większość jej poezji dotyczyła miłości między kobietą a mężczyzną albo śmierci. Jakby chciała pokazać, że miłość i śmierć zdecydowanie nie pozwalają się od siebie oddzielić, nie pozwalają się też kategoryzować.

Żyjemy teraz

tak daleko od siebie.

Czy też się mylę?

Jeśli dobrze pamiętam,

przesiadka na Jowiszu?

Przykładam ucho

do kamiennej poduszki

i słyszę wtedy

ciszę, tę wielką ciszę

płynącej, rozlanej krwi.

– Wiesz, jak będę dochodziła, możliwe, że wykrzyknę imię innego mężczyzny. Nie zdenerwuje cię to? – zapytała. Leżeliśmy nadzy na materacu.

– Nie – odparłem, ale nie byłem pewien. Coś takiego raczej nie powinno mnie zdenerwować. W końcu to tylko imię. Niczego nie zmieni.

– Możliwe, że krzyknę głośno.

– Z tym może być pewien problem – powiedziałem pospiesznie. Budynek był drewniany, miał ściany cienkie i kruche jak wafelki, które kiedyś lubiłem. Zrobiło się już bardzo późno, więc jeżeli głośno krzyknie, sąsiedzi na pewno to usłyszą.

– W takim razie zatkam sobie usta ręcznikiem – oznajmiła.

Poszedłem do łazienki, wybrałem najczystszy i najporządniejszy ręcznik, jaki miałem, i położyłem obok materaca.

– Może być taki? – zapytałem.

Kilka razy zacisnęła zęby na ręczniku, zupełnie jak koń wypróbowujący nowe wędzidło. Potem skinęła głową na znak, że może być.

Do tego, że znaleźliśmy się razem w łóżku, doszło w zasadzie siłą rozpędu. Ani ja jej specjalnie nie pragnąłem, ani ona specjalnie nie pragnęła mnie (tak sądzę).

Tamtej zimy zmywałem naczynia albo pomagałem w kuchni w taniej włoskiej restauracji niedaleko dworca Yotsuya, a ona była tam kelnerką. Przez dwa tygodnie byliśmy zatrudnieni w tym samym miejscu, ale ponieważ każde z nas pracowało w innej części restauracji, nie mieliśmy nigdy okazji dłużej porozmawiać. Wszyscy zatrudnieni na godziny, oprócz niej, byli studentami. Pewnie z tego powodu trzymała się od nas na dystans.

W połowie grudnia zrezygnowała z pracy, więc ostatniego dnia poszła z kilkoma osobami do pobliskiej piwiarni. Mnie też zaprosili. To nie była impreza pożegnalna z prawdziwego zdarzenia. Przez godzinę piliśmy piwo, jedliśmy jakieś niewymyślne zakąski i gadaliśmy na luźne tematy – to wszystko. Wtedy dowiedziałem się, że wcześniej pracowała w agencji nieruchomości i w księgarni. Powiedziała, że w obu miejscach nie mogła dogadać się z szefem czy właścicielem. W restauracji nie miała żadnych nieprzyjemności, ale za mało jej płacili i nie bardzo wystarczało jej na życie, więc choć niechętnie, musiała odejść i szukała nowego zajęcia.

– A gdzie chciałabyś pracować? – zapytał ktoś.

– Wszystko mi jedno – odparła, pocierając palcem policzek koło nosa (miała tam dwa małe pieprzyki, które przypominały niewielki gwiazdozbiór). – Pewnie i tak nie znajdę nic ciekawego.

Mieszkałem wtedy w Asagai, ona w Koganei. Dlatego razem wsiedliśmy w Yotsui w przyspieszony pociąg linii Chūō. Usiedliśmy obok siebie. Minęła już jedenasta. Wiał silny wiatr i było przenikliwie zimno. Nagle człowiek sobie uświadamiał, że nadeszła pora rękawiczek i szalików. Gdy pociąg dojeżdżał do Asagai, wstałem, zamierzając wysiąść, lecz ona podniosła głowę i spojrzała na mnie.

– Słuchaj, czy mogłabym się dzisiaj u ciebie zatrzymać? – zapytała cicho.

– Mogłabyś, ale dlaczego?

– Bo do Koganei jest daleko.

– Mam małe mieszkanie i bałagan – ostrzegłem ją.

– Takie rzeczy nie mają znaczenia – powiedziała. Chwyciła mnie za rękaw płaszcza.

Przyszliśmy do mojego ciasnego nędznego mieszkania i napiliśmy się piwa z puszek. Piliśmy powoli. Potem, jakby to było oczywiste, wstała, rozebrała się na moich oczach – w jednej chwili była naga – i położyła się na materacu. Ja też zdjąłem ubranie i położyłem się obok. Zgasiłem światło, ale pokój oświetlał gazowy piecyk.

Pod kołdrą niezdarnie staraliśmy się nawzajem ogrzać. Przez pewien czas żadne z nas się nie odzywało. To, że le­żeliśmy teraz razem nadzy, było zupełnie niespodziewane, więc nie wiedzieliśmy, o czym mamy rozmawiać, jednak oboje dosłownie czuliśmy przez skórę, że nasze ciała powoli się rozgrzewają i rozluźniają. Było to niezwykle intymne doznanie.

Wtedy właśnie powiedziała:

– Wiesz, jak będę dochodziła, możliwe, że wykrzyknę imię innego mężczyzny. Nie zdenerwuje cię to?

– Kochasz go? – zapytałem po przyniesieniu ręcznika.

– Uhm. Bardzo – odparła. – Strasznie, strasznie go kocham. Nie mogę przestać o nim myśleć. Ale on mnie za bardzo nie kocha. A raczej ma inną oficjalną dziewczynę.

– Spotykasz się z nim mimo to?

– Uhm. Kiedy pragnie mojego ciała, dzwoni po mnie – dodała. – Jakby zamawiał przez telefon jedzenie z restauracji.

Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc milczałem. Przez chwilę rysowała mi palcem jakieś wzory na plecach. A może pisała jakieś litery.

– Mówi mi: „Jesteś brzydka, ale masz świetne ciało”.

Nie uważałem, że jest brzydka, choć rzeczywiście nie dałoby się jej nazwać pięknością. Inna sprawa, że teraz w ogóle nie pamiętam już, jak wyglądała, i nie potrafię jej dokładnie opisać.

– Ale kiedy dzwoni, idziesz do niego?

– Przecież go kocham, nie mam wyboru – stwierdziła, jakby to było oczywiste. – Niech ludzie sobie mówią, co chcą, ale czasem mam po prostu ochotę iść z jakimś facetem do łóżka.

Zastanowiłem się nad tym przez chwilę, lecz wtedy nie potrafiłem sobie wyobrazić, co konkretnie czuje kobieta, kiedy mówi: „Czasem mam po prostu ochotę iść z jakimś facetem do łóżka” (właściwie nawet teraz wydaje mi się, że nie całkiem to rozumiem).

 

– Zakochanie się w kimś przypomina chorobę psychiczną, której nie pokrywa ubezpieczenie – oznajmiła. Mówiła obojętnym głosem, jakby czytała jakiś napis na ścianie.

– Co ty powiesz – odrzekłem z podziwem.

– Dlatego ty też możesz sobie wyobrażać, że jesteś z jakąś inną dziewczyną. Pewnie jakąś kochasz?

– Kocham.

– No to ty też możesz krzyknąć jej imię, kiedy będziesz dochodził. Mnie takie rzeczy nie robią różnicy.

Jednak nie wykrzyknąłem imienia tej kobiety – kochałem wtedy jedną, ale z powodu pewnych okoliczności nasza znajomość nie mogła się rozwinąć. Zamierzałem krzyknąć, lecz w końcu poczułem się głupio, więc tylko w milczeniu doszedłem w ciele tej dziewczyny. Ona rzeczywiście planowała chyba głośno krzyknąć imię jakiegoś faceta, więc musiałem w pośpiechu zatkać jej usta ręcznikiem. Miała bardzo zdrowe zęby. Dentysta na pewno byłby zadowolony. Nie pamiętam też, jakie to było imię. Pamiętam tylko, że wydawało mi się jakieś zwykłe, mało charakterystyczne. Zdumiało mnie, że takie zwyczajne imię ma dla niej takie wielkie znaczenie. Imię, samo imię, może w pewnych okolicznościach wstrząsnąć nami bardzo gwałtownie.

***

Następnego dnia rano miałem wcześnie wykład, musiałem też złożyć ważny referat, który mieliśmy napisać zamiast egzaminu połówkowego, jednak w tej sytuacji oczywiście dałem sobie spokój i z jednym, i z drugim (później z tego powodu miałem różne kłopoty, ale to oddzielna historia). Obudziliśmy się w końcu przed dwunastą, zagotowałem wodę, napiliśmy się kawy rozpuszczalnej i zjedliśmy grzanki. Miałem też w lodówce kilka jajek, więc ugotowałem je. Na pogodnym niebie nie było ani jednej chmury, blask słońca raził w oczy i rozleniwiał.

Jedząc grzankę z masłem, zagadnęła, co studiuję. Odpowiedziałem, że jestem na Wydziale Literatury.

Zapytała, czy chcę zostać pisarzem.

Odparłem szczerze, że nie mam właściwie takiego zamiaru. W tamtym czasie wcale nie zamierzałem zostać powieściopisarzem. Nawet nie przyszło mi to do głowy (chociaż na moim roku było pełno ludzi mających takie ambicje). Kiedy usłyszała moją odpowiedź, chyba przestałem ją interesować. Od samego początku nie bardzo ją ciekawiłem, a teraz ciekawiłem ją jeszcze mniej.

W biały dzień widok ręcznika z wyraźnymi śladami jej zębów wydał mi się niezwykły. Musiała je mocno zacisnąć. Ona sama w świetle dnia robiła wrażenie jakoś niedopasowanej. Ta koścista drobna kobieta o bladej cerze nie wyglądała na tę samą osobę, która wczoraj w nocy w blasku zimowego księżyca wydawała w moich ramionach uwodzicielskie okrzyki rozkoszy.

– Piszę poezje w formie tanka – oznajmiła ni stąd, ni zowąd.

– Poezje w formie tanka?

– Chyba wiesz, co to jest?

– Oczywiście.

Nawet ja, niemający pojęcia o wielu rzeczach, wiedziałem, co to tanka.

– Chyba pierwszy raz w życiu spotykam kogoś, kto naprawdę pisze poezje w formie tanka.

Roześmiała się wesoło.

– Są na świecie tacy ludzie.

– Należysz do takiego kółka zainteresowań?

– Nie, nie dlatego piszę – powiedziała. Lekko wzruszyła ramionami. – Przecież można samemu pisać wiersze. Prawda? To nie jest jak z grą w koszykówkę.

– Jakie wiersze piszesz?

– Chcesz usłyszeć?

Skinąłem głową.

– Naprawdę? Czy mówisz tak tylko po to, żeby mi zrobić przyjemność?

– Naprawdę.

Nie kłamałem. Naprawdę poważnie zainteresowałem się, jakie wiersze może pisać kobieta, która zaledwie kilka godzin temu dyszała w moich ramionach, wykrzykując imię innego mężczyzny.

Wahała się przez chwilę.

– Jednak wstydzę się teraz ci je recytować. Jeszcze jest rano i tak jasno. Ale wydałam jeden zbiór wierszy, więc jeśli naprawdę chcesz przeczytać, mogę ci potem wysłać. Podaj mi nazwisko i adres.

Napisałem na kawałku papieru nazwisko oraz adres i wręczyłem jej, a ona złożyła kartkę na czworo i wsunęła do kieszeni płaszcza. Był to dość zniszczony płaszcz w kolorze bladej zieleni. W zaokrąglonym kołnierzyku tkwiła srebrna broszka w kształcie konwalii. Pamiętam, że lśniła w słońcu wpadającym przez okno od południa. Nie znam się w ogóle na kwiatach, ale z jakiegoś powodu od dawna lubię konwalie.

– Dziękuję, że pozwoliłeś mi spędzić tu noc. Nie chciałam sama wracać pociągiem aż do Koganei, naprawdę nie chciałam – powiedziała, wychodząc. – Kobiety czasem tak się czują.

Oboje dobrze wiedzieliśmy, że pewnie więcej się nie spotkamy. Ona po prostu tamtej nocy nie chciała sama wracać pociągiem aż do Koganei – to wszystko.

***

Tydzień później przyszedł pocztą jej „zbiór wierszy”. Prawdę mówiąc, nie przypuszczałem, że mi go przyśle. Zakładałem, że kiedy po pożegnaniu się ze mną wróciła do domu, zapomniała już w ogóle o moim istnieniu (albo chciała jak najszybciej zapomnieć) i że na pewno nie zada sobie trudu, by pisać na kopercie moje nazwisko i adres, naklejać znaczki i specjalnie nieść ją do skrzynki – albo, nie daj Boże, aż na pocztę. Dlatego kiedy tamtego dnia rano zobaczyłem w skrzynce tę kopertę, byłem bardzo zaskoczony.

Zbiór wierszy miał tytuł Do kamiennej poduszki. W miejscu nazwiska autora wydrukowano tylko „Chiho”. Nie byłem nawet pewien, czy to jej prawdziwe imię czy pseudonim. Na pewno w pracy słyszałem kilka razy, jak ma na imię, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć. Byłem jednak pewien, że nikt nie nazywał jej „Chiho”. Na urzędowo wyglądającej kopercie nie zauważyłem nazwiska ani adresu nadawcy, a w środku żadnego listu ani wiadomości. Tylko zszyty białym sznurkiem cichy cienki plik kartek zawierający zbiór wierszy. Nie odbity na powielaczu, ale porządnie wydrukowany na wysokiej klasy grubym papierze. Prawdopodobnie autorka poukładała wydrukowane strony w stosiki, dołączyła grube okładki i starannie zszyła każdy sznurkiem, nadając mu kształt książki. Chciała zaoszczędzić na oprawie. Próbowałem sobie wyobrazić, jak sama w milczeniu oddaje się tej chałupniczej pracy (nie bardzo mi się udało). Na pierwszej stronie był stempel z numerem 28. Prawdopodobnie kolejny numer jednego z ograniczonej liczby egzemplarzy. Ciekawe, ile ich zrobiła. Nigdzie nie podano ceny. Może nigdy nie miało jej być.

Nie od razu otworzyłem książkę. Położyłem ją na stole i co pewien czas zerkałem na okładkę. Nie chodzi o to, że nie byłem zainteresowany. Myślałem po prostu, że do czytania czyichś wierszy – szczególnie, jeśli były to wiersze osoby, która oddała mi się tydzień wcześniej – trzeba się psychicznie przygotować. Może to coś w rodzaju zasady dobrego wychowania.

W końcu otworzyłem książkę późnym popołudniem w weekend. Oparty o ścianę przy oknie, czytałem w gasnącym świetle zimowego zmierzchu. W zbiorze były czterdzieści dwa wiersze. Po jednym na każdej stronie. To wcale nie tak dużo. Nie znalazłem żadnego wstępu, posłowia ani nawet daty wydania. Tylko wiersze wydrukowane kolejno prostą czcionką z dużymi marginesami na białym papierze.

Oczywiście nie spodziewałem się wspaniałych utworów poetyckich. Tak jak wcześniej powiedziałem, byłem nimi trochę zainteresowany ze względów osobistych. Jakie wiersze mogła pisać kobieta, która wykrzykiwała mi tuż przy uchu imię jakiegoś faceta, zatykając sobie usta ręcznikiem? Kiedy jednak zacząłem czytać, poczułem, że kilka wierszy bardzo mnie poruszyło.

Prawie nic nie wiedziałem o poezji w formie tanka (teraz też nic nie wiem). Dlatego nie potrafię obiektywnie ocenić, które utwory są wybitne jako przykłady poezji w tym klasycznym stylu, a które nie są. Ale bez żadnego związku z takimi kanonami poezji wybitnej i niewybitnej kilka z jej wierszy – konkretnie osiem z nich – miało w sobie coś, co niezwykle do mnie przemówiło.

Na przykład takie dwa:

Ta chwila, teraz –

jeśli ten czas jest teraz,

trzeba to teraz

zmienić w coś, z czego łatwo

nie będzie się wykręcić.

Od gór wiatr wieje,

urywający głowę

bez słów, w milczeniu

świeża czerwcowa woda

u stóp hortensji.

Ku mojemu zdziwieniu, kiedy otworzyłem książkę i zacząłem wodzić oczami po dużym czarnym druku, a potem głośno czytać strofy, udało mi się bez trudu odtworzyć w myślach jej ciało, które obejmowałem tamtej nocy. Nie była to jej nijaka postać widziana w blasku słońca następnego dnia rano, ale pokryte gładką skórą ciało leżące w moich ramionach w świetle księżyca. Kształt­ne krągłe piersi, małe twarde sutki, niezbyt gęste włosy łonowe, bardzo wilgotna wagina. Kiedy osiągnęła orgazm, zamknęła oczy, zaciskając zęby na ręczniku, i żałośnie wymawiała raz po raz imię innego faceta – jakieś zwyczajne imię jakiegoś faceta – imię, którego nie mogę sobie przypomnieć.

Myśląc, że więcej

pewnie się nie spotkamy,

mam też nadzieję,

że przecież musimy się

jeszcze kiedyś gdzieś spotkać.

Czy spotkamy się,

czy wszystko się tak tylko

po prostu skończy?

Blask mnie wzywa ku sobie,

ale cienie chcą zdeptać.

Oczywiście nie wiem, czy dalej pisze poezje w formie tanka. Jak wcześniej wspomniałem, nie wiem nawet, jak się nazywa i nie mogę sobie przypomnieć jej twarzy. Pamiętam tylko imię „Chiho” na okładce książki, bezbronne miękkie ciało w białym świetle zimowego księżyca wpadającym przez okno i dwa pieprzyki obok jej nosa przypominające mały gwiazdozbiór.

Czasami myślę, że może już nie żyje. Nie mogę oprzeć się przekonaniu, że gdzieś, kiedyś odebrała sobie życie. Wiele z jej wierszy – a przynajmniej wiele z tego zbioru – niewątp­liwie próbowało zobrazować śmierć. Z jakiegoś powodu mówiły o obcinaniu głowy. Tak wyglądała dla niej śmierć.

W to popołudnie

wokół mnie nieustannie

padający deszcz.

Tu bezimienny topór

obcina głowę zmierzchu.

Ale ciągle w jakimś zakątku serca mam nadzieję, że jeszcze gdzieś żyje. Czasami myślę sobie, że chciałbym, żeby przetrwała i dalej pisała poezje. Ciekawe dlaczego? Dlaczego w ogóle myślę o czymś takim? Mimo że nic na tym świecie nie łączy mojego istnienia z jej istnieniem. Mimo że gdybym mijał ją na ulicy albo przypadkiem siedział obok niej w jadłodajni, nie ma (najpewniej) możliwości, żebyśmy rozpoznali się nawzajem. Byliśmy jak dwie proste linie, które przecięły się w pewnym miejscu, a potem znowu od siebie oddaliły.

Wiele lat minęło od tamtego czasu. To przedziwne (a może nie ma w tym nic dziwnego), że człowiek starzeje się tak w okamgnieniu. Nasze ciała bezpowrotnie z każdą chwilą zmierzają ku rozpadowi. Zamykam tylko na chwilę oczy, a kiedy je otwieram, odkrywam, że wiele rzeczy, tych nazwanych i tych nie nazwanych, już znik­nęło. Poniósł je silny wiatr w środku nocy i rozwiał na wszystkie strony, nie zostawiając po nich śladu. Zostają tylko okruchy wspomnień. Nie, na wspomnieniach nie można za bardzo polegać. Nikt nie może definitywnie stwierdzić, co nas kiedyś naprawdę spotkało.

A mimo to, jeżeli mamy szczęście, czasami zostaje z nami kilka słów. W środku nocy wspinają się na wzgórze, wślizgują do niewielkiego dołu wykopanego w kształcie ciała i wstrzymując oddech, próbują zręcznie zmylić silny wicher czasu. Wkrótce nadchodzi świt, wicher cichnie, słowa, które przetrwały, ukradkiem wystawiają głowy nad powierzchnię ziemi. W większości mówią cicho, unikają obcych, często mają do dyspozycji jedynie wieloznaczne wyrażenia. A i tak gotowe są stanąć jako świadkowie. Uczciwi i bezstronni świadkowie. Jednak żeby stworzyć takie wytrzymałe słowa albo żeby je znaleźć i po sobie zostawić, czasami musi człowiek bezwarunkowo złożyć w ofierze własne ciało, własny umysł. Tak, musi położyć głowę na oświetlonej zimowym światłem księżyca chłodnej kamiennej poduszce.

Może nie ma na świecie nikogo prócz mnie, kto za­pamiętał jej wiersze, a nawet potrafi kilka wyrecytować z pamięci. Może te zszyte sznurkiem wydane nakładem autorki cienkie zbiory poezji są już przez wszystkich zapomniane. Został tylko ten „28”, inne rozproszyły się, wessała je nieoświecona ciemność gdzieś pomiędzy Jowiszem a Saturnem. Być może ona sama (jeśli nic jej się nie stało i dalej żyje) nie bardzo już pamięta wiersze, które za młodu pisała. Może ja pamiętam je tylko dlatego, że to wspomnienie łączy się z tym drugim – jak tamtej nocy zaciskała zęby na ręczniku. Nie wiem, czy to, że te obrazy zostały na zawsze w mojej pamięci i że co pewien czas wyciągam z szuflady i czytam ten wyblakły zbiór wierszy, ma jakieś znaczenie, jakąś wartość. Naprawdę nie wiem.

No ale w każdym razie one mi zostały. Inne słowa i myśli zmieniły się w proch i zniknęły.

Czy to ja zetnę,

czy sama będę ścięta?

Kamień poduszką –

 

gdy dotyka go głowa,

spójrz, jak obraca się w proch.