Długi taniec za kurtynąTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Niemcy są wypędzani, a Polacy przesiedlani z centrum na przedmieścia. Na przeprowadzkę mają dwadzieścia cztery godziny i zabrać mogą tylko to, co pod ręką. Wiele dni koczują pod gołym niebem.

Największy obszar z zajętych w Legnicy liczy czterdzieści hektarów i nazywany jest „Kwadratem”. Powstaną tu radzieckie sklepy, kluby, bank, radio, gazeta, przedszkola, przychodnie zdrowia, kino. Kwadrat będzie miał odrębną instalację energetyczną i linie telefoniczne. To radzieckie miasto pośrodku polskiego miasta, które było niemieckim miastem. Na razie strzegą go posterunki z karabinami maszynowymi, ale niedługo Kwadrat otoczy dwumetrowy mur wzmocniony drutem kolczastym i tłuczonym szkłem.

Podobne otoczone zasiekami garnizony ciągną się od południa do północy, od Dolnego Śląska do Pomorza Zachodniego: Świętoszów, Pstrąże, Borne Sulinowo. W Trzebieniu stacjonuje radziecka 20 Dywizja Pancerna. W Szprotawie i w Krzywej, w Żaganiu i w Brzegu zostają lotnicy. Garnizony saperskie, łączności i transportowe są w Jaworze, w Strzegomiu, w Świdnicy, na przedmieściach Wrocławia. Nie ma ich jednak na oficjalnych mapach.

W chwili wspinania się na palce trzeba tak postawić nogę za nogę, by dla widza była widoczna tylko jedna noga.

Otwarcie! „W Domu Oficerów utworzono zespół śpiewu i tańca oraz zespół instrumentalny. Rozpoczęto formowanie rosyjskiego teatru dramatycznego!” – melduje generał lejtnant Okorokow, kierownik wydziału politycznego garnizonu, politrukowi Armii Czerwonej generałowi Szyszkinowi.

A rozkaz numer 49 z 11 kwietnia 1946 roku mówi: „W odpowiedzi na zadanie kierownictwa politycznego został odbudowany i otwarty 7 kwietnia 1946 roku teatr dramatyczny”.

Teatr gra Szekspira i Czechowa. Gdy aktorzy na deskach wygłaszają monologi, na ulicach miasta wciąż słychać strzały i krzyki: „Ratunku!” i „Hilfe!”.

Grają też Gogola i Moliera.

Na scenie Rosjanie, w szatni pracuje Polka. Polski jest stolarz i polska jest sprzątaczka. Ślusarz i elektromonter są Niemcami.

„Jako jedyny nie byłem zawodowym aktorem – wspomina po latach Aleksiej Krasotin. – »Jeszcze kiedyś zagrasz Lenina«, mówili koledzy. Bo zagrać Lenina to było największe wyróżnienie. I rzeczywiście zagrałem, wiele lat później, już w Czeboksarach”.

Wystawiają Kremlowskie kuranty (o dylematach Lenina i Dzierżyńskiego na temat budowy komunizmu).

Wieczorami po spektaklach wychodzą na balkony swoich mieszkań i śpiewają do późnej nocy.

Sima występuje w sztuce o blokadzie Leningradu. Gra Tamarę, dziewczynę frontową. Po spektaklu wraca z Andriejem do mieszkania w budynku nieopodal teatru. Jest późno. Przed budynkiem siedzi kobieta, cała we krwi, za rękę trzyma zakrwawioną dziewczynkę. Dziewczynka ma trzy lata, a na imię Sigrid. Kobieta to Klara, jej matka. Pobito je i wyrzucono z mieszkania.

– Spytałam, kto to zrobił. Spojrzały tylko i nie chciały powiedzieć – opowiada Sima. – Klara twierdziła, że są Niemkami. Na początku w to nie wierzyłam. Bo skąd Niemcy w Legnicy? Ja nie miałam wtedy pojęcia, że to było niemieckie miasto. Tłumaczyłam jej: „Jedź, Klaro, do siebie, tu jest państwo polskie”. Założyłam na siebie całe żelastwo, wszystkie moje medale i odznaczenia, i poszłam do komendantury. Tam potwierdzili, że to naprawdę Niemki z Legnicy. Pozbieraliśmy dla niej pieniądze, ubrania, buty, przybory szkolne… Wszystko z trofeów po Niemcach. Odprowadziłam je na pociąg. A któregoś dnia znów zobaczyłam je na ulicy. „Klaro, jedź do domu”. Odpowiedziała, że właśnie wróciła do domu.

Grają Ostrowskiego i Scribe’a.

Radziecki teatr wojskowy jest jak batalion, działa według wojskowych reguł. Kierownictwo polityczne kontroluje zespół. Początek prac i datę premiery wyznaczają rozporządzenia. Aktorzy, jak żołnierze, wymieniani są co dwa albo trzy lata. Na spektakle spędzani są szeregowi z garnizonu. W piątki wystawiana jest sztuka dla Polaków.

Grają bajki i komedie.

Sima:

– Któregoś dnia przyszła do mnie Polka. „Towarzyszko Rajewska, potrzebujemy waszej pomocy”. Niedaleko Legnicy zakładali pegeer i prosili, żebym pomogła im zorganizować rolnicze kółko artystyczne. Ludzie wymęczeni, wychudzeni. Zatańczyliśmy dla nich. A potem, w nocy, gdy już wracaliśmy, ktoś do nas strzelał. Nie wiem kto. Wielu było wtedy przeciwników wyzwolenia Polski. Nawet nie chciałam myśleć o tym, kto to. Gdy następnym razem zaproponowali wyjazd, odmówiłam. „Towarzysze, nie obraźcie się, nie jadę”, powiedziałam. Nie po to przeszłam wojnę i wyzwoliłam Polskę, żeby teraz do mnie strzelali po nocach.

Jest scena, jest widownia i są kulisy.

Z okna liceum w Legnicy widać radzieckie więzienie. Uczennica Stanisława Piątkówna w drodze do szkoły znajduje przy więzieniu kartkę, na której krwią są zapisane imię, nazwisko i adres. Po polsku, choć oficjalnie siedzą tu tylko obywatele ZSRR. Inni uczniowie znajdują przy murze: szmatki z bielizny, nakrętki, kawałki papieru. Wyklęci z lasu, akowcy i inni wrogowie ludu, zwożeni są tu czarnymi samochodami z napisem „CHLEB”. Wyroki wykonuje się pod murem dziedzińca.

Grają komedie Jerzego Jurandota. Romea i Julię wystawia wzięty reżyser z Leningradu.

– Przyjeżdżali aktorzy znani z radzieckich filmów: Fiodor Odinokow i Olga Fiedorina – opowiada Sima. – Ja najpierw występowałam w wojskowym teatrze dramatycznym, a potem przeszłam do wojskowej operetki. Ale tylko na chwilę, bo zgodnie z rozporządzeniem numer 37 teatry zostały połączone. Stało się to z bardzo ważnych powodów. To informacja dla bardzo wąskiego grona odbiorców. W 1946 roku podpisałam na NKWD papier, że nie będę rozpowiadać i nikt mi nie powiedział, że już można mówić.

Milczy przez chwilę.

– A może zaryzykować? Mam dziewięćdziesiąt cztery lata, toby mnie aresztowali? Powiem! Chodzi o tych aktorów, których wyciągaliśmy z niemieckich obozów jenieckich. Zaczęły się ich aresztowania. Zabierano jednego po drugim i zostało w końcu tylko dwanaście osób, dlatego nie było komu dalej pracować. Trzeba było połączyć teatry. Za co ich aresztowali? Okazało się, że do obozów wcale nie wzięto ich siłą. Wszyscy przyjechali do Niemiec dobrowolnie, żeby tańcować dla Niemców na imprezach. To wszyscy byli, okazało się, zdrajcy. Zostali osądzeni. Więcej o nich nie słyszałam.

Teatr, a za oknami teatru też jakby scena. Procesy sądowe jak fikcyjne spektakle, polityczne obwieszczenia jak zmyślone monologi. Najważniejszą cechą życia publicznego i politycznego staje się udawanie.

Wszystko się zmienia. Język, kultura, relacje społeczne są orane jak ziemia pługiem. Odbudowywane place i ulice noszą nazwiska radzieckich żołnierzy. Obchodzi się teraz święta: rocznicę śmierci Lenina (21 stycznia), rocznicę zwycięstwa pod Stalingradem (2 lutego), święto Armii Radzieckiej (23 lutego). I tak dalej. W szkołach dzieci malują obrazki: „Niech żyje Armia Radziecka – ostoja pokoju”. Za dobre wyniki w nauce dostają książki o armii.

Z haseł i tytułów, jakimi określa się Armię Radziecką w polskiej prasie w latach 1945–1956, ułożyć można litanię:

Armio Czerwonogwiezdna, Armio niezwyciężona, Armio nowego socjalistycznego typu. Armio obrony wolności i niezawisłości, Armio Grozy, Armio Mocy, Armio wierna jak śmierć!

Czerwona straży, Wichuro pomocy, Lawino chwały, Krwi z krwi, kości z kości ludu pracującego, Dumo całej postępowej ludzkości świata, Jedyna armio, która zwalcza wszelki ucisk, Nasz przyjacielu sojuszniku, Nasza sojuszniczko!

Armio w szarych szynelach, kwitnieniem ran krwawa, Armio, która przyniosła nam wolność!

Obrońco fabryk i pól, Obrońco pokoju i kultury, Pięści bolszewików, Pogromczyni faszyzmu, Żołnierzu naszej wielkiej prawdy, Żołnierzu wolności, Rycerzu wyzwolenia całego ludu pracującego z rąk kapitału, Wierna straży interesów państwowych swojej Ojczyzny, Strażniku pokoju światowego, Armio, której faszyzm nie pokonał i nie pokona nigdy, Stalowy puklerzu osłaniający Polskę przed interwencjonizmem imperialistycznym, Prawdziwa Wyzwolicielko.

(Usłysz nas, wysłuchaj nas, zmiłuj się nad nami).

– Prawie wariowałam, jak patrzyłam na ruiny i na biedę Polaków – kontynuuje Sima. – Choć czasem wyjeżdżaliśmy dawać koncert do Breslau i na widowni siedzieli ludzie w złocie i w futrach. Gdzie oni się ukrywali w czasie wojny?

Z teatrem jeździ do Wrocławia, Poznania, zniszczonej Warszawy. Odwiedzają Katowice, Opole i Gorzów. Na peronach witają ich z kwiatami, o spektaklach rozpisują się nowo powstałe gazety:

Sztuce Szejnina Fatalny spadek można by z powodzeniem nadać tytuł Dwa światy. Autor ukazuje w niej bowiem typ przeciętnego Amerykanina i przeciętnego obywatela Związku Radzieckiego. Pierwszego z nich cechuje cześć dla dolara, pogoń za bogactwem, brak wszelkich skrupułów moralnych. Drugiego – lekceważenie bogactwa, niechęć do wszelkiego blichtru, radość rodząca się ze świadomości wypełniania swojej roli w społeczeństwie…

(„Słowo Polskie” z 27 października 1949 roku)

[…] dramaturgia radziecka związana jest z życiem radzieckiego człowieka. W sztuce Anatola Sofronowa W pewnym mieście konflikt rozgrywa się między dwoma ludźmi: Sekretarzem Komitetu Miejskiego Partii i przewodniczącym miejskiego Komitetu Wykonawczego. Obaj budują socjalizm, gorąco kochają swoje miasto, ale przewodniczący zapomina o człowieku […]. Świetny epizod babki Burminy stworzyła artystka RSFSR M. Iwanowna Warłomowa.

(„Słowo Polskie” z 20 maja 1951 roku)

[…] wtoczył się na peron pociąg, którym przybył na dwudniowe występy zespół Radzieckiego Teatru Dramatycznego. Członka zespołu, obywatela Zienina, ucieszyła wiadomość, że w ciągu jednego dnia wyprzedano bilety na obydwa przedstawienia, co najlepiej świadczy o pogłębiającej się naszej przyjaźni.

(„Dziennik Zachodni” z 18 października 1951 roku)

 

Wytarte zdjęcie, zaplamione w rogu. Stoją albo siedzą na odkrytej pace ciężarówki, podobnej do tej, którą jeździli z występami na froncie. Trzymają w rękach wędki, pewnie wybierają się na ryby. Stoi Andriej Rajewski. Dalej przed aktorem Iwanem Griszynem Sima Trostianiecka, teraz już Rajewska, patrzy w obiektyw i mruży oczy. Właśnie się pobrali z Andriejem. Jest wiosna roku 1949. Armia Czerwona też nazywa się już inaczej – od trzech lat jest Radziecka. Za kilka miesięcy, w listopadzie wyjedzie z Legnicy Konstanty Rokossowski.

Zostanie ministrem obrony narodowej i nowym marszałkiem Polski.

Zakończenie ruchu przekształca się w łańcuch błyskawicznych obrotów, które kończą się niespodziewanym zatrzymaniem. Tancerka musi stanąć „jak wryta” na miejscu w jakiejkolwiek pozie.

– Na scenie w Legnicy występowałam jeszcze trzy lata. W 1952 roku wróciliśmy z Andriejem do Leningradu. Poszliśmy pod stary dom, ale okazało się, że tam są tylko gruzy. Mieliśmy puste kieszenie i nocowaliśmy na dworcu. Pełno tam było śpiących na ławach i podłodze żołnierzy i oficerów. Przeganiali nas dozorcy – opowiada Sima.

Na dworcu żebrzą inwalidzi wojenni. To już ostatni inwalidzi widziani na ulicach. Ponad dziesięć milionów żołnierzy radzieckich wróciło z frontu z urwanymi nogami, rękami, organami płciowymi, z uszkodzonym wzrokiem. Władze przymusowo zsyłają ich w miejsca odosobnienia, takie jak wyspa Wałaam, by nie przypominali ludziom, ile kosztowało zwycięstwo. Nie psuli ogólnego obrazu.

Sima pisze list do Rokossowskiego.

– Nie zapomniał mnie. Dostaliśmy jednopokojowe mieszkanie. Andriej zaczął pracować w Lenfilmie. Potem przeprowadziliśmy się do Kirowohradu na Ukrainie, do szwagierki Andrieja, gdzie odszukał nas komisarz Maciuszewski, oficer polityczny naszej brygady artystycznej. Został mianowany sekretarzem komitetu partyjnego do spraw agitacji i propagandy w Mohylewie. Prosił o pomoc. „Mam w teatrze dziesięciu aktorów i dziesięciu widzów!”, pisał w liście. Całą wojnę z nim przeszliśmy, to jak mogliśmy odmówić? Do Mohylewa przyjechaliśmy w niedzielę, aktorzy właśnie grali sztukę. Na sali rzeczywiście siedziało tylko pięć osób. Miałam trzydzieści dwa lata. Przeżyłam w ciągu pierwszych trzydziestu tyle, że potem już właściwie nie ruszałam się z miejsca. Osiadłam w Mohylewie, zatrzymałam się. Przestałam tańczyć, tańca uczyłam już innych. Zostałam baletmistrzem w teatrze. W instytucie artystycznym wykładałam choreografię.

W Polsce osiadł też system. 14 maja 1955 roku zostaje podpisany Układ Warszawski, a 17 grudnia 1956 roku – umowa o statusie prawnym wojsk radzieckich. Wcześniej ich pobytu nie regulowało żadne prawo. Porozumienia utrwalają eksterytorialność garnizonów, a liczba żołnierzy zostaje ustalona na sześćdziesiąt dwa, sześćdziesiąt sześć tysięcy. Nieoficjalnie nikt jednak nie wie, ilu żołnierzy radzieckich naprawdę stacjonuje na terenie Polski. Tak zostanie na pół wieku.

Bez Simy radziecki teatr wojskowy działa jeszcze ponad dziesięć lat. W archiwalnych dokumentach z lat sześćdziesiątych można znaleźć informacje, że:

 w sezonie 1962/1963 wystawia dwieście pięćdziesiąt dziewięć spektakli (sto sześć dla żołnierzy, sto dwadzieścia trzy dla oficerów i trzydzieści dla Polaków);

 pod koniec sezonu 1963/1964 kierownik kotłowni Kazimierz Lidka otrzymuje od dyrektora teatru podziękowania i dyplom;

 w sierpniu 1964 roku zostaje zamknięty (choć jeszcze w czerwcu zakontraktowano nową ekipę aktorów). Nie ma żadnych dokumentów, które tłumaczyłyby dlaczego.

– A w Mohylewie zabrali mi pistolet od marszałka Rokossowskiego. Doniósł kolega z teatru. Przyszli mundurowi, ja nie chciałam oddać, ale Andriej powiedział: „Simoczka, nie dadzą ci żyć”. To oddałam. Andriej zmarł w 1993 roku, miał wtedy osiemdziesiąt trzy lata. Ja żyję, choć nie mogę się już ruszać. Więc tylko wspominam – mówi Sima.

Obrazy płyną nad łóżkiem coraz szybciej, jak rwąca rzeka.

Zielone robaczywe jabłka. Szalony taniec na wojskowej ciężarówce. Kobieta czekająca na progu mieszkania. Sucharek wymoczony w wodzie.

– Nie mogłam mieć więcej dzieci. – Głos Simy cichnie na koniec. – Przez moje rany i poprzedni ciężki poród. Adoptowaliśmy z Andriejem syna. Takie czasy, że choć syn pracuje, to ledwo mu na cokolwiek starcza. Bieduje, więc mu pomagam. Z tej mojej wojennej emerytury.

Legnica. Duma i wstyd

Wyruszają zawsze od wschodu i zawsze z początkiem maja.

Ci, których spotykamy, gdy wychodzą z autobusu na rynku w Legnicy, wyjechali z Kaliningradu pierwszego. Rozglądają się, zapalają papierosy, ziewają, prostują kości, odwijają kanapki z folii. Mówią, że jadą szlakiem ojców. „Drogami pamięci”.

Drugiego byli w Pieniężnie pod pomnikiem dowódcy 3 Frontu Białoruskiego generała Iwana Czerniachowskiego. Przywitali ich tam weterani z Ludowego Wojska Polskiego.

„Bardzo was przepraszamy” – powiedzieli weterani. Wskazali na betonową podstawę pomnika, była rozbita. Na płocie ktoś powiesił flagę Armii Krajowej (generał Czerniachowski rozbrajał akowców).

„Przecież AK strzelała nam w plecy, kiedy wyzwalaliśmy Polskę od nazistów!” – oburzyła się wycieczka, choć wśród nich nikt nie przekroczył jeszcze siedemdziesiątki.

Trzeciego byli w Działdowie. Czerwona gwiazda obelisku podpułkownika Mikołaja Gierasimowa na cmentarzu radzieckim zamalowana była na czarno. Walerij Gromak, dawny korespondent „Krasnej Zwiezdy” (Czerwonej Gwiazdy) w Kaliningradzie, oficjalnej gazety rosyjskiego Ministerstwa Obrony, popłakał się. Odjeżdżając, na granitowej płycie obok stojaka na znicze wycieczka położyła zafoliowaną kartkę: „Szanowni Młodzieży, nie nieszcze Pamiątki. Serdecznie Wasz proszę”.

W Stargardzie usiedli w hotelowej restauracji razem z polskimi rekonstruktorami przebranymi w radzieckie uniformy. Obok śniadanie jedli niemieccy turyści. „Weź mi soku, Janusz” – rzucił po rosyjsku jeden z rekonstruktorów (miał na ramieniu kałasznikowa). Turyści z Niemiec w ciszy przeżuwali jajecznicę. Jeden wyciągnął telefon. Dziesięć minut później pod hotel podjechała policja i wycieczka z Kaliningradu musiała tłumaczyć, co robi w mieście.

W Dąbrowie Górniczej wręczyli medal Dawidowi Zeganowi, który zatrzymał wandala niszczącego radziecki nagrobek. Dwa dni siedział w zasadzce przy pomniku, aż złapał chuligana na gorącym uczynku.

W Warszawie, w alei cmentarza żołnierzy radzieckich spotkali Irinę z Krasnodaru. „Dziadek umierał w Polsce dwa razy” – powiedziała im. To znaczy rodzina dwa razy dostała zawiadomienie o śmierci. Pierwsze od lekarzy, którzy uznali, że rana jest na tyle beznadziejna, że można już powiadomić rodzinę. Dziadek przeżył, ale zginął później w Warszawie. Irina odnalazła miejsce pochówku rok temu.

A teraz są tutaj, w Legnicy, dawnym sztabie Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej (PGWAR). Chcą obejrzeć miasto, złożyć kwiaty pod pomnikiem Braterstwa Broni.

Zaczyna kropić deszcz. Jana Szwiec otwiera parasolkę. Dwadzieścia pięć lat temu w Legnicy służył jej ojciec, a Jana spędziła w garnizonie dzieciństwo. Poszła do domu, w którym mieszkali. Pamiętała wielkie pokoje, balkon, jabłoń w ogrodzie. Zastała wszystko prócz jabłoni.

– Żyliśmy tu w przyjaźni. I komu to przeszkadzało? – pyta nas Michaił Pyriesin.

Z wycieczką pojechał z powodu natarczywych wspomnień. Od 1986 roku służył we Flocie Bałtyckiej w Świnoujściu. Od niedawna nie może przestać myśleć o tym, że był to najlepszy okres jego życia.

Walerij rozgląda się na boki. Mówi, że jest ostrożny. Uważa, żeby nie obnosić się z dumą, bo zaraz znajdzie się jakiś Polak, który każe mu się wstydzić.

Gdy kilka lat temu z okazji dwudziestej rocznicy wycofania wojsk radzieckich zjechało do Legnicy aż kilkuset Rosjan, Białorusinów i Ukraińców, w mieście zorganizowano protesty i demonstracje. Kibice legnickiej Miedzi na meczu wywiesili transparent: „Nie Mała Moskwa, lecz Wielka Legnica”. Marek Zawadka, dyrektor ośrodka kultury z Lubina, zorganizował konkurencyjne obchody: „Sowieckie piekło 39–56”. Próby zerwania ze stereotypem Rosjanina okupanta, tłumaczył, to jak zrywanie ze stereotypem esesmana.

Walerij mówi, że nawet pomarańczowo-czarne wstążki gieorgijewskie musieli schować przed granicą.

– Ze strachu. A przecież was wyzwoliliśmy! Przecież za was umieraliśmy!

Idziemy przez miasto ospałym krokiem. Przypomina nam się, że kiedyś w Legnicy mawiano, że miasto z lotu ptaka przypomina talerz pierogów. Pół ruskich, pół leniwych.

Razem z wycieczką śladami ojców próbujemy rozpoznawać budynki. Nie jest to łatwe. Dom Oficera – radzieccy wojskowi spędzali tu czas wolny przy alkoholu i muzyce – to dziś kuria biskupia i wyższe seminarium duchowne. W budynku ZUS został wydany rozkaz rozpoczęcia inwazji na Czechosłowację w 1968 roku – to dawny gmach sztabu (lądowisko dla helikopterów to parking dla klientów ZUS). Obok skweru Orląt Lwowskich (dawny plac Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) stoi budynek sądu okręgowego – dawna komendantura wojskowa.

Walerij opowiada o ojcu, który walczył w Polsce. Miał zginąć pod Katowicami. Taką wiadomość dostała jego matka w Nowoaleksiejewce.

– Ale chyba przeżył? – pytamy, bo Gromak jest jeszcze młody.

– Przeżył, trafił do szpitala. Do ojczyzny przywiózł sporo medali. Najbardziej dumny był z tego „Za wyzwolenie Warszawy”.

– Tam nie było za bardzo czego wyzwalać, Walerij – rzucamy.

– Widziałem na radzieckiej kronice tłumy warszawiaków. Wychudzonych i ubranych w łachmany. Cieszą się i wśród ruin witają Armię Czerwoną. A polskie gazety z tego czasu piszą: „Dziękujemy wam, Rosjanie, przed nami pokój i nowe życie. Tak długo na to czekaliśmy!”.

Drży z emocji, jakby schodzenie z głównej, ustalonej w rozkładzie trasy na boczne tory miało wymazać cierpienie i poświęcenie jego ojca. Albo sprawić, że Walerij rozsypie się w proch. Zniknie. Historia jest w nim mocno obecna. Chyba mocniej niż wszystko inne. Jakby wojna skończyła się wczoraj.

Rozmowa się nie klei, idziemy więc w milczeniu.

Zatrzymujemy się na placu. Pomnik polsko-radzieckiego braterstwa broni spływa wodą. Słychać pojedyncze chrząkania z tyłu, uroczyste przemówienia z przodu.

Jeszcze do początku lat dziewięćdziesiątych radzieckich pomników było w Legnicy kilka. Naprzeciw Domu Oficera stał Rokossowski. Pierwszy Rokossowski – sama głowa marszałka na prostokątnym postumencie – przez mieszkańców nazywany był „głowonogiem”. Marszałek Nikołaj Ogarkow uznał jednak, że pomnik wypacza ludzką naturę Rokossowskiego i kazał zastąpić go inną, klasyczną figurą od pasa w górę (mieszkańcy Legnicy nazywali z tego powodu drugi pomnik „jajowcem”).

Największy i najważniejszy zawsze był pomnik na placu Słowiańskim (wcześniej placu Stalina, wcześniej placu Rokossowskiego, wcześniej placu Fryderyka Wielkiego), przed którym stoimy. Przedstawia dwóch żołnierzy, radzieckiego i polskiego, którzy razem trzymają na rękach małą dziewczynkę.

Wyrzeźbił ich (z przetopionych pomników Fryderyka II i cesarza Wilhelma I) w 1951 roku Józef Gazy, artysta z Łodzi. Jak tłumaczył:

Żołnierz radziecki, ściskając dłoń żołnierza polskiego, przekazuje mu niepodległość państwa polskiego. Żołnierz polski składa (żołnierzowi radzieckiemu) wyraz wdzięczności i przyjaźni. Dziecko, które trzyma na swoim ramieniu i które wsparło swoją rączkę o pewne ramię żołnierza radzieckiego, jest symbolem młodego pokolenia, które zostało uratowane od zagłady.

Ale mieszkańcy wiedzieli swoje: że dach w pracowni artysty był za niski i dlatego wojacy wyszli przysadziści. I dlaczego dwóch chłopów niesie małą dziewczynkę? „Dwóch kidnaperów” – nazwali rzeźbę. „Jan i Iwan”. Pytali, czy to dziecko na pewno jest polskie. Ma fartuszek z falbankami, w jakim chadzały radzieckie pionierki, czy to oznacza, że dziewczynka została ukształtowana na wzór radziecki i wręczona Polsce? Trzymaj, niech rośnie w zdrowiu, kierunek został wyznaczony. Nazwano ją „Peerelka”.

Jan, Iwan i Peerelka patrzyli sobie, jak historia galopuje przez Legnicę.

W 1956 roku mogli zobaczyć demonstracje na placu (na szyi czerwonoarmisty tłum zawiesił wtedy sznur).

W 1976 roku do konstytucji PRL została wpisana wieczysta przyjaźń ze Związkiem Radzieckim, a nieznany sprawca próbował przepiłować dłonie żołnierzy złączone uściskiem.

W latach osiemdziesiątych pod stopami żołnierzy coraz częściej pojawiały się dwa słowa namalowane farbą: „Ruscy won”.

Wiatr zmian dmuchnął w twarz rzeźbiarza Gazego. W 1987 roku był autorem jednego z pierwszych pomników Jana Pawła II (w Zamościu), pięć lat później, gdy z Polski wychodziły ostatnie oddziały rosyjskiej armii, rzeźbiarz wysłał list do prezydenta Legnicy. Pisał, że chciałby usunięcia rzeźby, której jest autorem, oraz zakopania jej dwa metry pod ziemią z powodu „podłego i oszukańczego stosunku ówczesnych władz radzieckich do Narodu polskiego”.

 

Pomnika nie zakopano, jednakże rozmowy o tym, co zrobić z dwoma mężczyznami i dzieckiem, przez następnych trzydzieści lat trzęsły radą miejską w Legnicy i przypominały trochę naszą rozmowę z Walerijem.

Pewien radny zakrył pomnik spadochronem. Inny złożył interpelację: czy nie można odpiłować samego czerwonoarmisty? Statuę proponowano przetopić na inny pomnik (Henryka Pobożnego, który zginął pod Legnicą, Władysława Jagiełły, Jana Pawła II). Kłócono się, czy rzeźba symbolizuje bardziej ratunek przed nazizmem, czy radziecki kolonializm. Do urzędu miasta zgłaszali się kombatanci Ludowego Wojska Polskiego, oburzeni takimi pomysłami. Przekonywali, że to oni zostali uwiecznieni na pomniku jako dziewczynka.

W 1996 roku rzeźba nagle zniknęła. Okazało się, że na chwilę i z powodu remontu. Wróciła bez tablicy, na której była wzmianka o braterstwie. Od tego momentu nie wiadomo już właściwie, komu pomnik jest poświęcony – ot, dwóch facetów w mundurach niesie dziecko.

Potem w urzędzie zostały uchwalone przenosiny pomnika na cmentarz, ale najpierw zabrakło na to pieniędzy, a potem do władzy doszła lewica, która unieważniła przeprowadzkę.

Na placu pod pomnikiem jeździli deskorolkarze.

W 2005 roku Teatr imienia Heleny Modrzejewskiej w Legnicy wystawił spektakl, w którym żołnierze i dziewczynka schodzą z pomnika.

A siedem lat później artysta Grzegorz Kalman wykorzystał otwory wywiercone tymczasowo w pomniku przy okazji kręcenia filmu Mała Moskwa i dodał do nich inne wgłębienia, które ułożyły się w napis alfabetem Braille’a: „Wszystko jest złudzeniem, ale nawet ono jest odbiciem tego, co jest. Prawda jest w oczach patrzącego”.

– Pomożecie mi zanieść kwiaty? – pyta Walerij, kiedy skończyły się przemówienia. Po twarzy spływają mu małe kropelki deszczu, które ociera rękawem kurtki.

– My? Dla ciebie to przecież ważniejsze.

– Noga mnie boli od rana i zmęczyłem się – nalega.

– Pomóżcie, pomóżcie! – zachęca Michaił Pyriesin.

– No, dobrze – mówimy i niesiemy wiązankę. Wycieczka wsiada do autobusu i wyrusza dalej po śladach ojców.

Kilka miesięcy później w publikacji o „drogach pamięci” znajdujemy zdjęcie, jak kładziemy wiązankę pod pomnikiem. Oraz wzmiankę o tym, że polscy reporterzy składają ją w podzięce za wyzwolenie.