Za cudze grzechy

Tekst
Z serii: W cudzym domu #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Za cudze grzechy
Za cudze grzechy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
Za cudze grzechy
Za cudze grzechy
Audiobook
Czyta Piotr Grabowski
34,90  25,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojemu synowi Jasiowi, z miłością

Byś zupełnie był mądry, wiek ci nie wystarczy.

(przysłowie polskie)

Część I


Rozdział I

Ignacy, Zgierz, lipiec 1889

– Ignaś! Gdzie jesteś? – dobiegł go głos siostry.

Przez chwilę, kiedy przechodziła przy karłowatym krzaku, pod którym leżał, widział jej chude łydki. Były wątłe jak patyczki, których matka używała jako rozpałki do pieca.

Starał się nie oddychać, wsłuchując się w bicie swego serca. Jako dziecko zawsze pragnął być niewidzialny. To nic, że minęło tyle lat. To pragnienie wciąż w nim tkwiło.

Ciekawe, co pomyśleliby jego koledzy z gimnazjum, gdyby zobaczyli, jak spędza wakacje. Chyba tarzaliby się ze śmiechu po tej soczyście zielonej trawie nad rzeką!

– Ignaś! – teraz rozległ się głos jego młodszego brata, przestraszonego tą sytuacją.

Postanowił, że jeszcze trochę wytrzyma w ukryciu, a potem do nich dołączy. Bardzo lubił, kiedy ich niepokój przechodził w dziką radość na jego widok. Skakali wtedy jak młode kózki, ściskając go i obcałowując.

Ignacy Osowski nigdy by się nie przyznał kolegom, jak bardzo tęsknił za tymi pędrakami, kiedy przez długie miesiące szkolnej nauki przebywał z daleka od nich. Niby Warszawa nie była aż tak odległa, ale pieniądze od dziadka wystarczały tylko na pokrycie kosztów nauki i zamieszkania. Na podróże rodziców nie było już stać. Za każdym razem więc, kiedy po dłuższej przerwie przyjeżdżał do domu, dzieciaki były już większe i rozumniejsze. Pewnie za parę lat nie będą już za nim wodzić takim pełnym oddania wzrokiem, niczym małe pieski. On również za rok, kiedy skończy gimnazjum i, jak miał nadzieję, zda maturę, nie będzie miał pewnie czasu, żeby szaleć z rodzeństwem po łąkach i bawić się w chowanego.

Będzie wówczas statecznym mężczyzną. Ojciec próbował mu znaleźć posadę w Zgierzu, ale Ignacy miał znacznie rozleglejsze plany, o których nie zamierzał jeszcze opowiadać ojcu. Gdy tylko zda maturę...

Bo wtedy to zostanie słynnym badaczem i podróżnikiem. Takim jak Domeyko albo Strzelecki. Wyruszy na daleką wyprawę i odkryje nieznane lądy. To nie były młodzieńcze mrzonki. Wuj jego przyjaciela Bronka, mieszkający w Afryce, obiecał, że zabierze go tam. No i oczywiście Bronka też. Bo to razem mieli przemierzać kraje i kontynenty. I jeszcze coś będzie robił. Coś dla ludzi. No i żeby jednocześnie rozsławić swoje nazwisko na wieki. Na samą myśl o tym zaczynał się rozmarzać. To coś, co było jego największym pragnieniem, a zarazem pewnością, że został do tego stworzony. Ech!

Tymczasem zamiast pustynnego pyłu w nozdrza Ignacemu wdzierał się zapach rzeki i polnych kwiatów. Mocny i intensywny, jak zawsze latem. Mogło się nawet zakręcić w głowie. Poczuł, że za chwilę kichnie, postanowił więc wstać i objawić się dzieciakom, które coraz bardziej zaniepokojone zaczęły się niebezpiecznie zbliżać do rzeki.

– Amelka, Ludek! – krzyknął.

Dzieci momentalnie się zatrzymały i obróciły głowy, a kiedy zobaczyły, że wreszcie odnalazł się uwielbiany brat, na wyprzódki rzuciły się w jego stronę.

– Powiedz, Ignaś, gdzie się schowałeś? – dopytywał się sześcioletni Ludek, obejmując go w pasie. – Co to za kryjówka?

Ignacy nie zamierzał zdradzać mu żadnych tajemnych skrytek. Trząsł się o bezpieczeństwo rodzeństwa jak kwoka o pisklęta. Z uwagi na dużą różnicę wieku już od wczesnych lat musiał się nimi opiekować, szczególnie gdy matka była zajęta krawiectwem.

Pamiętał dobrze, kiedy wbrew woli ojca zaczęła szyć suknie dla sąsiadek. Pogorszenie sytuacji finansowej rodziny było dla niego nieustannym cierpieniem – wciąż się rozwodził na temat dawnej świetności ich rodzinnego majątku. Trzeba było jednak znaleźć dodatkowy grosz, zwłaszcza gdy na świecie pojawiła się do wykarmienia dodatkowa dwójka dzieci.

Ośmioletnia Amelka złożyła usta w ciup niezadowolona, że nie udało jej się odnaleźć brata, ale wkrótce roześmiała się na cały głos, porwana przez niego w ramiona i kręcona wokoło, aż wirowała jej ozdobiona falbankami spódniczka. „Najmodniejsza w całym mieście”, jak sama uważała.

– Wracamy do domu – oznajmił Ignacy, patrząc na długie cienie rzucane przez słońce. Musiało być po szóstej. Ojciec pewnie już wrócił, a matka kończyła przygotowywać obiad. Nie tolerowała spóźnialskich. – A po obiedzie... – zaczął, ale Ludek mu przerwał:

– Bajka.

– Żadna bajka. Lekcja polskiego i dyktando.

– Nieee! – zaczęły protestować dzieci, ale w głębi serca wiedziały, że z Ignacym wiele w tej sprawie nie wskórają.

Starszy brat z pełną determinacją zajął się nauką rodzeństwa, zdając sobie sprawę, że tylko dzięki lepszemu wykształceniu będą mogli się wydobyć z ubóstwa. On też został tą nauką zarażony przez doktora Nowackiego, który raz w tygodniu przychodził do ojca na partyjkę szachów.

Mając przy każdym boku jedno z malców, Ignacy skręcił z polnej drogi dochodzącej do rzeki w stronę miasta. Przywitało go wściekłe ujadanie psów. W pierwszej chwili pomyślał, że przyjechał rakarz, ale nagle poczuł gryzący swąd. Czyżby ktoś palił ognisko?

– Ale nieładnie śmierdzi. – Amelka ostentacyjnie zatkała sobie nos.

Dochodzili już do pierwszych drewnianych domów tkaczy, gdy zza węgła wybiegł żydowski druciarz w czarnym chałacie i z rozczochraną brodą. Ignacy znał go dobrze. Drutowane przezeń garnki zyskiwały drugie, a nawet trzecie życie.

– Panie Osowski! Wasz dom się pali! – wrzasnął na widok chłopaka.

Ignacy zatrzymał się nagle, czując, że krew odpływa mu do nóg.

– Niech pan tam nie idzie z dziećmi – ostrzegł go druciarz.

Chłopiec poczuł jeszcze większą niemoc. Nie było jednak mowy, żeby dzieci go zostawiły. Przylgnęły do niego w nagłym lęku, uniemożliwiając choćby krok.

Po chwili opanował się i ruszył do przodu. Wydawało mu się, że droga trwa całe wieki. Pokonał dwa zakręty w prawo i przeszedł obok drewnianych budynków, które mijał od wczesnego dzieciństwa, i nagle wkroczył w kłębowisko dymu i ognia. Tam, gdzie jeszcze przed paru godzinami stał ich rodzinny dom.

Wóz straży ogniowej był już na miejscu, a strażacy kierowali strumienie wody z ręcznych sikawek na ogromne języki ognia. Kilkunastoosobowa grupa gapiów syciła się tym koszmarnym widokiem jak wesz krwią.

– Dokąd to? – Zastąpił im drogę wąsaty strażak z bosakiem w ręku.

– My tam mieszkamy. Nasi rodzice... – Ignacy, zrozumiawszy wreszcie, co się dzieje, chciał się rzucić w kierunku strzelających wysoko płomieni.

Strażak opuścił nagle wzrok, ale jego ramię osadziło chłopaka na miejscu.

– Proszę stąd iść i zabrać dzieci. Natychmiast!

– Ale rodzice! – Był gotów szarpać się ze strażakiem, byle tylko pozwolił mu biec na ratunek.

Jednak to słowa go powstrzymały.

– Czy ty tego, chłopaku, nie rozumiesz? Ich już tam nie ma. Zajmij się lepiej dziećmi. Mają już tylko ciebie.

Płomienie bezlitośnie pożerały resztki rodzinnego domu Ignacego. Jak również jego całą przyszłość.

Rozdział II

Rozalia, Warszawa, sierpień 1889

Rozalia Lubecka obudziła się po wyjątkowo przyjemnym śnie. Nie otworzyła jeszcze oczu i próbowała rozkoszować się słodkim ciepłem, które otaczało jej ciało i umysł. Dopiero po paru minutach wyciągnęła rękę, by dotknąć tego, który towarzyszył jej przed chwilą w marzeniach sennych. Ale ręka osunęła się w pustkę, by zaraz natrafić na twardą krawędź łóżka. Aż zabolało. I nagle wraz z bólem promieniującym od łokcia wróciło wspomnienie. Rozalia siadła gwałtownie w łóżku.

Teraz już wszystko pamiętała, choć chętnie pozbyłaby się tych obrazów raz na zawsze. Zbyt szybko wirowały w głowie, nie pozwalając jej w pełni pojąć, co się stało. Spojrzała na zaciągnięte szczelnie zasłony, spod których sączyła się nikła strużka światła, i nagle z tego chaosu wyłoniła się paniczna myśl. Dima umarł tej nocy. I dlatego przyszedł do niej we śnie. Drgnęła na wspomnienie jego namiętnych pocałunków, które tak chętnie mu oddawała.

Wyskoczyła z łóżka tak szybko, że omal nie wywróciła nocnika, rzuciła się do drzwi i nacisnęła klamkę. Były zamknięte jak poprzednio. Z prześwitu przy podłodze przenikały promienie światła dziennego z korytarza. Przyłożyła ucho do drzwi i nasłuchiwała przez chwilę. Nagle usłyszała bicie zegara w salonie. Ósma. Domownicy z pewnością już się kręcili po mieszkaniu.

Zaczęła pukać w drzwi, ale nikt się nie pojawiał. Użyła więc pięści, ale równie nieskutecznie.

– Czy ktoś może do mnie przyjść? – Do wszystkich diabłów, dokończyła w myślach. Co oni sobie wyobrażają? Że mogą ją tak bezkarnie więzić w nieskończoność? Za co ją mają? Jest ich córką, a nie niewolnicą! I tak uległa im na tyle, by pozwolić sobie podać ohydny specyfik, który miał rzekomo ukoić jej nerwy i zapewnić sen. Tylko ten lekarz, który ją wczoraj badał, wyglądał bardzo podejrzanie. Mogłaby się założyć, że zawarł jakiś tajny pakt z matką.

Z ojcem niczego by nie zawarł, bo ten wydawał się całą sytuacją załamany.

Przy Joachimie i Luizie mecenas Lubecki trzymał jeszcze fason, próbując udzielać dobrych rad:

– Panie Joachimie, myślę, że powinien pan jak najprędzej opuścić Warszawę. Grozi panu niebezpieczeństwo. Zastrzelił pan człowieka.

 

– Musiałem to zrobić – próbował rezonować Joachim. – Inaczej zabiłby pana córkę.

Rozalia zamrugała kilkakrotnie i zaciskając wciąż umazane krwią ręce, próbowała coś zrozumieć. Wprawdzie w powozie Joachim przedstawił jej i Luizie oficjalną wersję wydarzeń, wersję, która miała wszystkich uratować albo chociaż jak najmniej wszystkim zaszkodzić, była jednak zbyt roztrzęsiona, by to wszystko pojąć. A więc nie chodziło już o defraudację, oszustwa i tajne spiski, tylko o zwykłą zazdrość o kobietę, czyli o nią? O Rozalię Lubecką, którą mieli ponoć kochać dwaj mężczyźni – Józef Sempolski, polski szlachcic, i Dmitrij Szuszkin, rosyjski urzędnik ochrany. W wyniku pojedynku pierwszy z nich zginął, drugi zaś walczył o życie. Tak mieli od tej pory zeznawać. Jedynie rodzice Rozalii powinni poznać prawdę. Częściową, bo sprawa Hazardzisty mogła im tylko wprowadzić mętlik w głowie. Poza tym Joachim chciał ich oszczędzić ze względu na zamieszanego w tę aferę Teofila. Będzie więc mówić o tym, co najważniejsze – że zginął człowiek.

Przed oczami Rozalii pojawił się ponownie obraz rannego Dimy. Nachylała się nad nim, nieudolnie próbując powstrzymać krwawienie. Ale kiedy – chyba po wiekach – przyszedł lekarz, nawet nie była pewna, czy jej się udało. Był jednak przytomny, gdy do niego mówiła. Tylko tak głupio się do niej uśmiechał. Jakby mu już było wszystko jedno.

Dlaczego dała się z nim rozdzielić? Rozalia wyginała palce z rozpaczy. On nie może umrzeć. Nie teraz! To był najgorszy możliwy moment. Bo przecież nie wiedział, co do niego czuje. Tylko co naprawdę czuła? Zawahała się w myślach. Nieważne, później się nad tym zastanowi, teraz chodzi tylko o to, by przeżył.

Kiedy wynoszono Dimę na noszach z mieszkania Teofila, Joachim i Luiza trzymali ją mocno za ręce. Lekarz powiedział, że go zawiozą do szpitala. Ale jego mina... Mój Boże, miał taką minę, jakby już wiedział, jak to wszystko się skończy.

– Jeśli ten Rosjanin umrze... – perorował w dalszym ciągu Lubecki.

– Sam się przyznał przy świadkach, że to on zastrzelił Sempolskiego.

Jak to, Dima? Przecież to Joachim do niego strzelił!

– Panie Joachimie, przecież pan dobrze poznał Szuszkina. Toż ja sam byłem pana obrońcą. Ten człowiek wysłał pana na Syberię za nic. Cudem udało się panu wyjść bez szwanku. Jak pan teraz może mu zaufać? Czy on się kieruje czyjąś niewinnością? Za chwilę zmieni zdanie, bo uzna, że tak mu się bardziej opłaca! To ostatnia swołocz. – Mecenas niemal podskakiwał, tak go poniosły nerwy.

Rozalii kręciło się w głowie jak na karuzeli, na której jeździła w dzieciństwie. Luiza musiała coś wyczuć, bo nagle objęła ją ramieniem.

– Ciii – uspokajała ją jak własną córkę, pewnie próbując powstrzymać przed powiedzeniem czegoś niewłaściwego.

Rozalia była jednak w zbyt dużym szoku, żeby nadmiernie żywiołowo reagować. Tym bardziej że widziała, iż matka, która przed chwilą weszła do salonu, nie spuszcza z niej wzroku.

Twarz Marii Lubeckiej była blada, w oczach migotały gniewne iskry. Przysłuchiwała się rozmowie z lekko pogardliwym uśmiechem. Dopiero gdy jej mężowi zabrakło tchu, postanowiła się odezwać.

– Właśnie się pożegnałam z naszym synem. Wpadł tu tylko na chwilę, bo musi wyjechać z kraju. Nie wiadomo, kiedy uda mu się wrócić. – Rzuciła ostre spojrzenie w kierunku Rozalii.

– Teofil i Maks Kwilecki byli świadkami tego tragicznego zajścia – wyjaśniła Luiza, nie rozluźniając objęć.

– O dobry Boże – jęknął mecenas Lubecki i osunął się na fotel. Sytuacja zaczęła go przerastać. – Jednej sprawy jednak nie rozumiem – poprosił w końcu o pomoc. – Skąd ten cały Szuszkin zna Rozalię? I to na tyle, żeby się w niej zakochać?

Spojrzenia wszystkich skoncentrowały się natychmiast na młodszej Lubeckiej. Były tak intensywne, iż Rozalia uznała, że nie pozostaje jej nic innego niż zemdleć.

Nie na długo jednak. Musiała skapitulować przed solami trzeźwiącymi. Niestety, kiedy otworzyła oczy, nie było już przy niej sojuszników – Joachima i Luizy. Przyszło jej do głowy, że to dziwne myśleć o nich jak o przyjaciołach, kiedy jeszcze parę tygodni wcześniej nienawidziła ich z całego serca. Ile by teraz dała, żeby byli obok niej! To przecież oni byli świadkami tragedii, która rozegrała się w pracowni Teofila, widzieli, jak pochylała się nad rannym Szuszkinem i wyznawała mu miłość. Teraz to oni wiedzieli o niej wszystko, a nie ojciec ani też matka, która w związku z ucieczką Teofila stała się jej wrogiem. Rozalia w głębi serca znała już tę prawdę: dla matki zawsze najważniejsi byli synowie. Przewidywała poza tym, że Maria Lubecka, pełna nienawiści do zaborców, nigdy jej nie daruje, że związała się z carskim policjantem. Nie musiała nawet wiedzieć, że Rozalia mu się oddała. Wystarczyło, że skompromitował jej dobre imię.

– Czy możesz nam wyjaśnić, co się stało? – zasyczała jej do ucha matka.

– Ja się źle czuję. Chcę do łóżka – jęczała Rozalia.

Ale matka nie ustępowała.

– Później. Teraz masz nam o wszystkim powiedzieć.

– Jaką prawdę? Przecież Joachim mówił, jak było. – Młoda Lubecka podniosła głowę z niewygodnej poduszki, poszukując wzrokiem jakiegoś ratunku, ale nie znalazła go w zgromadzonych w salonie meblach. Nawet ojciec gdzieś zniknął.

– Skąd znasz Szuszkina?

– Spotkałam go w operze. Jest znajomym Gastona, tego Francuza, który przyjechał do Hallmannów. – To była dość wykrętna odpowiedź, ale rodzice będą musieli się nią zadowolić. Nie puści więcej pary z ust. Mogą ją torturować, proszę bardzo.

– Czy ty, dziewucho, rozumiesz, że za twoją przyczyną zginął uczciwy Polak?! – wykrzyknęła matka.

Po raz pierwszy od paru godzin Rozalia myślała, że wybuchnie śmiechem. Zuzu Sempolski uczciwy? W pracowni Teofila usłyszała wystarczająco wiele, aby wszystko połączyć w całość. To Zuzu był konfidentem carskiej policji, właściwie za jego sprawą Joachim trafił na Syberię, to Sempolski ukradł pieniądze ochrany – wprawdzie nie sam, ale wraz z Maksem Kwileckim i jej własnym bratem, to Zuzu strzelił do Szuszkina... a poza tym, a poza tym to, co jej zrobił! Udawała przed sobą, że o tym zapomniała, ale to nie była prawda. Myślała o tym nieustannie do chwili, kiedy Dima pokazał jej, że jest inaczej. Zrozumiała wówczas, że to, co się odbywa między kobietą a mężczyzną, może być piękne. I to był też istotny powód, by stanęła po stronie Dmitrija. Co więc tu robiła, zamiast jechać do szpitala i dowiedzieć się, czy żyje?

– Sempolski to łajdak. Szuszkin uratował mi życie. Muszę wiedzieć, czy udało mu się przeżyć. – Zaczęła podnosić się z kanapy. Zauważyła, że matka musiała poluzować jej gorset, próbowała więc nieudolnie zacisnąć sznurki.

– Dokąd to? – Matka zagrodziła jej drogę.

– Do szpitala. Nie będę się z nim widzieć. Obiecuję. Tylko się dowiem – próbowała przekonywać Rozalia. Nagle poczuła dotkliwy ból policzka. Dopiero gdy zobaczyła podniesioną rękę matki, zrozumiała, co się stało.

– Nigdzie się stąd nie ruszysz. Marsz do pokoju.

– Nie, matko, nie zmusicie mnie do tego! – Rozalia podniosła głos. Zamierzała się jej wyrwać i uciec. Maria Lubecka należała do wysokich kobiet, ale córka niemal dorównywała jej wzrostem i dzięki szwedzkiej gimnastyce była bardzo sprawna.

Stanęła na równe nogi. Na szczęście wciąż miała na nich pantofelki i ruszyła do wyjścia. Ale zanim zdążyła dobiec, drzwi otworzyły się na oścież i do pokoju weszła grupa osób, na której czele znajdował się mężczyzna z monoklem. Zagrodzili jej drogę.

– Proszę mnie przepuścić! – Rozalia zamierzała się przez nich przecisnąć.

– To moja córka. – Usłyszała głos ojca. Był wśród nieznanych jej mężczyzn. – Ona jest chora.

Nagle mężczyzna z monoklem sięgnął do kieszeni i wyjął puzderko. Zanim Rozalia zdążyła się zorientować, co się dzieje, puzderko zostało otwarte, a gąbkę, która się w nim znajdowała, przyciśnięto jej do nosa. Próbowała się szarpać, ale jej ciało stawało się coraz bardziej wiotkie. W końcu osunęła się w ramiona otaczających ją mężczyzn. Tym razem naprawdę straciła przytomność.

Ile dni minęło od tamtej chwili? Rozalia nie pamiętała, bo lekarstwa podawane jej przez tego medyka oszusta sprawiły, że zupełnie straciła poczucie czasu. Zauważała jednak pewne zmiany: świeżą koszulę nocną, inne naczynia na nocnym stoliczku czy opróżniony nocnik. Ktoś nad nią czuwał, jednak bardzo zależało mu na tym, by była stale półprzytomna. Dopiero tego ranka czuła się na tyle rześka, by działać.

Mimo energicznego stukania w drzwi nikt do niej nie przychodził, a w domu panowała cisza. Rozalię ogarnął lęk, że być może wszyscy wyjechali i zostawili ją samą.

Rozejrzała się dokoła, szukając przedmiotu, którym mogłaby wyważyć drzwi. Prędko jednak przyszło jej do głowy, że przecież mieszkanie znajduje się na pierwszym piętrze i w razie potrzeby mogłaby zsunąć się w dół po zasłonach.

Podeszła do okna, energicznym ruchem rozciągnęła kotary i nagle z gardła wyrwał jej się jęk rozpaczy. Okna były zabite deskami w literę X. Przepuszczały trochę światła, ale nie były drogą odpowiednią do ucieczki.

– Ciekawe, czy mi coś dadzą do jedzenia, czy zamierzają mnie również zagłodzić – mruknęła do siebie, słysząc, jak jej kiszki marsza grają.

W tej samej chwili w zamku zachrobotał klucz, a do pokoju weszli matka i ojciec. Oboje ubrani na czarno, jak w żałobie. Tym razem nie było z nimi tego łapiducha z monoklem.

– Siadaj, Rozalio, na łóżku. Musimy porozmawiać – poleciła matka.

– Mamo, tato, nie zamykajcie mnie tutaj. – Rozalia załkała.

– Dziecko, nie pleć głupstw. Chcemy dla ciebie jak najlepiej. Posłuchaj, co postanowiliśmy – odezwał się ojciec i pogładził jasne włosy córki.

Rozalia wytarła nos i odetchnęła głęboko, z nadzieją, że przestanie być więźniem, ale to, co usłyszała, też brzmiało jak wyrok.

– Pojedziesz do Krakowa z moją najstarszą siostrą. Przyda jej się trochę wypoczynku, podczas gdy my zajmiemy się dziadkiem. Pojedziecie do krewniaków jej męża. Jesteśmy zaszczyceni, że zechcieli was przyjąć, i to bez żadnych warunków. Zostaniesz z nimi, aż ukoisz nerwy. Teraz jesteś zupełnie niezrównoważona, po tym jak carski oprawca zastrzelił twojego narzeczonego.

– Co? – Rozalia zdumiała się, słysząc, że matka przygotowała własną wersję ostatnich zdarzeń.

– Mówi się słucham. Jesteś pojętną dziewczyną, a w zasadzie już dorosłą kobietą, i chyba rozumiesz, co się do ciebie mówi. Zostaniesz w Krakowie, dopóki nie uznamy, że możesz wrócić.

Kiedy skończyła mówić, głos zabrał Ludwik Lubecki.

Zaczął od tego, jak bardzo ich zawiodła. Wychowali ją przecież w duchu patriotycznym. A obie rodziny, zarówno ojca, jak i matki, strasznie ucierpiały od zaborców, ich status społeczny i majątkowy byłby znacznie wyższy, gdyby nie konfiskaty dóbr. Przypomniał, że pozwalali jej na wyjątkową jak na dziewczęta w jej wieku swobodę. Z bólem serca przyjęli decyzję Rozalii o odrzuceniu oświadczyn Sempolskiego. Ale kochają ją, więc chcą jej dobra. Zgodzili się nawet, żeby pojechała do Szwajcarii z Luizą Sokołowską, choć wyjazd nie wyszedł jej na dobre. Przymykali oko na te zbyt bliskie relacje z byłą guwernantką. Z czasem, jak widać, Luiza się ustatkowała, czego nie można powiedzieć o Rozalii. Porzucili więc już nadzieję, że kiedykolwiek wyjdzie za mąż i będzie pociechą dla starych i niedołężnych rodziców. Na to nie było co liczyć. Stało się natomiast coś znacznie gorszego.

– Rozalio, chyba rozumiesz, że przez twoje postępowanie straciliśmy syna. Nie wiadomo, jak długo go nie zobaczymy. Nie wiadomo też, jak ta kompromitacja wpłynie na losy twoich braci, na szanse wyjścia za mąż twojej młodszej siostry.

– Na Boga! Julia ma dziesięć lat – wyrwało się Rozalii.

– Ludzie mają długą pamięć i jeśli rozniesie się po mieście wieść o tej tragedii i o tym, jaką w niej odegrałaś rolę, zostaniemy okryci niesławą na długie lata.

– A czy coś mówią? Minęło już trochę czasu – spytała chytrze młodsza Lubecka, pragnąc za wszelką cenę się dowiedzieć, jaki jest dzień tygodnia.

Ojciec westchnął i sięgnął do kieszeni tużurka po chusteczkę, by wytrzeć pot z czoła. W małym, szczelnie zamkniętym pokoiku temperatura rosła z minuty na minutę.

– Chwilowo cisza. Pojawił się tylko nekrolog Sempolskiego mówiący o tragicznym wypadku.

– Mówiłam wam, że Szuszkin weźmie to na siebie. Nie będzie żadnej kompromitacji. – Rozalia się uśmiechnęła. Wydawało się jej, że otrzymała w ten sposób potwierdzenie, iż Dima żyje.

Była tak zadowolona ze swojego sprytu, że nie zauważyła, iż rodzice nad jej głową wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

 

– Nie wiemy, czy nie będzie. I dlatego musisz wyjechać. Dla twojego własnego dobra i dla całej rodziny. Może będziesz tam miała okazję przemyśleć wszystko, co się stało.

Widząc poważne miny rodziców, Rozalia zrozumiała, że nic nie wskóra. Równie dobrze może pojechać do tego Krakowa. To nie był znowu taki szmat drogi. Tam jej chyba nie będą zamykać?

– A gdybym się nie zgodziła na ten wyjazd, to będziecie mnie dalej więzić? Latami? – Musiała to wiedzieć.

Matka pokręciła głową.

– Oczywiście, że nie. Klasztor wprawdzie nie wchodzi w rachubę, ale są przecież domy dla obłąkanych. Lekarz, który cię badał, jest właśnie stamtąd – powiedziała.

Wyjazd nastąpił szybciej, niż się spodziewała. Na szczęście, stwierdziła, gdyż drzwi pokoju po wizycie rodziców zostały ponownie zamknięte. Już następnego dnia po dość obfitym śniadaniu służąca przyniosła jej świeżą sukienkę i bieliznę. Kiedy pomagała Rozalii zasznurować gorset, dziewczyna ledwie trzymała się na nogach. Nie spodziewała się, że tych kilka dni tak bardzo wyzuje ją z sił witalnych.

Potem do sypialni weszła matka i zakomunikowała, że ciotka czeka już w powozie, a w drodze na stację będzie im towarzyszył ojciec.

Rozalia chciała się pożegnać z rodzeństwem, ale i to nie było jej dane. Zapewne z obawy, że je zarazi krnąbrnym zachowaniem! Nie miała też szansy sama spakować ubrań czy drobiazgów, gdyż kufer podróżny wstawiono już do powozu. W ten właśnie sposób pozbywają się najstarszej córki, myślała Rozalia, próbując przyjrzeć się po raz ostatni obrazom Teofila ozdabiającym ściany korytarza.

– Mam nadzieję, że się zastanowisz nad swoim postępowaniem – powiedziała matka, sprowadzając ją na dół po schodach.

Nie było ani pocałunku, ani nawet najlżejszego uścisku. Matka nie była wylewna, ale teraz zachowywała się jak prawdziwa Królowa Śniegu.

Przynajmniej stróż mi się ukłonił, pomyślała Rozalia, wychodząc z klatki schodowej. Powitało ją letnie powietrze wzbogacone smrodem dochodzącym z ulicy. W głębi studziennego podwórka wrzało życie. Pojawili się tam ostrzyciel noży i handlarz szmatami. Jeden drugiego próbował zagłuszyć wykrzykiwaną z całych sił reklamą. W kącie, pod krzakiem bzu, bawiły się dzieci, jakiś mężczyzna z oficyny rąbał drewno. Dwie kobiety podparte pod boki wyglądały tak, jakby miały się na siebie rzucić. Ich głosy stawały się coraz donośniejsze.

– No, pospiesz się! – Matka pociągnęła Rozalię za suknię. – Ile czasu można na ciebie czekać.

W powozie siedziała już ciotka Józefa Pomianowa, która sprawiała wrażenie, jakby nie poznawała bratanicy. Po chwili przyszedł ojciec Rozalii. Musiał być rano u cyrulika, bo jego broda była elegancko przycięta, jakby się wybierał na przyjęcie. Choć w zasadzie jego mina bardziej pasowała do pogrzebu.

Do Rozalii nikt się nie odzywał, więc i ona postanowiła trzymać język za zębami i robić wrażenie potulnej. Zerkała tylko przez okno. Po okresie zamknięcia w sypialni gwar ulicy wydawał się jakby donośniejszy. W pewnej chwili zauważyła gazeciarza wymachującego „Kurierem Warszawskim”.

– Piątkowy dodatek poranny! – darł się nastolatek.

Piątek? To chyba niemożliwe, pomyślała Rozalia. Gdy jechała za Dimą do pracowni Teofila, też był piątek! Czyżby spędziła w swojej sypialni cały tydzień? Była tym mocno wzburzona, ale nie dała nic po sobie poznać. Każdy wybuch gniewu lub złości mógł się dla niej źle skończyć. Uwierzyła nagle, że matka nie rzuca słów na wiatr. To nie były czcze pogróżki. Możliwość wylądowania w domu dla obłąkanych stała się tak realna, że po plecach przeszedł dziewczynie zimny dreszcz.

Daleko nie jechali. Wkrótce powóz zatrzymał się pod Dworcem Wiedeńskim, na rogu Alej Jerozolimskich i ulicy Marszałkowskiej; kufry przekazano tragarzowi, a ich trójka udała się do hali dworcowej. Ponieważ ojciec kupił bilety wcześniej, ruszyli na peron. Okazało się, że pociąg został już podstawiony.

W przedziale nie było jeszcze innych pasażerów. Ciotka uznała, że już rozpoczęła podróż. Pożegnała się więc z bratem, podając mu rękę do pocałowania, po czym usiadła z torebką na kolanach. Po chwili przeżegnała się i wyjęła Pismo Święte. Otoczenie przestało dla niej istnieć.

Mecenas Lubecki sięgnął do kieszeni surduta, by zerknąć na zegarek, i zmarszczył czoło. Spojrzał z pewnym niepokojem na siostrę i westchnął.

– Mam rozprawę w sądzie za pół godziny. Pociąg ruszy dopiero za piętnaście minut. Będę musiał już iść, żeby się nie spóźnić.

– To do widzenia, tatku – powiedziała Rozalia. – Mam nadzieję, że się jeszcze w życiu zobaczymy.

– Róziu, panno ty moja, skończ wreszcie z tymi głupstwami, tylko pomyśl o rodzinie. I o swojej ciotce. Mam nadzieję, że się nią odpowiedzialnie zaopiekujesz. Wszystko jest załatwione. W Krakowie będzie na was czekać bratanek męża ciotki, Krzysztof Pomian. Zajmie się wami. Masz tu parę drobnych. I bilety – dodał, widząc, że siostra wcale go nie słucha. Wcisnął w garść córki kilka monet o niskich nominałach (była pewna, że nie uzgodnił tego z matką), objął ją niezdarnie i wyszeptał do ucha: – Niech cię Bóg prowadzi, moje dziecko.

Może nie Bóg, ale Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska, pomyślała Rozalia, wyglądając przez okno.

Nie minęło nawet pięć minut od pożegnania, gdy nagle usłyszała donośny huk. Na peronie zapanowało poruszenie. Ludzie zaczęli gwałtownie biec w kierunku przeciwnym do lokomotywy. Nawet chłopak sprzedający orzeszki stracił zainteresowanie ewentualnymi klientami i wziął nogi za pas. Tymczasem ciotka Pomianowa czytała Pismo Święte zupełnie nieporuszona. Rozalia wstała i otworzyła drzwi do przedziału.

– Co się stało? – spytała kolejarza, który szedł w stronę czoła pociągu.

Mężczyzna zatrzymał się i pokręcił głową zafrasowany.

– Maszynista pociągu ze Skierniewic wjechał ze zbyt dużą szybkością na peron. Może puściły mu hamulce.

– To poważny wypadek? Są ranni?

– Nie, tylko lokomotywa przełamała kozioł oporowy i wjechała na drugi peron. Stąd panienka tego nie zobaczy. Lepiej tam nie podchodzić. Spore zamieszanie.

– Czy odjedziemy o czasie? – spytała Rozalia, gdyż nagle do głowy przyszła jej pewna chytra myśl.

– Szykuje się godzinne opóźnienie. Skaranie boskie. Nie będzie premii. Znowu płótno w kieszeni. I to nie nasza wina. Ech! – Machnął ręką i poszedł dalej w stronę lokomotywy.

Godzina! Powinna jej wystarczyć! Rozalia spojrzała na ciotkę, która tkwiła nieruchoma nad książką, po czym bez słowa, nie wahając się już chwili więcej, wyskoczyła z wagonu i szybkim krokiem udała się na przystanek dorożek drugiej klasy. Zegar dworcowy pokazywał dziesiątą.

– Na Górną, obok Ogrodów Frascati – zażądała Rozalia, gramoląc się przy pomocy dorożkarza do dryndy.

Już w środku, kiedy tylko opanowała łomotanie serca, które po podjętej nagle decyzji szybko przyspieszyło rytm, sięgnęła do torby po pilnik do paznokci. Następnie zadarła spódnicę i przecięła szew dolnej listwy. Drobniaki od ojca pewnie nie wystarczyłyby na dorożkę, pomyślała, błogosławiąc swój spryt, który kazał jej zaszyć tam poprzedniego dnia kilka banknotów i monet. Swoje zbiory pieniędzy, zarobionych w tajemnicy przed rodzicami na wyścigach, poupychała w różnych miejscach już wcześniej. Wszystkich, niestety, nie dała rady zabrać. Nie ona pakowała kufer podróżny. Trudno, poczekają na jej powrót.

Jechali w dobrym tempie i już dojeżdżali do placu Trzech Krzyży. Zaczęło jej zasychać w gardle. Za chwilę dowie się o Szuszkinie. Ciekawe, czy rodzice wiedzieli coś na ten temat? Może ojciec rozmawiał z Joachimem? Może jednak żył, skoro tak pospiesznie pozbywano się jej z miasta i wywożono za granicę, do innego zaboru. Ale przecież Dima to szczwany policjant i ją odnajdzie, nawet „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”. Pocieszała się przez te minuty jak mogła, gdyż nawet w najczarniejszej godzinie nie traciła optymizmu. Przypominała sobie pierwsze spotkanie z Szuszkinem w Cytadeli, kiedy przyszła do niego prosić o życie Joachima. Nigdy by wówczas nie uwierzyła, gdyby jej ktoś powiedział, że za parę lat ten arogancki typ zostanie jej kochankiem. Niemal roześmiała się na głos.

W końcu dojechali do ukrytego wśród drzew domu. Jego eleganckie kształty i ukryty za nim ogród nie wywoływały w Rozalii miłych wspomnień. To tu wyznała miłość Joachimowi przekonana o jego wzajemności, to tu pokłóciła się z jego żoną Luizą na śmierć i życie. Teraz tego szczerze żałowała. Jakie miała szczęście, że Joachim nie był nią zainteresowany.