Już mnie nie oszukasz

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Już mnie nie oszukasz
Już mnie nie oszukasz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Już mnie nie oszukasz
Audio
Już mnie nie oszukasz
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Pierwsza myśl Mai po obudzeniu: sprawdzić nagrania z kamery.

Zawsze budziła się dokładnie o 4.58. Niektórzy twierdzili, że ma wewnętrzny budzik, ale jeśli tak było, to mogła go ustawić tylko na 4.58 i nie dało się go wyłączyć, nawet gdy siedziała do późna i pragnęła kilku dodatkowych chwil snu. Jeśli próbowała przestawić ten wewnętrzny budzik choćby o kilka minut, sam powracał do 4.58.

To się zaczęło na szkoleniu podstawowym. Jej sierżant od musztry robił pobudkę o piątej, a podczas gdy większość innych rekrutów jęczała lub walczyła z sennością, Maya była na nogach już od pełnych dwóch minut, gotowa na rychłe i rzadko przyjemne pojawienie się sierżanta.

Po tym, jak poprzedniego wieczoru w końcu zasnęła (czyli straciła świadomość), spała już całkiem spokojnie. O dziwo, dręczące ją demony rzadko ujawniały się w czasie snu – nie miewała koszmarów, nie rzucała się w pościeli, nie budziła się zlana zimnym potem. Nigdy nie pamiętała swoich snów, co mogło oznaczać, że albo mocno śpi, albo jej podświadomość litościwie pozwala jej zapomnieć, co się w nich dzieje.

Wzięła ze stolika nocnego gumkę do włosów i ściągnęła je w kucyk. Joe lubił tę fryzurę. „Podoba mi się kształt twojej twarzy – mawiał. – Chcę jak najpełniej ją widzieć”. Lubił także bawić się kucykiem, a czasami nawet delikatnie za niego ciągnąć, ale to zupełnie inna historia.

Zaczerwieniła się na to wspomnienie.

Sprawdziła skrzynkę odbiorczą w telefonie. Żadnych ważnych wiadomości. Spuściła nogi z łóżka i wyszła cicho na korytarz. Lily wciąż spała. Nic dziwnego. W kwestii wewnętrznego budzika Lily bardziej przypominała ojca: spała, dopóki pobudka nie była absolutnie konieczna.

Na dworze wciąż było ciemno. W kuchni unosiła się woń wypieków, które oczywiście były dziełem Isabelli. Maya nie gotowała, nie piekła ani w żaden inny sposób nie angażowała się w działalność kulinarną, chyba że została do tego zmuszona. Wiele jej koleżanek uwielbiało gotować, co ją bawiło, gdyż przez całe pokolenia, a tak naprawdę przez większość historii ludzkości gotowanie uznawano za uciążliwą i wyczerpującą czynność, której starano się unikać. W książkach historycznych rzadko czyta się o monarchach, lordach lub innych członkach elity, którzy z lubością spędzaliby czas w kuchni. Jedzenie? Jasne. Dobre potrawy i wino? Oczywiście. Ale przygotowywanie posiłków? To była nudna praca zlecana służbie.

Zastanawiała się przez chwilę, czy nie usmażyć jajecznicy na boczku, ale kusiło ją, aby po prostu zalać zimnym mlekiem płatki śniadaniowe. Usiadła przy stole, starając się nie myśleć o odczytaniu testamentu Joego, które czekało ją tego dnia. Nie oczekiwała żadnych niespodzianek. Podpisała intercyzę przedmałżeńską (Joe: „To rodzinny wymóg – jeśli któryś z Burkettów jej nie podpisze, zostanie wydziedziczony”), a kiedy urodziła się Lily, Joe zadbał o to, aby w przypadku jego śmierci wszystkie jego udziały trafiły na fundusz przeznaczony dla ich córki. Mai to wystarczyło.

W szafce nie było płatków. Do licha. Isabella narzekała, że zawierają cukier, ale czy posunęłaby się do ich wyrzucenia? Maya ruszyła w stronę lodówki i nagle się zatrzymała.

Isabella.

Kamera.

Obudziła się, myśląc o niej, co było dziwne. Owszem, prawie codziennie sprawdzała nagrania, ale nigdy nie wydawało jej się, że to coś pilnego. Nigdy nie zobaczyła na nich czegoś, co wzbudziłoby w niej chociaż cień wątpliwości. Zazwyczaj oglądała nagrania w przyśpieszonym tempie. Isabella zawsze była na nich pogodna i radosna, co mogło lekko niepokoić, ponieważ nie był to jej normalny stan ducha. Co prawda stawała się weselsza w towarzystwie Lily, ale miała twarz jak totem. Nie lubiła się uśmiechać.

Jednak do kamery zawsze się uśmiechała. Przez cały czas była idealną nianią, a nie łudźmy się, nikt taki nie jest. Nikt. Wszyscy mamy gorsze chwile, czyż nie?

Czyżby Isabella wiedziała o kamerze?

Laptop oraz czytnik kart SD, który dała jej Eileen, były w plecaku Mai. Przez pewien czas używała swojego wojskowego plecaka – uszytego z beżowego nylonu, z licznymi kieszeniami – ale zbyt wielu pozerów zamawiało taki sam sprzęt w internecie, więc uznała, że jest zanadto szpanerski. Joe kupił jej kevlarowy plecak na laptopa, firmy Tumi. Sądziła, że przepłacił, dopóki nie zobaczyła, ile ci pseudowojskowi pozerzy płacą za swoje plecaki.

Wzięła ramkę na zdjęcia, wcisnęła guzik z boku i wyjęła kartę SD. Załóżmy, że Isabella się domyśliła. Po pierwsze, czy to w ogóle możliwe? Oczywiście. Spostrzegawcza osoba – a Isabella taka była – mogła zacząć się zastanawiać, po co jej pracodawczyni nagle kupiła nową ramkę na zdjęcia. Spostrzegawcza osoba – a przecież Isabella taka była – mogła zacząć się zastanawiać, dlaczego ta nowa ramka na zdjęcia pojawiła się w domu następnego dnia po tym, jak pracodawczyni pochowała swojego zamordowanego męża.

Ale równie dobrze nawet spostrzegawczej osobie mogło to nie przyjść do głowy. Kto wie?

Maya wsunęła kartę do czytnika, a następnie podpięła go do portu USB. Dlaczego czuła się nieswojo? Jeśli jej podejrzenia są słuszne, jeśli Isabella domyśliła się, że nowa ramka ma więcej funkcji niż pokazywanie serii rodzinnych fotografii, to Maya może się spodziewać po niani wyłącznie idealnego zachowania. Dziewczyna nie byłaby tak głupia, żeby zrobić coś podejrzanego. Idea ukrytej kamery polega właśnie na tym, że ta jest ukryta. Kiedy obserwowana osoba się o niej dowiaduje, całe przedsięwzięcie staje się w najlepszym wypadku bezcelowe.

Wcisnęła guzik odtwarzania. Kamera miała czujnik ruchu, więc nagranie zaczęło się, gdy Isabella weszła do pokoju, niosąc kawę, oczywiście w kubku z ochronną przykrywką. Małej nie groziło oblanie gorącym płynem. Isabella podniosła z podłogi pluszową żyrafę Lily i wróciła do kuchni, wychodząc z kadru.

– Mamo.

Kamera nie rejestrowała dźwięków, więc Maya odwróciła się i popatrzyła w górę schodów, gdzie stała jej córeczka. Poczuła znajomy przypływ ciepła. Co prawda cynicznie podchodziła do wielu elementów rodzicielstwa, ale doskonale rozumiała to uczucie, gdy patrzysz na swoje dziecko, a reszta świata znika i wszystko poza tą małą buzią staje się tylko dalekim tłem.

– Cześć, skarbie.

Maya przeczytała gdzieś, że typowy dwulatek zna około pięćdziesięciu słów. To by się zgadzało. „Jeszcze” było ważną pozycją na tej dziecięcej liście. Maya szybko weszła po schodach, przechyliła się nad zabezpieczającą bramką i wzięła Lily na ręce. Dziewczynka ściskała w obu dłoniach jedną ze swoich niezniszczalnych tekturowych książeczek, tym razem była to skrócona wersja One Fish Two Fish Red Fish Blue Fish Dr. Seussa. Ostatnio wciąż nosiła tę książkę przy sobie, tak jak niektóre dzieci noszą misia. Książka zamiast maskotki – to niezwykle cieszyło Mayę.

– Chcesz, żeby mamusia ci poczytała?

Lily pokiwała głową.

Maya zaniosła córeczkę na dół i posadziła ją przy kuchennym stole. Nagranie z kamery wciąż odtwarzało się na ekranie. Maya nauczyła się, że małe dzieci uwielbiają powtarzalność. Jeszcze nie pragną nowych doświadczeń. Lily miała bogaty zbiór tekturowych książeczek. Mai bardzo podobała się żywa fabuła książeczek P.D. Eastmana, takich jak Are You My Mother? albo A Fish Out of Water, w których pojawiały się straszne momenty i niespodziewane zakończenia. Lily chętnie ich słuchała – jakakolwiek książeczka była lepsza niż żadna – ale zawsze wracała do rymów i ilustracji Dr. Seussa. Zresztą któż mógłby ją za to winić?

Maya zerknęła na ekran komputera, na którym nadal odtwarzało się nagranie. Lily i Isabella siedziały na kanapie. Isabella karmiła dziewczynkę krakersami w kształcie rybek, dając jej po jednym, jakby to były nagrody dla foki wykonującej sztuczki. Biorąc z niej przykład, Maya przyniosła ze spiżarni krakersy i rozsypała ich trochę na stole. Lily zaczęła je zjadać, jeden po drugim.

– Chcesz coś innego?

Mała pokręciła głową i wskazała książkę.

– Czytaj.

– Nie mówi się: „Czytaj”. Powiedz: „Proszę, mamusiu, czy możesz poczytać…”.

Maya zamilkła. Dosyć. Wzięła książkę, otworzyła ją na pierwszej stronie i zaczęła czytać wyliczankę z rybkami. Właśnie dotarła do grubej rybki w żółtym kapeluszu, gdy coś na ekranie przyciągnęło jej wzrok.

Przerwała czytanie.

– Jeszcze – zażądała Lily.

Maya nachyliła się w stronę ekranu.

Kamera ponownie się włączyła, lecz obiektyw był całkowicie zasłonięty. Ale jak…? Maya podejrzewała, że patrzy na plecy niani, która stanęła bezpośrednio przed ramką.

Jednak nie.

Isabella była zbyt niska. Mogłaby zasłaniać kamerę głową. Ale plecami? Nie. Poza tym inny kolor. Isabella wczoraj miała na sobie czerwoną bluzkę. Ta koszula była zielona.

Koloru leśnej zieleni.

– Mamusiu?

– Za chwilkę, kochanie.

Ktokolwiek to był, odsunął się od kamery i wyszedł z kadru. Teraz Maya mogła zobaczyć kanapę. Lily siedziała na niej sama. Trzymała w dłoniach tę samą książeczkę i przewracała kartki, udając, że czyta.

Maya czekała.

Ktoś wszedł w kadr z lewej strony, od kuchni. To nie była Isabella.

To był mężczyzna.

A przynajmniej wydawało się, że mężczyzna. Wciąż stał blisko kamery, a z tego kąta nie dało się zobaczyć jego twarzy. Maya przez chwilę myślała, że to Hector wszedł do domu, żeby odpocząć lub napić się wody, ale Hector miał na sobie kombinezon i podkoszulek. Ten facet był ubrany w niebieskie dżinsy i zieloną…

…leśnozieloną…

koszulę…

Na ekranie Lily podniosła wzrok na tego chyba-mężczyznę. Kiedy szeroko się do niego uśmiechnęła, Maya poczuła ucisk w piersi. Lily nie ufała obcym. Zatem ktokolwiek to był, ktokolwiek miał na sobie tę znajomą zieloną koszulę…

 

Mężczyzna podszedł do kanapy. Był teraz zwrócony plecami do kamery i zasłaniał Lily. Maya poczuła panikę, gdy straciła córkę z oczu, i zaczęła się przechylać w lewo i prawo, jakby mogła wyjrzeć zza pleców tego mężczyzny i upewnić się, że jej córka wciąż tam jest, na kanapie, bezpieczna, z książeczką Dr. Seussa. Miała wrażenie, że Lily coś zagraża i będzie to trwało, dopóki ona ponownie jej nie zobaczy. Oczywiście to był absurd. Zdawała sobie z tego sprawę. Oglądała coś, co już się wydarzyło, a nie transmisję na żywo, i jej córka siedziała tuż obok, zdrowa i najwyraźniej wesoła, a przynajmniej taka była, dopóki jej mama nie umilkła i nie wbiła wzroku w ekran komputera.

– Mamusiu?

– Jeszcze chwileczkę, kochanie, dobrze?

Mężczyzna w znajomych niebieskich dżinsach i leśnozielonej koszuli – właśnie tak zawsze określał tę koszulę, nie jako zieloną, ciemnozieloną czy jasnozieloną, ale jako leśnozieloną – oczywiście nie skrzywdził ani nie porwał jej córki, więc lęk, który ogarnął Mayę, był bezpodstawny i bardziej niż przesadzony.

Na ekranie mężczyzna przesunął się w bok.

Maya znów zobaczyła Lily. Sądziła, że teraz jej strach zniknie. Ale stało się inaczej. Mężczyzna odwrócił się i usiadł na kanapie tuż obok Lily. Skierował twarz w stronę kamery i uśmiechnął się.

Maya jakimś cudem nie krzyknęła.

Napnij, rozluźnij, napnij…

Maya, która zawsze zachowywała spokój na polu bitwy, zawsze potrafiła panować nad pulsem i sprawić, aby przypływ adrenaliny jej nie sparaliżował, teraz starała się wykorzystać te swoje umiejętności. Znajome ubranie, niebieskie dżinsy, a zwłaszcza koszula w kolorze leśnej zieleni, powinny przygotować ją na tę możliwość – czy raczej niemożliwość. Dlatego nie krzyknęła ani nie westchnęła.

Zamiast tego poczuła w piersi ucisk, który utrudniał jej oddychanie. To, co zobaczyła, zmroziło jej krew w żyłach. Usta zaczęły jej lekko drżeć.

Na ekranie widać było, jak Lily wspina się na kolana nieżyjącego męża Mai.

Rozdział 6

To nagranie nie trwało długo.

Ledwie Lily zdążyła usiąść „Joemu” na kolanach, gdy ten wstał i wyniósł ją poza kadr. Nagranie zatrzymało się trzydzieści sekund później, kiedy czujnik ruchu wyłączył kamerę.

To był koniec.

Kamera znów się uruchomiła, gdy Isabella i Lily przeszły z kuchni do pokoju i zaczęły się bawić, jak wiele razy wcześniej. Maya przewinęła nagranie, ale reszta dnia była taka jak zawsze. Isabella i Lily. Żadnych zmarłych mężów ani nikogo innego.

Cofnęła nagranie i obejrzała je drugi raz, a potem trzeci.

– Książka!

Lily zaczynała się niecierpliwić. Maya odwróciła się do córki, zastanawiając się, jak ją o to spytać.

– Kochanie – odezwała się powoli – czy widziałaś tatusia?

– Tatusia?

– Tak, Lily. Widziałaś tatusia?

Dziewczynka nagle posmutniała.

– Gdzie tatuś?

Maya nie chciała denerwować córki, ale wydarzenia przybrały zaskakujący obrót. Jak to rozegrać? Nie było innego wyjścia. Ponownie włączyła nagranie i pokazała je Lily. Mała patrzyła jak urzeczona. Kiedy Joe się pojawił, zapiszczała z radości.

– Tatuś!

– Tak – powiedziała Maya, zazdroszcząc córeczce entuzjazmu. – Widziałaś tatusia?

Dziewczynka wskazała ekran.

– Tatuś!

– Tak, to tatuś. Był tutaj wczoraj?

Lily tylko popatrzyła na nią.

– Wczoraj – powtórzyła Maya. Wstała i podeszła do kanapy. Usiadła w tym samym miejscu, które zajmował „Joe”. W myślach brała jego imię w cudzysłów. – Czy tatuś był tutaj wczoraj?

Lily jej nie rozumiała. Maya starała się zachować lekki ton, jakby chodziło tylko o zabawę, bez żadnego napięcia, ale jej mowa ciała najwyraźniej zdradzała coś innego albo też jej córeczka była bardziej domyślna, niż Maya sądziła.

– Mamusiu, przestań.

Mącisz jej w głowie.

Maya przywołała na usta szeroki uśmiech i wzięła dziewczynkę na ręce. Zaniosła ją na górę, po drodze chichocząc i tańcząc, aż z twarzy Lily zniknęły oznaki zdenerwowania. Posadziła małą na łóżeczku i włączyła telewizor. Na kanale Nick Jr. leciał Bąbelkowy świat gupików, jeden z ulubionych programów Lily, i chociaż Maya obiecała sobie, że nigdy nie będzie traktować telewizora jako opiekunki – wszyscy rodzice obiecują to sobie, a potem nie dotrzymują słowa – uznała, że może go użyć, żeby na kilka minut odwrócić uwagę dziecka.

Szybko podeszła do szafy Joego i zawahała się przy drzwiach. Nie otwierała jej od jego śmierci. Było zbyt wcześnie. Ale teraz nie miała czasu na wahanie. Korzystając z tego, że Lily wbija wzrok w ekran, otworzyła szafę i zapaliła światło.

Joe uwielbiał ubrania i dbał o nie tak samo, jak Maya dbała o broń. Jego marynarki wisiały równiutko na wieszakach oddalonych od siebie dokładnie o dziesięć centymetrów. Koszule podzielone były według kolorów. Z wieszaków z zaciskami zwisały spodnie. Joe nigdy ich nie składał, żeby uniknąć zagięć.

Lubił samodzielnie robić zakupy. Nie znosił niemal wszystkich ubrań, które dostał w prezencie od Mai. Był jeden wyjątek – leśnozielona koszula z diagonalu, którą zamówiła w firmie Moods of Norway. Jeśli nie mylił jej wzrok, chyba właśnie tę koszulę miał na sobie „Joe” na nagraniu. Wiedziała, gdzie ją trzymał.

Koszuli nie było.

I znów Maya nie krzyknęła ani nie westchnęła. Ale teraz już miała pewność.

Ktoś był w jej domu. Ktoś grzebał w szafie Joego.

• • •

Dziesięć minut później przyjechała jedyna osoba, która mogła to Mai wyjaśnić.

Isabella.

Była tutaj poprzedniego dnia i opiekowała się Lily, więc mogła, przynajmniej teoretycznie, zauważyć coś niezwykłego, na przykład zmarłego męża Mai, który przetrząsał swoją szafę lub bawił się z córką.

Przez okno sypialni Maya patrzyła, jak Isabella idzie po chodniku. Starała się zlustrować nadchodzącą nianię, jakby ta była wrogiem. Wydawało się, że kobieta nie jest uzbrojona w nic poza torebką, chociaż w środku z pewnością mogła kryć się broń. Ściskała torebkę kurczowo, jakby bała się, że jej ktoś ją wyrwie, ale zawsze tak robiła. Isabella nie była zbyt serdeczną osobą, oczywiście z wyjątkiem sytuacji, w których to liczyło się najbardziej. Podczas opieki nad Lily. Uwielbiała Joego, tak jak lojalni pracownicy uwielbiają swoich dobroczyńców, a Mayę jedynie tolerowała, uznając ją za intruza. Czasami tak bywa z lojalnymi pracownikami. Są bardziej nieufni i przemądrzali wobec osób z zewnątrz niż ich bogaci pracodawcy.

Czy Isabella wydaje się dziś bardziej czujna niż zazwyczaj?

Trudno powiedzieć. Zawsze była czujna, uważnie się rozglądała, jej mina i mowa ciała nie zdradzały emocji. Ale czy dzisiaj nie jest to bardziej widoczne, czy może to tylko wyobraźnia Mai, pracująca na najwyższych obrotach, utrudnia jej trzeźwy osąd sytuacji?

Isabella otworzyła tylne drzwi swoim kluczem. Maya czekała na górze.

– Pani Burkett?

Cisza.

– Pani Burkett?

– Za chwilę zejdziemy.

Maya wyłączyła telewizor pilotem. Spodziewała się, że Lily zaprotestuje, ale tak się nie stało. Dziewczynka usłyszała głos niani i chciała już jak najszybciej znaleźć się na dole. Maya wzięła córeczkę na ręce i ruszyła po schodach.

Isabella stała przy zlewie i myła kubek po kawie. Odwróciła się, kiedy usłyszała kroki. Popatrzyła w oczy Lily, tylko Lily, a czujny, nieruchomy wyraz twarzy ustąpił miejsca uśmiechowi. To ładny uśmiech, pomyślała Maya, ale być może brakuje mu zwykłego blasku.

Dosyć.

Lily wyciągnęła rączki w stronę niani, która zakręciła wodę, wytarła dłonie w ręcznik i podeszła do Mai. Również wyciągnęła ramiona, zagruchała i przywołująco pokiwała palcami.

– Jak się masz, Isabello? – spytała Maya.

– Dobrze, pani Burkett, dziękuje.

Isabella ponownie sięgnęła, by wziąć Lily na ręce, a Maya przez chwilę miała ochotę odsunąć od niej dziecko. Eileen pytała ją, czy ufa tej kobiecie. Na tyle, na ile można komukolwiek zaufać, gdy chodzi o twoje dziecko, odpowiedziała. Ale po tym, co zobaczyła na nagraniu z kamery…

Isabella wyjęła jej Lily z rąk. A Maya na to pozwoliła. Niania bez słowa przeszła do pokoju dziennego i usiadła razem z dzieckiem na kanapie.

– Isabello?

Opiekunka podniosła wzrok, jakby zaniepokojona. Uśmiech zastygł na jej twarzy.

– Tak, pani Burkett?

– Mogłabym zamienić z tobą słowo?

Lily siedziała na kolanach niani.

– Teraz?

– Tak – odrzekła Maya. Jej własny głos nagle zabrzmiał dziwnie w jej uszach. – Chciałabym ci coś pokazać.

Isabella delikatnie posadziła Lily na kanapie. Dała małej tekturową książeczkę, wstała i wygładziła spódnicę. Potem powoli podeszła do Mai, jakby spodziewała się ciosu.

– Tak, pani Burkett?

– Czy wczoraj ktoś tutaj był?

– Nie bardzo rozumiem.

– Chodzi mi o to, czy wczoraj był w tym domu ktoś poza tobą i Lily – wyjaśniła Maya spokojnym głosem.

– Nie, pani Burkett. – Nieruchomy wyraz twarzy powrócił. – Kogo ma pani na myśli?

– Kogokolwiek. Na przykład, czy Hector wchodził do domu?

– Nie, pani Burkett.

– Czyli nikogo tutaj nie było?

– Nikogo.

Maya zerknęła na komputer, a potem przeniosła wzrok z powrotem na Isabellę.

– Wychodziłaś wczoraj?

– Z domu?

– Tak.

– Poszłyśmy z Lily na plac zabaw. Robimy to codziennie.

– Czy poza tym wychodziłyście z domu?

Isabella popatrzyła w górę, jakby próbowała sobie przypomnieć.

– Nie, pani Burkett.

– A czy wychodziłaś sama?

– Bez Lily?! – spytała Isabella, gwałtownie wciągając powietrze, jakby nie wyobrażała sobie czegoś bardziej oburzającego. – Nie, pani Burkett, oczywiście, że nie.

– W ogóle nie zostawiałaś jej samej?

– Nie rozumiem.

– To proste pytanie, Isabello.

– Nic z tego nie rozumiem. Dlaczego pani zadaje mi te pytania? Nie jest pani zadowolona z mojej pracy?

– Tego nie powiedziałam.

– Nigdy nie zostawiam Lily samej. Nigdy. Może tylko kiedy drzemie na piętrze, schodzę, żeby trochę posprzątać…

– Nie o to mi chodzi.

Isabella wpatrywała się w twarz Mai.

– Więc o co?

Nie było powodu tego ciągnąć.

– Chcę ci coś pokazać.

Laptop stał na kuchennej wyspie. Maya sięgnęła po niego, a Isabella się przybliżyła.

– Mam w pokoju dziennym kamerę – zaczęła Maya.

Niania sprawiała wrażenie zbitej z tropu.

– Dała mi ją przyjaciółka – wytłumaczyła się Maya, chociaż czy w ogóle musiała się tłumaczyć? – Nagrywa to, co się dzieje podczas mojej nieobecności.

– Kamera?

– Tak.

– Nigdy jej nie widziałam, pani Burkett.

– Właśnie o to chodzi. Jest ukryta.

Isabella prześlizgnęła się spojrzeniem w stronę pokoju dziennego.

– Zauważyłaś tamtą nową ramkę na zdjęcia, która stoi na półce? – ciągnęła Maya.

Patrzyła, jak Isabella zatrzymuje wzrok na półce z książkami.

– Tak, pani Burkett.

– To jest kamera.

Opiekunka spojrzała na nią.

– Szpieguje mnie pani?

– Pilnuję swojego dziecka – odparła Maya.

– Ale mnie pani nie uprzedziła.

– Nie.

– Dlaczego?

– Nie musisz się obruszać.

– Nie? – odezwała się Isabella ostrzejszym tonem. – Nie zaufała mi pani.

– A ty byś to zrobiła?

– Słucham?

– Nie chodziło o ciebie, Isabello. Lily jest moim dzieckiem. Jestem za nią odpowiedzialna.

– I uważa pani, że szpiegowanie mnie jest dla niej najlepsze?

Maya powiększyła obraz na cały ekran i włączyła nagranie.

– Przed dzisiejszym porankiem sądziłam, że to w niczym nie zaszkodzi.

– A teraz?

Maya obróciła laptopa, żeby Isabella mogła zobaczyć ekran.

– Patrz.

Nie chciała ponownie oglądać nagrania. Widziała je już wystarczająco wiele razy. Zamiast tego skupiła się na twarzy Isabelli, wypatrując oznak stresu albo oszustwa.

– Na co mam zwrócić uwagę?

Maya zerknęła na ekran. Fałszywy Joe właśnie opuścił kadr po tym, jak zasłaniał obiektyw.

– Po prostu oglądaj.

Isabella zmrużyła oczy. Maya starała się panować nad oddechem. Podobno nigdy nie można z góry powiedzieć, jak ktoś zareaguje, gdy upadnie granat. To zawsze jest niewiadoma. Stoisz ze swoimi towarzyszami broni i nagle u waszych stóp upada granat. Kto ucieknie? Kto się uchyli? Kto skoczy na granat, żeby się poświęcić? Możesz próbować to przewidzieć, ale dopóki granat rzeczywiście nie nadleci, nie masz zielonego pojęcia.

 

Maya wielokrotnie sprawdzała się w oczach swoich towarzyszy. Wiedzieli, że w wirze walki pozostanie rozsądna, spokojna i opanowana. Jako przywódca raz po raz wykazywała się tymi cechami.

Jednak, o dziwo, nie potrafiła wykorzystywać zdolności przywódczych i chłodnej głowy w prawdziwym życiu. Eileen kiedyś opowiadała jej o swoim synku, Kyle’u, który był zorganizowany i porządny w przedszkolu Montessori, ale w domu działał niezwykle chaotycznie. Coś podobnego działo się z Mayą.

Dlatego kiedy „Joe” pojawił się na ekranie i posadził sobie Lily na kolanach, a wyraz twarzy Isabelli nadal nie uległ zmianie, Maya poczuła, że coś w niej pęka.

– No i co? – spytała.

Isabella na nią popatrzyła.

– Jak to co?

Coś strzeliło w głowie Mai.

– Co to ma znaczyć? – spytała.

Opiekunka się skrzywiła.

– Jak to wyjaśnisz?

– Nie wiem, o co pani chodzi.

– Przestań ze mną pogrywać, Isabello.

Niania cofnęła się o krok.

– Nie rozumiem, o czym pani mówi.

– Obejrzałaś nagranie?

– Oczywiście.

– Więc widziałaś tamtego mężczyznę?

Isabella nic nie odpowiedziała.

– Widziałaś tamtego mężczyznę, prawda?

Opiekunka wciąż milczała.

– Zadałam ci pytanie, Isabello.

– Nie wiem, czego pani ode mnie chce.

– Widziałaś go, czy tak?

– Kogo?

– Jak to kogo? Joego! – Maya chwyciła Isabellę za koszulę przy szyi. – Jak, u diabła, dostał się do domu?

– Proszę, pani Burkett! Przeraża mnie pani!

Maya przyciągnęła Isabellę do siebie.

– Nie widziałaś Joego?

Isabella popatrzyła jej w oczy.

– A pani go widziała? – Mówiła cicho, niemal szeptem. – Chce mi pani powiedzieć, że na tym nagraniu widziała pani Joego?

– A ty… nie?

– Proszę, pani Burkett – odrzekła Isabella. – Sprawia mi pani ból.

– Chwileczkę, twierdzisz, że…

– Proszę mnie puścić!

– Mamusiu…

To była Lily. Maya popatrzyła na córkę. Isabella wykorzystała okazję, żeby się odsunąć, i przyłożyła dłoń do szyi, jakby ktoś ją dusił.

– Wszystko w porządku, kochanie – powiedziała Maya do Lily. – Wszystko dobrze.

Isabella udawała, że z trudem chwyta oddech.

– Mamusia i ja tylko się bawiłyśmy – dodała.

Lily obserwowała je obie.

Niania wciąż trzymała się prawą dłonią za szyję i masowała ją, wyraźnie na pokaz. Maya odwróciła się w jej stronę. Isabella szybko uniosła lewą rękę, dając jej sygnał, żeby się zatrzymała.

– Czekam na odpowiedź – odezwała się Maya.

Isabella z trudem pokiwała głową.

– Dobrze, ale najpierw muszę się napić wody.

Maya zawahała się, po czym podeszła do zlewu. Odkręciła wodę, otworzyła szafkę i wyjęła kubek. Nagle coś jej zaświtało.

To Eileen podarowała jej kamerę.

Maya zastanawiała się nad tym, umieszczając kubek pod kranem. Napełniła go do połowy, odwróciła się od zlewu i wtedy usłyszała dziwny syk.

Wrzasnęła, gdy ogarnął ją przenikliwy ból.

Miała wrażenie, że ktoś wbija jej malutkie kawałki tłuczonego szkła prosto w gałki oczne. Ugięły się pod nią kolana. Upadła na podłogę.

Syk.

Gdzieś w chmurach, poza palącym bólem, poza cierpieniem, nadeszła odpowiedź.

Isabella rozpyliła jej coś w twarz.

Gaz pieprzowy.

Gaz pieprzowy nie tylko pali w oczy, ale także podrażnia śluzówkę nosa, jamy ustnej i płuc. Maya usiłowała wstrzymać oddech, żeby gaz nie wniknął jej do płuc, i zaczęła szybko mrugać, aby łzy wypłukały go z oczu. Ale w tej chwili nie mogła zaznać ulgi ani uciec.

Nie mogła się ruszyć.

Usłyszała odgłos biegnących stóp, a potem trzask drzwi.

Isabella uciekła.

• • •

– Mamusiu?

Maya zdołała dotrzeć do łazienki.

– Mamusi nic nie jest, kochanie. Narysuj dla mnie obrazek, dobrze? Za chwilę do ciebie przyjdę.

– A Isabella?

– Isabelli też nic się nie stało. Niedługo wróci.

Otrząśnięcie się ze skutków gazu zajęło jej dłużej, niż przypuszczała. Gniew palił ją równie mocno jak oczy. Przez pierwsze dziesięć minut była całkowicie unieruchomiona, nie mogła stawić nawet najmniejszego oporu wrogowi. W końcu ból i suche torsje minęły. Maya zaczerpnęła powietrza. Przepłukała oczy, a twarz umyła płynem do naczyń. Potem zganiła się w myślach.

Odwróciła się plecami do wroga. Jak amatorka.

Jak mogła być tak głupia?

Była wściekła, głównie na siebie. Zaczęła wierzyć w grę Isabelli i pomyślała, że może niania naprawdę o niczym nie wie. Dlatego opuściła gardę. Tylko na sekundę. A oto skutki.

Przecież tyle razy widziała, że wystarczy mała wpadka i chwila dekoncentracji, by zginęli ludzie. Czy nie przyswoiła tej oczywistej lekcji?

To się nie powtórzy.

No dobrze, dosyć tego samobiczowania. Czas zapamiętać nauczkę i ruszyć naprzód.

Co dalej?

Odpowiedź sama się nasuwała. Odczekaj jeszcze kilka minut. Odzyskaj pełnię sił. Potem namierz Isabellę i zmuś ją do mówienia.

Ktoś zadzwonił do drzwi.

Maya ponownie przepłukała oczy i podeszła do drzwi wejściowych. Zastanawiała się, czy najpierw nie pójść po pistolet – już nie chciała ryzykować – ale od razu zobaczyła, że to detektyw Kierce.

Wbił w nią wzrok, kiedy otworzyła.

– Co się stało, do diabła?

– Dostałam gazem pieprzowym.

– Co takiego?

– Od Isabelli. Niani mojej córki.

– Poważnie?

– Nie, jestem urodzoną komediantką. Nic tak nie rozbawia publiki jak żarty o nianiach psikających gazem pieprzowym.

Roger Kierce rozejrzał się po pomieszczeniu i znów popatrzył na Mayę.

– Ale dlaczego?

– Zobaczyłam coś na nagraniu z ukrytej kamery.

– Ma pani taką kamerę?

– Owszem. – Ponownie przypomniała sobie, że dostała kamerę od Eileen, która nawet poinstruowała ją, gdzie dokładnie powinna ustawić sprzęt. – Jest zamontowana w ramce na zdjęcia.

– Mój Boże. Czy… czy widziała pani, jak Isabella robi coś…?

– Słucham? – No tak, to normalne, że umysł gliniarza podąża w takim kierunku. – Nie, nie o to chodzi.

– W takim razie chyba nie rozumiem.

Maya rozważała, jak to rozegrać, i doszła do wniosku, że na dłuższą metę najprostsze wyjście zapewni jej najlepszą ochronę.

– Najprościej będzie, jak panu pokażę.

Podeszła do laptopa stojącego na kuchennej wyspie. Kierce za nią podążył. Sprawiał wrażenie zbitego z tropu. Cóż, za chwilę to uczucie zostanie podniesione do dziesiątej potęgi.

Maya obróciła ekran w jego stronę. Przesunęła strzałkę, kliknęła guzik odtwarzania i czekała.

Nic.

Sprawdziła port USB.

Karta SD zniknęła.

Rozejrzała się po wyspie i podłodze. Ale już znała prawdę.

– Co się stało? – spytał Kierce.

Maya wzięła kilka głębokich, równomiernych oddechów. Musi zachować spokój. Rozważyła szybko parę następnych kroków, jak podczas misji. Nie można myśleć tylko o ostrzelaniu z powietrza czarnego SUV-a. Trzeba zastanowić się nad swoją reakcją. Zgromadzić jak najwięcej danych, zanim podejmie się jakąkolwiek nagłą, brzemienną w skutki decyzję.

Wiedziała, jak to zabrzmi. Gdyby oznajmiła Kierce’owi, co zobaczyła na nagraniu, uznałby ją za wariatkę. Cholera, jej samej wydawało się to szaleństwem, gdy teraz przywołała tamte obrazy. Wciąż była nieco otępiała po ataku gazem pieprzowym. Co tak naprawdę się tutaj wydarzyło? Czy na pewno myśli logicznie?

Bez pośpiechu.

– Pani Burkett?

– Prosiłam, żeby mówił mi pan po imieniu.

Dowód na prawdziwość jej wariackiego twierdzenia – karta SD – zniknął. Isabella go zabrała. Najmądrzej byłoby, gdyby Maya sama się tym zajęła. Ale jeśli tak zrobi, jeśli niczego nie powie detektywowi, a cała sprawa ponownie wypłynie…

– Isabella na pewno ją zabrała.

– Co zabrała?

– Kartę SD.

– Po tym, jak zaatakowała cię gazem pieprzowym?

– Tak – odrzekła Maya, za wszelką cenę starając się, by jej głos brzmiał pewnie.

– A więc atakuje cię gazem, zabiera kartę z nagraniem, a potem ucieka?

– Właśnie.

Kierce pokiwał głową.

– Co było na tym nagraniu?

Maya zerknęła w stronę pokoju dziennego. Lily z zapałem bawiła się olbrzymią czteroelementową układanką ze zwierzętami.

– Zobaczyłam mężczyznę.

– Mężczyznę?

– Tak. Na nagraniu. Lily siedziała mu na kolanach.

– O choroba – syknął Kierce. – Rozumiem, że to był ktoś obcy?

– Nie.

– Znasz go?

Skinęła głową.

– Więc kto to był?

– Nie uwierzy mi pan. Zapewne uzna pan, że mam zwidy.