Człowiek bez psa

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Człowiek bez psa
Człowiek bez psa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,98  51,98 
Człowiek bez psa
Człowiek bez psa
Audiobook
34,99  24,84 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Gru­dzień 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21

5  Sty­czeń 22 23 24

6  Sier­pień 25 26 27 28 29 30 31

7  Listo­pad 32 33 34 35 36

8  Gru­dzień 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46

Tytuł ory­gi­nału: MÄNNISKA UTAN HUND

Redak­cja: Agnieszka Nie­gow­ska

Pro­jekt okładki: Magda Kuc

Korekta: Ewa Jastrun, Maciej Kor­ba­siń­ski

© Håkan Nes­ser, 2006

First publi­shed by Albert Bon­niers Förlag, Stoc­kholm, Swe­den.

Publi­shed in the Polish lan­gu­age by arran­ge­ment with Bon­nier Group Agency, Stoc­kholm, Swe­den.

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2020

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie III

ISBN 978-83-8143-920-6


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Miej­sco­wość Kym­linge nie ist­nieje naprawdę, a wydaw­nic­two Albert Bon­niers Förlag ni­gdy nie wydało tomiku poezji zaty­tu­ło­wa­nego Przy­padki han­dla­rza owo­ców. Poza tym treść książki zasad­ni­czo nie odbiega od realiów.

I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Kiedy Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son obu­dziła się w nie­dzielę 18 grud­nia, było kilka minut przed szó­stą, ona zaś miała w gło­wie wyraźny obraz.

Stała w drzwiach i patrzyła na nie­znany ogród. Było lato albo wcze­sna jesień. Jej wzrok przy­kuły zwłasz­cza dwa małe, grube, żółto-zie­lone ptaki; sie­działy na dru­cie tele­fo­nicz­nym jakieś dzie­sięć, może pięt­na­ście metrów od niej, a każdy z nich miał w dzio­bie komik­sowy dymek.

„Musisz się zabić” – napi­sane było w jed­nym.

„Musisz zabić Karla-Erika” – napi­sane było w dru­gim.

Wia­do­mo­ści prze­zna­czone były dla niej. To ona, Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son, miała się zabić. Albo zabić Karla-Erika. Co do tego nie było wąt­pli­wo­ści.

Karl-Erik był jej mężem i dopiero po kilku sekun­dach zdała sobie sprawę, że te nie­do­rzeczne postu­laty musiały wziąć się z cze­goś, co jej się śniło. Był to jed­nak sen, który szybko się ulot­nił, pozo­sta­wia­jąc po sobie tylko te dwa cudaczne ptaki na dru­cie. Dziwne.

Krótką chwilę leżała bez ruchu na pra­wym boku, w ota­cza­ją­cych ciem­no­ściach wyobra­ża­jąc sobie świt, który w tym cza­sie znaj­do­wał się pew­nie gdzieś w oko­li­cach Uralu, słu­chała nie­odmien­nie spo­koj­nego odde­chu Karla-Erika i doszła do wnio­sku, że tak wła­śnie było. Ptaki roz­ło­żyły przy­krót­kie skrzy­dła i odle­ciały, ale ich słowa wciąż wisiały w powie­trzu i nie spo­sób je było źle zro­zu­mieć.

Ona albo Karl-Erik. Wła­śnie tak. Mię­dzy dym­kami nie było „i”, było „albo”. Jedno wyklu­czało dru­gie, a wybór któ­rejś z dróg wyda­wał się… wyda­wał się nie­ubła­ganą koniecz­no­ścią. Jezu Chry­ste, pomy­ślała, prze­wie­siła nogi nad brze­giem łóżka i usia­dła. Jak to się mogło stać? Jakby ta rodzina nie dostała już za swoje.

Ale kiedy wypro­sto­wała plecy i poczuła zna­jome poranne bóle w oko­li­cach trze­ciego i czwar­tego kręgu lędź­wio­wego, wkra­dły się codzienne myśli. Bez­pieczny, choć nudny bal­sam dla duszy. Przy­jęła to ze swego rodzaju obo­jętną wdzięcz­no­ścią, wsu­nęła ręce w rękawy i po cichu poszła do łazienki. Ran­kiem czło­wiek jest taki bez­bronny, pomy­ślała. Nad­wraż­liwy i pozo­sta­wiony sam sobie. Sześć­dzie­się­cio­trzy­let­nia nauczy­cielka prac ręcz­nych nie zabija swo­jego męża, to wyklu­czone.

Co prawda była też nauczy­cielką nie­miec­kiego, ale to nie zmie­niało zna­cząco sytu­acji. Nie czy­niło jej ani tro­chę bar­dziej do przy­ję­cia, bo w tym przy­padku co to, u licha, za róż­nica – prace ręczne czy nie­miecki?

A więc przy­szło mi skró­cić swą wędrówkę po tym łez padole, pomy­ślała Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son. Zapa­liła świa­tło, przyj­rzała się w lustrze swo­jej dużej, gład­kiej twa­rzy i zauwa­żyła, że ktoś przy­kleił na niej uśmiech.

Dla­czego się uśmie­cham? – zasta­no­wiła się. Nie ma prze­cież żad­nego powodu. Ni­gdy w życiu nie czu­łam się gorzej, a za pół godziny obu­dzi się Karl-Erik. Co takiego powie­dział dyrek­tor? „Ów wibru­jący, spi­żowy głos”… który co?… „który we wzra­sta­ją­cym poko­le­niu roz­brzmie­wał moral­nym i inte­lek­tu­al­nym echem”. Skąd on to wytrza­snął? A to bał­wan. „Rocz­nik za rocz­ni­kiem, poko­le­nie za poko­le­niem, przez czter­dzie­ści lat. Peda­go­giczny dąb”. Tak, Fläskbergson naprawdę nazwał Karla-Erika peda­go­gicz­nym dębem. Czy mogła się w tym kryć nutka iro­nii?

Pew­nie nie, pomy­ślała Rose­ma­rie, myjąc szczo­teczką elek­tryczną zęby po pra­wej stro­nie. Vera Ragnebjörk, jej jedyna kole­żanka z wymie­ra­ją­cej kadry ger­ma­ni­stów w szkole Kym­lin­ge­vik, twier­dziła, że Fläskbergsonowi „brak wymiaru iro­nicz­nego”. To dla­tego nie dało się z nim poroz­ma­wiać jak z czło­wie­kiem i pew­nie także dzięki temu nie­zwy­kłemu defi­cy­towi udało mu się utrzy­mać na stołku dyrek­tora przez ponad trzy­dzie­ści lat. Fläskbergson był tylko o rok młod­szy od Karla-Erika, ale o dobre czter­dzie­ści kilo cięż­szy. Aż do tego smut­nego dnia przed pra­wie ośmiu laty, kiedy jego żona Berit spa­dła z wyciągu nar­ciar­skiego w Kitzbühl i skrę­ciła kark, spo­ty­kali się cza­sem. Cała czwórka. Brydż i takie tam. Wypad do teatru w Sztok­hol­mie. Kosz­marny tydzień na Kre­cie. Rose­ma­rie pomy­ślała, że bra­kuje jej tro­chę Berit, ale nie Fläskbergsona. To zna­czy nie spo­tkań z nim.

 

Dla­czego trwo­nię cenne poranne chwile na roz­my­śla­nia o tym ogra­ni­czo­nym zerze? – zre­flek­to­wała się. Dla­czego nie prze­sie­dzę tych pięt­na­stu minut w spo­koju z poranną gazetą? Ani chybi tracę nad sobą kon­trolę.

Ale przy kawie i gaze­cie dobre myśli także się nie poja­wiły. Żad­nych jasnych punk­tów. Kiedy pod­nio­sła wzrok na kuchenny zegar – kupiony z roz­pędu w Ikei za 49,50 dawno temu, jesie­nią 1979 roku, i naj­wi­docz­niej nie­znisz­czalny – poka­zy­wał dwa­dzie­ścia minut po szó­stej; upły­nie co naj­mniej sie­dem­na­ście godzin, nim znów dane jej będzie wejść do łóżka i jesz­cze jeden ponury dzień uznać za miniony. Spać, spać.

Była nie­dziela. Jej drugi dzień w roli szczę­śli­wej eme­rytki. Ostat­nia zna­cząca życiowa zmiana przed śmier­cią, jak zauwa­żyła jakaś przy­ja­zna dusza. Rose­ma­rie powie­działa sobie, że gdyby tylko miała pod ręką broń, w jed­nej chwili urze­czy­wist­ni­łaby poranną myśl. Wpa­ko­wa­łaby sobie kulkę w czoło, zanim Karl-Erik zdą­żyłby wejść do kuchni w swo­jej pasia­stej piża­mie, prze­cią­gnąć się i ogło­sić, że spał jak dziecko. Gdyby te wszyst­kie opisy śmierci kli­nicz­nej, które czy­tała, były zgodne z rze­czy­wi­sto­ścią, być może cie­ka­wie byłoby sie­dzieć sobie pod sufi­tem i obser­wo­wać jego minę, gdy znaj­dzie ją leżącą na stole z głową w wiel­kiej kałuży cie­płej krwi.

Cho­ciaż tak też się nie robi. Zwłasz­cza nie mając dobrej broni. A są jesz­cze prze­cież dzieci. Wypiła łyk kawy, parząc sobie koniu­szek języka, i włą­czyła codzienne myśli. Co jest w pro­gra­mie na ten drugi dzień po całym zawo­do­wym życiu?

Posprzą­tać cały dom. Po pro­stu. Jutro zaczną się zja­wiać dzieci i wnuki, a we wto­rek wielki dzień. Dzień, który miał być Dniem przez duże D, ale który dziw­nym tra­fem, z winy Roberta, zbladł, zmie­nia­jąc się w jakieś pom­pa­tyczne anty­wy­da­rze­nie. Wła­śnie tak. Przez całą jesień mówiło się o stu, stu dwu­dzie­stu oso­bach – wła­ści­wie jedy­nym ogra­ni­cze­niem była liczba miejsc w restau­ra­cji Svea Mat­sa­lar, ale Karl-Erik roz­ma­wiał już o tym z Brun­di­nem, wła­ści­cie­lem, i sto kil­ka­na­ście osób nie sta­no­wiło pro­blemu.

Miało nie sta­no­wić. Skan­dal z Rober­tem wyda­rzył się w sobotę 12 listo­pada. Lokal był od dawna zare­zer­wo­wany, nie było jed­nak za późno, żeby odwo­łać. Jakieś sie­dem­dzie­siąt zapro­szeń zostało już wysła­nych, ze dwa­dzie­ścia osób zdą­żyło potwier­dzić obec­ność, ale kiedy ogło­szono, że ze względu na oko­licz­no­ści zde­cy­do­wano się jed­nak na mniej­sze przy­ję­cie w gro­nie rodzin­nym, wszy­scy wyka­zali zro­zu­mie­nie.

Cał­ko­wite zro­zu­mie­nie. Pro­gram miał dwu­mi­lio­nową oglą­dal­ność, a ci, któ­rzy nie obej­rzeli, dowie­dzieli się następ­nego dnia z bru­kow­ców.

ROBI SAM-SE-ROBI. Słowa z gaze­to­wych nagłów­ków wypa­liły się na mat­czy­nym sercu Rose­ma­rie niczym znak wła­ści­ciela na par­cha­tej świni. Wie­działa, że już ni­gdy, do końca życia, nie będzie w sta­nie pomy­śleć o Rober­cie, nie wspo­mi­na­jąc tego okrop­nego prze­zwi­ska. Przy­rze­kła sobie, że ni­gdy, przeni­gdy nie prze­czyta już „Afton­bla­det” ani „Expres­sen”, i przy­sięgi tej jak dotąd nie zła­mała ani nawet nie była bli­ska jej zła­ma­nia.

A zatem mniej­sze rodzinne spo­tka­nie. W szkole podob­nie. Ta sama dys­kretna zasłona miło­sier­dzia została spusz­czona i tutaj. Kiedy pań­stwo Her­mans­so­no­wie, po prze­pra­co­wa­niu łącz­nie sześć­dzie­się­ciu sze­ściu lat, w tym samym momen­cie zeszli z krwa­wej areny peda­go­giki – jak to jakiś tęgi umysł, ale nie Fläskbergson, kie­dyś okre­ślił – podzię­ko­wa­nia ogra­ni­czyły się do prze­dłu­żo­nego zebra­nia z tor­tem, rze­czo­nej liczby czer­wo­nych róż oraz kutego mie­dzia­nego ser­wisu do glöggu; Rose­ma­rie po otwar­ciu paczki wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, by zaczęła się zasta­na­wiać, czy to nie ofer­mom z klasy Elons­sona kazano natłuc tego na zaję­ciach tech­nicz­nych, gro­żąc oceną nie­do­sta­teczną. Elons­son, w prze­ci­wień­stwie do Fläskbergsona, miał roz­wi­nięte poczu­cie iro­nii.

Sześć­dzie­siąt pięć plus czter­dzie­ści. Wynik dru­giego wiel­kiego gru­dnio­wego doda­wa­nia wyno­sił sto pięć. Rose­ma­rie wie­działa, że Karla-Erika zmar­twiło tro­chę, iż nie wyszła równa setka, ale z fak­tami się nie dys­ku­tuje. Karl-Erik w ogóle ni­gdy nie dys­ku­to­wał z fak­tami. Nie wsta­jąc z krze­sła, kilka razy nie­pew­nie roz­pro­sto­wała plecy i pomy­ślała o tej nocy sprzed czter­dzie­stu lat, kiedy udało jej się dwa razy powstrzy­mać skur­cze, aż minęła dwu­na­sta. Kiep­sko skry­wa­nej rado­ści Karla-Erika nie spo­sób było nie zauwa­żyć, i dobrze. Pier­wo­rodna córka wypchnęła się z macicy na świat w jego dwu­dzie­ste piąte uro­dziny. Mię­dzy Ebbą a Kar­lem-Eri­kiem zawsze była nie­zwy­kle silna więź; Rose­ma­rie zda­wała sobie sprawę, że zawią­zała się już wów­czas – w szpi­talu w Örebro cztery minuty po pół­nocy 20 grud­nia 1965 roku. Położna nazy­wała się Geral­dine Tul­pin – tego imie­nia rów­nież nie dawało się łatwo zapo­mnieć.

Święta Bożego Naro­dze­nia w ich rodzi­nie zawsze miały w sobie pewną obłudę. Rose­ma­rie ni­gdy tego nie powie­działa, nie użyła tego słowa, ale wła­śnie o obłudę cho­dziło. Nor­malni ludzie, chrze­ści­ja­nie i niechrze­ści­ja­nie, uwa­żali 24 grud­nia za wyspę na morzu zimo­wych ciem­no­ści, ale w rodzi­nie Wun­der­li­chów–Her­mans­so­nów 20 grud­nia był co naj­mniej rów­nie ważny. Dzień uro­dzin Karla-Erika i Ebby. Następny był naj­krót­szym dniem w roku, jądrem ciem­no­ści, a Kar­lowi-Eri­kowi w jakiś szcze­gólny spo­sób udało się – bez nacią­ga­nia fak­tów, choć nie­wiele bra­ko­wało – doko­nać jed­no­dnio­wego prze­su­nię­cia, tak że osią­gnięto swo­iste trio. Jego uro­dziny, uro­dziny Ebby i powrót świa­tła na zie­mię.

Ebba zawsze była pupilką ojca i jego oczkiem w gło­wie; z nią od początku wią­zał i na­dal wiąże naj­więk­sze nadzieje. Nawet nie sta­rał się tego ukryć.

– Nie­które dzieci mają wię­cej kara­tów od innych, tak już jest w gene­tycz­nym tyglu bio­lo­gii. Czy się to komu podoba, czy nie – oznaj­mił któ­re­goś razu, kiedy wyjąt­kowo wlał w sie­bie o jeden kie­li­szek koniaku za dużo.

I jak dotąd – pomy­ślała Rose­ma­rie z gory­czą, nale­wa­jąc drugą fili­żankę kawy, spraw­dzony fun­da­ment nie­zbyt wytę­sk­nio­nego poran­nego roz­bu­dze­nia – wszystko wska­zuje na to, że posta­wił na wła­ści­wego konia.

Ebba była opoką. Robert – zawsze czarną owcą, a teraz już w ogóle szkoda słów. Moż­liwe, że było to mniej zaska­ku­jące, niż sami chcieli przy­znać. A Kri­stina? Tak, o Kri­sti­nie można było powie­dzieć, że jest, jaka jest; ostat­nimi laty, po uro­dze­niu dziecka, tro­chę się ustat­ko­wała, wypły­nęła na spo­koj­niej­sze wody, ale Karl-Erik upar­cie twier­dził, że nie ma co się cie­szyć na zapas. Jesz­cze na to za wcze­śnie, o wiele za wcze­śnie.

Czy ty w ogóle kie­dy­kol­wiek cie­szy­łeś się na zapas, mój drew­niany książę? – myślała Rose­ma­rie za każ­dym razem, gdy to mówił, i tego ciem­nego poranka w kuchni znów jej to przy­szło do głowy.

W tym wła­śnie momen­cie do kuchni wszedł Karl-Erik.

– Dzień dobry – powie­dział. – Dziwne. Mimo wszystko spa­łem jak dziecko.

– Ty chyba pani­ku­jesz – odparła.

– Co takiego? – zapy­tał Karl-Erik, nasta­wia­jąc czaj­nik. – Gdzie jest moja nowa her­bata?

– Druga półka. Sprze­daż domu i prze­pro­wadzka do tej tam urba­ni­za­cji. To takie… no, pani­kar­skie. Tak jak mówię. Nie, na lewo.

Pobrzę­ki­wał kub­kami i pusz­kami.

Ur-ba-ni-za-ción – wymó­wił z nie­na­gan­nym hisz­pań­skim akcen­tem. – Wiem, że teraz nie jesteś do końca prze­ko­nana, ale pew­nego dnia mi podzię­ku­jesz.

– Wąt­pię – odpo­wie­działa Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son. – Z całych sił w to wąt­pię. Powi­nie­neś wyciąć włosy z nosa.

– Rose­ma­rie – powie­dział Karl-Erik, wypi­na­jąc pierś. – Tutaj nie mogę już spoj­rzeć ludziom w oczy. Męż­czy­zna powi­nien cho­dzić wypro­sto­wany i nosić głowę wysoko.

– Trzeba też umieć się ugiąć – odparła. – To mija. Ludzie zapo­mi­nają, a rze­czy zyskują wła­ściwe pro­por…

Prze­rwał jej, trza­snąw­szy o blat puszką swo­jej nowej her­baty.

– Myślę, że już tę sprawę prze­dys­ku­to­wa­li­śmy. Lund­gren obie­cał, że w środę pod­pi­szemy papiery. Dosyć już mam tego mia­sta. Koniec. Tylko gnu­śność i tchó­rzo­stwo nas tutaj trzy­mają.

– Miesz­ka­li­śmy tu trzy­dzie­ści osiem lat.

– I wystar­czy. Już wypi­łaś dwie kawy? Nie zapo­mi­naj, że cię ostrze­ga­łem.

– Ale żeby prze­no­sić się do miej­sca, które nie ma nawet nazwy… – powie­działa. – Mogłoby się cho­ciaż jakoś nazy­wać.

– Będzie, jak tylko hisz­pań­skie wła­dze się zde­cy­dują. Co ci się nie podoba w nazwie Este­pona?

– Do Este­pony jest sie­dem kilo­me­trów. Do morza cztery.

Nie odpo­wie­dział. Zalał wrząt­kiem swoją zdrową zie­loną her­batę i wyjął z chle­baka pie­czywo ze sło­necz­ni­kiem. Wes­tchnęła. O jej śnia­da­nio­wych przy­zwy­cza­je­niach roz­ma­wiali dwa­dzie­ścia pięć lat. O sprze­daży domu i prze­pro­wadzce do Hisz­pa­nii – dwa­dzie­ścia pięć dni. Choć roz­mowa to nie jest dobre słowo, pomy­ślała. Karl-Erik pod­jął decy­zję, po czym wyko­rzy­stał swoją dobrze naoli­wioną demo­kra­tyczną machinę do prze­cią­gnię­cia jej na swoją stronę. Zawsze tak to wyglą­dało. Ni­gdy się nie pod­da­wał. Kiedy cho­dziło o coś waż­nego, mógł mówić, mówić i mówić, aż w końcu kapi­tu­lo­wała z czy­stego znu­dze­nia i zmę­cze­nia. Jak nic sto­so­wał obstruk­cję par­la­men­tarną. Tak było z zaku­pem samo­chodu. Z pie­kiel­nie dro­gimi rega­łami w biblio­teczce – jak lubił nazy­wać ich wspólną pra­cow­nię, w któ­rej spę­dzał czter­dzie­ści godzin tygo­dniowo, ona cztery. Z waka­cyj­nymi wyjaz­dami na Islan­dię, Bia­ło­ruś i do Zagłę­bia Ruhry; w końcu było się kie­row­ni­kiem Zakładu Geo­gra­fii i Socjo­lo­gii.

Zaliczkę za ten dom mię­dzy Este­poną a Fuen­gi­rolą też wpła­cił, nie pyta­jąc jej o zda­nie. Z Lind­gre­nem z banku roz­po­czął nego­cja­cje w spra­wie sprze­daży willi, nie wsz­czy­na­jąc nawet domo­wego pro­cesu demo­kra­tycz­nego. Temu nie był w sta­nie zaprze­czyć. I nie zaprze­czył.

Choć tak na dobrą sprawę może powinna być mu wdzięczna. Rów­nie dobrze mogło to być Lahti albo Wup­per­tal. Prze­ży­łam z tym czło­wie­kiem całe doro­słe życie, pomy­ślała nagle. Sądzi­łam, że coś mię­dzy nami w końcu doj­rzeje, ale tak się nie stało. To było zgniłe już na początku, a z każ­dym rokiem gnije tylko bar­dziej.

I dla­czego jest tak skraj­nie pod­po­rząd­ko­wana, że musi jego winić za swoje zmar­no­wane życie? Oznaka kom­plet­nej sła­bo­ści, czyż nie?

– O czym tak myślisz? – zapy­tał.

– O niczym – odparła.

– Za pół roku o tym zapo­mnimy – powie­dział.

– O czym zapo­mnimy? O życiu? O dzie­ciach?

– Nie gadaj bzdur. Wiesz, o czym mówię.

– Nie, nie wiem. A w ogóle to czy nie byłoby lepiej, gdyby Ebba i Leif zamiesz­kali w hotelu? To w końcu czwórka doro­słych, cia­sno będzie.

Prze­szył ją wzro­kiem, jakby była uczen­nicą, która trze­cią lek­cję z rzędu nie oddała pracy, ona zaś wie­działa, że zapro­po­no­wała to tylko po to, by go ziry­to­wać. Oczy­wi­ście miała rację, że Ebba, Leif i dwóch nasto­let­nich chło­pa­ków zajmą wię­cej miej­sca, niż jest w domu, ale Ebba była Ebbą i Karl-Erik prę­dzej sprze­dałby swój ostatni kra­wat, niż ulo­ko­wał ulu­bie­nicę w innym miej­scu niż ten dom i pokój, w któ­rym dora­stała. Zwłasz­cza że był to ostatni raz, naprawdę ostatni.

Poczuła ucisk w gar­dle i wlała w sie­bie na wpół wysty­głą kawę. A Robert? Tak, biedny Robert musi się oczy­wi­ście scho­wać przed oczami świata naj­le­piej, jak potrafi; nie można mu pozwo­lić obi­jać się po hotelu, gdzie każdy mógłby się na niego gapić i z niego szy­dzić. Robi Sam-Se-Robi z Fuc­king Island. Pod­czas ich ostat­niej roz­mowy, ubie­głego wie­czoru, brzmiał tak, jakby się miał zaraz roz­pła­kać.

 

Tak więc hotel przy­padł Kri­sti­nie, Jako­bowi i małemu Kelvi­nowi. Jak można nazwać dziecko Kelvin?

– Zero abso­lutne – oświe­cił Karl-Erik świeżo upie­czo­nych rodzi­ców, ale to nie pomo­gło.

Nawia­sem mówiąc, Rose­ma­rie była w zasa­dzie pewna, że hotel trak­to­wali jak wygraną na lote­rii; nastrój, w jaki wpra­wiała ją Kri­stina po tym, jak doro­sła i wypro­wa­dziła się z domu, był mie­sza­niną poczu­cia winy, niż­szo­ści i nie­speł­nie­nia. Przez krótką, ale wyraźną chwilę miała w gło­wie myśl, że jedy­nym z jej trojga dzieci, o które się trosz­czy i któ­remu współ­czuje, jest Robert. Czy dla­tego, że to syn? To aż takie pro­ste?

Cho­ciaż prę­dzej czy póź­niej z Kri­stiną nastąpi prze­łom; to zna­czy, jeśli cho­dzi o nią, nie o Karla-Erika. To zawsze on był głów­nym obiek­tem nie­prze­jed­na­no­ści tej dziew­czyny. Jest takie słowo? Nie­prze­jed­na­ność? Było tak już od pierw­szego dnia jej doj­rze­wa­nia, ale peda­go­giczny dąb stał twardo i nie ugiął się pod cię­ża­rem nie­zli­czo­nych sprze­czek, kłótni i dys­ku­sji – udo­wod­nił, że posiada cechy tej zacnej rośliny. Stój tam, gdzie sto­isz, nie zgi­naj się ani o cal. Jestem dla niego nie­spra­wie­dliwa, pomy­ślała. Ale tak mi cho­ler­nie smutno, że z tego wszyst­kiego chce mi się rzy­gać.

Wska­zówka zegara zbli­żała się do siód­mej, do czasu radio­wych wia­do­mo­ści, a Karl-Erik wyta­czał cięż­kie i nie­moż­liwe do odpar­cia argu­menty na to, że Ebba ma być ugosz­czona w domu. Rose­ma­rie przy­szło na myśl, że tak naprawdę chcia­łaby podejść do niego, wycią­gnąć mu język z ust i go uciąć.

Jego dzia­łal­ność peda­go­giczna była wszak zakoń­czona, więc może to dobry moment.

I zaraz potem poja­wiła się ta auto­ma­tyczna myśl, że znów jest nie­spra­wie­dliwa.

– Okej, okej – powie­działa. – Nie­ważne.

– Czyli tak – odparł. – No to się zga­dzamy. W sto­sunku do Roberta spró­bu­jemy się zacho­wy­wać tak jak zwy­kle. Nie chcę, żeby­śmy o tym wspo­mi­nali. Poroz­ma­wiam z nim w cztery oczy i tyle. Powie­dział, że o któ­rej będzie?

– Pod wie­czór. Przy­je­dzie autem. Nie powie­dział dokład­nie.

Karl-Erik ski­nął w zamy­śle­niu głową, roz­dzia­wił usta i wpa­ko­wał w nie czu­batą łyżkę natu­ral­nego jogurtu z musli, nie­tknię­tego ludzką ręką i wzbo­ga­co­nego o trzy­dzie­ści dwa korzystne dla zdro­wia mine­rały plus selen.

Odku­rzyła na pię­trze. Karl-Erik, w odru­chu domo­wej soli­dar­no­ści, wziął listę zaku­pów, samo­chód i poje­chał za mia­sto do liczą­cego rok cen­trum han­dlo­wego Coop w Bil­lunds­berg, aby tam nabyć pięć­set kilo uro­dzi­no­wych arty­ku­łów pierw­szej potrzeby oraz cho­inkę. Kiedy Rose­ma­rie tara­ba­niła się z wie­ko­wym i już prze­sta­rza­łym vol­ta­nem – kupio­nym na przed­wio­śniu 1983 roku w skle­pie elek­trycz­nym braci Eriks­so­nów, Wszystko dla Domu, i naj­wi­docz­niej nie­znisz­czal­nym – zasta­na­wiała się, ile waż­nych decy­zji pod­jęła w ciągu swo­jego sześć­dzie­się­cio­trzy­let­niego życia.

Że wyszła za Karla-Erika Bel­fer­dęba? Raczej nie. Spo­ty­kali się już w cza­sach liceum Karo­lin­ska (ona – skromna uczen­nica pierw­szej klasy, on – w gar­ni­tu­rze, ele­gancki i porządny chło­pak z klasy trze­ciej) i skru­szył jej opór, tak jak kru­szył przez resztę ich wspól­nego życia. Kiedy się jej oświad­czył, jej począt­kowe „nie” zmię­kło do postaci „Być może, tylko powin­ni­śmy to prze­ło­żyć do czasu skoń­cze­nia szkoły”, a to z kolei do osta­tecz­nego „No dobrze, ale naj­pierw musimy mieć gdzie miesz­kać”. Pobrali się w roku 1963, w czerwcu 1965 ukoń­czyła eko­no­mikę gospo­dar­stwa domo­wego, spe­cja­li­za­cję włó­kien­ni­czą, a pół roku póź­niej na świat przy­szła Ebba. To także nie była jej decy­zja.

Nauczy­cielką prac ręcz­nych rów­nież została dla­tego, że jej naj­lep­sza (i jedyna) kole­żanka z liceum, Bodil Rönn, już nią była. Szkołę skoń­czyły w tym samym cza­sie i Bodil dostała stałą pracę w Boden, w szkole odda­lo­nej o nie­całe pięć­set metrów od domu jej chło­paka Sunego, gdzie chyba do tej pory miesz­kają. Pisały do sie­bie i przez pięt­na­ście lat były w kon­tak­cie, ale ostat­nia kartka świą­teczna od niej była sprzed sied­miu czy ośmiu lat.

Jak dotąd zero waż­nych decy­zji, pomy­ślała i prze­cią­gnęła vol­tana-potwora przez przed­po­kój, żeby zacząć odku­rzać pokoje gościnne. Albo też dawne pokoje dzie­cięce, czy jak by je teraz nazwać. Pokój Ebby, pokój Roberta i cia­sna nora Kri­stiny, nie więk­sza od schowka – ale też ni­gdy nie pla­no­wali wię­cej niż dwoje dzieci, zwłasz­cza że przy tylko dwóch podej­ściach udało im się mieć po jed­nym każ­dej płci. A jed­nak stało się, jak się stało. Życie pły­nęło nie zawsze według planu: Kri­stina uro­dziła się w 1974 roku. Dzie­sięć mie­sięcy wcze­śniej Rose­ma­rie, za radą gine­ko­loga, odsta­wiła tabletki anty­kon­cep­cyjne i choć kata­stro­falna podróż z Fläskbergsonami do Gre­cji nie zaowo­co­wała przy­jem­nymi wspo­mnie­niami, zakoń­czyła się nie­pla­no­waną córką. Karl-Erik zapo­mniał kupić pre­zer­wa­tywy i nie zdą­żył wycią­gnąć w porę. Shit hap­pens na tym naj­lep­szym ze świa­tów, jak i na każ­dym innym. W cóż to za język ubrały się jej myśli w ten zimny i mokry gru­dniowy pora­nek? God knows, holy cow – tak czy siak, było jakoś ina­czej niż zwy­kle. Lepiej zająć się czymś neu­tral­nym. Jaką to dziś mamy pogodę? Tu na zachod­nim krańcu nie uświad­czył czło­wiek na razie ani cen­ty­me­tra śniegu; kiedy wyj­rzała przez okno, wydało się jej, że nawet świa­tło dnia ska­pi­tu­lo­wało. Niebo przy­po­mi­nało owsiankę.

Dopiero kiedy zwi­nęła długi dywan w przed­po­koju, zdjęła nasadkę i zaczęła odku­rzać par­kiet, udało jej się przy­po­mnieć sobie roz­strzy­ga­jącą decy­zję. Tak, u licha.

Nazy­wał się Göran, nie nosił skar­pe­tek do san­da­łów i w seme­strze zimo­wym zastę­po­wał peda­goga szkol­nego. To był jej trzeci rok w szkole, pięć lat po Kri­sti­nie, i nie mie­ściło jej się w gło­wie, że trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­nia kobieta z trójką dzieci naprawdę jest kimś, kogo ten bro­daty cza­ruś potrze­buje, dla­tego też odpo­wie­działa „nie”. I naj­praw­do­po­dob­niej wła­śnie to „nie” było naj­waż­niej­szą decy­zją jej życia. Odpra­wie­nie z kwit­kiem świeżo roz­wie­dzio­nego, bar­czy­stego, napa­lo­nego peda­goga; stało się to pod­czas rejsu na służ­bową kon­fe­ren­cję w Fin­lan­dii: Bel­fer­dąb po raz trzeci w życiu zacho­ro­wał (jeśli nie liczyć prze­pu­kliny, z którą się uro­dził), a peda­gog pół nocy spę­dził w jej kabi­nie. Kleił się do niej, zakli­nał i bła­gał. Zapra­szał na wolny od cła varg­tass. Nic z tego. Zapra­szał na wolny od cła likier z moro­szek. Nic z tego.

Zasta­na­wiała się, co się z nim teraz dzieje; miał opa­lone na brą­zowo palce u nóg z inte­re­su­ją­cymi kęp­kami wło­sów i był szansą na odmianę życia, szansą, którą wypu­ściła z rąk. Może i dobrze; jeden jedyny męż­czy­zna uto­ro­wał sobie drogę do jej teraz już na zawsze wyschnię­tego i zamknię­tego łona – ale nic to, z tego, co wie­działa, pta­szek Karla-Erika także ni­gdy nie zbłą­dził przez te czter­dzie­ści dwa lata. Zanim się pobrali, wyznał, że w dru­giej kla­sie, pod­czas zwy­cza­jo­wej cało­noc­nej zabawy przed świę­tem Łucji, przy­gru­chał sobie dziew­czynę, która miała na imię Kata­rina, ale nie była w jego typie, co stało się wyraź­nie widoczne jakoś w poło­wie lat osiem­dzie­sią­tych, kiedy to zaznała krót­ko­trwa­łej popu­lar­no­ści, po tym jak wzięła zakład­ni­ków w cza­sie napadu na bank w Säffle. Dla­czego napa­dać na bank aku­rat w Säffle?

Tak czy ina­czej, suma waż­nych decy­zji zamknęła się w przy­krej licz­bie jeden. Rose­ma­rie uznała, że dosyć już odku­rza­nia, i zaczęła się zasta­na­wiać, czy na dobrą sprawę byłaby uza­sad­niona opty­mi­styczna myśl, że miała dość siły na numer dwa. Wie­działa, że dom zapi­sany był na ich oboje. Bez jej pod­pisu na doku­men­tach śro­dowa trans­ak­cja speł­znie na niczym. Zain­te­re­so­wana kup­nem para, Singlövowie, miesz­kała obec­nie w Rim­minge; nie wie­działa o nich nic ponad to, że on jest elek­try­kiem i że mają trójkę dzieci.

Nato­miast z tym, że zostało już wpła­cone sto tysięcy koron bez­zwrot­nej zaliczki za trzy­po­ko­jowy dom w Hisz­pa­nii, nie mogła nic zro­bić. Wybrzeże Skle­ro­ty­ków, czy nie tak to się nazy­wało? Przez bole­sną sekundę oczyma wyobraźni zoba­czyła nowy nagłó­wek: ROBI SAM-SE-ROBI WYSYŁA RODZI­CÓW NA WYBRZEŻE SKLE­RO­TY­KÓW. Gdy­bym tylko nie była taka zre­zy­gno­wana, pomy­ślała i po raz kolejny włą­czyła eks­pres do kawy. Gdyby wszystko nie wyda­wało się tak strasz­nie pozba­wione sensu. Skąd mam brać siłę?

Ostat­nie dni i śmierć nauczy­cielki prac ręcz­nych, pomy­ślała chwilę póź­niej, opa­da­jąc na krze­sło z trze­cią tego dnia fili­żanką kawy. Cał­kiem chwy­tliwy tytuł książki czy sztuki teatral­nej, o ile mogła oce­nić, ale samemu sta­no­wić jej treść to chyba nic, z czego można być dum­nym.

Uch – roz­legł się pro­test jakie­goś zwoju mózgo­wego, który wciąż jesz­cze funk­cjo­no­wał – tyloma czar­nymi myślami doprawdy zazwy­czaj się nie ota­czam. Czy to moż­liwe, żebym wczo­raj dostała małego wylewu? Gdy­bym cho­ciaż paliła, mogła­bym przy­naj­mniej pozwo­lić sobie na dymka. No nie, co się dzi­siaj dzieje z moimi myślami? – zasta­na­wiała się Rose­ma­rie Wun­der­lich Her­mans­son.

Była naj­wy­żej dzie­siąta. Na­dal pozo­sta­wało wię­cej niż dwa­na­ście godzin do snu, a jutro dzieci i wnuki zaczną napły­wać jak… no wła­śnie, jak co? Jak żoł­nie­rze przy­mu­sowo zmo­bi­li­zo­wani na odwo­łaną wojnę?

Życie, gdzie podział się twój pazur?