Długi taniec za kurtynąTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Skaza (1945)

Głos utyka w przełyku, a może w sercu, w każdym razie nie można wypowiedzieć tego słowa. Szukamy innego, ale inne chyba nie istnieje. Mówimy więc tylko „on”, „tamten”, a reszta pozostaje nienazwana.

Nienazwane przekazała Małgorzacie Okrafce-Nędzy w 2003 roku babcia Pelagia. Sześć lat wcześniej wykryto u niej raka jajnika. Przeszła operację, chemię, ale choroba powróciła. Pojawiły się przerzuty.

– Gdy umierała, była radosna. W szpitalu, po operacji, kręciła wałki na włosach i malowała usta, bo doktorzy tacy przystojni. A niedługo przed śmiercią umówiła się z sąsiadką, że jeśli zasłony w kuchni będzie miała zasłonięte do południa, to będzie znak, że już umarła – opowiada Małgorzata.

Jeszcze póki Pelagia odsłaniała zasłonki, postanowiła dać wnuczce coś, czego nie chciała zabrać do grobu. Poczęstowała Małgorzatę ciastkami i opowiedziała o gwałcie.

Pelagia

Latem 1944 roku Pelagia pieli grządki w ogródku pod Toruniem. Obok płotu przechodzi niewysoki mężczyzna w kaszkiecie, w spodniach z szerokimi nogawkami. Kłania się nisko, chwyta za czapkę i szoruje nią przy ziemi. To Janek, znajomi wołają na niego „Groszek”. Jest od Pelagii siedem lat starszy. Handluje mięsem, ma do tego smykałkę, i nawet z Niemcami, którzy stacjonują w Toruniu, potrafi się dogadać.

Pelagia ma czworo rodzeństwa, matka pomaga we wsi przy porodach, a ojciec jest urzędnikiem kolejowym.

Na wzgórzu rośnie dąb z rozłożystymi konarami. Janek, nazywany „Groszkiem”, nabiera śmiałości, wchodzi do domu Pelagii i prosi jej ojca o pozwolenie na krótki spacer z córką w tamtym kierunku. Ojciec wysłuchuje propozycji Janka i zgadza się, ale w zamian za zniżkę.

Nadchodzi zima. Ludzie czekają wyzwolenia. Niektórzy mają dreszcze z zimna, a niektórzy z obaw, bo pod Toruń dotarły już różne pogłoski o Armii Czerwonej.

Od lata Janek i Pelagia spotykają się przynajmniej raz w tygodniu. Ona zdążyła się zakochać. Ale tym razem spotkanie przerywają radzieccy żołnierze. Zatrzymują Janka za współpracę z Niemcami, a przy okazji aresztują Pelagię. Ją jednak zaraz wypuszczą.

Kwiecień 1945 roku, na zewnątrz zielenieją drzewa, ale Pelagia ogląda je przez okno. Nie wychodzi z domu, czeka, lecz wieści o Janku nie ma, jakby się roztopił razem ze śniegiem w tę ostatnią wojenną zimę.

Kroi chleb na kolację, rozkłada talerze. Drzwi otwierają się z hukiem. To trzech radzieckich żołnierzy. Coś krzyczą. Chwytają ją za ręce i wyszarpują rodzicom. Potem prowadzą drogą do budynku obok szkoły. Niedawno wprowadzili się tu oficerowie Armii Czerwonej. W izbie śmierdzi naftą i wódką, okiennice są zamknięte, lampa pali się małym płomieniem. W pokoju panuje półmrok, widać tylko kontury łóżka, stołu, sylwetkę człowieka, czerwony żar dopalającego się papierosa. „Rozbierze się” – mówi do Pelagii oficer. Potem gasi papierosa i każe jej położyć się na łóżku.

Po jakimś czasie – Pelagii trudno dokładnie powiedzieć po jakim, bo przez zamknięte okiennice nie widać upływu dnia i nocy, ale powiedzą jej potem, że były to trzy dni – każe jej się ubrać. Obolała biegnie do domu. Otwiera drzwi, ojciec – wygląda jak cień – przeprasza cicho, nie mógł nic zrobić. Matka siedzi na krześle i patrzy w ścianę.

Armie gwałcą, tak dzieje się w czasie wszystkich wojen. Na ziemi, którą zdobywa żołnierz, gwałcona jest kobieta, która tam mieszka. Podczas II wojny światowej gwałcone są kobiety na froncie wschodnim i na froncie zachodnim, w Niemczech i we Włoszech. Gwałcą amerykańscy marines i żołnierze z 2 Armii Wojska Polskiego. Armie gwałcą, ale w gwałtach Armii Czerwonej z końca II wojny jest coś, co przekracza skalę.

Dwa miliony kobiet zostało zgwałconych w Niemczech. W Polsce żołnierze Armii Czerwonej najwięcej gwałcą na Mazurach, Śląsku i Pomorzu, tam gdzie jeszcze niedawno były Niemcy, ale dzieje się to także w centralnej Polsce, podczas wyzwalania. Pisze o tym historyk Marcin Zaremba w Wielkiej trwodze: kobiety porywane są z ulicy i z domów. Gwałcone są przedstawicielki „klasy chłoporobotniczej”, napadane są kobiety wracające do domów z niemieckich fabryk i obozów koncentracyjnych. Gwałty są okrutne, bestialskie, wielokrotne. Bywa, że w jednej rodzinie ofiarami są trzy pokolenia kobiet. Bywa, że po wszystkim kobiecie wydłubywane są oczy, by nie mogła rozpoznać sprawcy. Bywa, że kończą się śmiercią.

Marcin Zaremba pisze o niemal pięćdziesięciu tysiącach Polek zgwałconych przez żołnierzy Armii Czerwonej. Na przykład w marcu 1945 roku do przędzalni lnu w okolicy Raciborza wbiega kilkunastu pijanych żołnierzy i siłą zabiera trzydzieści pracownic. „Zamknęli nas i pod groźbą zastrzelenia dopuścili się na nas gwałtu. Ja zgwałcona zostałam przez czterech” – zeznawała jedna z pracownic przędzalni.

Czerwiec 1945. Mieszkanka Katowic pisze: „Kiedy pociąg zatrzymał się na stacji i zapadała noc, żołnierze rosyjscy zaczęli uganiać się za kobietami. Zostałam pochwycona przez trzech, którzy wszyscy dopuścili się na mnie gwałtu”.

Lipiec 1945. W Kielcach zanotowano gwałty na trzydziestu kobietach i dziewczynkach. Pięć z nich, w wieku od dziewięciu do dwudziestu ośmiu lat, wylądowało w szpitalu (jedna z przegryzioną krtanią).

Styczeń 1946. Wniosek nauczycielki o urlop i zapomogę:

W czasie powrotu mego z ferii świątecznych […] do wagonu, w którym jechałam, i do innych wagonów wkroczyły masy bolszewików. Zaczęli torturować i bić mężczyzn, rabować walizki i gwałcić kobiety […]. Wśród zamieszania i tumultu, wprawdzie po nasyceniu się bestii, udało mi się wyrwać i wyskoczyć oknem z pociągu. Bolszewicy w tej chwili zatrzymali pociąg i urządzili na nas obławę. Tak pokaleczona, ranna, zbita, po odjeździe tego pociągu dowlokłam się do najbliższej stacji i dopiero następnego dnia przyjechałam do Szprotawy. […] jestem chora i niezdolna na razie do pracy ze względu na to, że leczenie moje potrwa czas dłuższy, gdyż ogólne obrażenia, a zwłaszcza zaraźliwa choroba nie pozwala mi przebywać wśród otoczenia.

Poznań: radzieccy żołnierze proszą kobiety o opatrzenie rannych, potem je gwałcą.

Malbork: „Gwałcenie kobiet, bez względu na wiek i stan zdrowia na porządku dziennym” (sprawozdanie władz powiatu).

Gniezno: zastępca komendanta milicji wzywa kobiety, by nie opuszczały domów po godzinie dwudziestej drugiej (która wyjdzie, ma się poddać badaniu lekarskiemu).

Gdynia: chirurg ze szpitala raportuje, że codziennie zszywa zgwałcone dziewczynki.

Olkusz: na milicji zgłoszono dwanaście gwałtów w ciągu dwóch dni.

Pierwsza fala gwałtów przechodzi przez Polskę w styczniu wraz z wyzwoleniem. Druga wiosną, po zwycięstwie.

Jak to pojąć? Żołnierz Armii Czerwonej ma iść do przodu albo umrzeć. Codziennie jest poniżany i upokarzany. Nie wolno mu wspominać o strachu. Jeśli żołnierz ma żonę, dziewczynę, kochankę – nie widzi jej od lat. Nie ma też szans na romans, bo miejscowe kobiety nim pogardzają. A może myśli, że taka jest cena za życie i wyzwolenie, taka jest zapłata? Uważa, że ma do tego prawo w ramach zemsty i wyrównania krzywd za siostrę i matkę? Może upewniają go w tym radzieckie plakaty propagandowe, które zagrzewają do walki?

Plakaty jak ten: pomarszczona twarz w czapce z trupią czaszką i swastyką ślini się do młodej dziewczyny skrępowanej sznurem. Podpis: „Zabij faszystę-zboczeńca!”.

Albo ten: kobiety prowadzone kolumną do lasu przez niemieckich żołnierzy. W dolnym rogu dwoje małych dzieci. Wołają: „Obroń nas, towarzyszu czerwonoarmisto!”.

Lub ten: czarny cień w hełmie ze swastyką wielką łapą chwyta przerażoną kobietę za pierś. Napis: „Uchroń ukochaną przed zbrukaniem. Zabij Niemca!”.

A może to lata wojny i oswajania śmierci? We wrześniu 1939 nie gwałci ani Armia Czerwona, ani Wehrmacht. Pod koniec działań wojennych w Armii Czerwonej walczą już więźniowie z gułagów, także zaburzeni, skazani za przestępstwa seksualne. Ale przecież nie aż tylu, by tłumaczyło to skalę przestępstw seksualnych. A może chodzi o poczucie bezkarności? Dowództwo po cichu zezwalało na gwałty. „Cóż jest tak odrażającego w tym, że po takich okropnościach [boju] zabawi się z kobietą? Trzeba zrozumieć żołnierza” – miał powiedzieć Stalin.

Odpowiedzi na pytanie o powody skali przemocy Armii Czerwonej wobec kobiet jest wiele, a jednak żadna z nich nie jest wystarczająca.

Pięćdziesiąt tysięcy kobiet w Polsce to liczba szacunkowa. Nie da się tego wyliczyć dokładnie, w milicyjnych raportach nie ma wszystkich przypadków. Przeważająca część kobiet nigdy gwałtu nie zgłosi, nikomu nie powie. O gwałcie się nie rozpowiada, na temat gwałtu się nie żali, z powodu gwałtu nie płacze się publicznie. O gwałcie się milczy. Nawet to, co zostało zapisane przez szeregowego milicjanta, wykreślane jest czasem przez jego przełożonego. Więcej można się dowiedzieć z innych statystyk. Przez Bydgoszcz przechodzi fala kobiecych samobójstw („Ziemia Pomorska” informuje, że powodem mogą być choroby weneryczne). Episkopat pisze list pasterski o „szerzeniu się zbrodni spędzania płodu”.

Historia tych kobiet wcale nie kończy się wtedy, ale trwa. Zostawia ślady.

Aleksandra

Latem 1945 roku Pelagia się boi.

Jak powiedzieć rodzicom, że minęły dwa miesiące, a ona nie dostała miesiączki? Gdy zbiera się na odwagę, pytają: „Z kim?”, chociaż muszą przecież wiedzieć. Potem ojciec mówi, że w Toruniu kacapskie usuwają, jak się tylko zezna, że z gwałtu. Matka przyprowadza kobietę z sąsiedniej miejscowości. Też została zgwałcona i niedawno usunęła.

 

„Jak mogłabym się spokojnie przyglądać, kiedy będzie się bawiło z innymi moimi dziećmi?” – pyta Pelagię, a może i siebie.

Pelagia ogląda swój brzuch, nie może się przyzwyczaić, że rośnie. Jest uparta.

Jak wiele kobiet zaszło w ciążę po radzieckich gwałtach? Nie wiadomo. Jak wiele urodzi dzieci? Nie wiadomo. Rodzą się, to pewne. Ile przeżyje? Krakowski Zakład Medycyny Sądowej w 1946 roku alarmuje: „coraz więcej porzucanych noworodków”. Ile dzieci będzie wiedzieć o swoim pochodzeniu? W latach pięćdziesiątych na podwórkach, w szkołach słychać nowe obelgi: „podciep”, „kacapskie dziecko”. Ile się nie dowie?

Córka Pelagii rodzi się 6 grudnia. Na imię dostaje Aleksandra, mówią do niej Ala. Co myśli Pelagia, gdy pierwszy raz na nią patrzy? Małe ręce, małe stopy, pępek. Połowa tamtego na zawsze zamknięta w genach. Jej istnienie to ślad pamięci o krzywdzie. Co myśli, kiedy ją karmi i ubiera? Czy musi siłować się ze swoją złością? Ręce i stopy robią się większe i większe i kiedyś (w którym momencie?) Pelagia przestaje myśleć, skąd się wzięły. Uczy się zapominać.

Matka Pelagii traktuje Alę oschle. Ojciec nie bierze dziecka na ręce. Tylko młodsze rodzeństwo Pelagii, Józek i Gieńka, się z nim bawią. Gdy idą razem nad jezioro, żeby karmić ryby chlebem, ojciec woła: „Nie róbta przed wsią wstydu!”.

Ala kończy dwa lata, Pelagia dostaje pracę w szwalni. Niesie filiżanki z kawą do gabinetu dyrektora, którego odwiedził właśnie gość. „Stanisław Wrona” – przedstawia się gość i całuje Pelagię po rękach. Potem czeka na nią przed wejściem, odprowadza na dworzec. Innym razem przynosi kwiaty. Jest trochę uparty, ale szarmancki. Pracuje w milicji. Spotykają się częściej i jeżdżą na pikniki.

Już kilka razy Pelagia zbierała się, by powiedzieć mu o dziecku, ale nie ma odwagi. W końcu mówi i martwi się, że to już koniec.

„Muszę to sobie poukładać” – odpowiada jej Stanisław. Ale potem wraca z nowiną. Dostał przeniesienie na Mazury, czy pojadą tam z nim? Pelagia rozpływa się ze szczęścia.

Do Mikołajek jadą pociągiem. W służbowej kawalerce przez dwa miesiące Pelagia śpi z Alą na materacu, bo dziecko boi się nowego miejsca. A Stanisław narzeka, że byłoby inaczej, gdyby mieszkali tu tylko we dwoje.

Przeprowadzają się do mieszkania w kamieniczce za mostem. Pelagia zatrudnia się w zakładzie krawieckim.

Pewnego wieczoru jedzą kolację. On wrócił z wyjazdu służbowego. Nad talerzem Pelagia prosi go o trochę pieniędzy. Pensja krawiecka, za którą prowadzi dom, nie starcza już na jedzenie dla trójki. Stanisław odkłada łyżkę, wstaje od stołu i uderza ją w twarz. Przekroczona granica przestaje być granicą. Od teraz będzie bił ją częściej. Pelagia zacznie się go bać, ale gdy będzie wyjeżdżał – tęsknić za nim.

Za odłożone pieniądze Pelagia kupuje używanego singera. Sąsiadowi szyje na nim spodnie i marynarkę, w zapłacie dostaje zielony kajak. Ali szyje granatową spódnicę i białą bluzkę, bo dziewczynka idzie do pierwszej klasy. Spod Torunia do Szczytna przenoszą się rodzice Pelagii. To całkiem niedaleko, często ich odwiedzają. Dziewczynka recytuje im wierszyki, a Pelagia tłumaczy swoje siniaki upadkiem ze schodów.

– Dwa albo trzy razy w szkole podstawowej mama wysłała mnie do dziadków na cały rok. Nie czułam się tam mile widziana, raczej tolerowana. Nigdy nie byłam dla nich wnuczką. Ale z kolei w Mikołajkach przeszkadzałam ojczymowi, i chyba mama chciała mu dać trochę spokoju – mówi dorosła Aleksandra. – Miałam do niej o to pretensje, bo tęskniłam. Chciałam z nią być. Nawet jeśli w Mikołajkach też było ciężko. Stach miał inne kobiety, znikał na tygodnie, nie dokładał do domu. Mama zarabiała, a ja sprzątałam, gotowałam, robiłam zakupy, musiałam być dorosła. To, że nie mam prawdziwego ojca, nie było dla mnie dziwne. W klasie miałam siedmioro albo ośmioro dzieci bez ojców, bo wszyscy zginęli na wojnie. I za każdym razem, gdy pytałam mamę: „Gdzie jest tata?”, odpowiadała właśnie: „Wiesz, on zginął”. I tyle. Zawsze miała tę samą odpowiedź. Na przerwie w szkole usłyszałam kiedyś: „Jesteś bękart”. Ale gdy spytałam, dlaczego tak o mnie mówią, mama powiedziała, że mówi się tak na każde dziecko bez ojca. Tak nam płynęło życie. Kiedy Stachu ją bił, uciekałyśmy. Gdy było z nią źle, gotowałam zupę. Skończyłam podstawówkę i do liceum dla wychowawczyń przedszkolnych wyjechałam już do innego miasta.

– Po liceum mama zaczęła pracę w przedszkolu niedaleko Rybnika. Była bardzo młoda, gdy wyszła za mąż – opowiada Małgorzata, córka Aleksandry i wnuczka Pelagii. – Mój ojciec był przystojny, a ona chciała szybko założyć rodzinę, bo jej tego brakowało. Ale ojciec do zakładania rodziny się nie nadawał. Po alkoholu dostawał białej gorączki. Też sporo przeżył, choć wcale go to nie tłumaczy. Urodził się w 1943 roku w Berlinie. Jego matka Eryka uciekła tam przed frontem do ciotki. Wcześniej mieszkali na Mazurach we wsi Jurki. Mówili tylko po niemiecku, a dziadek Fryc służył w Wehrmachcie. Przyjechał do Berlina, zobaczył syna i wrócił na front. A niedługo później przyszło pismo z hitlerowskim pozdrowieniem, pieczątką i informacją: zaginiony. Po wojnie babcia Eryka i mój ojciec trafili do obozu, chyba gdzieś w Danii, przeszli przez choroby i głód. Nie wrócili na Mazury, ale i w Niemczech też nie zostali. Osiedlili się w Polsce, niedaleko granicy polsko-niemieckiej. Obrywało się w dzieciństwie ojcu za „bycie szkopem”, dostawał po głowie i w szkole, i na podwórku. A potem się spotkali, moja mama, córka radzieckiego sołdata, i ojciec, syn żołnierza Wehrmachtu.

Pelagia opuszcza Mikołajki po dziesięciu latach. Któregoś dnia na rynku, przy fontannie Króla Sielaw, spotkała znajomego z dzieciństwa, Tadka, kolejarza z Bielska, który w Mikołajkach był na wczasach. Zostawiła Stanisława, wyjechała z Tadeuszem, wprowadziła się do domu kolejowego i poszła do ołtarza w białej sukience.

Małgorzata:

– Mieszkałyśmy blisko, ale drogi babci i mamy się rozeszły. Babcia Pela denerwowała się przy moim ojcu i nie lubiła przebywać w jego obecności. Ja myślę, że czuła się bezsilna, patrząc, jaki jest i jak zawodzi. Kolejnego takiego mężczyzny w życiu nie mogła udźwignąć. Gdy Tadeusz umarł na płuca, pracowała jeszcze jako dróżniczka, trochę szyła. I jeszcze raz wyszła za mąż. Miała pięćdziesiąt dwa lata.

Na emeryturze uprawiała warzywa i bułgarskie brzoskwinie. W lipcu 2003 roku w południe zasłonki w jej kuchni są nadal zasłonięte. Umiera z powodu krwotoku wewnętrznego.

– Nigdy nie powiedziała mojej mamie, kto jest jej ojcem. Rozumiem to. Jak można było powiedzieć prawdę własnemu dziecku? Ale powiedziała mnie, więc ja musiałam porozmawiać z mamą – mówi Małgorzata.

Aleksandra:

– Po pogrzebie Małgosia powiedziała mi: „Chciałabym ci coś przekazać”.

Małgorzata:

– To było trudne, powiedzieć: „Mamo, jesteś z gwałtu”. Ale jak żelazo jest już wykute, to nawet gdy uderzy się w nie z całej siły młotem, niewiele się odkształci. A mama była jak żelazo, doświadczona cierpieniem. Nie rozkleiła się.

Aleksandra:

– Nie mam żalu, że mi nie powiedziała. Byłam daleko, od dwudziestu dziewięciu lat mieszkam w Niemczech. A Małgosia była blisko. Poczułam… Ulżyło mi. To jakiś fakt, konkret. Wszystko ma ręce i nogi. Zrozumiałam mamę i jej życie.

Małgorzata:

– Mama mało mówi, bo jest przećwiczona w hamowaniu uczuć. Ale czasem chyba o tym myśli. „Ciekawe, czy ten Rusek jeszcze żyje?”, zapytała mnie kiedyś. „Powinien płacić alimenty!” Oglądałyśmy akurat w telewizji program o reparacjach wojennych. Ten bezimienny Rosjanin, bo nie potrafię wymówić słowa „dziadek” (a „ojciec” też przychodzi mi z trudem), wywołuje u mnie mniejszą złość niż Stanisław, który znęcał się nad mamą i babcią. Dlaczego? Może chodzi o czas, może o upływ czasu?

Aleksandra:

– Myślę czasem, że powinniśmy się pozbierać, my, dzieci urodzone z wojny (chociaż jak niby można to zrobić?), i podzielić się swoimi doświadczeniami. Bo nikt inny i tak nas nie zrozumie.

Małgorzata

– Podłączam EEG, czyli elektroencefalograf, i badam zmiany potencjału elektrycznego ucznia. Potem dostaję informację zwrotną – opowiada Małgorzata. – Zajmuję się biofeedbackiem. Pomagam dzieciom i młodzieży w problemach z emocjami i koncentracją. Uczę ich, jak dobrze oddychać i jak się odprężać. Wyszłam za mąż, mam dwóch synów i wychowuję ich w szacunku do kobiet. Ale czasem myślę, czy to w mężczyznach jest od początku, czy to przychodzi, gdy wojna zdziera warstwę ochronną. Nie wiem. W Krakowie usiadłam kiedyś przy stoliku w kawiarni, właśnie pierwszy raz sama zostałam matką. Naprzeciwko zbierała się demonstracja, biły bębny, grała muzyka. To była demonstracja za prawem do aborcji. Bardzo mnie zdenerwowała.

Małgorzata zaczęła działać w ruchu antyaborcyjnym. Spisała i wydała w katolickim wydawnictwie opowieść swojej babci. Tytuł: Bóg liczy łzy kobiet. Uważa, że prawo nie powinno dopuszczać aborcji – nigdy.

– Zawsze można oddać dziecko innej rodzinie. Można się przełamać. Babcia też miała wątpliwości, ale myśli o aborcji do siebie nie dopuściła. Dobrze na tym wyszła – przekonuje. – Moja mama była dla babci lekarstwem, była środkiem na cierpienie. Tak uważam. Że mama babcię zaleczyła. Babcia nie miała więcej dzieci, choć nie robiła nic, żeby ich nie mieć. Gdyby nie mama, byłaby samotna.

Chciałoby się jej w tym momencie przerwać i powiedzieć, że dziecko nie powinno być lekarstwem na krzywdy, tylko dzieckiem. Że w alternatywnej historii to wszystko nie musiało się wydarzyć. Może miałaby inne dzieci, może nie miałaby. To byłaby inna historia. Chciałoby się teraz Małgorzacie przerwać i to wszystko powiedzieć, ale jak? Bo to tak, jakby spierać się z jej istnieniem. W końcu w tamtej innej historii Małgorzaty, która właśnie pije herbatę, by nie było.

– Aborcja tak bardzo mnie dotyka, bo jest częścią mnie. Więc dla mnie nie może podlegać dyskusji. Mijają pokolenia, a kobiety z naszej rodziny wciąż mają zahamowania. Lęki, bolesne miejsca. Mama w ogóle nie ufa mężczyznom. Ja jestem wymagająca, chciałabym mieć nad nimi kontrolę, żeby czuć się bezpiecznie.

Małgorzata woła w stronę drugiego pokoju, w którym jest mąż, ale on milczy.

– Klątwa ciąży na mężczyznach w naszej rodzinie. Zawsze dawali plamę. A kobiety znajdowały sobie takich, którzy będą dawać plamę. Moja babcia, moja mama. Mnie zawiódł ojciec. A jedyny mężczyzna w tej gałęzi rodziny, na którym można było polegać, mój starszy brat, miał dwadzieścia pięć lat, gdy pierwszy raz dostał zawału. Zmarł kilka lat później. Nasza rodzina jest poszarpana. W drzewie genealogicznym mamy spróchniałe albo wyłamane gałęzie. Nie mamy rodzinnych wspomnień, tradycji i miejsc. Jest jakiś brak, dziura. Ale to też część mnie. Trzeba żyć razem z nią. A jednak uwiera. Myślę sobie czasem, że mam coś z tamtego Rosjanina, który służył w Armii Czerwonej. Mam też coś z dziadka Fryca, który walczył w Wehrmachcie. Czasem myślę, że mama poczęła się ze zła. I w niej, i we mnie istnieje skaza po dziadku. Ale moja mama żyje, bo i on żył. A i ja żyję, dlatego że on żył. Bez niego nie byłoby nas.