Pani Bovary

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

VIII

Zamek nowożytnej budowy, w stylu włoskim, z dwoma wystającymi skrzydłami i trzema balkonami, rozpościerał się na skraju rozległego trawnika, na którym pośród rozrzuconych kęp wielkich drzew pasło się kilka krów, podczas gdy klomby rozmaitych krzewów, rododendronów, śnieżnic i bzów włoskich pochylały swoje pęki niejednostajnej zieleni na krętą linię drogi wysypanej grubym piaskiem. Rzeka płynęła pod mostem; wśród zapadającego zmroku widać było słomą kryte budynki, rozrzucone po łące, zakończonej dwoma lesistymi pagórkami; od tyłu pośród drzew wznosiły się w równoległej linii wozownie i stajnie, jedyne szczątki, pozostałe z dawnego zburzonego zamku.

Powozik Karola stanął przed środkowym gankiem; wybiegła służba; pojawił się sam margrabia i podawszy ramię żonie lekarza, wprowadził ją do wysokiego przedsionka, wyłożonego marmurowymi płytami, w których odgłos kroków rozlegał się jak w kościele. Wprost szły schody, a na lewo ciągnęła się galeria, wychodząca na ogród, która prowadziła do sali bilardowej, skąd słychać było stukanie kul z kości słoniowej. Przechodząc przez nią do salonu, Emma zobaczyła przy grze mężczyzn o poważnych twarzach, w wysokich kołnierzykach, w orderach; uderzali z milczącym uśmiechem w swe kule. Portrety w wielkich złoconych ramach, zawieszone na ciemnych, wyłożonych drzewem ścianach, miały podpisy, wyryte czarnymi głoskami. Pod jednym portretem Emma wyczytała: „Jan Antoni d’Andervilliers d’Yverbonville, hrabia de la Vaubyessard i baron de la Fresnaye, poległy w bitwie pod Contras 20 października 1587”. A pod drugim: „Jan Antoni Henryk Guy d’Andervilliers de la Vaubyessard, admirał Francji i kawaler Orderu Św. Michała, raniony w bitwie pod HougueSaintVaast 29 maja 1692, zmarły w la Vaubyessard 23 stycznia 1693”. Dalsze napisy trudno było rozróżnić, gdyż światło lamp, zwrócone na zielone sukno bilardu, zostawiało w cieniu resztę obszernej sali. Cień ten, pokrywając mrokiem zawieszone płótna, rozbijał się o nie podług rys popękanego werniksu i ze wszystkich tych wielkich czarnych kwadratów, okolonych złotem, występowały tylko miejscami jaśniejsze części, blade czoło, dwoje oczu patrzących na ciebie, upudrowane peruki, spadające na ramiona, okryte czerwonym płaszczem, lub wreszcie sprzączka podwiązki powyżej okrągłego kolana.

Margrabia otworzył drzwi salonu; jedna z pań powstała (była to margrabina), postąpiła kilka kroków naprzeciwko Emmy i posadziwszy ją obok siebie na kozetce, zaczęła z nią przyjacielską rozmowę, jak gdyby się znały od dawna. Była to kobieta lat mniej więcej czterdziestu, o pięknych jeszcze ramionach, orlim nosie, powolnej mowie, w koronkowej chusteczce, zarzuconej na ciemnokasztanowate włosy. Młoda jasnowłosa panienka siedziała obok niej na krześle z wysoką poręczą; kilku panów z kwiatkami u tużurka rozmawiało z paniami około kominka.

O siódmej podano obiad. Mężczyźni, daleko liczniejsi, zasiedli do pierwszego stołu, zastawionego w przedsionku, panie do drugiego, w sali jadalnej, wraz z margrabią i margrabiną.

Emmę, gdy weszła do sali jadalnej, owionęła ciepła atmosfera, przepojona wonią kwiatów i świeżej bielizny, zapachem mięsa i trufli. Woskowe świece w kandelabrach rzucały migotliwe płomyki na srebrne dzwony; rżnięte matowe kryształy odsyłały sobie wzajemnie blade promyki, bukiety stały rzędem przez całą długość stołu, a na talerzach z szerokimi barwnymi brzeżkami serwety złożone w kształcie biskupiej infuły miały każdy pomiędzy dwoma fałdami mały kawałek chleba, owalnej formy. Czerwone łapki homarów wystawały z półmisków, piękne owoce w ażurowych koszyczkach piętrzyły się pośród zielonego mchu, przepiórki były podane całe, w upierzeniu, kłęby pary wznosiły się do góry, a marszałek dworu w jedwabnych pończochach, krótkich spodniach, białym krawacie z żabotem, poważny jak sędzia, wsuwał pomiędzy ramiona gości półmiski z pokrajanymi potrawami i jednym ruchem łyżki oddzielał wybrane kawałki. Na wielkim porcelanowym piecu z mosiężnymi prętami posąg kobiety udrapowanej po samą szyję spoglądał w milczeniu na salę, pełną gości.

Na pierwszym miejscu, sam pośród tych wszystkich kobiet, nachylony nad pełnym talerzem, z serwetą zawiązaną pod brodą jak dziecko, jadł starzec; z ust kapały mu krople sosu. Oczy miał zaropiałe, a z tyłu głowy harcap, związany czarną wstążką. Był to teść margrabiego, stary książę de Laverdiere, dawny ulubieniec hrabiego d’Artois z epoki myśliwskich wypraw do Vaudreuil; mówiono o nim, że był kochankiem królowej Marii Antoniny w przerwie pomiędzy panami de Coigny i de Lauzun. Prowadził życie hulaszcze i rozpustne, pełne pojedynków, zakładów, porwania kobiet, strwonił majątek i niesłychanym zbytkiem przeraził całą rodzinę. Lokaj, stojący za jego krzesłem, wymieniał mu głośno do ucha potrawy, które starzec wskazywał palcem; a oczy Emmy bez przerwy zwracały się z zajęciem na tę ruinę z obwisłymi wargami, jak na coś nadzwyczajnego i dostojnego. Ten człowiek żył na królewskim dworze i był kochankiem królowej!

Podano wino szampańskie z lodem. Emma uczuła dreszcz w całym ciele, wziąwszy w usta ten mroźny przysmak. Nie jadła jeszcze nigdy ananasów, nie widziała granatów. Nawet cukier miałki wydał jej się tu bielszy i delikatniejszy niż gdzie indziej.

Po obiedzie panie i panny udały się do swoich pokoi zmienić toaletę na bal. Emma zajęła się swym strojem z drobiazgową sumiennością debiutantki. Uczesała włosy podług zaleceń fryzjera i włożyła na siebie jedwabną bareżową suknię. Karola cisnęły nowe pantalony.

– Strzemiona nie będą przeszkadzały w tańcu – rzekł.

– W tańcu? – powtórzyła Emma. – Czyś zwariował! Wszyscy by się śmiali. Siedź spokojnie. Zresztą, to przyzwoiciej dla doktora – dodała.

Karol zamilkł. Chodził wzdłuż i wszerz pokoju, czekając, aż Emma się ubierze. Widział ją z tyłu, w zwierciadle, pomiędzy dwoma świecznikami. Czarne jej oczy wydawały się ciemniejsze niż zwykle. Bujne sploty, lekko wydęte ku uszom, błyszczały granatowym odcieniem; róża przy warkoczu drżała na ruchomej łodydze, ze sztuczną rosą na końcach listków. Emma miała na sobie suknię bladoszafranową, ozdobioną trzema bukiecikami drobnych róż, otoczonych zielenią.

Karol przybliżył się i chciał ją pocałować w ramię.

– Dajże mi pokój – rzekła – pognieciesz suknię.

W tym dała się słyszeć przygrywka na skrzypcach. Emma zeszła ze schodów, wstrzymując się z trudnością od pośpiechu.

Kadryl już był rozpoczęty. Przybywało coraz więcej gości. Tłoczono się. Pani Bovary usiadła na ławeczce blisko drzwi.

Gdy skończono kontredansa, miejsce w sali zajęli mężczyźni, którzy rozmawiali stojąc; służba w liberii poczęła wnosić wielkie tace. W rzędzie siedzących kobiet poruszały się malowane wachlarze, bukiety przez pół zasłaniały zalotne uśmieszki, a flakoniki ze złotymi korkami poruszały się w dłoniach, obciśniętych białymi rękawiczkami, odznaczającymi kształt wypieszczonych paznokci. Koronki, diamentowe broszki, bransolety z medalionami drżały przy stanikach, migotały na piersiach, szeleściły na obnażonych ramionach. Włosy, odwinięte z czoła i skręcone z tyłu głowy, były uwieńczone lub poprzeplatane jaśminem, niezapominajkami, granatami, kłosami lub bławatkami. Matki, siedzące nieruchomo z twarzami zachmurzonymi, miały po większej części czerwone czepeczki na głowach.

Serce Emmy mocniej zabiło, gdy tancerz jej, ująwszy za koniuszki palców, wprowadził ją do szeregu i gdy stanęła, czekając na uderzenie smyczka. Niebawem jednak opanowała to pierwsze wzruszenie i kołysząc się odpowiednio do rytmu orkiestry, sunęła naprzód wśród lekkich ruchów giętkiej szyi. Chwilami uśmiech igrał na jej ustach, kiedy wszystkie instrumenty milkły i tylko skrzypce grały same, z właściwą sobie delikatnością; słychać było wówczas dźwięczny odgłos luidorów, przesypujących się tuż obok na zielonych stolikach; po tym cała orkiestra grzmiała znowu, trąbka wydawała głośny ton, nogi poruszały się w takt, suknie się wydymały i szeleściły, dłonie spotykały się i rozłączały, oczy spuszczały się i podnosiły kolejno, tonąc jedne w drugich.

Kilkunastu mężczyzn w wieku od lat dwudziestu pięciu do czterdziestu, rozproszonych pomiędzy tancerzami lub rozmawiających przy drzwiach, wyróżniało się od tłumu pewnym powinowactwem, niezależnym od rysów twarzy, wieku lub odmiennego stroju.

Ubranie ich lepszego kroju wyglądało na być zrobione z miękkiego bardziej sukna, włosy ku skroniom nagarnięte pachniały wykwintniejszymi olejkami. Mieli oni płeć ludzi bogatych, tę płeć bladawą, która potęguje białość porcelany, połysk atłasów i mebli, a utrzymuje w zdrowiu w wykwintny i umiarkowany sposób życia. Szyje ich poruszały się swobodnie w nisko zawiązanych krawatach, długie faworyty spadały na odwinięte kołnierzyki; usta ocierali sobie haftowanymi chusteczkami, które wydawały woń delikatną. Starzejący się wyglądali młodo, młodzi zaś mieli w sobie coś dojrzałego. W ich chłodnych spojrzeniach malował się spokój zaspokajanych codziennie namiętności; a spod ugrzecznionego obejścia przebijała ta szczególna brutalność, jakiej się nabiera przez powodzenie w łatwych rzeczach wyrabiających siłę i bawiących próżność, jak np. ujeżdżanie rasowych koni lub towarzystwo kobiet półświatka. O kilka kroków od Emmy młodzieniec w granatowym fraku prowadził rozmowę o Włoszech z młodą bladą kobietą w perłowym naszyjniku. Unosili się nad grubością kolumn św. Piotra, zachwycali się Wezuwiuszem, różami genueńskimi, wychwalali Tivoli Castellamare, Koloseum przy świetle księżyca. Emma chwytała urywki tej rozmowy, pełnej niezrozumiałych dla niej wyrazów. Otaczano młodzieńca, który przed tygodniem pobił Arabellę i Romulusa i wygrał w Anglii 2000 luidorów, przesadziwszy głęboki rów. Jeden żalił się na swych dżokejów, którzy zaczynali tyć; inny na omyłki drukarskie, przekręcające nazwę jego konia. Powietrze w salonie stało się ciężkie i duszne, światło lamp pobladło. Goście cisnęli się do sali bilardowej. Lokaj wszedł na krzesło i wybił dwie szyby; na szczęk rozbitego szkła pani Bovary obróciła głowę i spostrzegła w ogrodzie, za oknami twarze wieśniaków, którzy się przyglądali zabawie. Ten widok przypomniał jej folwark Bertaux. Ujrzała w myśli budynki gospodarskie, błotnistą sadzawkę, ojca swego w bluzie pod jabłoniami i siebie samą, zbierającą jak niegdyś śmietanę z dzieżek w mleczarni. Lecz wobec blasku chwili obecnej przeszłe jej życie, dotąd tak wyraźne, znikało we mgle i wątpiła prawie, czy ono było rzeczywistością. Znajdowała się tu; poza ścianami tej sali balowej czarny cień przysłaniał wszystko. Jadła właśnie lody maraskinowe, trzymając w lewej ręce srebrną pozłacaną muszlę i z łyżeczką w ustach przymrużała oczy.

 

Dama, siedząca obok niej, upuściła wachlarz. Przechodził właśnie jeden z tancerzy.

– Może będzie pan tak grzeczny i podniesie mi wachlarz, który spadł tu za kanapę! – rzekła pani.

Młodzieniec ukłonił się, a gdy wyciągał ramię, Emma zobaczyła rękę damy wrzucającą do jego kapelusza coś białego, złożonego w trójkąt. Mężczyzna, podniósłszy wachlarz, podał go z uszanowaniem właścicielce; podziękowała mu skinieniem głowy i zaczęła bawić się swoim bukietem.

Po kolacji, na której była obfitość win hiszpańskich i reńskich, zupy rakowe i migdałowe, budynie à la Trafalgar, wszelkiego rodzaju zimne mięsa i galarety drżące na półmiskach, powozy zaczęły się powoli rozjeżdżać. Uchyliwszy róg muślinowej firanki, widać było przesuwające się w cieniu światła latarni. Salony opustoszały; kilku graczy dotrzymywało jeszcze placu; muzykanci chłodzili sobie końce palców o język; Karol drzemał, oparłszy się plecami o drzwi. O trzeciej rano zaczął się kotylion. Emma nie umiała walca. Wszyscy zaś inni stanęli do tańca, nawet panna d’Andervilliers i margrabina; pozostawali już tylko sami goście zamkowi: nie więcej nad kilkanaście osób.

Jednakże jeden z tancerzy, którego nazywano poufale wicehrabią i którego mocno wycięta kamizelka leżała jak ulana na piersiach, przyszedł powtórnie zapraszać panią Bovary, upewniając, że ją poprowadzi i wszystko będzie dobrze. Zaczęli powoli, następnie wirowali coraz prędzej, a wraz z nimi wirowało wszystko, lampy i meble, obicia i posadzka, jak tarcza osadzona na osi. Koło drzwi suknia Emmy zaczepiła się o spodnie tancerza, nogi ich się zetknęły, on spuścił swój wzrok ku niej, ona podniosła oczy na niego, ogarnęła ją jakaś niemoc: zatrzymała się. Po krótkim wytchnieniu puścili się znowu; wicehrabia szybkim ruchem pociągnął ją aż na koniec galerii, gdzie zadyszana, o mało co nie upadła i na chwilę oparła głowę o jego piersi. Potem wirowali ciągle, lecz coraz wolniej. Odprowadził ją na miejsce; zmęczona i odurzona, oparła głowę o ścianę i przymknęła oczy.

Gdy je otworzyła, jedna z tancerek siedziała na krzesełku na środku salonu, a przed nią klęczało trzech tancerzy. Wybrała wicehrabiego i skrzypce znowu się odezwały.

Wszyscy patrzyli na nich. A ci przebiegali cały salon i powracali z powrotem, ona z pochyloną głową i prawie nieruchoma, on ciągle w jednej postawie, przegięty w pół, z wysuniętym ramieniem, z twarzą pochyloną naprzód. Jak ona tańczyła walca! Wirowali tak długo, że przetrzymali wszystkich.

Rozmawiano jeszcze kilka minut, po czym, powiedziawszy sobie dobranoc, a raczej dzień dobry, goście udali się na spoczynek.

Karol trzymał się poręczy, nogi uginały się pod nim. Spędził pięć godzin z rzędu, stojąc przy zielonych stolikach i przypatrując się grze w wista, którego zgoła zrozumieć nie mógł. Toteż z uczuciem wielkiego zadowolenia ściągnął z nóg buty.

Emma zarzuciła szal na ramiona, otworzyła okno i wsparła się na nim.

Noc była ciemna. Deszcz kropił. Odetchnęła wilgotnym powietrzem, które chłodziło jej rozpalone powieki. Muzyka balowa dźwięczała jeszcze w jej uszach, usiłowała opierać się senności, aby przedłużyć złudzenie tego rozkosznego życia, które niebawem trzeba będzie porzucić.

Zaczynało dnieć. Emma wpatrywała się długo w okna zamku, usiłując odgadnąć, jakie pokoje zajmowali ci wszyscy, których poznała na balu. Chciała wiedzieć, jakie było ich codzienne życie, przeniknąć je, zlać się z nim.

Drżała z zimna. Rozebrała się i położyła do łóżka obok Karola, który spał jak zabity. Na śniadanie zebrało się liczne towarzystwo. Posiłek trwał dziesięć minut, nie podano żadnego likieru, co wielce zadziwiło doktora. Panna d’Andervilliers pozbierała następnie w koszyczek okruchy ciasta, aby je zanieść łabędziom, pływającym po stawie i wszyscy poszli do cieplarni, gdzie dziwaczne rośliny, najeżone kolcami piętrzyły się w kształcie piramid pod wiszącymi kloszami, z których, jakby z przepełnionych gniazd wężowych, spadały długie, zielone splątane nici. Pomarańczarnia, znajdująca się na końcu, tworzyła kryte przejście aż do zamkowych oficyn. Margrabia, chcąc zabawić młodą żonę lekarza, zaproponował obejrzeć stajnie. Ponad żłobami w kształcie koszów, umieszczone były porcelanowe tarcze, z wypisanymi na nich nazwami koni. Każdy z rumaków poruszał się, gdy koło niego przechodzono, mlaskając językiem. Podłoga w stajni błyszczała jak posadzka w salonie. Zaprzęgi powozowe ułożone były pośrodku na dwóch ruchomych kolumnach, a wędzidła, bicze, strzemiona i łańcuszki były poukładane rzędem pod ścianami.

Karol poprosił wreszcie jednego ze służących, aby kazał zaprząc do jego bryczki. Przyprowadzono pojazd przed ganek i po spakowaniu rzeczy małżonkowie Bovary, pożegnawszy się z margrabiostwem, odjechali z powrotem do Tostes.

Emma w milczeniu patrzyła na szybki obrót kół. Karol, siedząc na brzeżku ławeczki, powoził z rozstawionymi ramionami, a konik kłusował w zbyt obszernym, jak dla niego, zaprzęgu. Lejce uderzały go po grzbiecie, pławiąc się w pianie, a waliza, przywiązana w tyle, uderzała ciągle o pudło.

Gdy znaleźli się na wzgórzu Thibourville, wyminęło ich kilku rozbawionych jeźdźców, konno, z cygarami w ustach. Emmie wydało się, że poznaje wicehrabiego – odwróciła się, lecz zobaczyła już tylko schylające się i podnoszące głowy w nierównym takcie kłusa lub galopa.

O ćwierć mili dalej trzeba było się zatrzymać, aby związać zerwaną uprząż sznurkami. Lecz Karol, rzuciwszy ostatnie spojrzenie na swój zaprząg, spostrzegł coś na ziemi, pod nogami konia, schylił się i podniósł cygarnicę haftowaną zielonym jedwabiem, z wyszytym na środku herbem, jakby na drzwiczkach karety.

– Są tu nawet jeszcze dwa cygara – rzekł – to będzie na wieczór, po obiedzie.

– Czyż ty palisz? – zapytała.

– Czasami, gdy się zdarzy sposobność. Włożył swą zdobycz do kieszeni i popędził konika.

Gdy przybyli do domu, obiad nie był jeszcze gotów. Pani się rozgniewała. Nastusia odpowiedziała jej zuchwale.

– Wynoś się precz! – zawołała Emma. – Żartujesz sobie ze mnie. Wypędzam cię.

Na obiad była zupa cebulowa i kawałek cielęciny ze szczawiem. Karol, siedząc naprzeciwko Emmy, rzekł, zacierając ręce z zadowoleniem:

– Miło jednak powrócić do domu!

Z kuchni słychać było płacz Nastusi. Karol lubił tę dziewczynę. Niegdyś była ona jedynym jego towarzystwem podczas nudów wdowieństwa. Była to pierwsza jego pacjentka, najdawniejsza znajomość w okolicy.

– Czy ją naprawdę oddaliłaś? – zapytał wreszcie.

– Tak! Któż mi zabroni? – odpowiedziała.

Potem ogrzali się w kuchni, czekając na uporządkowanie pokoju. Karol zapalił cygaro. Za każdym kłębem dymu spluwał i wstrząsał się.

– Zaszkodzisz sobie – rzekła pogardliwie. Odłożył cygaro i pobiegł napić się zimnej wody. Emma pochwyciła cygarnicę i wrzuciła ją prędko do szafy.

Jakżeż długi wydał się jej dzień następny! Przechadzała się po ogródku, zatrzymując się przed klombami kwiatów, przed szpalerem, przed gipsowym zakonnikiem, przyglądając się z osłupieniem wszystkim tym dawnym rzeczom, tak dobrze znanym! Jakżeż daleki wydawał się jej teraz wieczór balowy! Cóż położyło taki przedział pomiędzy onegdajszym porankiem a dzisiejszym wieczorem? Wycieczka do Vaubyessard uczyniła wyłom w jej życiu, podobny do owych rozpadlin lub szczelin, jakie burza wyrywa czasem w ciągu jednej nocy w górach. Poddała się jednak swemu losowi; schowała ze czcią do szafy swą piękną toaletę, nie wyłączając atłasowych trzewiczków, których podeszwy zażółcone były woskiem z posadzki. Serce jej było do nich podobne: zetknięcie z bogactwem zostawiło na nim coś, czego się już zatrzeć nie dało.

Przypominanie sobie tego balu stało się odtąd głównym zajęciem Emmy. Każdej środy mówiła do siebie, budząc się z rana: – tydzień temu... dwa tygodnie... trzy tygodnie temu byłam tam!... Z czasem twarze pomieszały się w jej pamięci, zapomniała melodii kontredansów, zatarły się w jej umyśle barwy liberii i obić, niektóre szczegóły zginęły, ale żal pozostał.

IX

Nieraz po wyjściu Karola wydostawała z szafy, spomiędzy bielizny, ową cygarnicę haftowaną zielonym jedwabiem.

Oglądała ją, otwierała, napawała się nawet jej wonią, wonią tytoniu, pomieszanego z werweną. Czyją mogła być własnością?... Wicehrabiego. Może był to podarunek od kochanki. Być może, haft ten robiony był na wykwintnych palisandrowych krosienkach, starannie ukrywanych przed oczami wszystkich – pochylały się, być może, nad nim przez wiele godzin miękkie sploty pięknej pracownicy. Tchnienie miłości powiało przez oczka kanwy... każdy wyszyty ścieg utrwalił tam jakąś nadzieję lub wspomnienie, a wszystkie te pokrzyżowane nitki jedwabiu były tylko nieprzerwanym wątkiem jednej cichej namiętności. A potem wicehrabia pewnego pięknego poranku zabrał haft ze sobą. O czym też rozmawiali, podczas gdy siedział przy marmurowym kominku, pośród wazonów z kwiatami i zegarów à la Pompadour? Ona była w Tostes. On był teraz tam... w Paryżu!... Jak wyglądał ten Paryż? Co za nazwa czarowna! Powtarzała ją półgłosem dla własnej przyjemności; dźwięczała jej w uszach jak dzwon katedralny, migotała przed oczyma nawet na słoikach pomady.

W nocy, kiedy handlarze ryb przejeżdżali na swych wózkach pod jej oknami, śpiewając „Marjolanę”, budziła się ze snu, a słuchając turkotu okutych żelazem kół, który gasł powoli, gdy zjeżdżano z bitego gościńca, mówiła sama do siebie: – Jutro tam będę!

I myślą dążyła w ślad za nimi, poprzez góry i doliny, przez wsie i miasta, przy migotliwym świetle gwiazd błyszczących na niebie, a zawsze u niepewnego celu tej urojonej wędrówki znajdował się jakiś nieokreślony punkt, gdzie kończyło się jej marzenie.

Kupiła sobie plan Paryża i, wodząc palcem po karcie, odbywała wycieczki po stolicy. Szła na bulwary, zatrzymując się na każdym rogu, wśród rozbiegających się ulic, przed białymi kwadracikami, przedstawiającymi domy. Znużywszy wreszcie oczy, opuszczała powieki i widziała wtedy płomyki gazowe, wijące się pośród ciemności i stopnie karet, spadające z łoskotem pod kolumnadą teatrów.

Zaprenumerowała dziennik kobiecy „La Corbeille” oraz „Le Sylphe des Salons”. Pochłaniała, bez opuszczenia najdrobniejszego szczegółu, wszystkie sprawozdania z pierwszych przedstawień, wyścigów i balów, interesowała się występami śpiewaczek, otwarciem nowych magazynów. Znała mody paryskie, adresy najlepszych krawców i modniarek, dni opery i wyścigów. Studiowała w Eugeniuszu Sue opisy umeblowania salonów; czytała Balzaka i George Sand, szukając w nich fantastycznych zaspokojeń swych osobistych pragnień. Do stołu nawet przynosiła książkę i przewracała kartki, podczas gdy Karol rozmawiał i jadł. Wspomnienie wicehrabiego wracało ciągle podczas czytania. Szukała podobieństwa pomiędzy nim a urojonymi bohaterami. Powoli jednakże koło, którego był środkiem, zaczęło się rozszerzać i promienna aureola, oddalając się od jego twarzy, oświeciła inne marzenia.

Paryż, bardziej tajemniczy od samego oceanu, migotał przed oczyma Emmy w złocistej atmosferze. Życie wszakże, rojące się w tym mrowisku, dzieliło się na części, rozklasyfikowane było na osobne obrazy. Emma pomiędzy tymi obrazami widziała tylko dwa lub trzy, które zasłaniały wszystkie inne i reprezentowały dla niej całą ludzkość. Świat ambasadorów stąpał po lśniących posadzkach w salonach, wyłożonych zwierciadłami wokoło stołów owalnych, przykrytych aksamitnymi serwetami ze złotymi frędzlami. Były tam suknie z długimi trenami, wielkie tajemnice, niepokoje ukryte pod maską udanej wesołości. Dalej następowało towarzystwo książąt: twarze były blade; wstawano o czwartej po południu, kobiety – biedne anioły – nosiły suknie obszyte angielskimi koronkami, a mężczyźni, zapoznani geniusze, zajmowali się błahostkami, zajeżdżali konie dla przyjemności, spędzali lato nad morzem, a ku czterdziestce żenili się z bogatymi dziewicami. W gabinetach restauracyjnych, gdzie ucztuje się po północy, weselił się przy świetle świec woskowych pstrokaty tłum artystów, literatów i aktorek. Ci ludzie byli hojni, jak królowie, pełni żądz idealnych i fantastycznych upojeń. Było to istnienie od wszystkich innych odmienne; zawieszone pomiędzy niebem a ziemią, burzliwe i zachwycające, wzniosłe nad wszelką miarę. Reszta świata nie miała oznaczonego miejsca, nie istniała prawie wcale. Zresztą myśl Emmy odwracała się od wszystkiego, co było dla niej najbliższe. Wszystko, co ją otaczało bezpośrednio – nudna wieś, ograniczone drobne mieszczaństwo, mierność otoczenia – wydawały się jej wyjątkiem na świecie, szczególnym wypadkiem, w który została zaplątana, podczas gdy poza nią rozciągał się w nieskończoność kraj szczęśliwości i uczuć namiętnych. W swej nieokreślonej żądzy łączyła rozkosze zbytku z zadowoleniem serca, wykwint przyzwyczajeń z delikatnością uczuć. Czyliż miłość, podobnie jak egzotyczne rośliny, nie potrzebowała gruntu odpowiednio przygotowanego i właściwej temperatury? Westchnienia przy świetle księżyca, długie uściski, łzy, które płyną na rozstające się dłonie, gorączki zmysłów, omdlenia czułości, wszystko to musiało być nieodłączne od balkonów wielkich zamków, od buduaru o niebieskich jedwabnych firankach, wysłanego miękkim kobiercem z koszykami pełnymi kwiatów, z łóżkiem na wzniesieniu, nieodłączne od połysku drogich kamieni i od galonów liberii.

 

Posługacz pocztowy, który każdego rana przychodził robić porządek w stajni, szedł przez korytarz, niosąc w ręku grube saboty; miał na sobie podartą bluzę i brudne szmaty na nogach. Trzeba było poprzestać na takim groomie! Zrobiwszy, co do niego należało, więcej już nie przychodził, gdyż Karol, wracając ze swego objazdu, sam prowadził konia do stajni, zdejmował siodło i zakładał uździenicę, podczas gdy służąca przynosiła pęk siana i wrzucała do żłobu.

Na miejsce Nastusi, która odjechała wreszcie z Tostes, wylewając potoki łez, Emma przyjęła do służby młodą czternastoletnią dziewczynę, sierotę o miłym wyrazie twarzy. Zabroniła jej chodzić w czepku, nauczyła przemawiać w trzeciej osobie, podawać szklankę na talerzu, stukać do drzwi przed wejściem do pokoju, krochmalić, prasować, słowem wykształciła ją na porządną pokojówkę. Dziewczyna była posłuszna z obawy, aby nie została odprawiona; ponieważ jednak pani miała zwyczaj klucz od kredensu zostawiać w zamku, Felicja co wieczór robiła sobie mały zapas cukru, który chrupała po pacierzu, położywszy się do łóżka.

Niekiedy po południu wychodziła z domu na pogawędkę z pocztylionami. Pani wtedy siedziała na górze w swoim pokoju.

Emma nosiła szlafroczek z otwartym przodem, który odsłaniał fałdowaną koszulę na trzy złote guziki zapiętą. Przepasywała się grubym sznurem z dużymi frędzlami, a u granatowych pantofelków miała wielkie kokardy z szerokich wstążek. Kupiła sobie kałamarz, pióro, koperty i papier listowy, pomimo iż nie miała do kogo pisywać listów; okurzała półeczki, przeglądała się w lustrze, brała książkę w rękę i przeczytawszy kilka wierszy, kładła ją na kolanach. Miała chęć podróżować lub wrócić do swego klasztoru. Pragnęła umrzeć i jednocześnie mieszkać w Paryżu.

Karol tymczasem po deszczu i śniegu przebiegał okoliczne drogi. Jadał jajecznicę na stołach folwarcznych, puszczał krew chorym, słuchał rzężenia konających, widział niemało brudnej bielizny i niemało rzeczy odrażających, lecz za to wieczorem zastawał w domu płonący na kominku ogień, stół zastawiony, miękki fotel i żonę wykwintnie ubraną, śliczną i pachnącą, tak że nie wiadomo było, skąd pochodziła ta woń; czy to nie ona sama użyczała jej własnej swej koszuli.

Zachwycała go tysiącem miłych drobnostek: to profitkami do lichtarzy, zręcznie zrobionymi z kolorowego papieru, to falbaną przyszytą do sukni, to szczególną nazwą, nadaną bardzo zwyczajnej i źle ugotowanej potrawie, którą jednak Karol zjadał ze smakiem, nie zostawiając ani odrobiny. Zobaczyła w Rouen panie, mające breloki u zegarków; zaraz kupiła sobie kilka breloków. Zachciało jej się na kominek dwóch wazonów ze szkła niebieskiego, a wkrótce potem neseserki z kości słoniowej ze złotym naparstkiem. Im mniej pojmował Karol te zachcianki, tym większy wywierały nań urok. Drażniły przyjemnie jego zmysły i dodawały powabu jego domowemu ognisku. Był to niby złoty piasek, którym wysypana była ścieżka jego życia.

Czuł się zdrów, dobrze wyglądał; opinia jego była ustalona. Wieśniacy kochali go za to, że nie był dumny. Pieścił dzieci, nie wchodził nigdy do karczmy, zresztą wzbudzał zaufanie swoją moralnością. Szczególnie był szczęśliwy w leczeniu przeziębień i chorób piersiowych. W obawie żeby nie zabijać chorych, Karol zalecał im w istocie tylko środki uspokajające, niekiedy emetyk, kąpiel na nogi lub pijawki. Nie dlatego jednak, aby chirurgia go przestraszała; puszczał ludziom krew, obficie jak koniom, a do wyrywania zębów miał żelazną rękę.

Wreszcie, żeby nie pozostać w tyle, zaprenumerował „Ul Medyczny”, nowy dziennik, którego prospekt mu przysłano. Czytywał go niekiedy po obiedzie, lecz ciepło w pokoju łącznie z procesem trawienia sprawiało, iż po upływie pięciu minut zasypiał z brodą opartą na dłoniach i włosami rozrzuconymi po stole jak grzywa. Emma spoglądała nań, wzruszając ramionami. Czemuż nie miała za męża jednego z tych zapalonych pracowników, którzy spędzają noce nad księgami i na starość, kiedy przychodzi pora reumatyzmu, przypinają sobie na czarnym, źle skrojonym fraku świecący krzyżyk! Chciała, żeby to nazwisko Bovary, które nosiła, zasłynęło, żeby jaśniało na wystawach księgarskich, żeby je powtarzały dzienniki, żeby je znała cała Francja. Lecz Karol nie miał żadnych ambicji! Doktor z Yvetot, z którym w ostatnich czasach odbywał konsylium, upokorzył go nieco przy łożu chorego wobec zgromadzonej rodziny. Gdy Karol opowiedział żonie tę przygodę, Emma uniosła się gniewem przeciwko niegrzecznemu koledze. Karol się rozrzewnił. Ze łzą w oku pocałował ją w czoło. Lecz ona była przejęta wstydem i oburzeniem; miała ochotę go zbić – poszła otworzyć okno, żeby ochłonąć i odetchnąć świeżym powietrzem wieczoru.

– Co za niedołęga! Co za niedołęga! – powtarzała półgłosem, zagryzając usta.

Dawał jej zresztą więcej jeszcze powodów do rozdrażnienia. Z wiekiem nabierał prostackich nawyknień; przy stole krajał korki od wypróżnionych butelek; po jedzeniu oblizywał sobie usta, przełykając zupę, wydawał gardłem rodzaj gdakania, a ponieważ zaczynał tyć, oczy jego z natury małe, zdawały się uciekać ku skroniom przed wydętością policzków.

Niekiedy Emma chowała mu pod kamizelkę czerwony brzeg trykotów, poprawiała krawat lub zabierała zniszczone rękawiczki, które chciał kłaść na ręce; nie czyniła jednak tego wszystkiego dla niego, jak to sobie wyobrażał; czyniła to raczej dla siebie samej, w rozdrażnieniu nerwowym. Czasami mówiła mu o tym, co czytała, opowiadała ustępy z romansów, szczegóły o nowej sztuce, skandal wielkiego świata, ogłoszony w felietonie, bo wreszcie Karol był kimś, uchem zawsze otwartym, pochwałą zawsze gotową. Przecież i charciczce swojej robiła zwierzenia! Byłaby je robiła kłodom drzewa leżącym na kominie i zegarowi ściennemu.

W głębi serca jednak zawsze oczekiwała jakiegoś wypadku. Wodziła zrozpaczonym wzrokiem po pustyni samotnego życia, upatrując żagla na mglistym horyzoncie jak żeglarz w niebezpieczeństwie. Nie wiedziała, jaki będzie ten wypadek, jaki wiatr go do niej przyniesie, do jakiego popchnie ją portu, czy będzie szalupą czy okrętem trzymasztowym, czy ładunek jego składać się będzie z trosk czy ze szczęścia. Każdego rana budziła się z nadzieją, że ten wypadek nastąpi i przez cały dzień przysłuchiwała się wszystkim odgłosom, zrywała się z miejsca, z coraz większym smutkiem dziwiła się, że nie przychodził, a gdy słońce zaszło, pragnęła, żeby jak najprędzej nastąpiło jutro.