Oczy Eugena Kallmanna

Tekst
Z serii: Czarna Seria
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

SIERPIEŃ–PAŹDZIERNIK 1995

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

STYCZEŃ–MARZEC 1980 ULRIKA

17

18

19

20

21

LISTOPAD–GRUDZIEŃ 1995

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

E.K. Pamiętnik 1995 Poufne

STYCZEŃ–LUTY 1996

43

44

45

46

47

CZERWIEC–SIERPIEŃ 1996

48

49

50

51

KWIECIEŃ–MAJ 2015

52

53

54

55

56

57

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału EUGEN KALLMANNS ÖGON

Redakcja Małgorzata Głodowska

Projekt okładki Pola Raplewicz & Daniel Rusiłowicz DEERHEAD Sp. z o.o.

Zdjęcie na okładce © pyzata / Shutterstock

Korekta Beata Wójcik

Redaktor prowadzący Anna Brzezińska

Copyright © Håkan Nesser, 2016

First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2017 Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Kłos, 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-648-7


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

SIERPIEŃ–PAŹDZIERNIK 1995

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Leon

Opuściłem Sztokholm jakieś siedem miesięcy po zaginięciu mojej żony i córki.

Był początek sierpnia, ciepłe niedzielne przedpołudnie. Taksówka czekała na mnie na szczycie wzgórza zamkowego obok pomnika Birgera jarla. Na Starym Mieście tłoczyło się zbyt wielu turystów, by można było otworzyć je dla ruchu samochodowego. Objaśniono mi to, kiedy dzwoniłem po taksówkę (choć wcale nie pytałem). Miałem okazję przekonać się, że to prawda, kiedy ciągnąłem za sobą po kocich łbach dwie pokraczne walizy. Ogródki restauracyjne pękały w szwach, a wokół staromiejskiej pompy stały hordy Japończyków, Niemców i Włochów. Pstrykali sobie nawzajem masę zdjęć. Na schodkach przed Akademią Szwedzką siedziało dwadzieścioro nastolatków w żółtych T-shirtach, słuchali ubranej w żółty żakiet kobiety, która czytała im coś z książki. Domyśliłem się, że to jakaś laureatka Nagrody Nobla z ich kraju. Nie wiem, skąd byli, może z Polski? W każdym razie słowa, które przypadkowo udało mi się wychwycić, miały słowiańskie brzmienie.

Zdążyłem się spocić, zanim jeszcze fasada zamku i taksówka pojawiły się w zasięgu wzroku. Sztokholmie, żegnaj, pomyślałem, omal nie wybuchając przy tym płaczem, ale jakoś się powstrzymałem.

– Krótki kurs – zauważył kierowca, kiedy już usiadłem na tylnym siedzeniu.

 

– Być może, ale dwie walizki, kontuzja sportowa sprzed lat… sam pan rozumie.

Nic mi na to nie odpowiedział i podczas siedmiominutowej jazdy na dworzec centralny nie zamieniliśmy już ani słowa. Nie musiałem mu nawet mówić, dokąd jadę, bo zrobiłem to, składając zamówienie.

Kierowca nie znał jednak końcowego celu mojej podróży. Niewielu moich znajomych go znało, przynajmniej spośród tych mieszkających w stolicy. Specjalnie milczałem na ten temat, powiedziałem jedynie siostrze, kilku byłym przyjaciołom i rektorowi. Siostra od sześciu lat mieszkała w Szwajcarii, w Bazylei, i przez cały ten czas się z nią nie widziałem.

Miałem wrażenie, że nikt nie będzie za mną tęsknił, co w pewnym sensie rozumiałem. Współczucie ma swoje granice, trudno jest otworzyć serce na tragedię. Można to robić przez miesiąc, może dwa lub trzy, ale prawie nikt nie wytrzyma czegoś takiego przez pół roku. Stara rozpacz się przykrzy.

Helena leżała w grobie już od marca – sprowadzenie ciała zajęło trochę czasu. Kiedy już ją znaleźli i zidentyfikowali, zaczął się korowód dziwacznych formalności. Jednak Judith wciąż uznawano za zaginioną. Pokładałem w tym niedorzeczną nadzieję, to stanowiło moją tragedię. Każdy przecież mógł stwierdzić, że moja córka nie żyje, a Ocean Indyjski jest wystarczająco duży, by ukrywać zwłoki tak długo, jak ma na to ochotę.

Każdy, tylko nie ja. Miesiącami studiowałem mapy wysp leżących wzdłuż wybrzeży Tanzanii. Pemby, Mafii, Zanzibaru. Tych oraz tych mniejszych, będących plamami na niebieskim bezkresie, tak małymi, że aż niezamieszkanymi. Gdyby jednak Judith udało się dostać na taką wysepkę, to mogłaby chyba przeżyć tych sześć miesięcy w jakiejś niewielkiej dżungli? Tak wyglądały moje rozmyślania. Przetrwać, jedząc owoce i korzonki, to chyba możliwe? Owszem, mało prawdopodobne, ale życie to pasmo nieprawdopodobnych zdarzeń.

Prom rozbił się podczas burzy pomiędzy Dar es Salaam i Zanzibarem. Z dwustu dziewięćdziesięciorga pasażerów przeżyło trzydzieścioro sześcioro. Stu dziewięćdziesięcioro pięcioro znaleziono martwych – fale wyrzuciły ich ciała na różne okoliczne plaże. Pięćdziesięcioro dziewięcioro uznano za zaginionych. Nikt jednak nie wierzył, że te liczby są wiarygodne.

Jedną z osób, które przeżyły, był Szwed, były oficer sił powietrznych. Konsultowałem się z nim tyle razy, że w końcu w kwietniu przestał odbierać ode mnie telefony. Jedyną wartościową informacją, jaką od niego uzyskałem, było to, że – jak mu się wydawało – zauważył Helenę i Judith na tej przeładowanej łodzi na przystani w Dar.

Nie, nie rozmawiał z nimi. Nie, nie był blisko nich, kiedy łódź przewróciła się do góry dnem. Nie, nie widział żadnej z nich w wodzie, kiedy ekipa ratunkowa wyciągała go ze wzburzonych sztormem fal.

I nie, według niego nie było możliwe, by ktoś mógł o własnych silach dopłynąć do którejś z wysp. Najbliższa znajdowała się jakieś osiem kilometrów od miejsca tragedii, a w momencie wypadku fale miały około czterech metrów wysokości.

Byłem człowiekiem twardo stąpającym po ziemi. Może nie ateistą, ale w każdym razie agnostykiem. Jestem nauczycielem języka szwedzkiego i historii, absolwentem pedagogiki uniwersytetu w Uppsali, rocznik 1974. Kiedy tamtego ciepłego przedpołudnia opuszczałem Sztokholm, nieco ponad miesiąc dzielił mnie od czterdziestych piątych urodzin. Moi rodzice nie żyją od wielu lat. Nie mam żadnych bliskich krewnych z wyjątkiem siostry, o której już wspomniałem. Helena i ja we wrześniu obchodzilibyśmy osiemnastą rocznicę ślubu. Mieliśmy tylko jedno dziecko, córkę Judith.

Wyprawa do Afryki Wschodniej była prezentem na jej piętnaste urodziny.

Tyle o tym.

Cała podróż do K. zajęła sześć godzin. Ostatni odcinek przejechałem lokalnym autobusem, żółtym wiekowym zabytkiem, na którego pokładzie znajdowało się dwóch pasażerów oraz kierowca wyglądający jak zmęczony życiem Richard Nixon. Wśród pasażerów, poza mną, była też dziewczynka lat około trzynastu z koszykiem dla kota na kolanach. Przyszło mi do głowy, że pewnie w bliskiej przyszłości spotkam ją w szkolnej klasie.

Nie zaczepiałem jej jednak. Od początku roku dzieliło nas przecież jeszcze parę tygodni, gdyby zresztą chodziło o parę dni, nie zrobiłoby to różnicy. Kiedy tak jechaliśmy przez upojone słońcem, bezludne lasy, mój plan, by zaaklimatyzować się w mieście, zanim praca zacznie się na dobre, wydał mi się nagle niezrozumiały. Oczywiste było, że ludzie są jeszcze na urlopach, pewnie powyjeżdżali. W tym przekonaniu utwierdził mnie jeszcze bardziej widok placyku położonego obok zamkniętej stacji kolejowej, na którym zaparkowaliśmy. Kwartet autobusów stał, przypominając martwe konie oczekujące na pochówek, budka z grillem miała być nieczynna jeszcze do połowy miesiąca, a na postoju taksówek trafiłem na nie pierwszej młodości volvo z opuszczonymi szybami, za to bez kierowcy. Pojawił się po pięciu minutach z reklamówką i gazetą w dłoni. Skinął do mnie głową, całkiem przyjaźnie, odwzajemniłem skinięcie z pewnego rodzaju zrozumieniem, w końcu był piątek. Podałem mu adres, ruszyliśmy i już po chwili mogłem włożyć klucz w zamek drzwi mojego nowego domu. Östra Ågatan 36, umeblowane dwupokojowe mieszkanko w niewielkim bloku przy rzece. Położone mniej więcej w połowie drogi między rynkiem Stora torget – stanowiącym, o ile zrozumiałem, centrum K. – oraz szkołą Bergtuna, moim przyszłym miejscem pracy.

Przez kilka chwil melancholia, która czaiła się we mnie całe popołudnie, przerodziła się w lekką panikę. Zobaczyłem, że jest za kwadrans szósta, napocząłem butelkę whisky i wyszedłem usiąść na balkonie. Jakiś ptak, chyba kwiczoł, na chwilę przysiadł na poręczy, po czym ruszył dalej, miękko szybując w stronę rzeki. Zza rogu domu dochodził zapach marynaty na grilla, uznałem więc, że życie w okolicy jednak się toczy.

To Ludmilla Kovacs powiedziała mi o wolnej posadzie. Spotkaliśmy się na przyjęciu po obronie doktorskiej, a nie widzieliśmy się dwadzieścia lat. Gdyby do mnie nie podeszła i się nie przedstawiła, nie poznałbym jej. Nic dziwnego. Kiedy razem studiowaliśmy pedagogikę, była nieokrzesaną lewaczką z trzema kilogramami zmierzwionych włosów na głowie, miała owczarka niemieckiego o imieniu Październik. Zabierała go ze sobą na zajęcia, takie to były czasy.

Zapewne zignorowałbym obronę Sigurda, ale Marta mnie namówiła, by na nią pójść. Marta to jedna z najstarszych przyjaciółek mojej zmarłej żony, a Sigurd pisał tę rozprawę o robakach, odkąd go znaliśmy. Po drodze przytrafiła mu się trójka dzieci i kilka zdrad, robaki są jednak cierpliwe i w końcu udało im się ujrzeć światło dzienne. Przez całą wiosnę używałem wypadku jako wymówki, żeby nie musieć spotykać ludzi, Marta jednak nie kupiła tego argumentu. „Helena by się wściekła, gdybyś nie poszedł”, powiedziała, i z pewnością miała rację. Obowiązek to obowiązek, śmierć i zaginięcie nie mają tu żadnego znaczenia.

I tak oto pod koniec maja znalazłem się w pałacyku na wyspie Kungsholmen w Sztokholmie, a kiedy przyjęcie dobiegło północy, podeszła do mnie znajomo wyglądająca kobieta i zapytała, czy ją pamiętam. Kiedy przystałem na to, że jest Ludmillą Kovacs, absolwentką pedagogiki uppsalskiej rocznik 1974, zatańczyliśmy dwa tańce, po czym przysiedliśmy na sofie i zaczęliśmy rozmawiać.

Ludmilla wiedziała o tragedii, Marta jej powiedziała, a ponieważ i jej przyszło pochować chłopaka, który roztrzaskał się o skałę, najpewniej w akcie samobójczym, uznałem, że istnieje między nami nić porozumienia. Rozmawiało się z nią łatwo i miło – rzecz jasna byliśmy nieco wstawieni – i kiedy Ludmilla zadzwoniła po trzech dniach i oznajmiła, że jej propozycja co do szkoły w K., w której pracowała od Bóg wie ilu lat, była całkiem na poważnie, stwierdziłem, że w mojej sytuacji będzie to właściwe rozwiązanie. Wiedziałem, że na wyspie Lidingö kapitał zaufania, na który pracowałem z trudem, wyczerpał się w semestrze letnim, i to zarówno wśród uczniów, jak i kolegów. Współczucie, jak już wspomniałem, ma swoje granice, a w przypadku nauczyciela gimnazjalnego jest jasne: albo człowiek daje sobie radę, albo nie. Ja nie dawałem.

Poza tym, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie poszedłem na zwolnienie lekarskie od pierwszego tygodnia stycznia. Praca sprzyja zdrowiu i dobremu samopoczuciu. Akurat.

Z początku nie wiedziałem, co stało się z moim poprzednikiem ze szkoły Bergtuna, ani dlaczego zwolnił posadę, a kiedy w czerwcu zaczęły do mnie docierać pierwsze informacje, było już za późno, żeby zmienić zdanie. Spaliłem już za sobą mosty na Lidingö i w Sztokholmie, wynająłem magazyn na graty w Skärholmen i byłem przygotowany na nowy, nieznany rozdział w moim smutnym życiu. Oboje moi rodzice zmarli tuż po siedemdziesiątce. Może się jednak zdarzyć, że człowiek, zanim skończy czterdzieści pięć lat, ma przed sobą jeszcze połowę swojej ziemskiej wędrówki. Tak sobie myślałem. Życie jest trudne i trwa tyle, ile trwa.

Oczywiście miewałem myśli samobójcze, kto by nie miał, ale nigdy nie zaszły daleko.

Moja terapeutka dopytywała mnie o to podczas każdego spotkania, a ja najczęściej mówiłem jej, że kiedy budzę się spocony o poranku, samobójstwo nie znajduje się na mojej liście rzeczy do zrobienia. Świetnie, odpowiadała, głaszcząc mnie po kolanie. Nie zapraszaj śmierci, ona i tak przyjdzie.

Dziękuję, wiem, brzmiała moja stała odpowiedź.

Jeśli chodzi o miasto K., to – podobnie jak większość ludzi na świecie – nigdy wcześniej w nim nie byłem. Położone w środku Norrlandii, było kiedyś pomniejszym centrum produkcji obuwia, ale począwszy od lat siedemdziesiątych, zdominowały je odnoszące sukcesy małe przedsiębiorstwa. Powstało tu też jedno z najpilniej strzeżonych więzień w kraju, funkcjonowały socjaldemokratyczny samorząd utrzymujący się przy władzy od średniowiecza i drużyna piłki nożnej, która co siedem lat awansuje do drugiej ligi. Następnie wypada z niej po kiepskim sezonie, a wtedy wyrzuca się trenera i podejmuje nowe postanowienia.

Jezioro, tor wyścigów konnych, stok narciarski.

Całe dziewiętnaście tysięcy mieszkańców – według spisu ludności z 1994 roku – oraz dwa gimnazja. Najbliższe liceum, stacja kolejowa oraz szpital w oddalonym o czterdzieści pięć kilometrów mieście Ö. Lotnisko też.

Wyposażony w taką mniej więcej wiedzę siedziałem sobie tego sierpniowego wieczoru na balkonie na drugim piętrze, sącząc whisky i spoglądając na nieco powolną rzekę Storå, która na wschód i zachód od miasta nazywa się Morån, ale w jego murach przyjmuje inną nazwę. Z niejasnych przyczyn, jak wytykają niektórzy. Tak czy inaczej, na wysokości mojego domu brzegi rzeki porastały dorodne brzozy, widziałem więc jedynie przebłyski brunatnej wody, powyżej wieżę kościoła, sporo budynków, pomarańczowy dźwig, a w oddali górską grań oraz kilka stad kawek, które z uporem i bez składnej choreografii kreśliły zawijasy na powoli spowijanym mrokiem letnim niebie.

Co ja tu robię?, zastanowiłem się. Dlaczego siedzę na zapomnianym przez Boga betonowym balkonie w okolicach sześćdziesiątego trzeciego równoleżnika? Powinienem przynajmniej znów zacząć palić.

2

Andrea

Dziś rano znów obudziłam się z tego koszmaru. Cała rodzina płynie tratwą zmierzającą do wodospadu. Mama i tata całkiem beztroscy zajadają krewetki i popijają wino. Swoisty piknik na środku wartkiego strumienia. Aron i August grają w karty, jedynie do mnie dociera, co się zaraz wydarzy, nie mogę jednak uświadomić tego innym. Irytują się tylko na mnie, mówią, żebym nie przeszkadzała. Żebym nie była taka kłótliwa i uciążliwa.

W końcu więc ich ignoruję. Wskakuję do wody i płynę w stronę lądu. Zdążam w ostatniej chwili. Potem siedzę na kamieniu i obserwuję, jak znosi ich do wodospadu i giną.

W każdym razie domyślam się, że giną, bo to przerażający wodospad, z pieniącą się i ryczącą wodą i ostrymi skałami. Sen kończy się na tym, że tratwa znika na krawędzi. Zawsze urywa się w tym momencie, tego lata śniło mi się to już z sześć, siedem razy.

A budząc się, myślę: ach tak, więc to tak wyglądało.

To właśnie jest straszne. To, że tylko na tyle potrafię się przejąć. Że kiedy otwieram oczy, nie czuję strachu, nie oblewa mnie zimny pot, nie dopada mnie panika. A kiedy człowiek w wieku piętnastu lat traci całą rodzinę, powinien czuć dojmujący smutek.

Tak jednak nie jest. I to nie tylko dlatego, że wiem, że to jedynie sen. Kiedy leżę w łóżku, rozmyślając nad tym, uświadamiam sobie, że tak samo bym się czuła, gdyby wydarzyło się to naprawdę.

Ach tak, więc tak to wyglądało.

 

Rzecz jasna wiązałoby się to z wieloma praktycznymi problemami. Bo gdzie bym mieszkała? Kto by się mną opiekował? Nikt by się pewnie nie zgodził, żebym zajmowała się sobą sama. Żebym po prostu nadal mieszkała w naszym domu i sama sobie radziła. Musiałabym na pewno przeprowadzić się do nowej rodziny, z którą tak samo nie czułabym więzi.

Więź. Z kim ja właściwie czuję więź? Gdyby ktoś zapytał mnie o to rok temu, od razu odpowiedziałabym, że z Anną i Malin. I może z Sarą. W końcu trzymałyśmy się ze sobą, od kiedy Sara dołączyła do nas do czwartej klasy, ale przez ostatni rok nasze drogi jakoś się rozeszły. Stopniowo, ale definitywnie. Mówią, że jestem dziwaczką, czy może mówi tak tylko Anna, ale to ona ma decydujący głos. „Ależ z ciebie dziwaczka”, mówiła, śmiejąc się, jakby chciała pokazać, że nie ma nic złego w byciu dziwaczką. Wiem jednak, że kryje się w tym coś poważnego. Ona już mnie nie lubi.

Może chodzi o Ivana. Zaledwie pół dnia po tym, jak pojawił się u nas w klasie, Anna się w nim zakochała. Ivan jednak nie był nią zainteresowany. Nie mówię, że mną był, ale na pewno się ze sobą dogadujemy. Uważają go za oryginał, zwłaszcza nauczyciele. Ma za sobą problemy rodzinne. Może i do niego pasuje słowo „dziwak”, chłopakowi jednak to bardziej uchodzi. Zwłaszcza jeśli jest przystojny, a Ivan jest. I zwłaszcza jeśli jest najlepszym koszykarzem w szkole, a Ivan jest.

Tak więc już się z nimi nie zadaję, ani z Anną, ani z Malin, ani z Sarą. Tego lata w ogóle się nie pokazywały, ale to dlatego, że spędzałyśmy je gdzie indziej. Sara u rodziny w Norwegii, wciąż tam zresztą jest. Z reguły wraca dopiero dwa, trzy dni przed początkiem szkoły. Malin była na Gotlandii, a Anna na zachodnim wybrzeżu, gdzie pomagała w restauracji wujka. Jak każdego lata. Ja byłam na dwóch obozach: konfirmacyjnym i koszykarskim. Ivan też był na tym drugim, ale nie rozmawialiśmy jakoś dużo. Wychowawcy pilnowali, żeby dziewczyny i chłopaki się ze sobą nie zadawali. Bali się groźnych konsekwencji.

A potem spędziłam tydzień z rodziną w Grecji. Nie pojmuję, po co jeździć do Grecji w połowie lipca, my jednak wybieraliśmy się tam w tym czasie trzeci rok z rzędu. Na tę samą wyspę, do tego samego hotelu – Zephyr na przedmieściach Malii na Krecie. Bez przerwy było tam ponad trzydzieści stopni, także w nocy.

Nie chcę narzekać na Kretę, to cudowna wyspa. No i poznałam tam chłopaka, Callego ze Sztokholmu. Ma szesnaście lat, przez dwa ostatnie dni się obściskiwaliśmy. Całował mnie tak, że aż potem bolały mnie usta. Gdybym miała więcej odwagi, może byśmy się ze sobą przespali. No i gdybyśmy mieli trochę więcej czasu. Ostatniej nocy spaliśmy razem na plaży, nigdy nie przeżyłam niczego równie romantycznego, choć wcale nie rozebraliśmy się do naga. Chyba żadne z nas tego nie chciało.

Calle to wrażliwy chłopak, nie tak jak chłopaki z klasy, co zgrywają twardzieli, bo wydaje im się, że muszą. Odkąd się rozstaliśmy z Callem dwa tygodnie temu, dzwoniliśmy do siebie cztery czy pięć razy. Wydaje mi się, że on się trochę na mnie napalił. Bałam się, że przestanie się odzywać, kiedy tylko wyjadę z Krety, ale tak się nie stało. W każdym razie jeszcze nie. Gadaliśmy o tym, żebym przyjechała go odwiedzić w Sztokholmie, może w ferie jesienne, nie chcę jednak robić sobie nadziei. Bądź co bądź grecka wyspa w lipcu to co innego niż Sztokholm w listopadzie. Dzielnica Midsommarkransen, gdziekolwiek to jest. Rodzice, autystyczny młodszy brat i cała reszta.

Przez resztę wakacji włóczyłam się po mieście. Czytałam książki nad wodą albo jeździłam na rowerze do domku letniego babci i dziadka. Nie są jeszcze aż tak starzy. Ciekawe, czy to u nich bym wylądowała, gdyby rodzice zginęli. Nad wodospadem czy gdziekolwiek indziej. Byłoby to praktyczne rozwiązanie, nie jestem tylko pewna, czy dziadkowie by mnie chcieli.

Babcia pewnie tak, ale nie dziadek. Z każdą wizytą wydaje mi się coraz dziwniejszy i to przez niego nie zostaję tam na noc. Nie żeby był obleśny, ani trochę, ale po prostu nie mam ochoty z nim jeść śniadania. Babcia twierdzi, że nie pogodził się z przejściem na emeryturę. Po prostu brak mu zajęcia. Przepracował czterdzieści siedem lat, a teraz trzy razy w tygodniu przycina trawnik wokół domku i pisze do lokalnej gazety o wszystkim, co według niego źle działa w życiu lokalnej społeczności. Zawsze podpisuje się wymyślonym pseudonimem: Ten, co nie narzeka; Rozsądny obywatel; i tym podobne. Pewnie to babcia zabrania mu podpisywać się nazwiskiem, żeby zaoszczędzić sobie wstydu.

Tak czy inaczej, do rozpoczęcia szkoły został raptem tydzień. Wczoraj wpadłam na Charliego. Rozmawialiśmy ze sobą po raz pierwszy od wypadku w maju. Pod koniec semestru nie bywał w szkole, a na zakończenie odczytał tylko ten niezrozumiały wiersz, nie przyszedł jednak do klasy, żeby odebrać oceny i zjeść poczęstunek. Słyszałam od kogoś, że ma zmienić szkołę, teraz powiedział mi jednak, że to bynajmniej nieprawda.

Tak właśnie powiedział, tym swoim językiem kujona.

– To bynajmniej nieprawda. Obawiam się, że dalej będziesz musiała się ze mną męczyć.

Odparłam, że nigdy się z nim nie męczyłam. Widać było, że mi uwierzył, że nie uznał tego za uprzejme kłamstwo. To inni mają problem z Charliem i jego stylem bycia mądrali. Ale kto wie, może po tym, co się stało, inaczej na niego spojrzą. Zanim się rozstaliśmy, powiedział jeszcze coś, czego nie zrozumiałam:

– Być może będę musiał przeprowadzić z tobą wywiad. Miałabyś coś przeciwko temu?

– Co?

– Słyszałaś przecież.

– Wywiad?

– Tak.

– O czym?

– O szczegółach pozwolę sobie opowiedzieć kiedy indziej. To delikatna sprawa.

Gapiłam się na niego przekonana, że jego geniusz przerodził się w szaleństwo, ponoć takie rzeczy się zdarzają. Potem pomyślałam o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy.

– Czy to ma coś wspólnego z Kallmanem?

– Wszystko ci wyjaśnię podczas wywiadu. O ile się zgodzisz, rzecz jasna.

– Oczywiście – odparłam nieco zdziwiona. Charlie potrafi zbić człowieka z tropu tymi swoimi dziwacznymi wypowiedziami.

Kiedy już sobie poszedł, zrozumiałam, że zgadłam. Bo o cóż miałoby chodzić, jeśli nie o Kallmanna?

Sporo się nad tym zastanawiałam, jak wszyscy. Nikt nie znał Kallmanna za życia, choć krążyło o nim kilka dziwnych plotek. Nikt wciąż nie rozumie, jak to się mogło stać. Chyba większość ludzi wyobrażała sobie, że chodziło o morderstwo lub przynajmniej nieumyślne spowodowanie śmierci. Wielu było więc nieco zawiedzionych, kiedy policja stwierdziła, że do zgonu doszło z przyczyn naturalnych, i zamknęła śledztwo.

A może tylko udają, że skończyli pracę nad tą sprawą, nie wiem. Tak przynajmniej uważa Ivan, rozmawialiśmy o tym krótko w drodze na obóz koszykarski. Udają, żeby sprawca (czy może sprawcy) sądził (sądzili), że zapanował spokój. Tata Lydii od nas z klasy jest policjantem, ale niestety pracuje w innym wydziale. Zresztą pewnie i tak nie gadałby o tym na lewo i prawo, bo i po co? Lydia też nie. Jeśli ktoś w klasie zasługuje na miano milczka, to właśnie ona.

Mój tata też jest milczkiem. Królem milczków, mówi nie więcej niż dziesięć, dwanaście słów na dzień. Jednak tego dnia, kiedy o Kallmanie napisano w gazetach po raz pierwszy, a my wyjątkowo zgromadziliśmy się przy wspólnym śniadaniu, tacie wyrwało się, że to wszystko przez ten dom. Jeśli ktoś pałęta się po nocy po takiej nawiedzonej ruderze, jaką jest Niemiecki Dom, to musi się liczyć ze wszystkim.

Kiedy mama zapytała, co ma na myśli, nie udzielił żadnej sensownej odpowiedzi. Wymamrotał tylko coś i wsadził sobie kolejną łyżkę owsianki do ust. A ja się trochę wystraszyłam. Nie tego, co powiedział, tylko tego, że kiedyś będę taka jak on. Zamknę się w sobie ze swoimi głupimi myślami i nie będę miała kontaktu z innymi. Przecież połowę genów odziedziczyłam po nim – o ile dobrze rozumiałam, co Karling mówił na lekcji biologii – a to doprawdy nieprzyjemna wizja. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w tej kwestii mama dominowała jak w każdej innej. Coś, czego nie potrafię zrozumieć, jeśli chodzi o rodziców, to dlaczego się pobrali. Czy dokładniej mówiąc, dlaczego mama wyszła za tatę. Co najmniej trzy razy prosiłam, by opowiedziała, jak się poznali, ale zawsze zmieniała temat. Może to jakaś wstydliwa historia, może przespali się ze sobą po pijaku i tak oto pojawiłam się ja. Może prawie w ogóle się wcześniej nie znali. Jak się nad tym zastanowić, taki scenariusz wydaje się całkiem prawdopodobny.

Całkiem sensowna hipoteza, jak by powiedział Charlie.

Może dlatego rodzice tyle zwlekali, zanim zdecydowali się na Arona i Augusta. Zanim znów się bzyknęli, chcieli się przekonać, czy są w stanie ze sobą wytrzymać.

Jestem wulgarna, ale mam to gdzieś. Tak czy inaczej, moi bracia są ode mnie o pięć i sześć lat młodsi i nigdy nie miałam z nich pożytku czy radości. Kiedyś mój nauczyciel szwedzkiego, Enoksson, oddając mi wypracowanie o rodzinie, poprosił mnie na indywidualną rozmowę i oznajmił, że to jeden z najlepszych i najzabawniejszych tekstów, jakie czytał. Miał tylko nadzieję, że nie napisałam prawdy. Że po literacku puściłam wodze fantazji.

Oczywiście, odparłam. Potrafię kłamać jak z nut.

Szwedzki to mój ulubiony przedmiot. Szczególnie lubię pisać wypracowania. Szkoda, że Enoksson nie wytrzymał u nas dłużej niż dwa semestry. W ósmej klasie przyszedł Kallmann, a teraz nadeszła pora na równie długie panowanie kolejnego wodza. O ile tylko Enoksson nie sprowadzi się do nas z powrotem z Göteborga, ale czemu niby ktoś miałby wracać do K., jeśli udało mu się stąd wyrwać?

Dobre pytanie. Tyle wątpliwości. Leżę w łóżku i piszę całe popołudnie, a nie znalazłam żadnych rozsądnych odpowiedzi. Ponieważ nikt mi nie zawracał głowy, uznałam, że w domu nikogo nie ma. Mama i tata oczywiście są w pracy, a bracia pewnie poszli na kąpielisko. Sam fakt, że obaj są rudzi, wskazuje na ich pokrewieństwo z ojcem. Ja, jakkolwiek bym się przyglądała, nie mogę znaleźć u siebie ani jednego rudego włosa, czy to na głowie, czy na ciele. Mam więc nadzieję, że cała ta dominacja genetyczna, dominacja i to drugie… redundancja?… jednak działają. Równie dobrze mogę wyrosnąć na kogoś takiego jak mama.

Może bardziej będę się starała dbać o linię, ale to już nie kwestia genów, a charakteru. Chociaż może genów też? Mama w każdym razie nie umie przejść obok ciastka czy kawałka tortu i go nie zjeść. Tak twierdzi.

À propos, robię się głodna. Dochodzi dwunasta, a nie zjadłam śniadania.

O pierwszej miałam się spotkać z Emmą. Wczoraj wróciła od taty i krewnych w Argentynie. Była tam całe lato i miała zimę prawie przez sześć tygodni. Jak zwykle, ale to miał być ostatni raz. Tak się zarzekała, kiedy wczoraj wieczorem rozmawiałyśmy przez telefon. Nie przypominałam jej, że to samo mówiła w sierpniu zeszłego roku. Zaczęłam sobie nawet wyobrażać, jak by to było, gdyby mój małomówny tata mieszkał daleko w Ameryce Południowej. Może wtedy łatwiej byłoby go polubić. W życiu jednak nie jeździłabym go odwiedzać każdego lata.

Jeśli jest tak, że zaczynając dziewiątą klasę, nadal trzeba mieć najlepszą przyjaciółkę, to po stokroć wybieram Emmę. Potrafi być uparta jak osioł, ale przynajmniej jest samodzielna. Może nawet trochę z niej dziwaczka.