Pani Bovary

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

V

Dom murowany stał w jednej linii z ulicą, a raczej z drogą. Za drzwiami wejściowymi wisiał na gwoździach płaszcz z wąskim kołnierzem, uzda, czarny skórzany czaprak, a w kącie na ziemi leżała para butów jeszcze zabłoconych. Po prawej stronie była sala, to jest pokój, w którym jadano i siadywano. Papierowe jasnokanarkowe obicie, obrzeżone w górze girlandą z bladych kwiatów, odstawało miejscami od ściany, w oknach wisiały białe z czerwonym szlakiem perkalowe firanki, a na wąskim kominku błyszczał pod okrągłym kloszem zegar z głową Hipokratesa, pomiędzy dwoma platerowanymi świecznikami. Po drugiej stronie korytarza był gabinet Karola, malutki pokoik, którego całe umeblowanie stanowił stolik, trzy krzesełka i fotel urzędowy. Kilkanaście tomów „Słownika nauk medycznych”, nie poprzecinanych, lecz zniszczonych wszystkimi sprzedażami, przez jakie przechodziły, zajmowało sześć półek sosnowej biblioteki. Kuchenne zapachy dochodziły tu przez cienką ścianę, a w zamian słychać było w kuchni kaszel chorych i ich opowiadania o swych cierpieniach. Dalej następowała wielka odrapana izba z piecem do chleba, która służyła obecnie za spiżarnię, drwalnię, skład rozmaitych rupieci, starego żelastwa, próżnych baryłek, popsutych narzędzi rolniczych i mnóstwa innych gratów, pokrytych grubą warstwą kurzu i pajęczyn.

Ogród, długi i wąski, ciągnął się pomiędzy dwoma murami z gliny i słomy, przykrytymi brzoskwiniowym szpalerem, aż do płotu cierniowego, który go od pola odłączał. Pośrodku znajdował się kompas kamienny, umieszczony na murowanej podstawie; cztery klomby obsadzone nędznymi różami otaczały symetrycznie pożyteczniejsze grządki warzywne. W głębi wśród tych jodeł biała figura księdza wznosiła ręce do modlitwy.

Emma poszła na pierwsze piętro. Pierwszy z dwóch pokoików nie miał żadnych sprzętów; w drugim, który był małżeńską sypialnią, stało we wgłębieniu mahoniowe łóżko z czerwonymi firankami. Pudełko oklejone muszelkami stało na komodzie, a na biurku w małej karafce bukiet kwiatów pomarańczowych, związany białą atłasową wstążką. Był to bukiet ślubny, bukiet tamtej! Emma spojrzała nań. Karol to spostrzegł, wziął niewczesną pamiątkę i odniósł ją na górę, podczas gdy młoda pani usiadła w fotelu i doglądając rozpakowywania swoich rzeczy, myślała o własnym ślubnym bukiecie, który tu przywiozła w pudełku, i zapytywała sama siebie zamyślona, co by z nim zrobiono, gdyby przypadkiem umarła?

Zaraz od pierwszych dni zajęła się obmyślaniem zmian w swoim domu. Kazała dać nowe obicia, pomalować schody i porobić ławki w ogrodzie, naokoło kompasu, dowiadywała się nawet, jakim by sposobem można mieć sztuczną sadzawkę i wodotrysk. Wreszcie, ponieważ lubiła przejażdżki powozem, Karol kupił używany powozik, który po dodaniu nowych latarni i skrzydeł ze skóry, wyglądał prawie jak angielski tilbury.

Był więc szczęśliwy i nie troszczył się już o nic w świecie. Obiad sam na sam, wieczorna przechadzka za miasto, pogładzenie ręką bujnych jej włosów, widok słomianego kapelusika zawieszonego na klamce i tysiące innych drobnostek, w których Karol nie domyślał się nigdy przyjemności, składało się obecnie na łańcuch nieprzerwanego szczęścia. Obudziwszy się rano, patrzył z rozkoszą, jak promienie słońca muskały różowe jej policzki, osłonięte na wpół wstążkami nocnego czepeczka. Oczy jej widziane z bliska wydawały mu się większe, szczególniej, kiedy budząc się, otwierała powieki; czarne w cieniu, a szafirowe przy świetle dziennym, oczy te miały jak gdyby pokłady barw ciemniejszych ku głębi, a coraz jaśniejszych ku powierzchni. Własne jego oko tonęło w tych głębiach i widział się w nich w miniaturze aż do ramion, z nocną czapeczką na głowie i otwartą u szyi koszulą. Wstawał. Ona wyglądała za nim oknem, kiedy wyjeżdżał; oparta na łokciu, wychylała się spomiędzy dwóch wazoników lewkonii, okryta fałdzistą suknią poranną. Karol na ulicy przypinał sobie ostrogi, a ona rozmawiała z nim z góry, zrywając ząbkami kwiatek lub listek, który mu rzuciła i który, kręcąc się w powietrzu i polatując jak ptaszek, przyczepiał się wreszcie do poplątanej grzywy starej siwej klaczy, stojącej nieruchomo u drzwi. Karol, wsiadłszy na konia, posyłał jej jeszcze pocałunek – ona odpowiadała kiwnięciem głowy, zamykała okno, on zaś odjeżdżał. Jechał gościńcem, który w nieskończoność ciągnął swoją długą wstęgę białego pyłu, parowami, gdzie drzewa tworzyły cierniste altany nad jego głową, ścieżkami wśród zbóż, sięgających mu aż do kolan, w promieniach słońca, które mu ogrzewały ramiona; oddychał świeżym, porannym powietrzem, ze spokojnym umysłem, sercem przepełnionym rozkoszą, z zadowolonymi zmysłami, przeżuwając swoje szczęście jak ci, którzy po dobrym obiedzie przypominają sobie smak trufli, już prawie strawionych.

Do tego czasu czyż zakosztował czego dobrego w swym życiu? Czy może w swych szkolnych czasach, kiedy pozostawał zamknięty pośród czterech ścian, sam pomiędzy bogatszymi lub lepiej się uczącymi kolegami, którzy wyśmiewali się z jego akcentu, szydzili z jego ubrania, którym matki przynosiły ciasteczka w mufkach? Czy może później, kiedy uczył się medycyny i nie miał nigdy dość pieniędzy, żeby zaprosić na tańce jakąś szwaczkę, która by mogła zostać jego kochanką? Następnie przeżył czternaście miesięcy z wdową, której nogi zimne były w łóżku jak bryły lodu. Teraz za to posiadał na całe życie tę śliczną kobietę, którą ubóstwiał. Świat już nie istniał dla niego poza obrębem jej spódniczki, a jeszcze wyrzucał sobie, że ją nie dosyć kocha. Zapragnął ją ujrzeć natychmiast: zawracał prędko, wbiegał na schody z bijącym sercem. Emma ubierała się w swoim pokoju; wchodził na palcach, całował ją w plecy, ona wydawała lekki okrzyk.

Nie mógł się wstrzymać, żeby nie dotykać ustawicznie jej grzebieni, jej pierścionków, jej chusteczki; czasem wyciskał głośne pocałunki na jej policzkach; czasem znowu delikatnie pieścił obnażoną jej rękę, od końca różowych paluszków aż do ramienia; a ona go z lekka odpychała, na poły uśmiechnięta i znudzona, jakby się pozbywała uprzykrzonego dziecka.

Przed pójściem za mąż wydawało się jej, że jest zakochana; ponieważ jednak nie przyszło szczęście, jakie z tej miłości miało wyniknąć, myślała, iż się pomyliła. I usiłowała dociec, co właściwie znaczyły wyrazy: szczęście, namiętność, upojenie, które ją tak zachwycały w powieściach.

VI

Czytała niegdyś Pawła i Wirginię i marzyła o chatce bambusowej, o Murzynie Dominiku, o psie Fidelu, a nade wszystko o słodkiej przyjaźni jakiego dobrego braciszka, który by dla niej zbierał czerwone owoce na drzewach wysokich jak dzwonnice lub, biegając boso po piasku, przynosił jej gniazdka ptasie.

Gdy skończyła trzynasty rok, ojciec zawiózł ją sam do miasta, aby ją umieścić w klasztorze. Stanęli w gospodzie w dzielnicy Św. Gerwazego, gdzie po wieczerzy podano im malowane talerze, przedstawiające historię panny de la Vallière. Legendowe objaśnienia, miejscami pokrajane nożami, sławiły pobożność, delikatność uczuć i wspaniałość dworu wielkiego króla.

Na początku nie nudziła się wcale w klasztorze, owszem, podobało się jej towarzystwo dobrych sióstr zakonnych, które prowadziły ją dla rozrywki do kaplicy, dokąd szło się z sali jadalnej przez długi korytarz. Spokojnie bawiła się podczas rekreacji, rozumiała dobrze katechizm i najlepiej odpowiadała księdzu wikaremu na zawiłe pytania. Żyjąc tak ciągle w ciepłej atmosferze klas i pośród tych kobiet o bladych twarzach, z różańcami, miedzianym krzyżykiem u pasa, dała się powoli owładnąć mistycznemu omdleniu, które wiało z kadzideł ołtarzy, z chłodu kropielnic, ze świateł gromnic. Zamiast słuchać mszy oglądała w swojej książeczce pobożne winietki z błękitną obwódką, lubiła chorą owieczkę, serce przebite ostrymi strzałami lub biednego Jezusa, upadającego pod ciężarem krzyża. Próbowała dla umartwienia zostawać cały dzień bez jedzenia. Przemyśliwała, jaki by ślub uczynić.

Kiedy szła do spowiedzi, wynajdywała urojone małe grzeszki, żeby jak najdłużej pozostawać w cieniu na klęczkach, z twarzą przyciśniętą do kraty, słuchając szeptu księdza. Porównania mistyczne o oblubieńcu, małżonku i małżeństwie niebieskim, które powtarzają się w kazaniach, napełniały jej duszę niewysłowioną rozkoszą.

Wieczorami, przed pacierzem, czytano zawsze jakąś pobożną książkę. Były to w dni powszednie Konferencje opata Frayssinousa lub jaki ustęp z Historii świętej, a w dni świąteczne dla rozrywki użyteczne wyjątki z Ducha Chrystianizmu. Z jakąż chciwością po raz pierwszy słuchała dźwięcznych lamentacji romantycznej melancholii, powtarzanych przez wszystkie echa ziemskie i niebieskie! Gdyby dzieciństwo jej upłynęło w jakim sklepie w kupieckiej dzielnicy, dusza jej byłaby się może otworzyła na liryczne zachwyty nad przyrodą, które ogarniają nas zwykle przez pośrednictwo pisarzy. Lecz Emma zanadto była oswojona z przyrodą; znała beczenie owiec, wieczorny udój krów, sianożęcia. Przyzwyczajona do spokojnych widoków, zwracała się do urozmaiconych. Morze lubiła tylko dla burz, a zieloność tylko wtedy, gdy była rozsiana pośród zwalisk. We wszystkim szukała osobistej korzyści i jako rzecz bezużyteczną odrzucała to wszystko, co nie chwytało bezpośrednio jej serca. Będąc usposobienia raczej sentymentalnego niż artystycznego, szukała wrażeń, a nie krajobrazów.

Co miesiąc przychodziła do klasztoru stara panna i przez tydzień szyła i naprawiała bieliznę. Protegowana przez arcybiskupa, jako należąca do starożytnej szlacheckiej rodziny, zrujnowanej podczas rewolucji, jadała w jadalnej sali razem z siostrami zakonnymi i gawędziła z nimi zawsze po obiedzie, zanim powróciła do roboty. Często pensjonarki wymykały się z uczelni, aby pobiec do niej. Umiała na pamięć miłosne śpiewki z zeszłego wieku, które nuciła półgłosem przy robocie. Opowiadała różne historie, znosiła ploteczki, załatwiała sprawunki w mieście i pożyczała po kryjomu starszym panienkom stare romanse, które zawsze nosiła w kieszeniach fartuszka i które sama pochłaniała w przerwach pomiędzy robotą. Pełno tam było miłości, wielbicieli, kochanek, prześladowanych dziewic, które mdlały w ustronnych altanach, pocztylionów zabijanych na każdym przeprzęgu, zamęczonych koni, ponurych lasów, przysiąg, łez, łkań i pocałunków, słowików w gajach wodnych, przejażdżek przy świetle księżyca, rycerzy odważnych jak lwy, łagodnych jak baranki, idealnie cnotliwych, zawsze pięknie ubranych i płaczących jak łzawnice. Przez sześć miesięcy Emma w piętnastym roku życia brudziła sobie ręce pyłem ze starych czytelni. Później czytała Waltera Scotta i rozmiłowała się w powieściach historycznych, marzyła o tajemniczych marach, starożytnych komnatach i minstrelach. Chciałaby mieszkać w jakim starym zamczysku jak owe kasztelanki w długich stanikach, które spędzały dni pod cieniem rzeźbionych arkad z łokciami opartymi na poręczy a twarzą na dłoni, wyglądając przybycia rycerza na karym koniu, z białą kitą u kapelusza. W tym czasie wielbiła Marię Stuart i czciła z entuzjazmem wspomnienia sławnych lub nieszczęśliwych kobiet. Joanna d’Arc, Heloiza, Agnieszka Sorel, Klemencja, Isaure błyszczały w jej oczach jak komety pośród ciemnych przestworów historii, gdzie jaśniały jeszcze tu i ówdzie, lecz bardziej w cieniu i bez żadnego pomiędzy sobą związku – postaci świętego Ludwika z jego dębem, umierającego Bayarda, niektóre okrucieństwa Ludwika XI, kilka szczegółów Nocy Świętego Bartłomieja, pióropusz Bearneńczyka i nade wszystko wspomnienie owych malowanych talerzy wysławiających Ludwika XIV.

 

Muzyka i romanse, które śpiewała w szkole, mówiły o skrzydlatych aniołkach, o madonnach, gondolierach, lagunach, a wszystkie te mdłe utwory ukazywały jej spoza niedołęstwa słów i harmonii, pociągającą fantasmagorię sentymentalnej rzeczywistości. Niektóre z jej towarzyszek przynosiły do klasztoru podarunki, które dostały na gwiazdkę. Trzeba było je ukrywać, oglądano je ukradkiem w sypialni. Dotykając z lubością pięknej atłasowej oprawy, Emma zwracała wzrok olśniony na imiona nieznanych artystów, którzy pod swymi pracami podpisywali najczęściej tytuły hrabiów lub baronów. Drżała, podnosząc swym oddechem jedwabistą bibułkę, którą były przekładane ryciny i która z szelestem na nie opadała. Tu za balustradą balkonu młodzieniec w krótkim płaszczyku ściskał w swym objęciu młodą dziewicę w białej sukni z woreczkiem u pasa, tam znowu wizerunki angielskich ladies o jasnych puklach spoglądających wielkimi błękitnymi oczyma spod okrągłych, słomianych kapeluszy. Jedne z nich leżały rozciągnięte w powozach, pędzących przez ulice parku, a zgrabny charcik biegł obok zaprzęgu, kierowanego przez dwóch pocztylionów w białych spodniach. Inne, marząc na sofce z rozpieczętowanym listem w ręku, wpatrywały się w tarczę księżyca przez na wpół otwarte okno, przysłonięte czarną firanką. Niewinne dziewice ze łzą w oku pieściły turkawkę przez kraty gotyckiej klatki lub, uśmiechając się z główką przechyloną na bok, oskubywały stokrotkę cienkimi paluszkami. I wyście tam byli baszowie z długimi cybuchami omdlewający w altanach, otoczeni bajaderami tureckimi, szablami i kindżałami i nade wszystko wy, rozbłękitnione obrazy uroczych krain z palmami, sosnami, tygrysem na prawo, lwem na lewo, z tatarskimi minaretami w głębi, z rzymskimi zwaliskami na pierwszym planie, z klęczącymi wielbłądami, a wszystko opasane niepokalanym lasem dziewiczym, oświecone prostopadle padającym promieniem słońca, drżącym w wodzie, w której na ciemnolazurowej fali migają gdzieniegdzie białe łabędzie.

A cicha lampka, zawieszona przy ścianie nad głową Emmy, oświecała te wszystkie światowe obrazy, przesuwające się kolejno przed jej oczyma wśród ciszy sypialni, przy odgłosie turkotu zapóźnionych powozów na bulwarach.

Po śmierci matki Emma przez pierwsze dni bardzo płakała. Kazała sobie zrobić żałobny obrazek z włosów nieboszczki i w liście, napisanym do Bertaux, pełnym smętnych uwag nad życiem, prosiła, aby pochowano ją później w tym samym grobie. Poczciwy ojciec pomyślał, że jest chora, i pospieszył ją odwiedzić. Emma w duszy była zadowolona z tego, że od razu stanęła na wyżynie tego rzadkiego ideału bladych żywotów, którego nie dosięgają nigdy mierne serca. Dała się więc pociągnąć Lamartinowskim sielankom, słuchała harf dźwięczących na jeziorze, śpiewu konającego łabędzia, szelestu spadających liści, hymnu czystych dziewic, wstępujących na niebiosa, głosu Przedwiecznego, brzmiącego po dolinach. Znudziło ją to na koniec; nie chciała się jednak do tego przyznać i trwała w tym stanie dalej z przyzwyczajenia, następnie przez próżność, aż wreszcie ze zdziwieniem uczuła się całkiem spokojna i tak wolna od smutku w sercu jak od zmarszczek na gładkim czole.

Dobre zakonnice, które wiele mówiły o jej powołaniu, spostrzegły ze zdumieniem, że panna Rouault wymyka się spod ich opieki. Bo też w istocie, tak ją przesyciły rekolekcjami, nowennami i kazaniami, tak dużo jej mówiły o czci należnej świętym i męczennikom, tyle rad jej dawały co do skromności ciała i zbawienia duszy, że na koniec zrobiła jak koń szarpany za uzdę: stanęła nagle i wyrzuciła wędzidło. Umysł jej, nadzwyczaj pozytywny pomimo uniesień, rozmiłowany w kościele dla kwiatów i kadzideł, w muzyce dla słów śpiewanych romansów, w literaturze dla namiętności rozbudzanych przez nią, buntował się wobec tajemnic wiary i znieść nie mógł karności zakonnej, która była przeciwna całej jej istocie. Gdy ojciec odebrał ją z klasztoru, nie bardzo jej żałowano. Przełożona spostrzegła nawet, że panna Rouault w ostatnich czasach stała się lekceważąca względem zgromadzenia.

Emma po powrocie do domu zrazu cieszyła się, że mogła rozkazywać służbie, niebawem jednak sprzykrzyła sobie życie wiejskie i żałowała swego klasztoru. Kiedy Karol zaczął bywać w Bertaux, uważała się za bardzo rozczarowaną, mniemając, że wszystko już poznała i nie jest zdolna do żadnego uczucia.

Jednakże niepokój, jaki czuła w swym nowym stanie, a może tylko podrażnienie wywołane obecnością tego człowieka wystarczyło, aby ją przekonać, iż poznała wreszcie tę upajającą namiętność, którą dotąd widziała tylko w postaci wielkiego ptaka o różowym upierzeniu, krążącego w niedościgłych przestworach poetycznych wyżyn – i obecnie uwierzyć nie mogła, żeby ten spokój, w jakim życie jej upływało, mógł być ową szczęśliwością, o której marzyła.

VII

Przypominała sobie czasem, że to jednak były najpiękniejsze dni jej życia, tak zwane miodowe miesiące. Aby zasmakować w ich słodyczy, trzeba byłoby zapewne udać się do swych krajów o dźwięcznych nazwach, gdzie chwile poślubne upływają w najrozkoszniejszym próżnowaniu! W pocztowym powozie, za niebieską jedwabną firanką, wjeżdżać stromą drogą pod górę, słuchać śpiewki pocztyliona i powtarzać ją wśród dzwonienia kóz, przy głuchym szmerze wodospadu. O zachodzie słońca nad brzegami zatok oddychać cudną wonią kwiatu pomarańczowego; gdy noc zapadnie, siedząc we dwoje na tarasie willi z rękoma splecionymi, wpatrywać się w iskrzące gwiazdy, snując marzenia przyszłości. Zdawało się jej, że niektóre miejscowości musiały rodzić szczęście, podobnie jak rodziły właściwe sobie rośliny, które gdzie indziej rosnąć nie mogą. Czemuż nie mogła stanąć na balkonie szwajcarskiego szałasu lub tęsknotę swoją zamknąć w jakim szkockim cottage’u przy boku małżonka w czarnym aksamitnym płaszczu z długimi połami, w szerokich butach, wysokim kapeluszu, białych mankietach?

Być może, iż pragnęła zwierzyć się komuś z tych wszystkich marzeń. Lecz jak wyrazić nieokreśloną tęsknotę, która się zmienia, jak kształt obłoków pędzonych wiatrem? Brakowało jej słów, sposobności, śmiałości.

Gdyby jednak Karol chciał, gdyby mógł się domyślać, gdyby spojrzenie jego choć raz jeden spotkało się z jej myślą, nadmiar jej przepełnionego serca przelałby się nagle i opadł, jak opadają dojrzałe owoce ze wstrząśniętego drzewa. Tymczasem w miarę, jak mocniej zacieśniała się ich zażyłość, jakiś wewnętrzny rozbrat odrywał ją od niego.

Rozmowa Karola była płaska jak chodnik uliczny, a utarte zdania przesuwały się w niej w powszednich barwach, nie wywołując żadnego wrażenia, ani rozśmieszając, ani pobudzając do zastanowienia. Sam opowiadał, że mieszkając w Rouen, nigdy nie był ciekawy zobaczyć w teatrze paryskich aktorów. Nie umiał ani pływać, ani fechtować się, ani strzelać i pewnego dnia nie potrafił jej nawet objaśnić jakiegoś technicznego wyrażenia, tyczącego się konnej jazdy, które spotkała w jakimś romansie.

Czyliż mężczyzna nie powinien znać wszystko, celować we wszystkich ćwiczeniach, umieć wtajemniczać się w porywy namiętności, w subtelności życia, we wszystkie jego tajnie? On zaś niczego nie uczył, nic nie wiedział, niczego nie pragnął. Sądził, że jest szczęśliwa; a ona miała mu za złe ten spokój pogodny, tę ociężałą pewność siebie, nawet to szczęście, które mu dawała.

Czasami rysowała; dla Karola było wielką przyjemnością stać i patrzeć na nią pochyloną nad rysunkiem, przymrużającą oczy, aby lepiej zobaczyć robotę, lub kręcącą gałki z chleba. Co do muzyki, im prędzej paluszki jej biegały po klawiszach, tym więcej się zachwycał. Dotknięcie miała pewne i bez zatrzymywania się przebiegała całą klawiaturę z góry na dół. Stary instrument z pokręconymi strunami wstrząsany w ten sposób, gdy okno było otwarte, dawał się słyszeć aż na końcu wioski i nieraz pisarz komornika przechodząc gościńcem z gołą głową, w pantoflach, stawał z papierem w ręku, aby się przysłuchać tej muzyce.

Emma umiała jednak zarządzać domem. Posyłała chorym rachunki za wizyty męża w zręcznie napisanych listach, które nie trąciły kupiectwem. Kiedy w niedzielę mieli na obiedzie którego z sąsiadów, umiała wynaleźć zawsze jakieś dodatkowe danie, potrafiła układać na winnych liściach piramidy z renklod, podawać słoiki konfitur, przewrócone na talerzu, wspominała nawet o kupieniu szklaneczek do płukania ust po deserze. Rzucało to wszystko wielki blask na dom Bovarych.

Karol mając taką żonę, zaczął wreszcie sam siebie bardziej szanować. Z dumą pokazywał w sali dwa szkice ołówkiem jej roboty, kazał je oprawić w szerokie ramki złocone i zawiesił na zielonych sznurkach! W niedzielę po mszy stawał na progu swego domu w pięknie haftowanych pantoflach.

Wracał do domu późno, około dziesiątej, czasem dopiero o północy. Zwykle bywał głodny, a ponieważ sługa już spała, Emma sama przygotowywała mu wieczerzę. Zdejmował surdut, żeby być swobodniejszym. Wymieniał kolejno wszystkie osoby, które przez dzień widział, wioski które objechał, recepty, które zapisał, i zadowolony sam z siebie, zjadał resztki kotletów, kruszył ser, zapijał lekkim winem, kładł się do łóżka i chrapiąc, zasypiał.

Rano, gdy wstawał, włosy spadały mu na czoło potargane i pełne puchu z poduszki, która rozwiązywała się podczas nocy. Nosił zawsze długie buty z dwiema wielkimi fałdami około kostki, podczas gdy reszta cholewy szła prosto w górę, przylegając jakby do drewnianej nogi. Mówił, że na wieś nic więcej nie potrzeba.

Matka pochwalała taką oszczędność; odwiedzała go bowiem jak niegdyś: gdy tylko w domu zdarzyła się jaka większa burza. Jednakże starsza pani Bovary wydawała się nieco uprzedzona do swej synowej. Stwierdzała, że jest zanadto wykwintna na ich majątkowe położenie; że drzewa, cukru i świec wychodziło u nich, jakby w jakim wielkim domu, a ilość węgla, który się wypalał w kuchni, wystarczyłaby na dwadzieścia pięć potraw! Układała jej w szafach bieliznę i uczyła, jak ma pilnować rzeźnika, kiedy przynosi mięso. Emma z uległością słuchała tych nauk, których pani Bovary nie szczędziła, a wyrazy moja matko i moja córko słychać było przez cały dzień, wymawiane ustami lekko drgającymi, gdyż jedna i druga używała najłagodniejszych słów, chociaż głos drżał im od gniewu.

Za czasów nieboszczki pani Dubuc sędziwa matka czuła się jeszcze pierwsza w sercu Karola, lecz obecnie miłość jego dla Emmy wydawała się jej jakby utratą tkliwości, jakby zagarnięciem czegoś, co należało tylko do niej; uważała się za pokrzywdzoną i patrzyła na szczęście syna ze smutnym milczeniem, jak bankrut, który spoza krat przygląda się ludziom, ucztującym w jego dawnym domu. Przypominała mu nieznacznie własne trudy i ofiary ponoszone dla niego i, porównując je z niedbalstwem Emmy, dochodziła do wniosku, że nie było rzeczą rozsądną tak bezwzględnie ją uwielbiać. Karol nie wiedział, co na to odpowiadać; szanował matkę i kochał czule żonę; uważał zdanie pierwszej za nieomylne, a jednak widział drugą wolną od wszelkiego zarzutu. Po odjeździe pani Bovary próbował czasem ostrożnie i z nieśmiałością powtórzyć niektóre uwagi, jakie słyszał z ust mamy, lecz Emma jednym słowem dowodziła mu, że się mylił, i wyprawiała go do chorych.

Jednakże chciała w sobie wzbudzić miłość podług teorii, które uważała za dobre. Czasami przy świetle księżyca w ogrodzie deklamowała mu najtkliwsze poezje, jakie umiała i śpiewała, wzdychając tęskne adagia; lecz był potem równie spokojny jak poprzednio i nigdy Karol nie wydawał się jej ani bardziej rozkochany, ani więcej wzruszony. Po kilkakrotnych usiłowaniach rozdmuchania w jego sercu miłości, nie zdoławszy rozżarzyć ani jednej iskierki, niezdolna zresztą pojąć tego, czego nie czuła, ani wierzyć w to, co się nie objawiało przyjętymi formami, wmówiła w siebie z łatwością, że uczucie Karola nie było wcale nadzwyczajne. Objawy tego uczucia stały się regularne jak zegarek, całował ją w pewnych godzinach. Było to przyzwyczajenie takie same jak inne, niby oczekiwany deser po jednostajnym codziennym obiedzie. Pewien leśniczy, wyleczony przez Karola z zapalenia płuc, darował Emmie włoską charciczkę. Brała ją ze sobą, gdy szła na przechadzkę, bo teraz wychodziła czasem, żeby nie mieć wiecznie przed oczyma nieśmiertelnego ogródka i gościńca pełnego kurzu.

 

Zachodziła aż do bukowego lasku w Banneville, koło pustego pawilonika, tworzącego kąt muru od strony pola. Rosły tam w rowie pomiędzy chwastami długie trzciny z ostrymi krającymi liśćmi.

Rozglądała się najpierw wokoło, aby zobaczyć, czy nic się nie zmieniło, odkąd tu była po raz ostatni. Znajdowała na tym samym miejscu naparstnice, kępy ostu wokoło drobnych kamieni i bluszcz, pnący się wzdłuż trzech okien, których okiennice, zawsze zamknięte, próchniały na zardzewiałych zawiasach. Myśl jej błądziła zrazu bez celu, podobnie jak charciczka, która biegała po polu, szczekała na żółte motyle, polowała na polne myszy lub gryzła makówki rosnące na brzegu pola. Potem myśli zaczęły się łączyć, a Emma siadała na murawie i rysując końcem parasolki, powtarzała sama do siebie:

– Mój Boże! Po co ja wyszłam za mąż?

Zastanawiała się nad tym, czy nie mogłaby przez inny zbieg okoliczności napotkać innego człowieka i usiłowała wyobrazić sobie, jakie byłyby te niedoszłe wypadki, to życie odmienne, ten mąż, którego nie znała. Wszyscy przecież nie byli podobni do Karola. Mógł być piękny, dowcipny, elegancki, powabny – tacy zapewne byli ci, których zaślubiły jej dawne towarzyszki z klasztoru. Co też one teraz robią? W mieście, w rozgwarze ulicznym, w zawierusze teatrów, w blasku sal balowych prowadziły życie, przy którym serce się rozszerza i zmysły rozkwitają. Tymczasem jej życie było zimne jak poddasze z oknem od północy, a nuda jak milczący pająk snuła swe sieci we wszystkich zakątkach jej serca. Przypominała sobie dni rozdawania nagród w klasztorze, kiedy wstępowała na estradę po wieńce. Tak ładnie wyglądała w białej sukience, w wyciętych prunelowych trzewiczkach, z włosami splecionymi w dwa warkocze. Panowie pochylali się ku niej i prawili grzeczności, gdy wracała na swoje miejsce; dziedziniec klasztorny pełen był powozów, przesyłano jej od drzwiczek pożegnania, nauczyciel muzyki, kłaniając się, przechodził ze skrzypcami pod pachą. Jakież to dawne dzieje! Jakie dawne!

Przywoływała swoją Dżali, brała ją na kolana, głaskała wysmukłą jej główkę i mówiła do niej:

– Pocałuj swoją panią, Dżali, ty, która nie masz żadnych zmartwień.

Potem, przypatrując się smętnym oczom zgrabnego zwierzątka, które powoli ziewało, rozczulała się i, porównując je do siebie, mówiła doń głośno jak do osoby zasmuconej, którą by chciała pocieszyć.

Czasem przeciągały chłodne powiewy od morza i przynosiły ze sobą lekką słonawą woń. Wówczas trzciny pochylały się z jękiem, liście buków drżały, szeleszcząc, podczas gdy wierzchołki, kołysząc się nieustannie, szemrały ciągle tym samym tonem. Emma otulała się w szal i wstawała.

W ulicy, wysadzonej drzewami, zielonawa jasność dzienna, przeciskając się przez liście, oświetlała mszystą murawę, która skrzypiała lekko pod jej stopami. Słońce zachodziło, niebo czerwieniło się wśród gałęzi, a jednakowe pnie drzew, zasadzonych w jednej linii, wydawały się jak ciemna kolumnada, odbijająca się na złotym tle; ogarniał ją strach; przywoływała Dżali, powracała szybko do Tostes gościńcem, rzucała się na fotel i przez cały wieczór pozostawała milcząca.

Lecz przy końcu września zaszedł w jej życiu nadzwyczajny wypadek: otrzymała zaproszenie do la Vaubyessard, do margrabiego d’Andervilliers.

Będąc sekretarzem stanu za Restauracji, margrabia, chcąc powrócić do życia politycznego, od dawna przygotowywał swoją kandydaturę do Izby Deputowanych. Podczas zimy rozdawał ubogim drzewo, a na posiedzeniach Rady Gminnej domagał się natarczywie dróg dla swego okręgu. W porze największych upałów zrobił mu się w ustach ropień, z którego Karol wyleczył go cudem prawie, przeciąwszy wrzód w samą porę. Pełnomocnik margrabiego posłany do Tostes dla zapłacenia za operację, opowiedział wieczorem margrabiemu, że widział przepyszne wiśnie w ogródku doktora. Że zaś wiśnie nie bardzo się udawały w la Vaubyessard, margrabia poprosił doktora o kilka szczepów, a później uważał za swój obowiązek podziękować mu osobiście; zobaczył również Emmę; spostrzegł, że miała zgrabną figurkę i że nie kłaniała się po wiejsku; tak dalece, że w pałacu nie uważano za przekroczenie granic popularności, ani za niezręczność, zapraszając młode małżeństwo do zamku.

Jednej środy tedy, o trzeciej po południu, państwo Bovary pojechali w swym powoziku do la Vaubyessard, z walizą przywiązaną z tyłu i pudełkiem od kapeluszy, postawionym na fartuchu. Karol trzymał jeszcze tekturowe pudło pomiędzy kolanami.

Przybyli o zmierzchu, w chwili kiedy zaczynano zapalać lampiony dla oświetlenia nadjeżdżających powozów.