Mity dla dzieciTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Grzegorz Kasdepke

Mity dla dzieci

20 najpopularniejszych mitów greckich


© by Grzegorz Kasdepke

© by Wydawnictwo Literatura


Okładka i ilustracje:

Ewa Poklewska-Koziełło


Korekta:

Lidia Kabzińska, Małgorzata Kur, Joanna Pijewska


ebook przygotowany na podstawie wydania XI

ISBN 978-83-8208-934-9

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Literatura

Monika Lipiec, Woblink

Spis treści


Początki bywają trudne

Nasz przyjaciel Prometeusz

Puszka Pandory

Miss Olimpu

Hermes, ty łobuzie!

Gdzie jest moja córka?

Uwaga na słońce!

Mam na imię Europa

Złoto i uszy króla Midasa

Po nitce… do wyjścia

Doktorze, pomocy!

Śliczna i mądra – czyli Atena

Figlarz

Zakaz odwracania się

Proszę Pana

Chimera, chi, chi

Głowa Meduzy

Spokojnie, braciszku, spokojnie…

Syzyf, nie plotkuj

Tantal, ty okrutniku!

O Autorze


Początki bywają trudne


Fajnie jest mieć dużą rodzinę, ale nawet w najlepszych rodzinach zdarzają się czasami niesnaski. A już w rodzinie greckich bogów spory wybuchały co i raz – szczególnie na początku istnienia świata! Zresztą nic dziwnego – czasy były nerwowe, wszędzie panował bałagan, nie ustalono jeszcze, kto jest kim i co jest czym. Wszystko należało dopiero uporządkować. No a wiadomo, że podczas robienia porządków zawsze znajdzie się jakiś powód do kłótni. Mało to razy sprzątając swój pokój, kłóciliście się z rodzicami? To teraz pomyślcie, że musicie uporządkować cały świat! Zgroza!


Nim jednak bogowie zabrali się do porządków, świat należało stworzyć. Bo na początku nie było nic! Czy też raczej – na początku nie było nic poza wielkim bałaganem. Z tego bałaganu – ni z gruchy, ni z pietruchy – wyłoniła się Gaja, matka ziemia. Musiała być porządnie zdziwiona swoim nagłym zaistnieniem – nie było jej i proszę, nagle jest! Postanowiła jednak zastanowić się nad tym kiedy indziej – teraz nie było na to czasu. Bo Gaja, jak każda chyba matka, nie mogła znieść widoku panującego wokół bałaganu. Zakasała więc rękawy i wzięła się do roboty.

Najpierw stworzyła Uranosa – czyli gwieździste niebo, które miało odtąd otaczać i chronić matkę ziemię. Potem Pontosa – rozległe morze, które otuliło ją falującą pierzyną. Teraz, gdy była ich trójka, Gai zrobiło się raźniej – zawsze co trzy głowy, to nie jedna. Szczególnie Uranos przypadł jej do gustu; niedługo potem pobrali się i przez długi czas żyli ze sobą szczęśliwie. Mieli dwanaścioro dzieci zwanych później tytanami: sześć dziewczynek i sześciu chłopców, wśród nich był niejaki Kronos, najmłodszy z tytanów – bardzo ważna postać, jak się zaraz przekonacie. Urodziło się im też wiele przedziwnych bóstw morskich oraz takich, które mieszkają na wybrzeżach mórz i oceanów. Urodziły się im także przeraźliwe sturękie trojaczki, które niedługo potem miały stać się postrachem świata. Gaja powiła również trzech cyklopów – potężnych, sięgających chmur potworów, z których każdy miał tylko jedno oko na samym środku czoła.


Czyli, jak widzicie, była to całkiem liczna rodzinka. Jeżeli wziąć jeszcze pod uwagę, że i tytani wkrótce doczekali się dzieci, łatwo zrozumieć, że Gaja miała spore problemy z podliczeniem wszystkich swoich wnuków i prawnuków.

Niestety małżeństwo Gai i Uranosa zaczęło się psuć. Coraz częściej wybuchały między nimi kłótnie – szczególnie odkąd sturękie trojaczki rozszalały się po świecie, rycząc straszliwie, przesuwając góry i wychlapując wodę z oceanów.

– Tak dłużej być nie może! – grzmiał Uranos.


– Co chcesz, to jeszcze dzieci… – broniła ich Gaja.

Jednak gdy trojaczki zagroziły, że zbuntują się przeciw ojcu, rozeźlony Uranos strącił je na samo dno Tartaru, krainy ciemności i śmierci – a potem przywalił wejście do niej potężnymi skałami. Nie było stamtąd ucieczki.

– Jak mogłeś?! – krzyknęła Gaja.

– Miałem czekać, aż zrzucą mnie z tronu? – warknął Uranos.

I na wszelki wypadek strącił do Tartaru także cyklopów – jakoś od początku nie polubił tych jednookich potworów.

Tego było już Gai za wiele! Zwołała wszystkich tytanów i poskarżyła się na okrucieństwo męża. Kronos, ulubieniec matki, przyłożywszy ucho do ziemi, usłyszał jęki swego rodzeństwa.


Ojciec oszalał! Należało go pozbawić tronu, i to jak najszybciej! Jeszcze tej samej nocy najmłodszy z tytanów zakradł się do sypialni Uranosa i zranił go otrzymanym od matki sierpem. Osłabionego boga nie było już trudno pokonać – po krótkiej walce Kronos zepchnął ojca w otchłanie Tartaru. Usłyszał jednak coś, czego miał nie zapomnieć już nigdy…

– Przeklęty synu! – wrzeszczał spadający w ciemność Uranos. – I ciebie kiedyś twój własny syn pozbawi tronu! Zobaczysz!

Na razie jednak nic nie zapowiadało, że klątwa ojca się spełni. Za zgodą Gai, jak i pozostałych tytanów, Kronos objął rządy nad światem. Trzeba przyznać, że rządził mądrze i sprawiedliwie – szczęśliwe nastały dni dla ziemi. Nigdzie nie toczono walk, nigdzie nie było zbrodni, wojen, chorób… Przyroda, dotąd struchlała pod rządami okrutnego Uranosa, teraz rozwijała się bujnie, otoczona troskliwą opieką licznych bóstw i bóstewek.


I wydawało się, że ta szczęśliwość trwać już będzie przez wieki, ale niestety…

Kronos nie potrafił zapomnieć przekleństwa ojca.

– Teraz na mnie kolej – powtarzał często swojej żonie, Rei. – Następny w Tartarze będę ja.

Ale żeby przepowiednia Uranosa nie mogła się spełnić, postanowił wszystkie swe dzieci od razu po urodzeniu połykać!

Reja wpadła w rozpacz!

Zapłakana poszła do matki ziemi z prośbą o pomoc i wstawiennictwo. Lecz Gaja dobrze wiedziała, że żadne słowa nie wpłyną na postępowanie jej syna – władza odbiera rozum nawet bogom. A Reja tak bardzo chciała mieć potomstwo! Czuła zresztą, że już niedługo urodzi następne dziecko – czy i ono miało trafić do brzucha ponurego małżonka?!

 

Wspólnie wpadły na pewien pomysł.

Gdy dziecko miało już przyjść na świat, Reja owinęła w pieluszki kamień wielkości niemowlęcia, a potem podsunęła go Kronosowi, mówiąc, że oto jest ich nowy potomek.


Kłap! – i Kronos połknął kamień w całości. Nawet nie był zaskoczony, że dziecko jest twarde i ciężkie – w tych czasach rodziły się różne dziwne stworzenia, a już w rodzinach bogów to szczególnie – nic więc dziwnego, że Kronos nie domyślił się podstępu.

Uszczęśliwiona Reja czym prędzej wywiozła dziecko na wyspę o nazwie Kreta. Tu – ukryty w skalnej jaskini – miał wzrastać jej ukochany synek.

– Zaopiekujcie się nim, dobrze? – poprosiła nimfy górskie. – Ma na imię Zeus.

– Zeus… – wyszeptały nimfy. I poczuły, że przenika je drżenie. Bowiem stara przepowiednia mówiła, że takie właśnie imię będzie nosił przyszły władca świata, bóg bogów, król na Olimpie…

Zeus!

Na razie jednak Zeus niewiele różnił się od reszty dzieci. Robił kupę w majtki, co wieczór pyskował, że nie chce jeszcze spać, uwielbiał słodycze. Była z nim masa uciechy – a nimfy górskie wkrótce szczerze pokochały tego nieznośnego smarkacza. Zresztą rzeczywiście dawał się lubić. Pałętał się po całej wyspie, zrywając kwiatki i ganiając motyle. Z góry czuwała nad nim matka, Reja. Z kolei tu, na dole, nie odstępowały go na krok nimfy i dobre duszki. Jako że jednak Reja wciąż obawiała się swego podejrzliwego męża, poprosiła dziewięciu kapłanów, aby stale tańczyli nieopodal jaskini, w której wzrastał jej synek. Mieli przy tym śpiewać hałaśliwie i głośno bić w bębny – a wszystko po to, żeby zagłuszyć płacz czy śmiech Zeusa.

Płynęły lata.


Zeus był coraz większy.

Włóczył się po łąkach w towarzystwie swojej ukochanej kozy Amaltei, która przez wszystkie te lata karmiła go mlekiem.


Cóż to w ogóle była za koza!

Wierna jak pies, mądra jak delfin, czujna jak sokół. Amaltea stała się powierniczką marzeń Zeusa, jego największym przyjacielem, jego najcierpliwszym słuchaczem. Nie odstępowała go na krok.

Któregoś razu Amaltea, zaczepiwszy rogiem o skałę, złamała go. Zeus podniósł róg z ziemi, napełnił go miodem, owocami, orzechami i innymi pysznościami, po czym oświadczył, że róg ten będzie od tej pory zwany rogiem obfitości. Każdy, kto go znajdzie, nie zazna już nigdy głodu i biedy – albowiem róg, choćby nie wiadomo ile osób z niego jadło, zawsze w cudowny sposób napełni się smakołykami. A wszystko po to, aby imię Amaltea do końca świata wymawiano z szacunkiem i podziwem!

Zresztą nawet po śmierci Amaltea wiernie towarzyszyła Zeusowi. Z jej skóry przyszły władca świata zrobił cudowną tarczę, egidę, którą zabierał w każdy bój – żaden pocisk, miecz ani strzała, żadne ostrze nie były w stanie jej przebić!

Reja – rzadko, bo rzadko – odwiedzała jednak Zeusa. Nie mogła czynić tego częściej – Kronos w miarę upływu czasu stawał się coraz bardziej ponury i podejrzliwy. Lecz gdy tylko była okazja, Reja, obładowana prezentami, ruszała na spotkanie z synem. A że jej mały chłopczyk nie wiadomo kiedy stał się dużym chłopcem, potem zaś prawie że dorosłym młodzieńcem, Reja stwierdziła któregoś razu, że może mu już opowiedzieć tragiczne dzieje ich rodziny…

Zeus słuchał wstrząśnięty. Jak to?! Ojciec połykający własne dzieci?! Słyszał kto o takim bestialstwie?! Czuł, że narasta w nim gniew i chęć zemsty – czuł, że któregoś dnia będzie musiał zmierzyć się z Kronosem…

Zaczął więc trenować walkę mieczem i oszczepem. Ale szczególnie sprawnie posługiwał się piorunami! Ciskał nimi, jakby to były smukłe dzidy, a nie rozpalone do białości błyskawice – wkrótce doszedł do takiej wprawy, że z odległości stu kilometrów potrafił upolować krążącego nad kałużą komara!

Gdy Zeus poczuł, że jest już gotowy do zmierzenia się z ojcem, podsunął Rei pewien sprytny pomysł.

– Wsyp mu do zupy środek na wymioty – poradził.

– Po co? – zdziwiła się Reja.

– Zobaczysz… – mruknął Zeus.

Nie pytając o nic więcej, Reja wsypała do zupy Kronosa jakiś proszek. Kronos zjadł jedną łyżkę, drugą, trzecią i nagle…

– Co to za obrzydlistwo?! – wrzasnął łapiąc się za brzuch. Nim zdążył dobiec do ubikacji, chwyciły go mdłości, a zaraz potem – wstyd powiedzieć – zwymiotował!


A tu niespodzianka! Bo nie tylko zupę zwymiotował Kronos, ale i kamień owinięty w pieluszkę, jak również wszystkie połknięte do tej pory dzieci – dorosłe już i pełne żalu do ojca.

– Brać go! – rozkazał Zeus.

I rozgorzała straszliwa walka! Po stronie Kronosa stanęli wszyscy tytani, po stronie Zeusa zaś, prócz Rei, jego bracia i siostry, a także uwolnieni z mroków Tartaru sturęcy i cyklopi! Jakiż to był bój! Dziesięć lat minęło, nim wreszcie zmagający się z sobą bogowie opadli z sił! Z coraz większym trudem ciskali w siebie głazami, coraz trudniej przychodziło im wymachiwanie mieczami!… Tylko niezmordowany Zeus wciąż z tą samą siłą i energią raził przeciwników piorunami. Najdłużej bronił się Kronos, ale i on wreszcie runął w otchłań Tartaru, a spadając przypomniał sobie przekleństwo ojca, Uranosa. Cóż, taki los…

Odtąd to Zeus miał rządzić światem. Wraz ze swoim rodzeństwem osiadł na szczycie góry Olimp i stamtąd władał wszystkimi i wszystkim. Oczywiście nie od razu zapanował spokój – zdarzały się i później walki między bogami. Ale niewiele zmieniły – to Zeus miał być panem tego świata!


Nasz przyjaciel Prometeusz


Każde dziecko wie, że z piasku można ulepić różne fajne rzeczy. Rybki, kwiatuszki – co kto umie. A Prometeuszowi udało się kiedyś ulepić człowieka. Zresztą niejednego. No, ale Prometeusz był tytanem, czyli jednym z bogów – a jak wiadomo bogowie potrafią nie takie rzeczy. Poza tym ulepił tego człowieka nie z piasku, tylko z gliny. Może to była jakaś specjalna glina? Trudno powiedzieć… W każdym razie ulepił – i już!

Zapyta ktoś: „Po co lepić ludzi, skoro tylu ich na świecie?”. Ha, w tym rzecz, że wtedy żadnych ludzi nie było! Spustoszona ziemia ledwo jeszcze zipała po walkach bogów, którzy bili się tu o władzę.

Widok wymarłych, pustynnych terenów przygnębiał Prometeusza. Brakowało tu kogoś żywego. Brakowało człowieka. Prometeusz pochylił się więc nad kawałkiem gliny i zaczął lepić – ręce, nogi, głowę… Pracował niezmordowanie przez kilkanaście godzin, a gdy skończył, poprosił Atenę, boginię wiedzy i mądrości, aby tchnęła w te nieruchome ludzkie ciała życie. I tak właśnie powstali pierwsi ludzie.


Jednak ulepić człowieka to jedno, a nauczyć go żyć, to drugie. Na początku ludzie zupełnie nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Mieszkali w zimnych, ciemnych jaskiniach, jedli, co popadło, ciągle marzli, bo nie umieli uszyć sobie ubrań… Właściwie nic nie umieli. Nie znaliżadnych narzędzi, nie wiedzieli, jak uprawiać ziemię ani jak budować domy, nie wpadli na pomysł, że można hodować zwierzęta… Tego wszystkiego musiał ich dopiero nauczyć Prometeusz. I nauczył. Trochę to trwało, ale nauczył. Wkrótce ludzie zaczęli żyć dostatnio i szczęśliwie. Niczego im nie brakowało, potrafili zmagać się z siłami przyrody i – rzecz jasna – byli Prometeuszowi ogromnie wdzięczni.


Zeus zgrzytał ze złości zębami. Przecież to on był władcą świata – a nie Prometeusz! Zwołał więc wszystkich ludzi i mówi im tak:

– Słuchajcie, zaopiekuję się wami, ale… – tu zawiesił głos – ale coś za coś. Będziecie składali mi ofiary.

– To znaczy? – zapytał ktoś niepewnie.

– No… – Zeus podrapał się po głowie. – Powiedzmy, że zabijając jakieś zwierzę, będziecie mi oddawali jego część.

Przysłuchujący się temu wszystkiemu Prometeusz uznał, że nie ma sensu wszczynać kolejnej walki z Zeusem. Najbardziej ucierpieliby na tym właśnie ludzie – a zależało mu na ich spokoju i bezpieczeństwie. Lepiej przechytrzyć złośliwe bóstwo… Poradził więc swym podopiecznym, aby przyjęli warunki Zeusa. A on już zadba o to, by bogowie nie zażądali za swą opiekę zbyt wysokiej opłaty.

W dniu, w którym miała być złożona pierwsza ofiara, Prometeusz przyprowadził przed ołtarz dorodnego byka. Jego mięso, owinięte w skrwawioną skórę, złożył po jednej stronie ołtarza, a po drugiej – bycze wnętrzności i kości – przy czym okrył je tak pieczołowicie tłuszczem, że wyglądały jak najsmaczniejsze kąski.

Zeus spoglądał na nie łakomym wzrokiem.

– No dobra – powiedział zacierając z radości ręce. – Odtąd będziecie mi oddawali właśnie te tłuściutkie kawałki. A resztę możecie sobie zostawić.

– Nie ma sprawy… – bąknął któryś z ludzi.

Jakaż była wściekłość władcy Olimpu, gdy zobaczył, co kryje się pod tłuszczem!


– Prometeusz! – wrzasnął. – Ty draniu!

Ale było już za późno, Zeus nie mógł zmienić zdania. Zabrał więc swoją część byka i, jak niepyszny, powrócił na Olimp.

– Czekaj… – mruczał – jeszcze pożałujesz.

Oczywiście na ludziach było mu łatwiej wyładować złość niż na Prometeuszu. Zaraz też wymyślił, że nie pozwoli śmiertelnikom korzystać z ognia. Sprowadził nad ludzkie osady czarne chmury, spuścił deszcz, który wygasił wszelkie ogniska, a potem zakazał Prometeuszowi rozpalać ich na nowo. Ogień miał od tej chwili należeć wyłącznie do bogów. A że wtedy jeszcze nie było ani zapałek, ani zapalniczek, ludzie nie potrafili sami wskrzesić płomieni.

– Jak to?! – oburzał się Prometeusz. – Przecież nie mając ognia, będą żyli nędznie jak robaki!

Lecz Zeus wzruszał tylko ramionami.

Prometeusz chodził ponury po zziębniętej ziemi. Patrzył bezradnie na przemarzniętych ludzi, którzy tulili się do siebie w poszukiwaniu choć odrobiny ciepła, na dzieci, które krzywiły się z niesmakiem na widok surowych ryb i buraków. A on nie miał przy sobie żadnego narzędzia, którym mógłby rozpalić ogień!

Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

– Wykradnę go – wyszeptał oszołomiony własnym zuchwalstwem. – Niech się dzieje, co chce! Wykradnę go samemu Heliosowi!

Helios był bogiem słońca. Każdego dnia wyruszał swoim świetlistym rydwanem w podróż przez niebo. Ogniste konie ciągnęły żarzącą się kulę słońca, krzesząc spod kopyt snopy iskier. Gdy Helios wyjeżdżał o świcie zza horyzontu, zaczynał się dzień, gdy znikał – nastawała noc.

Następnego poranka Prometeusz podkradł się do wyłaniającego się zza gór rydwanu Heliosa i przytknął do niego oliwną gałązkę – w jednej chwili delikatne listki stanęły w płomieniach! Prometeusz ostrożnie zapalił od nich kolejne gałązki, a gdy był już pewien, że ogień nie zgaśnie, rozniósł je po ludzkich osadach.


Jakże się ludzie ucieszyli! Wreszcie mogli ogrzać się przy trzaskających wesoło płomieniach. Wreszcie mogli wysuszyć ubrania. Wreszcie mogli zjeść coś ciepłego. Strzegli odtąd ognia jak najcenniejszego skarbu – przed deszczem, wiatrem, przed tym, co mogło go zagasić.I, co oczywiste, dziękowali Prometeuszowi przy każdej okazji.

Zeusowi było tego za wiele!

 

– Masz go ukarać! – rozkazał Hefajstosowi, bogu ognia.

Zahukany Hefajstos nie śmiał przeciwstawić się ojcu. Ruszył z dwoma pomocnikami na poszukiwanie nieposłusznego tytana. A że, jako kowal, obdarzony był niezwykłą siłą, gdy dopadł już Prometeusza, uwięził go bez zbytnich problemów. Może zresztą Prometeusz nie bronił się za bardzo? Przecież dobrze wiedział, że kradzież musi być ukarana – nawet jeśli nie była czyniona dla własnej korzyści.


Straszny był gniew Zeusa, okrutna kara, którą wymierzono krnąbrnemu tytanowi. Przykuty łańcuchami do skalnej ściany Kaukazu Prometeusz cierpiał męki wystawiony na palące promienie słońca, na porywiste wiatry, na ulewne deszcze… Nikt nie mógł przyjść mu z pomocą, bo też nikt ze śmiertelników nie był w stanie dotrzeć na to odległe pustkowie, a bogowie bali się gromowładnego Zeusa.

Jedynym świadkiem cierpień Prometeusza był orzeł, przysyłany tu każdego dnia przez mściwego władcę Olimpu. Potężnymi pazurami rozrywał brzuch nieszczęśnika, a potem, nie zważając na jego krzyki, wyszarpywał mu wątrobę. I każdego dnia rana goiła się w cudowny sposób, bo Zeus pragnął, by ta męka nie skończyła się nigdy.

Aż wreszcie o męce tytana dowiedział się Herkules i postanowił dotrzeć w dzikie strony. Nie było wtedy sławniejszego bohatera na świecie – każdy chłopiec, ledwo nauczył się chodzić, już krzyczał, że zostanie w przyszłości Herkulesem. Nawet mieszkający na Olimpie bogowie przyglądali mu się z szacunkiem – mało to Herkules potworów pokonał, mało rzezimieszków ukarał?

– Ratunku… – wyszeptał ostatkiem sił Prometeusz.

Herkules przystanął. Czyżby się przesłyszał? Może to tylko wiatr?

– Ratunku…

Widok przykutego do ściany umęczonego tytana wstrząsnął Herkulesem głęboko. Rozpoznał Prometeusza, jakże mógłby nie rozpoznać dobroczyńcy ludzkiego rodu?! Kątem oka dostrzegł nadlatującego orła – chwycił łuk, napiął cięciwę… i już po chwili przeszyte celną strzałą ptaszysko spadło na skały. Teraz wystarczyło tylko rozkuć kajdany i uwolnić więźnia.

I tak skończyły się cierpienia Prometeusza. Po pewnym czasie nawet Zeus przyznał, że kara była zbyt okrutna – pozwolił więc zamieszkać Prometeuszowi na Olimpie. Możliwe, że później tego żałował, bo Prometeusz jeszcze nieraz stawał w obronie ludzi.

Ale to już zupełnie inna historia.


Puszka Pandory


Zazdrość to nic fajnego. Jeżeli kiedykolwiek byliście o kogoś lub o coś zazdrośni, dobrze wiecie, jakie to paskudne uczucie. Człowiek zazdrosny jest ciągle zły, ponury, na niczym nie może się skupić, nic go nie bawi. Co gorsza, zazdrość może czasami popchnąć do zrobienia czegoś złego. Koleżanka obgaduje koleżankę, bo jest zazdrosna o buty. Kolega bije kolegę, bo jest zazdrosny o jakąś dziewczynę…

Wiem, wiem, połowa chłopaków skrzywiła się w tym momencie – bo jak niby można być zazdrosnym o dziewczynę?! Jak w ogóle można interesować się dziewczynami, prawda?


Ale daję wam słowo, że można. Sam kiedyś się krzywiłem, a teraz… – a teraz już nie. Jeżeli jednak komuś przeszkadza wspomniana dziewczyna, to proszę bardzo – możemy ją wymienić na, dajmy na to, komputer. Kolega bije kolegę z zazdrości, bo nie ma równie fajnego komputera. Już dobrze? To teraz wracajmy do naszej opowieści.

Choć uprzedzam, że wkrótce i w niej pojawi się dziewczyna, na dodatek bardzo ładna. Będzie nosiła śmiesznie brzmiące imię Pandora, co po grecku znaczy mniej więcej „obdarowana przez wszystkich”. Przez wszystkich – czyli, w tym wypadku, przez mieszkających na szczycie Olimpu bogów. Z samym Zeusem gromowładnym na czele.

Czym obdarowana? Ha, dobre pytanie! Otóż Pandora otrzymała od Zeusa i innych bogów gliniane naczynie. Nazwano je później – zupełnie nie wiadomo dlaczego – puszką. Puszka Pandory, zapamiętajcie tę nazwę raz na zawsze. Każdy z mieszkańców Olimpu wrzucił coś do jej wnętrza, lecz co, tego Pandora nie wiedziała. Zeus nie zgodził się, by zajrzała do środka.

Zanim jednak otrzymała ten tajemniczy prezent, musiała się urodzić, rzecz jasna. A z jej narodzinami to była dziwna sprawa. Któregoś dnia Zeus kazał swojemu synowi Hefajstosowi ulepić z gliny najpiękniejszą kobietę, jaką tylko można sobie wyobrazić. Gdy posąg był już gotowy, Zeus ożywił go – i musiał przyznać, że Hefajstos spisał się na medal. Nigdy wcześniej Olimp nie gościł równie cudnej istoty!

– Nikt się jej nie oprze! – Zeus aż zacierał ręce z uciechy. Miał bowiem ochotę spłatać niemiłego psikusa zarówno ludziom, jak i ich opiekunowi, Prometeuszowi. A wszystko przez zazdrość – Zeus był zły, że ludzie nie jego, boga bogów, uważają za swego dobrodzieja, a Prometeusza właśnie! Poza tym od pewnego czasu ludziom żyło się, zdaniem Zeusa, za dobrze: nie chorowali, nie umierali, nie kłócili się między sobą… A doświadczenie uczy, że człowiek szczęśliwy rzadziej modli się do bogów niż człowiek nieszczęśliwy, mniej składa im ofiar, no i mniej się ich boi.

– Pandoro, zaniesiesz ludziom prezent – zachichotał Zeus. – I to taki, że na długo nas popamiętają!

I zaraz kazał Pandorze się zbierać. Na drogę dał jej tylko owo szczelnie zamknięte gliniane naczynie, a w nim… – ale o tym za chwilę.

Niedługo potem piękna dziewczyna stanęła przed domostwem niejakiego Epimeteusza. Nie bez przyczyny Zeus akurat tutaj posłał Pandorę. Epimeteusz był bratem Prometeusza, nie mógł się jednak poszczycić równą co on mądrością – najlepszy dowód, że nosił imię, które po grecku znaczy „myślący do tyłu”.

– Słuchaj – tłumaczył mu wiele razy Prometeusz – nigdy, ale to nigdy nie przyjmuj żadnego prezentu od bogów Olimpu. To na pewno będzie jakiś podstęp.


Ale choć Epimeteusz kiwał głową i przyrzekał, że niczego nie przyjmie, gdy tylko ujrzał olśniewającą dziewczynę, poczuł, że jego myśli płyną jeszcze wolniej niż zwykle (kto wie zresztą, może w ogóle przestały płynąć?). A już zupełnie osłupiał ze szczęścia, gdy Pandora oświadczyła, że Zeus – z czystej sympatii do brata dzielnego Prometeusza – przysłał ją na ziemię, by została żoną Epimeteusza – po co bowiem ma się męczyć samotnie na świecie?

– A co jest w tym naczyniu? – zdołał zapytać oszołomiony Epimeteusz.

– Prezenty od bogów – powiedziała Pandora. – Ale Zeus nie pozwolił na razie zaglądać do puszki.

Na razie więc do niej nie zaglądali. Epimeteusz świata poza Pandorą nie widział. Wkrótce też zgodził się, mimo przestróg Prometeusza, pojąć ją za żonę. A gdy wrócili z podróży poślubnej, Epimeteusz poczuł na własnej skórze, co to znaczy być mężem tak pięknej kobiety. Wszyscy mężczyźni robili do niej słodkie oczka, wszystkie kobiety obgadywały ją niemiłosiernie. Na dodatek Pandora miała niezły charakterek i Epimeteusz często musiał znosić jej humory. A już najgorsza była jej niepohamowana ciekawość i wścibstwo – wszędzie musiała zajrzeć, wszędzie chciała wściubić swoje trzy grosze…

– Może byśmy otworzyli tę puszkę? – niby mimochodem zapytała Pandora, błyszczącymi oczami zerkając na gliniane naczynie.

– Przecież sama mówiłaś, że Zeus zabronił! – przestraszył się Epimeteusz.

– Ale to było dawniej, przed ślubem – kusiła Pandora. – A teraz, gdy jesteśmy już małżeństwem, to chyba możemy?


Epimeteusz wybrał się na spacer, by przemyśleć to w samotności. A że, jak wiemy, myślenie nie było jego mocną stroną, nim zdołał coś wymyślić, Pandora podeszła do puszki i… nie wiadomo kiedy otworzyła ją!

– Pandoro, nie! – zdążył tylko zawołać Epimeteusz, który w tej chwili zajrzał przez okno. Ale było już za późno!

– Ha! – ryknął z radości spoglądający z wysoka Zeus. – Patrzcie, co teraz się stanie!


A w istocie było na co patrzeć. Z puszki, z przeraźliwym sykiem, zaczęły wypełzać „prezenty” od bogów: smutki, żale, nędza, tęsknoty, choroby, a nawet śmierć. Wstrętne pokraczne postacie rozwijały błotniste skrzydła, wymykając się na świat. Tuż za nimi pojawiły się pająki, żmije, gady i płazy, i obrzydliwe robale. I wszystko to rozpełzło się – najpierw po domu skamieniałego z obrzydzenia i strachu Epimeteusza, a potem dalej, po całym świecie. Zeus zaś i inni bogowie na szczycie Olimpu śmiali się do rozpuku ze swego kawału – jako nieśmiertelni nie przypuszczali nawet, ile złego wyrządzili. Odtąd ludzkość aż po wsze czasy miała być dręczona biedami, które wypełzły z puszki.

A gdy ciemność, strach i żal ogarnęły całą ziemię, na samym dnie glinianej puszki pojawiła się jeszcze jedna postać. Nie przypominała swych pokracznych, obrzydliwych braci. Wraz z nią w domu Epimeteusza błysnęło czyste słoneczne światło. Był to ostatni boski dar – nadzieja. Do dziś nie wiadomo, który z bogów zdecydował się ją tam złożyć. Może sam Zeus, zawstydzony własną bezmyślną zazdrością i gniewem?

Co prawda niektórzy powiadają, że nim nadzieja zdążyła wydobyć się z puszki, Pandora, zdjęta grozą, zatrzasnęła jej wieko. Inni jednak utrzymują, że szczęśliwie udało się jej wydostać na zewnątrz – i chyba oni właśnie mają rację. Bo choć choroby, smutki, żale, nędze i tęsknoty ciągle gnębią ludzi, to przecież każdy z nas wciąż liczy, że wszystko jakoś się jeszcze ułoży i będzie dobrze, prawda? Gdy jest nam smutno, mamy nadzieję, że następny dzień będzie lepszy. A skoro mamy nadzieję, to znaczy, że udało się jej wymknąć z puszki pewnej ciekawskiej dziewczyny o imieniu Pandora.