Dwie kobietyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dwie kobiety
Dwie kobiety
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,95  44,76 
Dwie kobiety
Dwie kobiety
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95  22,16 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zresztą nigdy nie czuła się dobrze wśród kobiet. Tak było w szkole, tak było na studiach… Nie ceniła babskiej przyjaźni, bo zwyczajnie w nią nie wierzyła. Zbyt często była świadkiem sytuacji, kiedy wystarczyło, że jedna z kobiet opuściła towarzystwo, a od razu zostały jej wytknięte — oczywiście za plecami — wszystkie mankamenty. Kiedy Bogna dorosła, pojawił się jeszcze jeden problem — brak wspólnych tematów. Na męża nie narzekała, dzieci nie posiadała, obmowy się brzydziła — o czym miałaby z nimi rozmawiać?

Mężczyźni byli inni. Bardziej prostolinijni, szczerzy. A może tylko ona tak to widziała, bo miała szczęście trafiać właśnie na takich? I — dla odmiany — spotykała same nieciekawe kobiety? Z jednym wyjątkiem.

Wiktor miał swoją teorię na temat niechęci żony do przedstawicielek własnej płci. Uważał, że nie lubi kobiet, bo wcześnie straciła matkę. „Jej śmierć cię wyautowała, wyrzuciła z utartych kolein” — przekonywał. „A może po prostu im zazdrościsz? Tej wyjątkowej więzi, którą wciąż mają z własnymi matkami, a której ciebie okrutnie los pozbawił?”.

Mąż był świetnym psychologiem, Bogna zwykle bardzo liczyła się z jego zdaniem, uważając, że lepiej zna się na ludziach niż ona, ale w tym wypadku nie potrafiła przyznać mu racji. Czy naprawdę można woleć mężczyzn z tak trywialnego powodu? Poza tym wczesna strata matki predysponowałaby ją bardziej do tego, żeby tworzyć bliskie relacje z kobietami, szukać osoby, którą mogłaby ją zastąpić…

Trauma z wczesnej młodości miała jednak wpływ na wiele innych jej wyborów. Na to, że szybko wyszła za mąż, że wybrała na męża człowieka sporo od siebie starszego. Może nawet na to, że nie miała dzieci. Owszem, nie mogła ich mieć z przyczyn fizjologicznych, chorowała na endometriozę, możliwe jednak, że psychika też odegrała tu pewną rolę. Chociaż Bogna nie okazywała żałoby — ani tuż po śmierci mamy, ani przez kolejne lata — jej strata boleśnie ją dotknęła. Kto wie, może nawet zmieniła na zawsze?

Tamten dzień, ostatni dzień życia matki, pamiętała do teraz. Wracała z uczelni, kiedy drogę zastąpiła jej koleżanka rodziców.

— Twoja mama leży na chodniku. Nie przestrasz się!

Pobiegła przed siebie, nie zważając na ciężką ­torbę obijającą się jej o plecy. Długo przedzierała się przez tłum gapiów ciasnym kokonem otaczający matkę. Nie zdążyła nawet się nad nią pochylić, a już przyjechało pogotowie. Lekarz władczym głosem kazał wszystkim się odsunąć i rozpoczął reanimację.

Bogna nie pamiętała, kto trzymał ją wtedy w ramionach. Nie pamiętała też, kto ją złapał, gdy upadła, usłyszawszy słowa lekarza.

— Niestety, nic już nie da się zrobić.

— Niech pan ją ratuje! — krzyczała. — Niech pan ją ratuje!

Ktoś chyba powiedział, że jest córką zmarłej, bo lekarz zaraz się nią zainteresował. Posadził w karetce, dał coś na uspokojenie. A potem odwiózł do domu, w którym czekał na nią i matkę niczego nieświadomy ojciec.

Z Wiktorem związała się zaledwie kilka miesięcy po śmierci mamy. Miała dwadzieścia cztery lata i świeży dyplom w kieszeni, gdy go poznała. Owdowiały kilka lat wcześniej czterdziestolatek wprowadził się do sąsiedniego mieszkania — vis­‍-à­‍-vis tego, w którym Bogna mieszkała z ojcem i bratem. Początkowo tylko się do siebie uśmiechali, mijając się na klatce schodowej, aż w końcu, po paru tygodniach życzliwych powitań, przystojny muzyk — często słyszała, jak ćwiczy grę na skrzypcach — postanowił zaprosić młodą sąsiadkę na kawę. Tego pierwszego wieczoru przegadali kilka godzin. Kolejnego także, a następnego — mimo zdecydowanego sprzeciwu konserwatywnego ojca — Bogna spakowała swoje rzeczy do dwóch dużych walizek i przepchnęła je przez korytarz do mieszkania Wiktora. Wzięli cichy ślub, bo Bogna wciąż nosiła żałobę po matce, a kilka miesięcy później zdecydowali się na wyprowadzkę do Glinki, gdzie czekała na nich kupiona za bezcen szkoła.

5

Śniła jej się trawa. Ogromna soczysta łąka poprzetykana stokrotkami. Nie lubiła takich snów. Tak idyllicznych, że powrót do rzeczywistości był niczym wejście do wanny wypełnionej lodem.

Długo leżała, drżąc w ciemności, zanim udało jej się ponownie zasnąć. Zresztą tylko na chwilę. Staruszkowie z pokoju obok zaczęli się krzątać już o piątej rano. Podobno w tym wieku trudno dotrwać w łóżku do świtu. Jej matka też była na nogach już od wczesnego ranka. Kiedy Ewa mieszkała w Katowicach, często pierwsze esemesy wysyłała do niej o szóstej rano. Potem kilka razy telefonowała, żeby wieczorem znowu wystukiwać wiadomości. I zupełnie nie zniechęcało jej, że dziewięćdziesiąt procent esemesów córka pozostawiała bez odpowiedzi.

— Jesteś jak hikikomori — oburzała się matka, kiedy wreszcie udawało jej się dodzwonić.

Niedawno odkryła internet i co chwila dzieliła się z córką jakimiś wyszperanymi w sieci nowinkami. Obecnie fascynowali ją Japończycy z fobią społeczną, patologicznie przywiązani do swojego pokoju.

— Przecież chodzę do pracy. — Ewa zawsze reagowała tak samo.

— No tak, ale po pracy siedzisz zamknięta na cztery spusty. Czy ty się w ogóle z kimkolwiek spotykasz? Czy ty masz jakiekolwiek życie poza uczelnią?

Nie, nie spotykała się z nikim. Praca, dom, tabletka na sen zapijana winem. Smutna codzienność, w której trwała przez ostatni rok. W którymś momencie zrezygnowała z alkoholu i leków, ale cała reszta do samego wyjazdu wyglądała podobnie.

W pracy jej zachowanie na szczęście nikomu nie przeszkadzało. Dwie kobiety, z którymi dzieliła gabinet, były samotniczkami zatopionymi we własnym świecie, studenci zaś czuli przed nią zbyt duży respekt. Problemem były powroty do domu. Telefony od matki, telefony od męża, telefony od przyjaciółek. Wszystkie po brzegi wypełnione pretensjami.

Matka nie odpuszczała nawet teraz. Ewa liczyła na to, że po ostatniej awanturze pozwoli jej odetchnąć, ale nie — telefon znów zaczął pękać w szwach od obszernych wiadomości.

„Dotarłam szczęśliwie” — wystukała zdawkową odpowiedź na esemesa pełnego odmienianych na różne sposoby „nie rozumiem” i „jest mi przykro”, po czym wyciszyła głos i odłożyła aparat na parapet.

Umówiły się z gospodynią, że pracę zacznie dopiero od poniedziałku, więc miała dwa dni na aklimatyzację. Nie była zadowolona z takiego scenariusza, wolałaby zabrać się do roboty od razu, ale Kawecka upierała się, że powinna odpocząć.

— Poznasz okolicę, pospacerujesz, zadomowisz się — przekonywała. — Wiesz, za chwilę zaczną się ferie, zapowiedziało się kilka rodzin, wtedy naprawdę będzie co robić.

Problem w tym, że Ewa nie miała ochoty nikogo i niczego poznawać. Ten wyjazd to przecież miał być koniec, nie początek. Finał, nawet jeśli będzie trwał dwadzieścia lat. Zresztą miała nadzieję, że krócej. Może zgryzota doprowadzi ją w końcu do raka? Ileż to razy słyszała, że nowotwory biorą się z niewyrażonych emocji. A ona nie potrafiła mówić o swoim bólu. Nie potrafiła nawet płakać.

Podniosła się z łóżka i podeszła do okna. W pokoju panował chłód, ale pleciony dywan położony na drewnianej podłodze pozwalał na chodzenie boso. Wnętrze było skromne, lecz gustowne. Wąskie łóżko, komódka, lampa na parapecie, na ścianach czysta niebieska tapeta z białym paskiem przy suficie. Ewie najbardziej podobał się kobiecy akt powieszony tuż nad łóżkiem. Obraz przedstawiał nagą, obróconą tyłem długowłosą brunetkę, przytulającą się do brzozy. Kawecka musiała być odważną kobietą, skoro zdecydowała się na ozdobienie pokoju czymś takim. Zresztą pensjonat pełen był obrazów. Portrety kobiet i mężczyzn, pejzaże — wszystko utrzymane w podobnej, miodowej tonacji. Jakby wyszły spod tej samej ręki. A może wyszły? U dołu każdego skreślono te same inicjały: B.K. Czy to przypadek, że pasowały do nazwiska właścicielki?

Ewa wolno podeszła do okna i odsunęła firankę. Niebo przybrało szarą barwę, a cała okolica tonęła w śniegu, ale i tak było pięknie. W oddali wił się ciemny wężyk ulicy, którą Ewa wczoraj dojechała do wsi. Jakże ten widok różnił się od tego, co od kilkunastu lat codziennie widywała z okien swojego katowickiego mieszkania. Ale to dobrze — im większy kontrast, tym lepiej.

Pokoik miał jeszcze jedną zaletę — własną łazienkę. Była mikroskopijna, ale z prysznicem i dużym owalnym lustrem. Ewa weszła do niej, nie zamykając drzwi. Zdjęła piżamę i przez chwilę kontemplowała swoje odbicie w szklanej tafli.

Wygląd nagiego ciała ją zaskoczył. Długa szyja, wąskie blade ramiona, dwa niewielkie wzgórki zwieńczone ciemnymi sutkami, przebijające przez skórę żebra, przywodzące na myśl ciało Chrystusa rozciągnięte na krzyżu. Kiedyś wyglądała zupełnie inaczej. Niektórzy ludzie siwieją w jedną noc, ona w miesiąc straciła dwadzieścia kilogramów.

— Chcesz się ukarać — powiedziała matka.

— Chcesz zapomnieć, że jesteś kobietą — postawił diagnozę Adam na kilka dni przed tym, zanim kazała mu się wyprowadzić.

Tak naprawdę nie chciała niczego. Chudnięcie nie było aktem woli, po prostu się działo. Z dnia na dzień ubywało jej coraz więcej ciała, aż w końcu stała się tym, kim była teraz. Dziewczyną po tyfusie. To znowu słowa Adama. Prosił, błagał, w końcu zaczął ją obrażać. Kto wie, może gdyby została z nim dłużej, spróbowałby ją uderzyć? Tak blisko ofierze do kata.

„Bzdury” — upomniała się od razu. Adam — jej dobry, łagodny Adam nigdy nie podniósłby na nią ręki. Zresztą teraz było to już zupełnie bez znaczenia. Jak wszystko z tamtego życia.

Odgarnęła błękitną zasłonkę i weszła do brodzika. Prysznic nie był nowy — tu i ówdzie rzucały się w oczy niewielkie odpryski — ale nieskazitelnie czysty. Można było wyczuć troskliwą rękę gospodyni. Ewa puściła gorącą wodę. Przez moment pławiła się w przyjemnym uczuciu, żeby za chwilę przekręcić kurek i wejść pod lodowaty strumień. Zimna woda szybko wygoniła z jej głowy niepotrzebne myśli. Kiedy wycierała drżące ciało szorstkim ręcznikiem, zastanawiała się już tylko nad tym, co ma jej do zaoferowania dzisiejszy dzień. Pierwszy dzień poza światem.

 

6

— Dzień dobry. — Głos Starzyńskiej wytrącił Bognę z zamyślenia. Od zawsze najlepiej myślało jej się przy zmywaniu naczyń. Po obiedzie włączała zmywarkę, ale talerze z okruchami chleba wkładała po prostu do miski z gorącą wodą i płynem. Kilka ruchów gąbką, mały prysznic pod kranem i czyste naczynie można było odłożyć na suszarkę.

— Dzień dobry. — Wytarła mokre ręce w ściereczkę. — Zaraz podam śniadanie. Napijesz się kawy? — Sięgnęła po dzbanek.

— Tak, dziękuję.

W spodniach rurkach i góralskim swetrze Ewa przypominała uczennicę podstawówki. Bognie po raz kolejny przemknęło przez myśl, że w jej wyglądzie jest coś rozczulająco delikatnego.

Dziewczyna stanęła przed regałem z książkami i sięgnęła po pierwszy z brzegu wolumin. Lubi czytać. Bogna uśmiechnęła się pod nosem. Z ludźmi, którzy kochali książki, zawsze czuła większą więź niż z tymi, dla których najważniejsza była wielka plazma przymocowana do ściany.

— Może ci pomogę? — Ewa odwróciła się w jej stronę.

— Nie, dzisiaj jesteś gościem. Korzystaj, póki możesz, Kopciuszku.

Dziewczyna się uśmiechnęła. Chyba pierwszy raz, odkąd się spotkały. Rozsunęła usta szeroko, ukazując białe zęby. Trochę za mocno wysunięta górna szczęka nie odbierała jej urody, przeciwnie, czyniła jej twarz bardziej intrygującą. Bognie skojarzyła się z aktorką, która wiele lat temu grała rolę nauczycielki w filmowej ekranizacji Konopielki. Gdyby trochę przytyła, byłaby piękną kobietą. Nawet krótkie rude włosy dodawały jej uroku. Miała kształtną głowę i mocno wystające kości policzkowe.

Oczyma wyobraźni Bogna zobaczyła portret Ewy zawieszony na ścianie swojej pracowni. Portret — wzruszyła ramionami. Ostatni raz miała pędzel w ręku cztery lata temu. Namalowała wtedy akt, najpiękniejszy akt, jaki kiedykolwiek udało jej się stworzyć. Czy właścicielka nadal go miała? Szczerze w to wątpiła. Dla Adrianny talent Bogny nie miał znaczenia. Zresztą podobnie jak ona sama.

— Częstuj się — powiedziała, stawiając na stole twaróg, słoiczek z dżemem oraz deskę z serami i wędliną. Sama usiadła naprzeciwko Ewy i w milczeniu popijała kawę z dużego kubka. Gościom zawsze przygotowywała napoje w eleganckich filiżankach, sama piła swoją latte z prawie półlitrowego kubka z widoczkiem z Chorwacji. Kiedyś, przed laty, wybrali się z Wiktorem do Trogiru. Ich jedyne wspólne wakacje. Nigdy później nie było ich już na nie stać. Cokolwiek zarobili, od razu wkładali w remont pensjonatu. Stary budynek okazał się studnią bez dna.

Czy było warto? „Czy było warto, Wiktorze?” — zapytała męża, kiedy zaczął niedomagać i o żadnych zagranicznych wczasach nie mogło być już mowy. „Było” — nie wahał się z odpowiedzią nawet chwili. No tak, Stara Szkoła była jego największą miłością. Momentami Bogna miała nawet wrażenie, że mąż kocha pensjonat bardziej niż ją. A może tak to już jest? Szaleńcze zakochanie zamienia się w miłość — nudną i bezpieczną? Może taka jest kolej rzeczy? Początki były takie piękne. Do tej pory pamiętała pierwsze miesiące w Glince. W letnie noce siadywali przy ognisku i planowali przyszłość. Pensjonat pełen gości, gromadkę własnych dzieci wychowujących się z dala od cywilizacji i ich samych — szczęśliwych i zakochanych aż do śmierci. Z tych marzeń ziściło się tylko to pierwsze — w Starej Szkole nigdy nie brakowało gości. Przed chorobą Wiktora często tęskniła do tamtego okresu, uważając, że związek z dwudziestoletnim stażem to już nie jest to. Teraz tamten czas — ostatni etap ich wspólnego życia — wydawał jej się piękny niczym najwspanialszy sen. Za późno. Jak większość spraw w życiu ten zachwyt także pojawił się za późno.

— Jakie masz plany na dzisiaj? — zwróciła się do Ewy, próbując odgonić bolesne wspomnienia.

Kobieta wzruszyła ramionami, przełykając bułkę z dżemem.

— Szkoda, że jest tak zimno. Zabrałabym cię w góry — ciągnęła Bogna. — W taką pogodę pozostaje chyba tylko przechadzka po wsi. Nie mamy tu zbyt wielu atrakcji, ale kościół na pewno wart jest zobaczenia. No i stara gospoda… Można się w niej napić pysznego piwa z sokiem imbirowym, w sam raz na tę szarzyznę — dodała z uśmiechem. Tym razem twarz Starzyńskiej nawet nie drgnęła. — Powiedziałam coś nie tak? Nie pijesz?

Dziewczyna rzuciła jej poważne spojrzenie.

— Nie podpisałam żadnej krucjaty ani nic z tych rzeczy — odpowiedziała wolno. — Po prostu nie lubię się znieczulać.

— A ja i owszem. Nie pogardzę dobrym winkiem czy nalewką.

— Chcę przeżyć życie na trzeźwo. — W słowach Ewy zabrzmiała dziwna determinacja, niepasująca do tej błahej rozmowy.

„A może coś jest z nią nie tak? Może jest trzeźwiejącą alkoholiczką i trzeba będzie uważać, żeby nie pić przy niej wina? Może to właśnie od tego ucieka?” — Bogna rzuciła towarzyszce uważne spojrzenie. Nie, alkoholizm jakoś do niej nie pasował… „A do Wiktora pasował?” — od razu podważyła własny argument.

Mąż pił często, prawie codziennie. Początkowo piwo, którego był koneserem, później zaczął dolewać do herbaty whisky. Gdy w pensjonacie byli goście, ograniczał się do dwóch szklanek. Kiedy mieszkali w Starej Szkole sami, upijał się do nieprzytomności. Nie zawsze tak to wyglądało. Przez parę lat po ślubie pił tylko na imprezach. Dopiero później alkohol stał się nieodłącznym elementem każdego wieczoru. I ich wspólnego życia, choć długo uważała, że picie męża nie ma na nią żadnego wpływu. Może nawet to lubiła? W końcu gdzieś pośrodku tego picia — między trzeźwością a zupełnym odlotem — Wiktor był naprawdę sympatyczny. To wtedy mówił jej najwięcej dobrych rzeczy. Wtedy najwięcej się razem śmiali. Nie reagowała więc na jego picie. Nie upominała. Nie strofowała. Zresztą uważała, że każdy człowiek odpowiada za siebie. Może gdyby mieli dzieci, podchodziłaby do tej kwestii inaczej? Gdyby mali ludzie od początku przyglądali się pijącemu ojcu, zbierając wzory, wyraziłaby sprzeciw. Ale tak? Ona też miała swoje dziwactwa i na pewno nie byłaby zadowolona, gdyby mąż zaczął jej dyktować, jak ma żyć.

— Rozumiem — potaknęła, choć tak naprawdę niewiele z tego wszystkiego rozumiała. Nie chciała jednak ciągnąć Ewy za język. W końcu nie szukała przyjaciółki, tylko pracownika.

Umówiły się, że Ewa będzie pracowała sześć dni w tygodniu, w niedziele zaś będzie mogła robić, co chce. Pensja nie była oszałamiająco wysoka, Bogny nie stać było na dużą wypłatę, ale Starzyńska miała się za darmo stołować w pensjonacie. Skoro wchodziła w rolę domownika, jeść też powinna jak członek rodziny.

— Na razie wyjdę do ogrodu. — Ewa wytarła usta serwetką i wstała od stołu. Miała bladą twarz z delikatnymi zmarszczkami wokół oczu. W ogóle się nie malowała. Szkoda. Jasne oczy wymagają oprawy. Pełne usta w kształcie serca też warto by pociągnąć błyszczykiem.

Jej samej od lat nikt nie widział bez makijażu. Ust nie lubiła malować, miała wrażenie, że pociągnięte czerwoną szminką wargi upodabniają ją do klauna, ale oczy od zawsze podkreślała cieniami i kredką. Im była starsza, tym wyraźniej. Lubiła swoją twarz. Kiedy oglądała ją na zdjęciach, zawsze miała takie samo wrażenie — że patrzy na kogoś spełnionego i szczęśliwego. Jej rysy były łagodne, wzbudzały zaufanie i sympatię. Tak przynajmniej twierdzili ludzie, którzy kiedykolwiek mieli ochotę wypowiedzieć się na temat jej urody. Czy faktycznie taka właśnie była? Godna zaufania, spokojna i łagodna? Marek uważał, że tak, ale on chyba trochę ją idealizował. Goście też często chwalili ją za ciepło i życzliwość. A Wiktor? „Jesteś moim spełnionym marzeniem” — powiedział jej podczas pierwszej spędzonej wspólnie nocy i powtarzał te słowa przez długie lata. Mimo że ich związek po kilkunastu latach wyglądał inaczej niż na początku, choć utonęli w problemach i bolączkach codzienności, Wiktor nigdy nie przestał jej kochać, tego jednego Bogna była pewna.

— Tylko ubierz się ciepło, jest minus piętnaście stopni — krzyknęła za Ewą, która była już na piętrze. — A swoją drogą dawno już nie było takiej zimy, prawda? Ja przynajmniej nie potrafię sobie przypomnieć — dodała już bardziej do siebie.

7

Śnieg był tak twardy, że skrzypiał pod butami. Cały teren pokrywała gruba śnieżna pierzyna. W powietrzu czuć było mróz. Przez wiszące na niebie szare chmury przebijała nieśmiało żółć słońca.

Ewa brodziła w śniegu chyba z kwadrans. Miała już zupełnie zmarznięte dłonie, zapomniała o rękawiczkach. Palce w butach też zaczynały jej drętwieć od mrozu. A jednak posunęła się jeszcze dalej. Położyła się na ziemi i — niczym dzieciak z podstawówki — zrobiła orła. Machała rękami i nogami tak długo, aż poczuła wdzierający się za szalik śnieg. Głowa bez czapki też była już zupełnie mokra.

„A gdyby tak zamknąć oczy i zasnąć?” — przemknęło jej przez myśl. Jak długo musiałaby czekać na śmierć?

Śmierć. Myślała o niej codziennie. Przywoływała ją do siebie. Błagała swoje serce, żeby przestało bić, płuca, żeby przestały wciągać tlen. Napotykając w gazetach czy internecie dramatyczne błagania ciężko chorych ludzi o pomoc, łapała się na tym, że ich nie rozumie. Czego tak kurczowo się trzymali? O co toczyli swoją walkę? Czy życie naprawdę mogło mieć dla kogoś aż tak dużą wartość? Ona sama marzyła tylko o jednym — o wiecznym spokoju. I gdyby nie ta odrobina wiary w życie pozagrobowe, gdyby nie lęk, że jednym błędnym posunięciem bezpowrotnie zamknie sobie drogę do szczęścia, nie czekałaby z przenosinami na tamten świat ani chwili.

Przez jakiś czas leżała w śniegu z zamkniętymi oczami. Wyobrażała sobie, jak kostnieje jeszcze bardziej, a płuca wypełniają — niczym zasłaniający szybę mroźny malunek — drobne iskierki lodu. Potem lodowaty podmuch skuwa jej serce, w końcu głowę. I nie ma w niej już żadnej myśli. Żadnej tęsknoty.

— Chce się pani przeziębić? — Miły męski głos przywołał ją do rzeczywistości.

Otworzyła oczy, ale od razu je zamknęła, oślepiona bielą śniegu. Minęła dłuższa chwila, zanim podjęła kolejną próbę.

Mężczyzna mógł być w jej wieku, raczej przystojny. Wysoki brunet o wyrazistym spojrzeniu ciemnych oczu i ujmującym uśmiechu. Pochylił się nad Ewą i podał jej rękę.

— Ewa Starzyńska — przedstawiła się, otrzepując śnieg ze spodni.

— Ksiądz Marek. — Mężczyzna mocno uścisnął jej dłoń. — Przyjechała pani pomóc Bogusi? — niby zapytał, ale wyglądał na zorientowanego w sytuacji.

Potaknęła.

Ksiądz. Jeszcze tego jej brakowało. Jakby mało jej było duchownych, których sprowadzała do niej matka. Jako gorliwa parafianka miała znajomości wśród kleru. Szukając ratunku dla pogrążonej w rozpaczy córki, nie omieszkała z nich skorzystać. Pewnego dnia Ewa poznała więc księdza Grzesia — szpitalnego kapelana, który przez godzinę próbował ją przekonać, że Bóg tak chciał, a jej pozostaje tylko zaakceptować Jego plan i spróbować odnaleźć w nim sens. A może nawet więcej — spróbować odnaleźć w swoim doświadczeniu radość. Kiedy się okazało, że czcze pocieszenia młodego wikarego spłynęły po Ewie jak woda po kaczce, matka zaprosiła do domu księdza Jacka, swojego przyjaciela z młodości. Jako prorektor jednej z ważnych katolickich uczelni cieszył się wielkim szacunkiem i poważaniem. Tym razem Ewa była jednak mądrzejsza. Wymawiając się bólem głowy, pięć minut po przybyciu księdza Jacka wyszła z mieszkania rodziców i wróciła do domu. Matka nie sprowadziła następnego „uzdrawiacza dusz” chyba tylko dlatego, że córka zagroziła jej telefonicznie, iż jeszcze jedna taka niespodzianka i już jej w ogóle nie zobaczy.

— Trzeba by chyba wejść do domu, trochę się rozgrzać. — Kiedy mężczyzna mówił, z jego ust wydobywały się białe obłoczki.

— Nie, pójdę jeszcze pospacerować — odparła, choć niczego nie pragnęła bardziej, niż schronić się w cieple swojego pokoju na poddaszu. Cała aż drżała z zimna.

— Jak pani sobie życzy. — Głos księdza nie brzmiał już tak miło jak przed momentem. Ewa znała ten typ ludzi. Tonęli w uśmiechach, póki wszystko szło po ich myśli, wystarczyła jednak drobna niesubordynacja i całą tę „dobroć” w jednej chwili trafiał szlag.

— Życzę sobie — burknęła w odpowiedzi i dziarskim krokiem ruszyła do furtki.

*

„Ta Glinka to faktycznie dziura zabita dechami” — stwierdziła po półgodzinnej wędrówce wokół wsi. Szara bryła kamiennego kościoła, w której nie zdołała dostrzec niczego ciekawego, parę domów na krzyż. Nie przepadała za zabytkami. Nie lubiła dawnej architektury, malarstwa czy rzeźby. Najlepiej czuła się w otoczeniu nowoczesnego budownictwa. Fakt, że kolejne lata miała spędzić w zabytkowym budynku, był prawdziwą ironią losu. Problem w tym, że nowoczesne budynki znajdowały się w miastach, w których aż roiło się od ludzi, a ona właśnie ludzi miała dosyć.

 

Panował potworny ziąb, więc wędrówkę szybko zakończyła w karczmie. Usiadła w kącie przy kominku i zamówiła gorącą herbatę. To nieprawda, co powiedziała Bognie, że nie pije. Od dwóch miesięcy faktycznie unikała alkoholu, wcześniej jednak całe dnie była na rauszu. Nie, nie upijała się. Po prostu od momentu przekroczenia progu mieszkania co godzinę wlewała w siebie kieliszek wina. W końcu jednak przyszedł czas, kiedy powiedziała sobie dość. W bezsenną wigilijną noc siedziała w fotelu, przyglądając się gasnącym światłom mieszkań z przeciwległego bloku, i nagle dotarło do niej, że musi z tym skończyć. Następnego dnia napisała wymówienie i zaczęła szukać w sieci pomysłu na życie. Znalazła go po niespełna godzinie. Oferta pracy pochodząca od kobiety zamieszkującej wioskę nieopodal Wałbrzycha od razu wzbudziła jej zainteresowanie. A kiedy porozmawiała z Kawecką przez telefon, była już pewna. Glinka. To będzie od teraz jej nowy dom.

Gospoda świeciła pustkami, a kelnerka przypominała aktorkę musicalową z lat pięćdziesiątych. Natapirowana blond grzywka, wielgaśny kok przytroczony do czubka głowy i te czarne rajstopy nijak niepasujące do jasnego fartuszka. Pożółkłe zęby i nieświeża cera nie pozostawiały wątpliwości, że kobieta jest od lat w stałym związku z nikotyną. Herbacie, podanej w tradycyjnej szklance na kryształowym spodeczku, też daleko było do mistrzostwa świata. Najważniejsze jednak, że grzała.

Minął dłuższy czas, zanim Ewa się zorientowała, że dzwoni jej telefon. Przez chwilę jak skamieniała wpatrywała się w zdjęcie na ekranie. Wiedziała, dlaczego Adam do niej telefonuje, i nie miała najmniejszej ochoty z nim rozmawiać. Mimo to nacisnęła klawisz z zieloną słuchawką. Nawet gdyby bardzo chciała, nie da rady uniknąć tej rozmowy.

— Tak? — Przyłożyła telefon do ucha.

— Dostałem dziś pismo z sądu — powiedział Adam drżącym głosem, jakby miał zamiar się rozpłakać.

— Tak? — powtórzyła. Zaskoczyła ją obojętność, z jaką podchodzi do jego rozpaczy. Przecież właśnie drugi raz w ciągu dwóch lat walił mu się świat.

Adam milczał dłuższą chwilę.

— Jesteś pewna, że tego chcesz? — zapytał już zupełnie innym tonem.

Powiodła wzrokiem po drewnianym barze, po ciepłych kaflach starego kominka. Zatrzymała spojrzenie na stygnącej herbacie. Chcesz? Co to słowo w ogóle oznacza?

— Od dawna niczego nie chcę.

— Ewa? Co powiedziałaś? — Adam chyba jej nie usłyszał. W telefonie rozległy się jakieś trzaski i zgrzyty. Za moment wszystko ucichło. — Ewa! — Głos męża znowu zabrzmiał wyraźnie, jakby stał tuż obok niej.

Odchrząknęła. Gęsta ślina wpadła jej do gardła.

— Tak, jestem pewna — odezwała się głośno, zwracając na siebie uwagę kelnerki stojącej za barem. — Jestem pewna, że chcę rozwodu — dodała.

8

— Ciekawa kobieta. — Marek zdjął czapkę i zmierzwił gęstą czuprynę gestem młodego chłopaka. Podobno we wczesnej młodości był punkiem. Na koncerty stawiał sobie nawet irokeza. Co się stało, że punk został księdzem? Bogna nie miała pojęcia. Przyjaciel nigdy jej o tym nie opowiedział, a ona nie dopytywała.

— O kim mówisz? — Bogna wzięła jego kurtkę. Powiesiła ją na wieszaku przy drzwiach.

— O twojej nowej pomocy. O tej… Ewie.

— Sympatyczna dziewczyna.

— Ekscentryczna? — Marek uśmiechnął się półgębkiem. — Kiedy tu przyszedłem, z zamkniętymi oczami leżała w śniegu.

— Może się relaksuje. — Bogna zaśmiała się, sięgając po filiżankę. — Kawki?

— Poproszę. — Usiadł za stołem w jadalni. — Wiesz, martwię się o ciebie — dodał po chwili, wodząc wzrokiem za krzątającą się po kuchni kobietą.

Bogna wzruszyła ramionami.

— Dlaczego? U mnie wszystko w porządku. Nie choruję, mam dobry humor.

Podała Markowi kawę, a potem zajęła miejsce po drugiej stronie stołu. Wstawiła między nogi wiaderko z ziemniakami i z dużą wprawą zabrała się za obieranie.

— Mimo to wydajesz się zmęczona. — Marek spojrzał na nią z troską.

Machnęła lekceważąco ręką.

— No wiesz, nie jestem już młódką. — Zaśmiała się.

— Przestań! — Zauważyła, że Marek nie lubi, kiedy mówi o swoim wieku. Mogła się tylko domyślać dlaczego.

— Powiedz lepiej, co u ciebie. Jak się udała kawka u biskupa — posłusznie zmieniła temat.

Marek się skrzywił.

— Było drętwo jak zawsze, ale jakoś przeżyłem. Spotkałem Sławka, wiesz, tego, z którym przyjaźniłem się w seminarium. Pogadaliśmy… No i jedzonko było palce lizać. Jak to u starego. — Uśmiechnął się porozumiewawczo.

Bogna lubiła dystans proboszcza do księżowskiego środowiska. Gdyby był twardogłowym duchownym zapatrzonym w przełożonych jak w, nomen omen, święte obrazki, na pewno nie udałoby jej się z nim zaprzyjaźnić. Kiedyś uważała, że wszyscy duchowni są fanatykami. Poznanie Marka zweryfikowało jej sądy. Momentami łapała się nawet na tym, że zapomina o jego profesji, a w najlepszym razie traktuje ją jak zawód.

Kiedy się właściwie poznali? Chyba wtedy, kiedy Marek przyszedł do niej po kolędzie. Proboszcz, który pracował w Glince przed nim, był człowiekiem wybitnie nieprzyjemnym. Bucem rozmawiającym z wiernymi z wysokości ambony, nawet jeśli stało się za nim w kolejce po pieczywo. Kazania też miał kiepskie. Owszem, pod względem stylistycznym bardzo ładne, dopracowane, ale tak naprawdę o niczym. Bogna rzadko zachodziła do kościoła, między innymi dlatego, że proboszcz potwornie przynudzał. „Jak mam przez godzinę słuchać grafomana, lepiej poczytam” — tłumaczyła Wiktorowi, który — choć niespecjalnie religijny — wiedziony przyzwyczajeniem z dzieciństwa rzadko opuszczał niedzielną mszę. „Nie chodzi się do kościoła dla księdza, tylko dla Pana Boga” — odpowiadał zawsze, choć sam na pewno dla Boga tam nie chodził.

Kiedy stary proboszcz odszedł na emeryturę, na jego miejsce przyszedł młody ksiądz. Młody? Dziesięć lat młodszy od Bogny, a to wystarczyło, żeby tak go nazywała. Uśmiechnięty, pełen entuzjazmu i — co najważniejsze — w odróżnieniu od poprzedniego duszpasterza — idealista. Zamiast, wzorem poprzednika, rozbijać się po wsi czarnym błyszczącym audi, odwiedzał mieszkańców na piechotę. Nie tylko w czasie kolędy czy z namaszczeniem chorych, ale zawsze, gdy tego potrzebowali. Bogna nie raz widziała, jak szedł do Kulów, najuboższej rodziny we wsi, z reklamówką pełną owoców i wędlin. Ona też zresztą często zachodziła do biednych sąsiadów. Gotowała wyłącznie na bieżąco, więc kiedy zostało jej drugie danie bądź zupa, zamiast je mrozić, zanosiła Kulom. Stary Kula od dziesięciu lat był na wózku inwalidzkim, Kulowa od ponad roku walczyła z rakiem. Do tego czwórka dzieciaków. Najstarsze miało dwanaście lat, najmłodsze cztery. Kiedy Kulowa wyjeżdżała na chemię do Wałbrzycha, Bogna czasem zajmowała się ich najmłodszym dzieckiem. Marysia była śliczną brunetką, o oczach jak dwa węgielki i różowych ustach, i jakby na przekór ciężkiemu losowi rzadko była smutna. Do tej pory Bognie wydawało się, że między małymi chłopcami i dziewczynkami rysuje się wyraźna linia podziału — dziewczynki są grzeczne, natomiast chłopcy to łobuzy, lecz poznanie uroczej i niesfornej Marysi sprawiło, że zmieniła zdanie. Dziewczynka była niespotykanie bystra, znała się na markach samochodów, przynajmniej tych, które widywała czasem na wiejskiej szosie, potrafiła wymienić wszystkie gatunki dinozaurów znajdujących się na kartach do gry w Piotrusia, które ksiądz Marek przywiózł jej z wycieczki do Krasiejowa, umiała na pamięć dziesiątki wierszy Brzechwy i Tuwima. Jako dziecko ciekawe świata nawet przez minutę nie była w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Pewnego dnia zalała Bognie łazienkę, odkręcając kran i kierując go na bok umywalki, tak że strumień wody spadał bezpośrednio na podłogę, innym razem rozsypała na schodach karmę dla psów i polała ją wodą z miski, stwierdzając, że Pikuś — ukochany kundelek Bogny, miał ochotę na płatki z mleczkiem. W małej główce aż roiło się od pomysłów. I wszystkie trzeba było przewidzieć. Bogna ją lubiła, ale musiała uczciwie przyznać, że kiedy dziewczynka w końcu wracała do domu, oddychała z ulgą. W takich chwilach była wdzięczna losowi, że nie obdarzył jej potomstwem. W gruncie rzeczy była indywidualistką i samotniczką. Tryb życia, jaki prowadzili z Wiktorem, bardzo jej odpowiadał. Choć czasem żałowała, że nie było jej dane urodzić dziecka, to gdy zaczynała poważnie rozważać przeciwny scenariusz, dochodziła do wniosku, że nie nadawałaby się na matkę. Goszcząc w Starej Szkole rodziny, widziała, jak wielkim poświęceniem jest sprawowanie opieki nad dziećmi. Czy ona byłaby w stanie do tego stopnia wyrzec się siebie? Seks także miał znaczenie. Przez kilkanaście lat wspólnego życia kochali się z Wiktorem codziennie, czasem nawet po kilka razy. Bliskość fizyczna stanowiła silne spoiwo ich związku. Również kiedy ona dobiegała czterdziestki, a Wiktor przekroczył pięćdziesiątkę, wciąż byli dla siebie bardzo atrakcyjni. Bogna uważała, że miała dużo szczęścia. Wiktor, na co dzień pragmatyczny gospodarz domu, w łóżku zamieniał się w demona seksu. Ona też — jak twierdził mąż — była wyjątkowa. Zdarzało się, że porównywał ją do swoich poprzednich partnerek, na czele ze zmarłą żoną, i zawsze twierdził, że Bogna jest najbardziej namiętną kobietą, jaką zdarzyło mu się spotkać. „Może chodzi o to, że jesteś młodsza. Kobiety w moim pokoleniu jeszcze nie wiedziały, że mogą się cieszyć seksem. Moja pierwsza żona na pewno tego nie wiedziała…” — tłumaczył. Czy gdyby byli rodzicami, mogliby prowadzić równie bujne życie erotyczne? Bogna szczerze w to wątpiła.