Bratnie dusze

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bratnie dusze
Bratnie dusze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,85  39,88 
Bratnie dusze
Bratnie dusze
Audiobook
Czyta Marta Wardyńska
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Kalinie i Stefanowi

Rozdział I

– Mamo! – Podniesiony głos córki wcale nie wyrażał prośby, tego już dawno zaprzestała, ale kategoryczne żądanie. – Mamo, ja muszę dzisiaj zwrócić kasę.

– Rozumiem, ale powiedz, co ja mam zrobić. Mówiłam ci, że do piętnastego nie będzie żadnych pieniędzy. Dlaczego się umówiłaś właśnie teraz? – próbowała tłumaczyć, coraz bardziej znużona stale powtarzającym się tematem. Wiedziała jednak, że w zasadzie mogłaby nic nie mówić. Maja w ogóle jej nie słuchała, tylko nerwowo szarpała nieumyte rude loki.

– Mamo! – zaświdrowało ponownie w uszach. Rozpoznawała już ten ton zwiastujący histerię.

Czy mogło ją to jakoś zaskoczyć? Chyba nie. Kiedy przy porannej toalecie Aldonie wypadło z ręki lusterko i z niezwykłą siłą rozbiło się na tysiąc kawałków, pochyliła nad nimi głowę, przyjmując wyrok Opatrzności. Siedem lat nieszczęścia.

Zbierała potem każdą migocącą cząsteczkę rozsypaną po łazienkowej podłodze i próbując nie pociąć sobie przy tym palców, rozmyślała. Ale dlaczego aż siedem lat? To nie było fair. Bo że niby przedtem żyła w szczęśliwości i to się spotkało z niezadowoleniem sił wyższych? Że niby było jej tak dobrze? O nie, tak nie można. Nie da się gusłom i ciemnym mocom. Oczywiście, że szkoda tego babcinego lusterka, ale chyba nie może ono być warte siedmiu lat jej życia? Nie, nie pozwoli sobie zmarnować ani chwili więcej. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści. I w tym samym momencie poczuła, jak ostre szkło wbija się jej w bosą stopę.

Teraz znów ostro zabolało. Zdenerwowana z powodu Mai zapomniała o zranionej nodze i oparła się na niej całym ciężarem.

– Auć! Boli – jęknęła.

Córka spojrzała na nią podejrzliwie.

– Proszę, nie udawaj, że ci się coś stało. Już mam dosyć nieszczęść w życiu, dobra?! Możesz mi w ostateczności dać jakiś obraz. Kajtek pomoże mi go opchnąć. Przynajmniej będzie z tego jakiś pożytek. – Ruszyła w stronę pracowni.

Aldona dobiegła pierwsza i niczym Rejtan w spódnicy ciałem zagrodziła córce przejście.

– Dość tego! Nie moje obrazy.

– Jasne, jasne! Myślisz, że nie wiem, że są dla ciebie najważniejsze w życiu? I nic więcej się nie liczy i nie liczyło. Ani ojciec, ani ja!

– Ale, Maju! Jak możesz, przecież to nieprawda. Kiedy ja tak na serio zaczęłam malować, co? Kiedy ja miałam czas na malowanie? Czy ty tego nie pamiętasz?

Ale dziewczyna straciła już zainteresowanie tematem. Widząc, że udało jej się poruszyć matkę do żywego, narzuciła płaszcz, pochwyciła torebkę i zanim Aldona zdążyła zamknąć usta, wybiegła z domu. Pytanie „O której wrócisz"? obiło się jedynie o zamknięte drzwi. Po chwili usłyszała tylko warkot odjeżdżającego samochodu i zrozumiała, że ponownie została na cały dzień bez środka transportu.

Gdyby tylko miała pewność, że Mai się nic nie stanie, nie przeżywałaby tak bardzo tych jej nagłych zniknięć. Ale trudno było uwierzyć, że Kajtek o lisim spojrzeniu blisko siebie osadzonych oczu, przyozdobiony kolczykami w przeróżnych miejscach ciała, łącznie z językiem, pragnie dobra jej córki.

– Jesteś do niego uprzedzona ze względu na wygląd. Nie pasuje ci do twojej wysublimowanej estetyki – skarżyła się Maja na samym początku, kiedy jeszcze miała ochotę słuchać uwag matki.

Mimo iż Aldona obłudnie zaprzeczała, córka nie uwierzyła nawet na chwilę.

– Na szczęście ja jestem zupełnie inna i nie mam zamiaru cię naśladować.

Aldona zauważyła, że nawet w tej chwili składa usta do repliki, której nikt nie usłyszy, bo jej adresatka już dawno zniknęła za drzwiami. Wypuściła wolno powietrze. To niemożliwe, żeby ta awanturująca się dziewczyna o tłustych włosach była jej słodką Mają, która z takim zapałem wypełniała kolorowanki. Kiedy zniknęło to dziecko? Dlaczego przegapiła ten moment, zastanawiała się rozgoryczona, cofając się do pokoju dziennego.

Jej ręka delikatnie przesunęła się po włączniku i po chwili ciemne w listopadowy poranek pomieszczenie zalała fala światła. Aldona oparła nogę o krzesło i pochyliła się nad bolącą stopą. Zły czar lustra działał. Na śródstopiu nie było śladu po plastrze, natomiast gejzer krwi momentalnie zdążył zabrudzić podłogę.

Przecież to był drobny kawałek szkła, pomyślała, kuśtykając do łazienki. Eliminując tężec w zarodku, obficie skropiła ranę wodą utlenioną i przewiązała stopę bandażem.

No i po zaplanowanym porannym spacerze, westchnęła. Taki drobiazg, a zmienia wszystko. Ale może nie powinna narzekać, stwierdziła, zerkając przez okno. Dzień nie zrobił się ani odrobinę jaśniejszy i pozostał, podobnie jak poprzednie listopadowe dni, na pograniczu nocy.

Aldona delikatnie odsunęła firankę i przez chwilę przyglądała się bałaganowi za płotem po stronie sąsiadów. Niestety, listopadowy brak liści odsłaniał wszelkie niedostatki estetyczne z porażającą precyzją. Niemal wrośnięty w ziemię wrak syrenki oraz dorzucony mu dla towarzystwa stary dziecięcy wózek zdawały się kpić z niej w żywe oczy. Nadal doskonale pamiętała opinie tych osób, które nie mogły zrozumieć jej decyzji o przeprowadzeniu się właśnie w to miejsce. Dziwne, że Maja wówczas nie protestowała. Okazało się, że ulica Kanałowa zauroczyła ją już w dzieciństwie i trzy lata temu wydała się na tyle atrakcyjna, że bez wahania zgodziła się z matką w sprawie przeprowadzki.

– Aldoniu, uwiłaś tu sobie słodkie gniazdko, ale ta okolica! – oceniła koleżanka z dawnej pracy, Janka, która jako jedna z pierwszych złożyła jej wizytę w nowym lokum. – W Warszawie mieliście przecież takie dobre sąsiedztwo.

Aldona spuściła głowę, milcząc. Janka musiała wówczas pomyśleć, że do takiej decyzji zmusiło ją nagłe ubóstwo, i szybko zmieniła temat. Na wszelki wypadek już się ponownie nie wpraszała z wizytą, a sama Aldona nie zamierzała wychodzić z towarzyską inicjatywą. Pogodziła się już z tym, że całe grono znajomych bardzo szybko straciło zainteresowanie nią. Jednak od czasu przeprowadzki w okolice gdańskiej Przeróbki przestała zwracać na to uwagę.

Już po pierwszej nocy w tym wówczas zaniedbanym i niedocieplonym budynku stwierdziła, że czuje się w nim świetnie i nie zamierza go zamieniać na bardziej nowoczesne i komfortowe mieszkanie. Sąsiedztwo – co prawda obiektywnie dość nieciekawe – wspomnienia Aldony z dzieciństwa potrafiły przeobrazić w tajemniczą i fascynującą okolicę, w której najbardziej spektakularnym elementem był kanał Wisły, migoczący w słonecznym blasku za oknem sypialni. Na szczęście oprócz rzadko spotykanych dalszych znajomych nie było nikogo, kto by z nią na ten temat polemizował. Dopiero po dwóch latach pojawił się dyskutant… Maja. Aldona nawet nie mogła przypuszczać, jaką siłę rażenia osiągną te ich „dyskusje".

Rezygnując z wyjścia z domu, odwróciła się od okna i pokuśtykała do pracowni, której wejścia strzegła jak lwica jeszcze przed chwilą. Tego popołudnia miała trzy godziny zajęć w domu kultury, a jeszcze nie zdążyła przygotować materiałów.

Po otwarciu drzwi ukazało się spore pomieszczenie, najlepiej doświetlone w całym domu. Jednakże ładnie wymodelowane brwi Aldony zmarszczyły się krytycznie, rejestrując w nim nadal zbyt dużą schludność. Od kiedy przeczytała w jakiejś książce maksymę Picassa, że porządek w pracowni świadczy o braku talentu, natychmiast zaczęła walczyć ze swoim pedantyzmem. Było to jednak zbyt silne wieloletnie przyzwyczajenie, które nie tak łatwo można wykorzenić. Na szczęście teraz, kiedy zaczynała pracować nad obrazem, nie chowała już każdego dnia swoich malarskich akcesoriów, tylko pozwalała im istnieć w niezgorszym chaosie. Mimo to nie miała problemu ze znalezieniem czegokolwiek. Dwa gotowe obrazy stały starannie opakowane przy samych drzwiach. Pojutrze powinna się po nie zgłosić Wera. I jeśli jak zawsze zapłaci gotówką, listopadowy problem pieniężny powinien się skończyć. Jeśli zapłaci…

– Muszę myśleć pozytywnie – powiedziała do siebie na głos. – Największe dzieła tego świata powstawały w biedzie.

Nadal jednak odczuwała przed tą biedą nieustanny lęk. Szczególnie gdy przypominała sobie swoją sytuację sprzed dwóch lat, kiedy to nagle, jak anioł zbawienia, pojawił się u niej właściciel bardzo znanej w Gdańsku galerii sztuki i zamówił tematyczną serię sześciu obrazów, które zamierzał podarować swojemu przyjacielowi z okazji jego pięćdziesiątych urodzin. Aldona przedstawiła mu swoją koncepcję, którą przyjął z wielkim entuzjazmem, nie szczędząc malarce mnóstwa komplementów. Przystąpiła więc do pracy i w krótkim czasie wywiązała się ze zobowiązania. Natomiast właściciel galerii najpierw nie pojawił się na umówione spotkanie, następnie zwodził ją kolejnymi obietnicami, a jeszcze później stał się zupełnie nieuchwytny. A Aldona nie miała żadnej umowy na piśmie, żadnego zadatku… Tak, to był koszmarny czas.

Jednak Wera zawsze dawała jej kasę do ręki. Taka była niepisana zasada. Było oczywiste, że Aldonie potrzebne są pieniądze, i dlatego też sprzedawała swoje obrazy po niskich cenach. Nie miała o to pretensji do Wery, próbującej się wywinąć z hotelowego zlecenia, które przyjęła jeszcze jako początkująca malarka. Można się było domyślić, jakim kryterium się posłużyła, wybierając artystę do tego projektu.

– Przestań! Gdyby cena była wyznacznikiem, to zwróciłabym się do studentów. Niektórzy są zupełnie nieźli – uzyskała zdecydowaną odpowiedź Wery, po tym jak przy ich kolejnym spotkaniu nawiązała do swojej „taniości". – Kiedy ty w siebie w końcu uwierzysz, kobieto?! – prychnęła czarnowłosa dziewczyna, widząc niepewną minę Aldony.

Łatwo jej było tak mówić. Wera, mimo iż zaledwie sześć lat starsza od jej własnej córki, była już ustabilizowaną artystyczną instytucją. Uzyskała dyplom w pracowni malarstwa samego profesora Scardiego. Jej prace wisiały w Zachęcie i najlepszych prywatnych galeriach. Rok wcześniej otrzymała europejską nagrodę dla najbardziej obiecującego artysty na biennale w Wenecji. I w dodatku – co stanowiło stały wyrzut – miała dwoje malutkich dzieci. Ta dziewczyna była wprost nieprawdopodobna i dlatego to, że postanowiła ją obdarzyć swoją przyjaźnią, Aldona odczuwała jako niesłychany przywilej.

 

– Dla mnie nie liczy się wiek, tylko zawartość – śmiała się pewnego razu, gdy piły razem wino – dlatego mam starszego męża.

No tak, był przecież jeszcze bogaty mąż, który Werę wprost ubóstwiał. Na szczęście, jak się Aldona przekonała, jego młoda żona całkowicie odwzajemniała to uczucie.

Rozmyślania Aldony przerwał dzwonek telefonu. Sięgnęła po niego do kieszeni.

– O, Misia! Co u ciebie?

Jej rozmówczyni mówiła bardzo szybko, zdyszanym jakby od biegu głosem, chcąc jak najprędzej przekazać informację.

– Gdzie jesteś? – dopytywała się Aldona. – No to dlaczego od razu nie zadzwoniłaś? Wpadnij natychmiast. Tak, teraz. Potem mam zajęcia. Do dwunastej bez problemu.

Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze sporo czasu, by się przygotować, ale dzień od razu wydał się lepszy. Ledwie wsadziła słuchawkę do bazy, znów usłyszała dzwonek.

Miśka czuła na plecach podmuchy wiatru, które popychały ją naprzód, sprawiając, że wędrówka po plaży z Jelitkowa do Brzeźna nie była zbyt uciążliwa. A deszcz? A niech sobie pada, co jej tam! Przynajmniej nikt dociekliwy nie dostrzeże jej łez.

Bo Miśka szła i płakała, a nawet w huku jesiennego sztormu ryczała na cały głos. Była najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie, najnieszczęśliwszą kobietą. Nic jej się nie układało w życiu. Kiedy tylko zaczynała wierzyć, że skończyła się zła passa, pod jej nogi waliła się wielka jak sam dąb Bartek kłoda. Jak długo można to znosić?

W tej samej chwili przed jej oczami przeleciało z krzykiem coś potężnego i białego. Mewa albo rybitwa, wsio rawno, Miśka i tak nie była w stanie ich rozróżnić, mimo iż swego czasu zadawała się z ornitologiem.

Nawet tego nie potrafi, załkała. Gdyby chociaż potrafiła nauczyć się czegokolwiek przy zadawaniu się z płcią męską. Płcią? Gatunkiem obcym i wrogim, obruszyła się. Była beznadziejną idiotką, bo zawsze wydawało jej się, że tym razem trafiła na kogoś wartościowego. – Po co ci żonaci mężczyźni? – spytała któregoś dnia Aldona.

Choć w jej głosie nie było nawet wyrzutu, tylko pewna ciekawość, Miśka momentalnie poczuła się winna.

– Mam trzydzieści sześć lat, Ada. Skąd mam brać innych?

– Mówiłaś przecież, że twój mąż…?

– Wiem, tak było. Zdradził mnie miesiąc po ślubie. Ale…

Jak mogła jej to wytłumaczyć? Przecież było oczywiste, że sama robi to, czego nie mogła wybaczyć swojemu byłemu. Jak ktokolwiek mógł zrozumieć, że można być aż tak głupią i naiwną. Za każdym razem wierzyć i mieć nadzieję.

Teraz ryczała po tym ostatnim, ale w zasadzie nie po nim, tylko po potwornym upokorzeniu, jakiego doznała. Sama się prosiła, to prawda, ale to było takie okrutne. Przypomniawszy sobie tę sytuację, Miśka znów zaniosła się płaczem, po którym pod wpływem emocji i zimna zaczęło lecieć jej z nosa. Nawet nie miała przy sobie głupich chusteczek. Wściekła otarła smarki ręką.

Jak on mógł jej to zrobić?! A jednak zrobił i na dodatek uważał, że nic wielkiego się nie stało. „Przesadzasz", skomentował, kiedy blada jak kilkudniowa nieboszczyca usiłowała wymknąć się z sali.

– Dlaczego wychodzisz? – Jego spojrzenie dokonywało karkołomnego manewru. Kątem oka zerkał w stronę pozostawionego na stole drinka, drugie próbując skupić na Miśce. Było to zadanie niewykonalne. – Ale jutro jak zawsze? – To pytanie, a raczej stwierdzenie było już wypowiedziane z odwróconą od Miśki głową.

– Na zawsze już nigdy – odpowiedziała i uznawszy, że tego wieczoru widziała i słyszała zbyt dużo, wybiegła na korytarz.

Sama również musiała mieć kłopoty ze wzrokiem, bo jakże mogła nie dostrzec kelnera niosącego na obu rękach tace z czekoladowym deserem. No i wiadomo, co dalej… Do tej pory dotkliwie bolało ją kolano, po tym jak rozłożyła się na płytkach korytarza w pozycji horyzontalnej. Siniaki można było jeszcze jakoś znieść, ale nie spojrzenia dwóch wyfiokowanych kobiet, które właśnie wychodziły z toalety. Początkowe współczucie zastąpiła bezgraniczna pogarda, kiedy się zorientowały, kim jest ta pełzająca po podłodze osoba w wieczorowej sukni. Donośny hałas wywabił też z sali inne osoby. Nawet sam prezes…

Nie, dłużej tego sama nie zniesie. Miśka z całej siły kopnęła pokaźną pryzmę piasku. Musi komuś o tym powiedzieć. Komuś… No wiadomo, że Aldonie. A komu innemu? Wera była w Warszawie, a inne dawne przyjaciółki zajęte były swoimi problemami: niańczeniem dzieci, wyposażaniem domu i mężulkami. Z pewnością kłopoty Miśki dotyczące żonatych facetów wcale by ich nie zainteresowały, jedynie rozjuszyły. A Ada? Ona była dobra na wszystko. Rozumiała.

Miśka sięgnęła do kieszeni po telefon komórkowy i nie wahając się już dłużej, wybrała numer Aldony. Gdy się umówiły na spotkanie, od razu poczuła się lepiej. Raźnym krokiem przemierzyła w poprzek plażę, wędrując do wyjścia. Pojedzie trzynastką sprzed kościoła, postanowiła.

Po piętnastu minutach oczekiwania na tramwaj Miśka solidnie zmarzła, ale widok wolnego miejsca, jakby specjalnie przeznaczonego dla niej, dodał jej animuszu. Miała teraz pół godziny na myślenie. Powinna je dobrze spożytkować i zastanowić się nad tym reportażem o stoczni, który od dawna planowała. Była przekonana, że to może zainteresować opiniotwórcze tygodniki. To mogłoby oznaczać dla niej nową szansę. Mogło. Tylko że teraz nie była w stanie się skupić na czymkolwiek innym niż to, co ją spotkało sobotniego wieczoru.

Co do Mariusza Miśka pomyliła się już na samym początku. Może nie po raz pierwszy, ale tym razem fatalnie. Dała mu się podejść jak jakaś głupia małolata. Trudno było jej sobie teraz wyobrazić, że przez całe dwa długie miesiące nie miała bladego pojęcia, iż jej poznany na imprezie w pubie ukochany ma już swoją życiową partnerkę. Kiedy Miśka ujrzała go na Grunwaldzkiej, gdy dźwigał torby na zakupy, towarzysząc drobnej i bardzo eleganckiej brunetce, myślała, że wyzionie ducha.

– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? – zadała potem dość głupie pytanie, no bo czy można usłyszeć na nie prawdziwą odpowiedź?

I tym razem nie dowiedziała się niczego oryginalnego.

– Bo się właśnie rozwodzę.

Umysł Miśki poczuł się rozczarowany sztampowością zachowań, ale w sercu pojawiła się otucha. Gdyż właśnie to stwierdzenie: „Bo się właśnie rozwodzę", stanowiło jednak podstawę jej dotychczasowych relacji z żonatymi mężczyznami. Tak przecież zawsze mówili. A ona chciała im wierzyć. Naprawdę? No, przynajmniej przez chwilę, przyznała niechętnie.

A Mariusz był naprawdę atrakcyjnym facetem. Wysoki, zadbany, elokwentny. Jego ważne stanowisko w korporacji finansowej również nie było bez znaczenia, to znaczy dochody, dzięki którym udawało się im spędzać luksusowe weekendy. Te cudowne chwile dawały Miśce choć chwilę wytchnienia w codziennej walce z finansową rzeczywistością. Poza tym Mariusz nie był skąpy. No i nie mogła przecież negować tego, że naprawdę się w niej zakochał. I odszedł od żony, tak jak zapowiadał.

Wydawało się, że tym razem Misi się poszczęściło. Tak bardzo zajęta była wiciem wspólnego gniazdka – wprawdzie jedynie na trzydziestu sześciu metrach kwadratowych, ale to miało być tymczasowe rozwiązanie! – że zupełnie zaniedbała swoich przyjaciół. Mariusz oswajał się stopniowo z nową sytuacją życiową, raz w tygodniu odwiedzał dwójkę swych małoletnich dzieci i ku zadowoleniu Miśki – bo jakaż z niej opiekunka?! – nie proponował, by w tych spotkaniach uczestniczyła.

Miśka była tak szczęśliwa, że nawet nie dostrzegła, iż w śmietniku ląduje coraz więcej butelek po piwie. A pomyśleć by można, że po niemal dwuletnim związku z nałogowym alkoholikiem powinna wypracować w sobie tego rodzaju czujność. Huśtawka nastrojów Mariusza, nagłe wybuchy pożądania czy nieodparte pragnienie długich nocnych rozmów zdawały się jedynie podsycać uczucie Miśki, która wprost uwielbiała niespokojnych i nieprzewidywalnych mężczyzn. A kiedy przyszedł do niej ze swoją propozycją, wreszcie poczuła się w pełni dowartościowaną kobietą.

– Skarbie, czy poszłabyś ze mną na moją imprezę firmową? – spytał któregoś dnia po przyjściu z pracy.

– Imprezę?

– Tak, takie urodziny firmy. Teraz wszyscy się zawzięli, żeby hucznie obchodzić kolejne lata działalności. Pewnie z dumy, że jeszcze udaje im się działać na rynku.

– A co mam na siebie włożyć? – zadała z mety praktyczne pytanie, w nanosekundę zrobiwszy w myślach przegląd swej garderoby.

– Jakąś kieckę pewnie. Przyjęcie jest na dziewiętnastą. Do tego kolacja. Co ty na to?

Co ona na to? Rzuciła mu się na szyję. Ten związek był rzeczywiście „na poważnie", skoro składał jej taką propozycję. Po chwili jednak przyszła refleksja.

– A co z twoją żoną?

Ślubna Mariusza pracowała z nim w tej samej korporacji, jednak na wyższym niż on stanowisku. Zapewne również to przyczyniło się do ochłodzenia relacji pomiędzy nimi, gdyż Mariusz nie mógł znieść wiecznej dominacji żony. Ileż można robić za popychadło? Nie dość, że wyznaczała mu niemożliwe do realizacji „targety", to również jej władza przenosiła się na dom, w którym on był zmuszony do przejmowania coraz większej liczby obowiązków. Bo przecież to ona robiła karierę, prawda?

– Jej tam nie będzie. Poza tym firma przenosi ją na wyższe stanowisko do Warszawy.

To była prawdziwa ulga. Jej nudna i przewidywalna rywalka znikała. Rozwód i przyszłe małżeństwo znajdowały się w zasięgu ręki. Życie Miśki w końcu zaczynało się układać.

Kolejne dni spędziła, planując, w jaki sposób zdoła olśnić towarzystwo z pracy Mariusza. Nie mogła przecież robić wrażenia jakiegoś zastępczego produktu. Miśka zawsze miała dobry gust, choć niewiele środków, żeby móc go w pełni wykorzystać, ale tym razem znalazła w ciucholandzie wspaniałą kreację wieczorową, do której jeszcze przyczepiona była sklepowa metka. Aldona zapewniła dodatki, a fryzjer wystylizowaną fryzurę. W sobotni wieczór, idąc na przyjęcie, czuła się jak prawdziwa królowa, a nie jak zasmarkany Kopciuszek.

– Niezła z ciebie laska – skomplementował ją Mariusz, prowadząc do taksówki.

Sam ubrany był w ciemny jednorzędowy garnitur w prążki, jednak gdy Miśka go pocałowała, poczuła w jego oddechu alkohol. Kiedy zdążył wypić? Wydawało jej się, że cały czas miała go na oku. A może to był tylko płyn do płukania ust? W sumie nie wiedziała. A wieczór był piękny, taksówka raźno pomykała w kierunku Sopotu, Mariusz delikatnie gładził ją po ramieniu. Postanowiła więc nie rozwijać tego tematu.

Już przy samym wejściu do siedziby firmy, gdzie odbywała się impreza, widać było, że będzie to wielka gala. Choinkowe lampki, podświetlane napisy, mówiące o dziesięcioleciu działalności korporacji, kelnerzy kręcący się wokół gości z tacami z winem musującym, wszystko to zapierało dech w piersiach Miśki. Stąpając po marmurowych schodach na pierwsze piętro, czuła się niemal jak Scarlett O'Hara. Przy wejściu na salę już chciała pochwycić dla dodania sobie otuchy ramię Mariusza, gdy nagle zastąpił im drogę rosły mężczyzna w smokingu. – Panie prezesie… – wyjąkał jej towarzysz nieco zmieszany.

– Panie Mariuszu, czy mogę pana prosić na słówko?

Odchodząc w stronę okien, ani jeden, ani drugi nawet się na nią nie obejrzał, a Miśka w swej wieczorowej, oszałamiającej kreacji została sama na progu sali, w której przygotowano kolację. Mogła się jedynie pocieszać obserwacją wnętrza, które powoli zapełniało się gośćmi. Na wprost ustawiono główny, długi stół, nakryty na trzydzieści osób, a po jego bokach mniejsze. Na każdym stoliku parę kompletów sztućców, po kilka kieliszków, zapalone świeczki… Miśka, widząc ten ogrom i przepych, straciła zwykłą pewność siebie i mimo że sukienka była wydekoltowana, poczuła, jak po plecach zaczyna spływać jej pot. Co ona tu robi? To samo pytanie pewnie zadawali sobie goście, którzy zauważyli stojącą w drzwiach samotną postać. W momencie, gdy postanowiła opuścić tę zbyt eksponowaną pozycję, podszedł do niej Mariusz. Natychmiast zauważyła, że ma zaczerwienione policzki i niezbyt pewną minę. Za jego plecami dostrzegła postać prezesa, który przemknął koło nich w stronę stołu prezydialnego.

– Słuchaj, Michalina. Głupia sprawa…

– Taak?

 

– Uwierz mi, że nie miałem o tym bladego pojęcia.

– Ale o co chodzi?

– Moja… moja żona tu jest. I jako przedstawiciel wyższego kierownictwa siedzi przy tym głównym stole. Prezes chce, żebym usiadł razem z nią.

– Co? – To pytanie ledwie przeszło jej przez gardło. – A ja? – I nagłe zrozumienie. – Mam sobie iść, tak?

– Nie, nie – spiesznie odpowiedział Mariusz. – Ty usiądziesz przy tym drugim stoliku od drzwi. Nie denerwuj się. Ta kolacja szybko minie, a potem będą tańce i będziemy już razem. Przepraszam, że tak wyszło. Ale widzisz sama, co to za nieznośna baba. Musiała mi zrobić na złość.

Miśka znajdowała się w takim osłupieniu, że bez zbytnich protestów dała się poprowadzić Mariuszowi w miejsce, gdzie miała samotnie spożyć kolację. Chociaż może nie samotnie. Przy stoliku dostrzegła dwie pary. Mężczyźni rzucili Mariuszowi niedbałe „cześć", natomiast jej nikt nie obdarzył nawet przelotnym spojrzeniem. Osunęła się bezwładnie na krzesło, a potem pełnym rozpaczy wzrokiem patrzyła, jak jej ukochany dziarskim już krokiem zmierza do stolika prezydialnego, wita się z siedzącymi tam gośćmi i całuje w policzek znaną już Misi brunetkę. Jak gdyby nigdy nic. Jakby nigdy od niej nie odszedł. Jakby nie mieli się rozwieść!

Serce tak boleśnie zakłuło w piersiach, że Misia miała wrażenie, iż za chwilę dostanie zawału. Ale zawał w trzydziestej szóstej wiośnie życia? To pewnie nauczka za to, że żyła za szybko i zbyt emocjonalnie. Ukłucia stawały się coraz dotkliwsze, gdy zauważyła, że jej sukienka bardzo różni się od ubiorów obecnych tu pań. Z pewnością doskonale nadawała się na jej artystyczne wypady, ale tu obowiązywała nieco inna, bardziej powściągliwa konwencja.

Przeżuwając bez smaku kawałek wędzonego łososia, Miśka patrzyła, jak jej luby z zapałem konwersuje i co chwila opróżnia stojący przed nim kieliszek. Spojrzała na swoje nakrycie. Jej własny kieliszek stał pusty, mimo iż siedzące obok dwie pary od dłuższego czasu raczyły się wódką i czerwonym winem. Dopiero teraz odkryła, że jest przez sąsiadów zupełnie ignorowana. Wszyscy byli mniej więcej w jej wieku, ale w żaden sposób nie dążyli do nawiązania z nią kontaktu. Nikt jej niczego nie proponował ani też się do niej nie odzywał. Może to ona powinna zagaić rozmowę? Przedstawić się? W pierwszym impulsie chciała się odezwać, przełamać lody – do licha, na co dzień była przecież zupełnie rozgarniętą dziennikarką – gdy nagle natrafiła na wzrok swojej sąsiadki. Był tak pełen pogardy, że ręka Miśki zadrżała, a łosoś zamiast do ust spadł na obrus.

– Przepraszam – wyjąkała i odłożyła szybko kawałek ryby na talerz.

Zupełnie odechciało jej się jeść, ale kolacja ciągnęła się niemiłosiernie. Dwie przystawki, zupa, drugie danie. Już przy zupie towarzystwo zaczęło się świetnie bawić. Śmiali się, szeptali,

odgradzając się od niej kordonem niechęci. Miśka siedziała jak na szpilkach i ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywała się od łez. Nie chciała jednak dawać im satysfakcji. Nie da się złamać, nie zrobi z siebie „Trędowatej", poczeka do końca tej nieszczęsnej kolacji, a potem jak najszybciej wezwie taksówkę i odjedzie do domu. Z Mariuszem nie chce mieć już nic wspólnego. Jak on mógł narazić ją na takie nieprzyjemności!

Po drugim daniu dwie kobiety i jeden z mężczyzn wstali od stołu. Miśka już łapała za torebkę, by pójść w ich ślady, gdy nagle usłyszała głos pozostałego przy stole siwiejącego bruneta.

– Jaką to trzeba mieć czelność, żeby się na coś takiego zdecydować!

– Słucham? Pan do mnie mówi? – spytała nieco chrapliwym głosem.

– Tak, do pani. To pani przyszła tu z Mariuszem Nowikiem, prawda?

Skinęła lekko głową i nerwowo pochwyciła za róg śnieżnobiałej serwetki.

– Przyszła pani, wiedząc doskonale, że on ma żonę. Żonę, która jest tu lubianym szefem, a zarazem naszą koleżanką. Ileż to tupetu trzeba mieć! – ciągnął mężczyzna.

– Ja myślałam, że skoro Mariusz… – zaczęła zaczerwieniona po korzonki włosów Miśka, ale siwiejącego bruneta nie interesowały jej wyjaśnienia.

Ze zmrużonymi ze złości oczyma parł naprzód ze swoimi oskarżeniami.

– Nie rozumie pani, że pani pojawienie się tutaj, na firmowym spotkaniu, to afront w stosunku do naszych żon. Całe szczęście, że nasz prezes przywołał go do porządku.

– Jakim prawem pan tak do mnie mówi? – Wzburzenie Miśki zastąpił gniew na tego nieznajomego, któremu tak łatwo było ją osądzać. Co on o niej wiedział?

– Mogę się domyślać, co Mariusza skusiło, ale to szybko minie. Dlaczego musisz jego i nas kompromitować? – Nagle zaczął do niej mówić na „ty". – I jeszcze ta wyuzdana kiecka.

Miśka nie wiedziała, co ma robić. Czy nożem do ryb cisnąć w tego wstrętnego dziada, czy zrobić z siebie Madame Butterfly? Zerwała się z krzesła, które upadło z hukiem, budząc zainteresowanie pozostałej części sali. Nie, nie mogła robić skandalu, głównie ze względu na obawę przed utratą pracy. Nie było wątpliwości, jak zareagowałby jej naczelny, gdyby się dowiedział o takiej rozróbie. Podniosła więc krzesło i złożywszy starannie serwetkę, odłożyła ją na bok.

– Dziękuję więc za lekcję dobrych manier – odezwła się z największą godnością, na jaką było ją stać, i wolnym, majestatycznym krokiem oddaliła się do wyjścia.

No a potem? Potem nie było już tak elegancko i z klasą.