Gietrzwałd

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


zakupiono w sklepie: Sklep Testowy
identyfikator transakcji: 1631945409934941
e-mail nabywcy: test@virtualo.pl
znak wodny:


Okładka

Fahrenheit 451

Ilustracje na okładce

© Jerzy Derewecki, © Maciej Parkasiewicz, © Grzegorz Kasjaniuk

Korekta i redakcja

Ewa Popielarz

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład, łamanie, indeks

Point Plus

Zdjęcia

© Jerzy Derewecki, © Maciej Parkasiewicz, © Grzegorz Kasjaniuk

Wywiad z Autorem

Piotr Zworski

ISBN 978-83-8079-123-7

Copyright © by Grzegorz Kasjaniuk

© Copyright for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydawca


Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

https://twitter.com/Wyd_Fronda

Skład wersji elektronicznej

Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Prolog modlitwy

Rozdział I. OBJAWIENIE na Anioł Pański. Z okna księgarni ziemia bardziej polska

Rozdział II. OBJAWIENIE Pani pomiędzy dwoma aniołami. Jan i cmentarz zapomniany

Rozdział III. OBJAWIENIE „Żądam, abyście codziennie odmawiali Różaniec”. Cudowny obraz łaskami słynący

Rozdział IV. OBJAWIENIE „Płótno ma leżeć na ziemi”. Na kolanach wokół kapliczki z darem łez

Rozdział V. OBJAWIENIE „To było od złego ducha”. Szatan rozstawia sześć trumien

Rozdział VI. OBJAWIENIE „Kościół polski będzie wnet uwolnionym!”. Całkowita polskość na obecne czasy

Wywiad zakończenia „Jak fajnie być blisko Boga”. W audycji o jedynych uznanych przez Kościół katolicki objawieniach Matki Bożej w Polsce

Wybrana literatura

Słowem zakończenia Nabożeństwo różańcowe w Gietrzwałdzie z czasów objawień

Podziękowania


Zjazd z drogi krajowej nr 16 w kierunku Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej w połowie drogi między Ostródą i Olsztynem.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

~ PROLOG MODLITWY ~ Dietrichswalde czy Gietrzwałd, czyli zjazd z szesnastki na smakowitą Michę Mnicha

Jakże bogata w tradycje jest wasza ziemia, to dziedzictwo świętych męczenników: Wojciecha i Brunona z Kwerfurtu; dziedzictwo bł. Doroty z Mątowów i sługi Bożego kard. Stanisława Hozjusza. Wasi ojcowie przybyli na ziemię Warmii, Mazur i Powiśla z różnych stron i z „wszelkich narodów”, z dawnych kresów II Rzeczypospolitej, z dalekich stepów Kazachstanu, z pobliskich Kurpi, Mazowsza i z innych rejonów Polski.

św. Jan Paweł II, homilia wygłoszona w Olsztynie,

6 czerwca 1991

Gietrzwałd (Dietrichswalde) leży w ziemi staropolskiej Galindii, w zachodniej stronie powiatu Olsztyńskiego. Położenie wioski tej rok temu do godności miasteczka podniesionej jest piękne. Do koła otoczona wieńcem pagórków okalających jezioro Rentyńskie; środkiem doliny bieży strumyk Gilbing, a po obu jego brzegach wśród ogrodów i kląbów drzew wznoszą się, jak w wiosce góralskiej jedna ponad drugą schludne chatki i zabudowania gospodarcze jej mieszkańców. Siedmdziesiąt włók osady „Gudikus” wydzielonych r. 1352 na założenie Gietrzwałdu i nadanie prawa chełmińskiego stanowią jej początek. Liczba mieszkańców wynosi 900, którzy z wyjątkiem kilku rzemieślników i kupców zajmują się wyłącznie uprawą roli i chowem bydła. Prócz jednej rodziny wszyscy wyznawają wiarę rzymsko-katolicką, i należą do dyecezyi Warmińskiej, której kapituła dawniej przez długie wieki w obwodzie kamery Olsztyńskiej posiadała nawet władzę świecką dla czego jeszcze po dziś dzień proboszcza tamże prezentuje.

ks. Franciszek Hipler

Kiedy ponurego, deszczowego dnia przyszło mi żegnać się z redakcją gazety na stałe, miałem poczucie pewnej ulgi, że opuszczam to miejsce. Wiele przeciw pozostaniu, niewiele za. Choć był chłód i niebo natrętnie mżyło, to podjęta decyzja rozgrzewała mnie od wewnątrz. Był to ostatni dzień października 2012 roku i myślami byłem już przy kolejnych dniach, które miały przynieść zmianę. Tuż za szklanymi, automatycznie rozsuwanymi drzwiami uderzył mnie orzeźwiający powiew Tracka, zapomnianej dzielnicy Olsztyna, w której wiatr wieje tam, gdzie chce… Nieponaglany obowiązkami postanowiłem po raz ostatni wyjść naprzeciw wspomnieniom. Zarzuciłem na głowę ciepły kaptur i stanąłem pod pobliskim drzewem. Chroniony od jesiennej wilgoci patrzyłem w zachmurzone niebo nad trackim lasem, na horyzont, którego nie niepokoił zarys współczesnego Olsztyna. Tak mogło to wyglądać też i przed laty… Warmia w przyrodzie od lat jest niezmienna… Podobnie jak wiara…

Zadumałem się.


Track należał przez dwa wieki do szlacheckiej rodziny Grzymałów z Mazowsza. Zakupili ten majątek na przełomie XVI i XVII wieku. Wymarzone miejsce. Prawie zapomniane, a wbrew pozorom ciągle będące obiektem zainteresowania czy nawet pożądania. Wcześniej, od 1410 roku, było majątkiem lennym. Może tu także zawitały wojska Jagiełły, które zajęły Olsztyn po bitwie pod Grunwaldem? Może nawet te same, które splądrowały Gietrzwałd i spaliły tamtejszy drewniany kościół, na gruzach którego stoi obecne sanktuarium maryjne? Choć dopuszczały się tego straże przednie, Litwini i Tatarzy, a kary za te czyny były surowe, łącznie z pozbawieniem życia, nie zmienia to faktu, że zniszczenia były potworne. Za pierwszym razem sam Olsztyn ocalał nienaruszony. Wojska polskie były pokojowo nastawione do mieszkańców, a biskup warmiński Henryk IV Vogelsang uznał króla Jagiełłę za swego zwierzchnika, czego mu Krzyżacy nie wybaczyli i potem nawet na jakiś czas wygnali z Warmii. Jednak za drugim razem, w 1414 roku, było już gorzej. Zirytowany Jagiełło po zdobyciu miasta zezwolił wojsku na rabunek. Od tego czasu, z przerwami, przez kolejne wieki aż do 1945 roku Olsztyn wraz z całą Warmią był palony, rabowany, gwałcony i mordowany rękami różnej narodowości żołdaków. Ziemia niczyja, którą można zdeptać i zadeptać. Wojska polskie, zakonne krzyżackie, powstańcze Związku Pruskiego, żołnierze szwedzcy, brandenburscy, austriaccy, oddziały saskie, rosyjskie, pruskie, armia Napoleona, hitlerowcy, armia radziecka i szabrownicy przetaczali się walcem przez ten mały skrawek polskiej, ale traktowanej przez Polskę po macoszemu, ziemi.

Polska Warmia przetrwała dzięki opiece Matki Bożej i wierze miejscowej ludności w Jej orędownictwo. Wiara czyni cuda. W czasie spaceru myślałem o Matce Bożej Świętolipskiej, Gietrzwałdzkiej i Królowej Pokoju ze Stoczka Warmińskiego. O maryjnych miejscach, które chroniły warmińską ludność i jej tożsamość.

Nie udało się ostatniemu wielkiemu mistrzowi zakonnemu Albrechtowi Hohenzollernowi po przejściu na luteranizm zdławić w Prusach katolicyzmu. Był to akt złości i niemocy wobec Zygmunta I Starego, który, nakazanym hołdem na rynku w Krakowie chciał przywołać do porządku swojego siostrzeńca. Król miał jednak słabość do Albrechta i pozwolił na sekularyzację zakonu. A może to był przejaw daru przewidywania polskiego władcy, który chciał doprowadzić do jego upadku? Czy mógł wtedy wiedzieć, że powiedzie to do religijnego osaczenia Warmii? Patrzył przez nią jak przez szkiełko dalej – na Gdańsk. W każdym razie Zygmunt I wybaczył Albrechtowi zbrojne wystąpienia przeciw Polsce, a nawet mianował go swoim doradcą. Były mistrz liczył, że ze względu na te koligacje może kiedyś zostanie władcą Polski, był wszak synem Zofii Jagiellonki, córki Kazimierza Jagiellończyka. Jak to się skończyło? Prawdę ukazał na swoim płótnie Jan Matejko. Obraz Hołd pruski, namalowany w latach 1879–1882, pełen przepychu i dostojeństwa polskiego monarchy ukazuje jednocześnie jego porażkę. Polski król zapewne sądził, że heretyckie poglądy Lutra nie przyjmą się na długo, a rezygnacja z wiary katolickiej przez byłego mistrza zakonu doprowadzi do jego izolacji w Europie. Czy przypuszczał, że w wyniku tej decyzji po wiekach nad jego grobem na Wawelu będą pić żołdacy austriaccy, którzy z potomkami jego siostrzeńca rozbiorą Polskę?

 

Oparty o pień drzewa otulałem się szczelnie kapturem. Rozmyślałem nad chichotem historii. „Gazeta Olsztyńska” powstaje 25 marca 1886 roku w konsekwencji objawień gietrzwałdzkich z 1877 roku. Inspiracja, natchnienie, tchnienie Ducha Świętego. Na winiecie numeru próbnego widnieją słowa: „Ojców mowy, ojców wiary brońmy zgodnie, młody, stary!” – są nawiązaniem do faktu, że Matka Boża odezwała się do wizjonerek, Justyny Szafryńskiej i Barbary Samulowskiej, „w języku takim, jakim mówią w Polsce”, jak się wyraził niemiecki ksiądz Franciszek Hipler, świadek objawień, który kierował komisją do zbadania cudownych wydarzeń. Jako pierwszy opisał je i wydał drukiem już w kolejnym roku. Choć współczesna „Gazeta” odwołuje się bardzo chętnie do założycieli tytułu, to przecież ani nie krzewi wiary ojców, ani nie występuje w jej obronie. Obecnie jej właścicielem jest niemiecki koncern prasowy. Historia ta oddaje zawiłości ziemi, na której się rozgrywa.

Październik na Warmii, gdy pada deszcz, a na niebie zalegają chmury, wypełniony jest przytłaczającą, gęstą szarością. Gdzieś w tym wszystkim przebija się jeszcze zgniły brąz liści i drzew. W wilgotnej zawiesinie powietrza ciemnozielony gmach, w który się wpatrywałem, nie robił na mnie dobrego wrażenia. Bryła budynku nie potrafiła wkomponować się w otoczenie. Coś w tym jest… Żal tego, co minęło, a było takie czyste, żarliwe, patriotyczne i duchowe.

Każdy kolejny prowadzący redakcję gazety robił krok do przodu. Seweryn Pieniężny, który przejął stery w 1891 roku, nie tylko zwiększył nakład, ale dbał o duchowy rozwój. W 1893 roku reprezentował Warmię na obchodach pięćdziesięciolecia kapłaństwa papieża Leona XIII w Rzymie. Jego następcą był syn, również Seweryn. Prowadził „Gazetę Olsztyńską” nieprzerwanie od roku 1918 aż do 1 września 1939 roku. W tym czasie zadbał o to, by gazeta miała katolickie dodatki, m.in. „Gościa Niedzielnego”, podtrzymujące wiarę w czytelnikach w każdym wieku – od najmłodszych do starszych. Seweryn 1 września został aresztowany przez Niemców i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Hohenbruch koło Królewca, gdzie 24 lutego 1940 roku go rozstrzelono. Katolik… Patriota… Polak… Warmiak… Wszystkie maszyny drukarskie zostały zagrabione przez Niemców, a ostatni, wrześniowy numer „Gazety Olsztyńskiej” skonfiskowany i przemielony. Tożsamość pozostała, ducha nie dało się zniewolić. Nie można było żałować żadnych decyzji. Choć doprowadziły do tragicznego końca, to były zgodne z wiarą, której zaprzeć się było nie sposób. Zawierzenie Gietrzwałdzkiej Pani aż po grób.

Kilkadziesiąt lat wcześniej Andrzej Samulowski, właściciel księgarni w Gietrzwałdzie, dzięki objawieniom ugruntował swój patriotyzm, bardzo szlachetny, odmienny od tego pozytywistycznego spod zaboru rosyjskiego czy liberalnego i konformistycznego spod zaboru austriackiego. Skoro Maryja mówiła do dzieci po polsku, a więc przecież także mową Samulowskiego i całej ludności zamieszkującej Warmię, to zrozumiałe dla niego było, że dawała w ten sposób konkretny drogowskaz na resztę życia. Był poetą, działaczem, nauczycielem. Co miał zrobić? Książki, modlitewniki, śpiewniki to jedno. Tym się zresztą już zajmował od 1875 roku. Ale gazeta! To był wtedy nośnik na miarę współczesnego Internetu. Zwłaszcza z określonym, bo polskim, czytelnikiem. Jako mieszkaniec nieodległego Sząbruka był obecny w Gietrzwałdzie przez kolejne miesiące trwania objawień i widział tłumy pielgrzymów ze wszystkich stron dawnej Polski. Słuchał przeróżnych naleciałości polskiego języka. W kilkudziesięciotysięcznych tłumach dostrzegał starą Polskę, jak lgnie pod opiekę Matki Bożej i jak bardzo potrzebuje tego słowa, którym Ona odpowiadała wizjonerkom. Powierzchnia placu kościelnego, a właściwie cmentarza, który tam się znajdował, oraz brukowanej ulicy biegnącej do Woryt wzdłuż kościelnego muru była niewielka. Nie mieściła wszystkich. Miejscem objawienia stała się zatem nie tyle ta wąska przestrzeń, ale cały Gietrzwałd. W kulminacyjnym momencie objawień, 8 września 1877 roku, kiedy Niepokalana powiedziała do dzieci: „Nie smućcie się, bo Ja będę zawsze przy was”, wszyscy pielgrzymi – zgromadzeni przy klonie, między grobami cmentarza, na głównej drodze i w każdym zakamarku uliczek, podwórzy i łąk Gietrzwałdu – odnieśli Jej słowa do siebie.

Andrzej Samulowski również płakał wzruszony modlitwą i jak każdy z obecnych wziął sobie do serca niepojęte spotkanie z Matką. Na pierwszą rocznicę objawień, w 1878 roku, stał już wybudowany przez niego dom w Gietrzwałdzie naprzeciw kościoła, w miejscu zakupionego przez niego tuż po objawieniach domu drewnianego. Balkon wychodził na kapliczkę objawień, żeby móc kontemplować i modlić się z tego miejsca na wieczorny Anioł Pański oraz odmawiany trzy razy dziennie różaniec. Nawet gdy lokator siedział w pokoju przy stole, to za zakończonymi łukowato oknami miał nadal ten sam widok – front kościoła i schody biegnące do głównych drzwi. Gdy były otwarte, a latem, nie tylko przy okazji nabożeństw, było to częste, nie musiał wstawać od stołu, żeby zobaczyć ołtarz. Do tej pory w każdą niedzielę rozbrzmiewają po pokojach kościelne dzwony i… kazania. Na parterze powstała katolicka księgarnia, która padła dopiero w wolnej Polsce, w 1993 roku. Przegrała z komercjalizacją i telewizją. Jednak jeszcze w 1877 roku nikt na Warmii nie spodziewał się nawet, że polska mowa tu rozkwitnie wbrew rozporządzeniu naczelnego prezesa prowincji z 1873 roku, by na obszarze Prus Wschodnich ze wszystkich szczebli edukacji usunąć język polski na rzecz nauczania po niemiecku. Andrzej Samulowski od razu odczytał przesłanie objawień, podczas których Matka Boska prosiła dzieci, by odmawiano różaniec. I mówiła do nich po polsku! Czy trzeba było większej zachęty do trwania przy wierze i mowie ojców? Otwarcie polskiej księgarni w Gietrzwałdzie nie było tylko symboliczne. Ono ożywiło walkę o polską mowę i narodową tożsamość w oparciu o katolicką wiarę. Od tej pory mieszkający tu Polacy nie ustawali w staraniach o prawo do posiadania własnego szkolnictwa, choć byli prześladowani i represjonowani na różne sposoby. Za polskość ojca została przyciśnięta drzwiami przez niemieckiego nauczyciela Tauscha w szkole w Gietrzwałdzie jego najstarsza córka, Aniela Samulowska. Doznała poważnych obrażeń. Protesty wobec takich poczynań na nic się zdały. Pojawiła się potrzeba otwarcia polskiej szkoły, czego już Samulowski nie doczekał, bo zmarł w 1928 roku.

Po sfałszowanym przez Niemców plebiscycie w 1920 roku liczna rodzina Samulowskich w obawie przed represjami przeniosła się do Polski. Bezpośrednio przed plebiscytem księgarz i poeta dostał obstawę w postaci żandarma, który pilnował, by ten nie prowadził politycznej agitacji. Pomimo tego na księgarni zawisł czerwony sztandar z orłem. Jednak ze względu na możliwość ukarania żandarma przez władze za niedopełnienie obowiązków, na jego osobistą prośbę litościwy Samulowski zdjął sztandar. Po przegranym plebiscycie księgarnię otoczyły wynajęte niemieckie bojówki, które musieli rozganiać angielscy żołnierze z Komisji Międzysojuszniczej. Rodzina wyjechała do Polski, do Torunia. Ale nie cała. Osiemdziesięcioletni patriota z żoną uparł się przy swoim, a deklarację złożył wierszem:

Ja z Gietrzwałdu się nie ruszę;

Tu chcę Bogu oddać duszę.

I tu, u stóp Matki Boskiej

Chcę zakończyć ziemskie troski.

…z modlitwą do Maryi w sercu.

Dopiero rok po jego śmierci, w wyniku uchwalonej w 1928 roku Ordynacji szkolnej, która zezwalała na zakładanie i prowadzenie prywatnych szkół z polskim językiem wykładowym, w Gietrzwałdzie powstała polska szkoła. W regionie założono kilkanaście placówek edukacyjnych, które mimo przeszkód i utrudnień ze strony władz niemieckich odegrały niezwykle ważną rolę w kształtowaniu i podtrzymywaniu polskiej tożsamości oraz świadomości narodowej Warmiaków.

Zastanawiająca jest zbieżność nazwisk pomiędzy poetą Andrzejem a wizjonerką Barbarą – Samulowscy. On urodził się w Sząbruku, a ona w Worytach. Choć dowodu na to nie ma, wydaje się, że mogli być związani pokrewieństwem. To bardzo prawdopodobne. Obie miejscowości nie są od siebie zbytnio oddalone. Zresztą poeta znał się z rodziną wizjonerki, której starszy brat Jan należał do Związku Polaków powstałego w Gietrzwałdzie w 1922 roku. Wizyty brata wizjonerki w gietrzwałdzkiej księgarni były wręcz doświadczeniem intymnym, gdyż mnogość sprzedawanych tam modlitewników i okazjonalnych ilustracji na pocztówkach była związana z jego siostrą. Czy rozmawiał z pielgrzymami? Mówił, w jaki sposób jest związany z objawieniami? Być może, choć skromność nakazywała raczej milczenie. To pokora. Na pewno był bardzo lubiany, o czym świadczy fakt, że był ojcem chrzestnym wielu gietrzwałdzkich i woryckich dzieci.

Faktem jest, że napływający w kolejnych latach do Gietrzwałdu pielgrzymi mogli nabyć książki religijne i modlitewniki, w których były pieśni poświęcone Pani Gietrzwałdzkiej. Napisane po polsku przez „warmińskiego Tatkę” – jak poufale mówiono o Andrzeju Samulowskim.

Pragnienie osobistego spotkania w modlitwie z Królową Nieba i Ziemi, a przy tym podtrzymania własnej tożsamości, zwłaszcza w czasie, gdy była tak mocno rugowana… Tej emocji starczyło do 1 września 1939 roku, kiedy polskość zaczęła być wypalana ogniem. Szatan rozpoczął zemstę na Warmii za jej wiarę, za oddanie Matce Bożej, za radykalizm pójścia za Chrystusem. Wyrugował Warmiaków, ale nie mowę polską, którą przemówiła Matka Boża. Ta nadal brzmi wezwaniem objawień.

Jeszcze do roku 1934 wszystkie nabożeństwa w gietrzwałdzkim kościele (oprócz jednej niedzieli w miesiącu) odprawiano w języku polskim. Decyzję tego zabraniającą, na pewno pod wpływem nazistów, wydał biskup warmiński Maksymilian Kaller, dziś już Sługa Boży.


Cofnijmy się w czasie… Albrecht Hohenzollern, ostatni wielki mistrz zakonu krzyżackiego, jeszcze jako katolik pielgrzymował w 1519 roku do kaplicy w Świętej Lipce, by pokłonić się Maryi, która miała tam objawienie w XIV wieku. Szedł pieszo trzydzieści kilometrów, by prosić o wsparcie w walce z Polską. Warmię uznawał za podstępem odebraną i okupowaną od pięćdziesięciu trzech lat. Autonomia tych ziem nic nie była warta dla mistrza, a zamieszkałą tam ludność uważał za spolonizowaną, choć w olbrzymiej mierze była niemiecka i jeszcze pruska. Wojska krzyżackie przetoczyły się przez Warmię, a także przez Gietrzwałd, paląc, rabując i mordując mieszkańców w trakcie przegranej wojny polsko-krzyżackiej w latach 1519–1521. Albrecht pogniewał się na Maryję, że nie wysłuchała jego prośby, a przecież on, pielgrzymując, zdarł sobie stopy do krwi… W 1524 roku wspomniał w gniewie swoje spotkanie z Matką Bożą w Świętej Lipce i wydał rozkaz zrównania jej kaplicy z ziemią. Postawił tam szubienicę, by odstraszała pielgrzymów. Taki był efekt jego świeżej znajomości z Marcinem Lutrem.

Zakonnicy z maryjnych stali się antymaryjni. Zrzucili habity. Jednak, choć byli zarządcy tych ziem stali się luteranami, to jej warmińska ludność pozostała wierna Matce Bożej, a za nowych zwierzchników uznała biskupów warmińskich.

Albert, bo takie imię nosił wielki mistrz od momentu sekularyzacji, pozornie się uspokoił, choć nadal wstrzymywał ruch pielgrzymkowy do Prus Książęcych. Rok po dewastacji świętego miejsca klęknął przed krzyżem i królem polskim na krakowskim rynku. Jakże musiało go boleć kolano, na którym się wspierał – piekło go zgiętą wpół dumą. Skrucha okazała się pozorna, a pokora była jedynie aktorską pozą. Dzięki temu gestowi zyskał spokój i mógł swobodnie rządzić całymi Prusami z Królewca. Król dał mu swobodę wyznania, a resztę zostawił mianowanym przez siebie biskupom warmińskim, co odbiło się mocną czkawką w Elblągu w pierwszej połowie XVI wieku, gdzie luteranie zarekwirowali kościół św. Mikołaja. Po latach, w 1552 roku, biskup Hozjusz próbował nawrócić miasto, ale nie dało to żadnych rezultatów. Dopiero sankcje gospodarcze stonowały nastroje. Jednak często zdarzały się napady protestantów na procesje Bożego Ciała, dochodziło do profanacji. Protestancki dwór książęcy dobrze się bawił w Królewcu, udając monarchię i wspierając wyznaniowe podziały wśród mieszczan, które zaczęły być groźne. Jednak Warmia nadal pozostawała katolicka.

 

Bazylika Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie – 2 lutego 1970 r. papież Paweł VI nadał kościołowi w Gietrzwałdzie tytuł bazyliki mniejszej.

Czy to możliwe, żeby aż tak bardzo chrześcijanie różnili się w ocenie rzeczywistości? Nie mogli ze sobą współegzystować? Przecież ludność pochodzenia niemieckiego i polskiego osiedlała się dotąd na Warmii bez religijnych uprzedzeń. Jedni i drudzy byli katolickiego wyznania. Podziały dotyczyły wyższych warstw – tam, gdzie zaczynała się polityka, gdzie wpływy gospodarcze zależne były od zarządzających, w przypadku Warmii od polskiego króla i jego wpływowego sąsiada, pruskiego lennika – luteranina oraz jego coraz groźniejszych następców.

To, co wtedy się wydarzyło, czyli przejście na luteranizm i wzmocnienie tego stanu rzeczy przez króla polskiego, miało swoją ponurą puentę w postaci pierwszego rozbioru Polski w 1772 roku. Trzeba przyznać, że w tej tragedii była też iskierka nadziei, zgodnie z powiedzeniem: co nie zabije, to wzmocni. Wcześniejsza autonomia Warmii i jej świeckie zarządzanie przez biskupów warmińskich pozwoliły duchowieństwu katolickiemu i mieszkańcom na odnalezienie się w tej sytuacji. Wspólna obrona ze strony polskiego i pruskiego katolicyzmu przed protestancką ekspansją stała się pielęgnacją polskości, czego erupcja nastąpiła w chwili, gdy w ramach Kulturkampfu rozpoczęto zwalczanie katolicyzmu nie tylko polskiego, ale i niemieckiego, także w Gietrzwałdzie.

Ta mała wieś między Ostródą a Olsztynem, na skraju południowej Warmii, nad rzeką Giłwą, prawym dopływem Pasłęki, stała się najważniejszym punktem tożsamości dla Polaków mieszkających na Warmii, ale i w całej Polsce pod zaborami. Barwy historyczne Warmii to czerwień i biel. Także dzięki temu Warmiacy nie zapomnieli nigdy o narodowej tożsamości. Niezależnie od tego, jak wywieszali flagę – zawsze przypominała im o Polsce.

Zdumiewające, ale trafne było stwierdzenie Ottona Bismarcka, że katolicyzm jest podstawowym elementem polskiej tożsamości. Nie tylko umacniał Polaków, ale także był spoiwem między narodowościami. Wszak polscy mieszkańcy Gietrzwałdu w czasie objawień maryjnych w 1877 roku mieli za proboszcza Niemca, ks. Augustyna Weichsla, który doznał wielu szykan ze strony niemieckich władz, ale nie pozostawił polskich parafian samym sobie. Odwdzięczali mu się nieraz za życia, ale i po śmierci. Jego pogrzeb był manifestacją wiary, a jego grób do tej pory jest pielęgnowany i znajduje się nieopodal miejsca, gdzie objawiła się Maryja. Juliusz Weichsel, syn Edwarda, brata proboszcza Augustyna, poszedł w ślady stryja i został kapłanem diecezji warmińskiej. Był następcą stryja w Gietrzwałdzie w latach 1909–1913, a później proboszczem parafii św. Jakuba w Olsztynie. Choć pochodzenia niemieckiego, to rodzina ks. Weichsla – albo inaczej ks. Wisły, jak go również z polska nazywano – poniosła męczeńską ofiarę dla warmińskiej ziemi. Spokrewniony z ks. Augustynem, aczkolwiek w trzecim już pokoleniu, ks. Bruno Weichsel, proboszcz parafii w Zalewie, został zakatowany kolbami i zastrzelony w styczniu 1945 roku przez żołnierzy armii radzieckiej.

Będąc w Zalewie, Weichsel szybko zdobył zaufanie parafian, którzy skupili się wokół niego. Grając na fortepianie, dawał ludziom czas zapomnienia i wytchnienia od ciężkich wojennych czasów. Ostatnie chwile ks. Weichsla przedstawiła pewna leśniczyna w liście do jego brata: „Ostatni raz widzieliśmy księdza Bruno 22 stycznia 1945 r. po południu. Błagaliśmy go, aby również uciekał z miasta”. Mimo że wojska radzieckie zbliżały się już do Zalewa, ks. Weichsel nadał częstował uciekinierów gorącą kawą i udzielał błogosławieństwa. Nie zgadzał się na wyjazd i opuszczenie swoich parafian. „Jak długo jeszcze ktoś z mojej wspólnoty wiernych tutaj zostanie, nie odejdę z mojego miejsca, gdyż mógłby mnie ktoś potrzebować” – odpowiadał. 23 stycznia 1945 r., po nocy spędzonej na modlitwie z wiernymi, ks. Bruno Weichsel został zamordowany przez żołnierza radzieckiego uderzeniem kolbą karabinu w głowę. Krew trysnęła na ściany. Pochowany został w zbiorowej mogile przy kaplicy, gdzie spoczywa również około 40 wiernych. „Podziwiam, jak z błogosławieństwem, siłą i odwagą, szedł niezłomnie swoją drogą do celu… Jego koniec był pełen sukcesów i wspaniałych zwycięstw” – napisał przyjaciel księdza z lat ich młodości.

– odkrywam informację na forum internetowym byłych mieszkańców Jerzwałdu, wsi należącej od gminy Zalewo. Proces beatyfikacyjny księdza, wraz z trzydziestoma i jedną ofiarą hitleryzmu i komunizmu, został otwarty 15 września 2007 roku.

Gietrzwałd, Olsztyn, Track… Leżące na jednej osi, połączone niezwykłą i dramatyczną historią. Egzystujące obok siebie, ale niemogące bez siebie funkcjonować. Zagłębiając się podczas spaceru w tracką leśną gęstwinę, zanurzałem się także w historię tej części Olsztyna. Pomógł mi w tym Szymon Tarasewicz, redakcyjny kolega, który często mi towarzyszył w moich wędrówkach i rozmyślaniach.

Rodzina Grzymałów na Tracku – nazwisko szlachcica splata się z nazwiskiem chłopa, Michała Drzymały, tego od słynnego wozu. Michał pochodził z Poznańskiego, ale miał konflikt z tym samym pruskim zaborcą. W ramach protestu mieszkał w lepiance, a potem w wozie, bo administracja państwowa nie chciała dać mu zgody na wybudowanie domu na wykupionej od niemieckiego właściciela działce. Pruskie prawo przeciwko Polakom.

To samo prawo zastosowano przeciwko Grzymałom z Tracka. Tylko tu stało się odwrotnie. Rodzina Grzymałów nie wytrzymała plądrowania i dewastowania okolic przez przeróżne wojska. Popadła w długi zaciągane na poczet kontrybucji i innych obowiązkowych obciążeń. Przyszedł też czas zarazy. Grzymała nie dał rady i ustąpił. Po latach Oskar Belian swój majątek w 1846 roku odsprzedał na własność skarbu państwa. Ziemia polska stała się własnością niemiecką. Tak właśnie 1772 rok, w którym wcielono Warmię do Królestwa Pruskiego w wyniku pierwszego rozbioru Polski, stał się dla mieszkających tu Polaków czasem powolnego, systematycznego rugowania z własności.

Wspomniana transakcja, jak wiele innych na tych terenach, miała podłoże polityczne, o czym świadczy fragment sprawozdania magistratu olsztyńskiego z lat 1855–1857:

Polactwo kontynuuje swoje wysiłki, aby mocną nogą stanąć na gruncie niemieckim. W okresie sprawozdawczym różne chłopskie posiadłości znalazły się w polskich rękach. Dla umocnienia wpływów niemieckich ostatnio został wykupiony dla skarbu państwa 312-hektarowy majątek Trautzig.

Trautzig? Co to za nazwa? Jak wiele innych na Warmii – oficjalna, znana ówczesnym mieszkańcom. Tak jak dzisiaj na Litwie, funkcjonowały dwa nazewnictwa, tylko to drugie, polskie, było urzędowo zakazane, ale obecne w potocznym obiegu. Warmiński Track nazwano po niemiecku Trautzig, z kolei warmiński Dietrichswalde został Gietrzwałdem. Warmia była więc polska czy niemiecka? Postanowienia II pokoju toruńskiego z 1466 roku były jednoznaczne. Zakon krzyżacki ostatecznie oddał Koronie Polskiej tę ziemię wraz z Prusami Królewskimi. Choć nie bardzo chciał i zachował w sercu jej pragnienie do końca…

O narodowym charakterze świadczy ludność, a ta z początku była w większości niemiecka. Mieszkali tu osadnicy, którzy mieli być przeciwwagą dla rdzennych Prusów. Co się stało, że proporcje nagle się zmieniły? Ponownie wspomnę ostatniego mistrza zakonu krzyżackiego Albrechta. Jemu zawdzięcza Warmia olbrzymie spustoszenie podczas wzmiankowanej już wojny krzyżacko-polskiej. Trzeba pamiętać, że piętnastowieczna Warmia była częścią państwa, które składało się z czterech diecezji. Obecne tereny obwodu kaliningradzkiego wchodziły w skład ziem zakonu, na których biskupi warmińscy zyskali dla siebie swego rodzaju autonomię. Byli na równi w prawach z wielkimi mistrzami zakonu, ci jednak powoływali wójtów, przez co utrzymywali faktyczną władzę.

Co to ma wspólnego z mieszkańcami Warmii? Bardzo dużo. Dopóki Warmia nie była zależna od Polski, zakon godził się na samodzielność biskupów tej diecezji, w odróżnieniu od pozostałych, które zostały spacyfikowane przez krzyżaków i straciły autonomię dosyć szybko. Gdy Warmia została włączona w granice Polski w 1466 roku, również na autonomicznych prawach, zaczęła być traktowana jako wrogi kraj, choć duża część jej mieszkańców była pochodzenia niemieckiego i rdzennego, pruskiego. Do tego jeszcze dochodziła wrogość wobec mieszczan, którzy chcieli mieć ściślejsze relacje z Polską. Pojawił się zbrojny konflikt ze Związkiem Pruskim, który przejmował zamki, w tym zamek w Olsztynie. Zakon tracił siłę, choć kąsał jak ranione zwierzę. Potrafił zabijać. Wojna trzydziestoletnia i ostatnia walka zakonu krzyżackiego z Polską miały swój tragiczny wydźwięk dla ludności Warmii. Wspominany tak często Albrecht w swoistym akcie zemsty postanowił Warmię zaorać wojskami. Co zadziwiające, uderzył na wiejskie prowincje, tak jakby chciał miasta odciąć od rolniczego zaplecza, co mu się nawet częściowo udało. Szybko jednak zareagowali kanonicy, zachęcając nowych osadników do osiedlania się na tych terenach. Kartą przetargową były darowizny.