CO TO ZNACZY…Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Dzień dobry,

niektórzy dorośli zachowują się, jakby pozjadali wszystkie rozumy, prawda? To znaczy są strasznie przemądrzali i dziwią się, jeżeli czegoś nie wiecie. Jakby zapomnieli, że niedawno sami jeszcze byli dziećmi i nie zawsze rozumieli, co na przykład znaczy: dzielić włos na czworo, czuć do kogoś miętę lub mieć spóźniony zapłon. Nie przejmujcie się nimi. Jeżeli są na tyle niemądrzy, że nie chcą Wam czegoś wytłumaczyć, zawsze możecie sięgnąć po – uwaga, teraz będzie trudna nazwa! – słownik frazeologiczny. Tam znajdziecie wytłumaczenie wszystkich niezrozumiałych powiedzonek. Zaś w książce, którą trzymacie właśnie przed oczami, przeczytacie aż sto jeden króciutkich i zabawnych opowiadań tłumaczących najpopularniejsze wyrażenia. Na samym końcu znajdziecie ich spis. Możecie czytać te opowiadania po kolei – od pierwszego do ostatniego, możecie też czytać je na wyrywki – raz te, raz tamte, raz krótsze, raz dłuższe. Każde mówi o czym innym, więc nie musicie się obawiać, że czegoś nie zrozumiecie, jeśli przyjdzie Wam do głowy czytać tę książkę, powiedzmy, od końca. Tym, co je łączy, jest osoba bohatera. We wszystkich opowiadaniach występuje sympatyczny chłopiec o imieniu Bartuś. Jak i jego rodzina, koledzy i nauczyciele. Dobrze by było, abyście się zapoznali z nimi przed lekturą. Ale jeśli nie macie na to ochoty – Wasza sprawa. Tak czy siak na pewno będziecie bawili się dobrze. Czego Wam życzy...

Grzegorz Kasdepke


Ani na lekarstwo


Bartuś lubi jeździć do babci, bo babcia dokarmia go słodyczami. Po dwóch dniach jest zwykle grubszy o cztery kilogramy.

– Dużo zostało tych pierniczków? – zapytał Bartuś leżąc nieruchomo przed telewizorem.

Babcia zajrzała do miseczki.

– Ani na lekarstwo… – powiedziała.

Bartuś spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Z pierniczków robi się lekarstwa?…

Babcia roześmiała się.

– Ani na lekarstwo… – zaczęła wyjaśniać – to znaczy bardzo, bardzo mało, prawie nic.

– Czyli coś jeszcze zostało? – oblizał się Bartuś.

– Okruszki… – mruknęła babcia. I natychmiast je zjadła.

Biały kruk


Dziadek Bartusia ma dwie życiowe pasje: jedną z nich jest jego żona, a drugą – czytanie książek. Nie przepada natomiast za zwierzętami.

Jakież więc było zdziwienie Bartusia, gdy dowiedział się, że dziadek trzyma w domu białego kruka!…

– Pokażesz mi?… – Bartuś aż podskakiwał z niecierpliwości.

Dziadek, dumny jak paw, ruszył do swego gabinetu, a po chwili wrócił z… rozpadającą się książką w ręku.

– Co to jest?! – Bartuś nie umiał ukryć zawodu.

– Prawdziwy rarytas!… – mlasnął z zachwytem dziadek. – Rzadkość na rynku, wydano ją ponad sto lat temu!…

Bartuś spojrzał na książkę krytycznym wzrokiem.

– Ale co ona ma wspólnego z białym krukiem?…

– Jak to co?! – zirytował się dziadek. – Znaleźć białego kruka byłoby równie trudno, jak tę książkę!… Rozumiesz?

Bartuś wzruszył ramionami. Ech, ci dorośli…

Biec jak na skrzydłach


Tata Bartusia postanowił wziąć udział w maratonie. Co było tym bardziej zaskakujące, że nigdy wcześniej nie trenował. Teraz jednak codziennie po przyjściu z pracy zakładał dres – i biegał tam i z powrotem po osiedlowych alejkach. „Biegał” – to za dużo powiedziane. Przez pierwszych pięć minut truchtał, a potem już tylko powłóczył nogami – nie zapominając jednak o sportowej minie.

– A może powinieneś przełożyć start na przyszły rok?… – zaproponowała nieśmiało mama.

Tata jednak nie chciał o tym słyszeć.

– Maraton dopiero za miesiąc – wysapał ciężko. – Do tego czasu będę biegał jak na skrzydłach!…

Bartuś spojrzał pytająco na mamę. Jak na skrzydłach?!…

– To znaczy lekko, szybko, bez zmęczenia… – westchnęła mama patrząc na znikającego za blokiem tatę. Nie mogła uwierzyć w ten miesiąc…

Jakież więc było jej zdumienie, gdy po chwili ujrzała swego męża biegnącego z powrotem – i to w wielkim tempie.

Za nim – jeszcze szybciej – pędził bulterier sąsiadów.

– To jest właśnie bieg jak na skrzydłach?… – upewnił się Bartuś.

– Prawie… – wyjąkała mama. – Trochę za mało w nim radości…

Budować zamki na lodzie


Przeważnie na plaży jest tak: mama się opala, tata się nudzi, a Bartuś jęczy, że chce popływać.

Wczoraj jednak było inaczej. Ledwo tata rozłożył koc, zaraz przeciągnął się, złapał łopatkę Bartusia i krzyknął, że będzie budował zamek. Ogromny – z wieżami, z fosami, ze zwodzonym mostem – najwyższy i najpiękniejszy na plaży!…

Mama westchnęła, a Bartuś rozejrzał się zdziwiony dookoła.

– A przecież tu nigdzie nie ma lodu… – powiedział nagle. – Taki na patyku wystarczy?…

– Co ty gadasz?! – zdenerwował się tata. – Po co mi lód?!

– Mama zawsze mówi – wyjaśnił Bartuś – że ty umiesz budować tylko zamki na lodzie!

Tata spojrzał na mamę takim wzrokiem, że powinna zapaść się pod ziemię.

Ale nie zapadła się.

– To znaczy, że tata trochę fantazjuje – wycedziła. – Snuje nierealne plany! Przecenia swoje możliwości! Wyolbrzymia…

– Starczy, starczy!… – przerwał jej tata.

A potem zbudował zamek – może nie największy i nie najpiękniejszy, ale jednak!…

Być kozłem ofiarnym


Tego dnia mama Bartusia miała wrócić późno. A że Bartuś nudził się, tata wymyślił kilka zajmujących zabaw. Najpierw bawili się klockami. Potem grali w piłkę. Potem w kometkę. Potem rzucali poduszkami. Potem zrobili dyskotekę. Potem puszczali samoloty z balkonu. Potem strzelali z łuku. Potem opryskiwali się wodą. Potem obsypywali się mąką. Potem przyszła mama…

Popatrzyła na przewrócone do góry nogami mieszkanie, uśmiechnęła się kwaśno i poprosiła, by Bartuś poszedł na chwilę do swego pokoju.

Co było później, łatwo się domyślić.

Po półgodzinie Bartuś wyjrzał z pokoju. Tata kończył właśnie zamiatać podłogę w kuchni. Był wyraźnie rozżalony.

– Znowu zostałem kozłem ofiarnym!

– To znaczy?…

– To znaczy, że narozrabialiśmy razem – wysapał tata – a oberwałem tylko ja! Czy to jest sprawiedliwe?

Bartuś westchnął. Takie już jest życie…

Być na świeczniku


Rodzice Bartusia zaprosili na kolację kilkoro znajomych, między innymi panią Halinkę – koleżankę mamy z pracy.

– Mam być dla niej miły, tak?… – zapytał Bartuś.

– No oczywiście, co za pytanie?! – Mama Bartusia spojrzała na niego podejrzliwie.

Bartuś przysiągł sobie w duchu, że tym razem naprawdę postara się być miły. Ledwo wszyscy zasiedli do stołu, przyniósł z drugiego pokoju świecznik – i wręczył go pani Halince…

– Ale… po co mi to?… – wykrztusiła pani Halinka.

– Jak to po co?… – Bartuś wzruszył ramionami. – Mama mówiła, że pani zawsze lubi być na świeczniku, więc… Proszę…

Wszyscy znieruchomieli.

Bartuś zerknął na zaczerwienioną mamę i domyślił się, że coś jest nie tak.

– Być na świeczniku… – wyjaśniła w końcu pani Halinka – to znaczy zwracać na siebie uwagę, koncentrować uwagę na swojej osobie…

– No to chyba się pani udało… – wymamrotał zakłopotany Bartuś.

– Tobie również. – Pani Halinka uśmiechnęła się do Bartusia cierpko.

I wyszła.

Być nie w sosie


Babcia Marysia zapowiedziała, że jej noga więcej już nie postanie w domu Bartusia – a wszystko przez tatę.

– Dlaczego przeze mnie?… – jęknął tata.

– Bo gdy przychodzi z wizytą, zawsze jesteś nie w sosie! – warknęła mama. – I nie potrafisz, albo nie chcesz tego ukryć! Myślisz, że tego nie widać?!

Bartuś uważnie przyjrzał się tacie. Rzeczywiście, mama miała rację…

– Mógłbyś chociaż raz się postarać – powiedział Bartuś, gdy zostali już sami.

– Ba, myślisz, że to takie proste?… – westchnął tata.

– No, nie przesadzaj, co w tym trudnego? – Bartuś prychnął z lekceważeniem. – Przecież potem się umyjesz…

 

Tata wybałuszył na Bartusia oczy.

– O czym ty mówisz? – zapytał.

– O sosie… – Bartuś spojrzał na tatę niepewnie. – Skoro babci Marysi tak zależy, żebyś się wysmaro…

Tata parsknął śmiechem. Minęło sporo czasu, zanim wreszcie był w stanie wykrztusić choć słowo.

– Być nie w sosie… – wyjaśnił w końcu – znaczy być w złym humorze, źle się czuć, być źle usposobionym… Wyobrażasz sobie minę babci, gdybym otworzył jej drzwi cały wysmarowany sosem?!…

Bartuś uśmiechnął się. Ale wyobrazić sobie tej sytuacji nie potrafił.

Być w siódmym niebie


Ledwo mama wyjechała na szkolenie, zaraz Bartuś wygrzebał skądś lunetę, wyszedł na balkon i zaczął wpatrywać się w niebo.

– Co ten chłopak wyprawia?!… – spytała babcia Bartusia.

Ale tata wzruszył tylko ramionami; przed chwilą przypalił dwa garnki i potłukł prawie wszystkie talerze, nie miał więc ochoty na pogawędkę.

– Bartuś, co robisz?… – dopytywała się babcia.

– Szukam mamy… – mruknął Bartuś.

– W górze?! – wykrzyknęła babcia.

– Podobno mama jest teraz w siódmym niebie… – wyjaśnił Bartuś. – Ale zdaje się, że moja luneta jest za słaba, widzę tylko pierwsze niebo…

Babcia spojrzała na tatę.

– Powiedziałem mu – warknął tata – że mama wyjechała i na pewno jest tam bardzo szczęśliwa… Choćby dlatego, że nie musi zajmować się domem!

Po czym pobiegł do kuchni, skąd rozchodził się swąd przypalonych kotletów.

Chodzić spać z kurami


Bartuś uparł się, że tej zimy nie pojedzie na ferie.

– Ale dlaczego? – zapytała zdumiona mama. – Przecież mieliśmy jechać w góry, do stryjka Łukasza!…

– Właśnie dlatego! – burknął Bartuś. – Nie będę spał na grzędzie!

Mama spojrzała na niego jak na wariata.

– Co ci przyszło do głowy?…

– Mało to razy słyszałem, że stryjek chodzi spać z kurami?! – zdenerwował się Bartuś.

Mama parsknęła śmiechem.

– Chodzić spać z kurami, to znaczy chodzić spać wcześnie – wyjaśniła. – Kury zasypiają wcześnie, a i stryjek nie lubi siedzieć długo wieczorem. Ale zapewniam cię, że śpi w łóżku. To co, jedziemy?…

Bartuś uśmiechnął się i pokiwał głową.

Cicha woda


Na ten dzień Bartuś czekał od dawna! Zerwał się o świcie, wyciągnął spod poduszki pistolet na wodę, a potem – cichutko, by nikogo nie obudzić – ruszył do sypialni dziadków, u których, jak co roku, spędzał wielkanocne święta.

Ostrożnie otworzył drzwi, podniósł pistolet i nagle…

Chlust!… Lodowata woda zmroziła go od stóp do głów.

Babcia zaśmiewała się leżąc w łóżku. Dziadek wyszedł zza drzwi z wiadrem w ręku – miał minę niewiniątka.

– No to już wiem… – mruknął po chwili Bartuś – dlaczego babcia mówi na ciebie cicha woda… Naprawdę nic nie słyszałem.

Dziadek roześmiał się.

– Cicha woda to ktoś, kto na pozór wydaje się nam spokojny… – wyjaśnił. – A w rzeczywistości wcale taki nie jest…

– Ciii!… – uciszyła ich babcia. – Chowajcie się za drzwi! Zaraz tu przyjdzie tata!…

Cienko śpiewać


Ach, jakże się Bartuś ucieszył, że w niedzielę ma do nich przyjść babcia Marysia!…

Mama patrzyła na niego ze zdziwieniem.

– Przecież nie lubisz tych niedzielnych obiadków… – mruknęła podejrzliwie.

– E tam, obiadki… – Bartuś wzruszył ramionami. – Za to wreszcie usłyszę, jak tata śpiewa!…

Mamę zamurowało. Tatę zresztą też – wybałuszywszy oczy przyglądał się Bartusiowi z niekłamanym zdumieniem.

– Jak to?… – wykrztusiła po chwili mama.

– No, babcia mówiła… – zaczął Bartuś – że jak zobaczy tatę, to tata będzie cienko śpiewał!…

Mama spojrzała na struchlałego tatę.

– Możesz mi to wyjaśnić? – poprosiła ze słodkim uśmiechem.

– Cienko śpiewać… – pisnął tata – to znaczy być w trudnym położeniu, z trudem dawać sobie z czymś radę…

– Wiem, co znaczy „cienko śpiewać”! – przerwała mu mama. – Powiedz lepiej, czym znowu naraziłeś się mojej mamie?!

– Nie mam pojęcia… – jęknął tata. – Może chodzi o to, że gdy myłem jej okna, to przy okazji kilka szyb pękło?… Trudno powiedzieć…

Ciepłe kluchy


Bartuś po przyjściu ze szkoły zachowywał się dziwnie; najpierw zmierzył sobie temperaturę, a potem stanął przed lustrem z torebką makaronu w ręku, i stał tak aż do obiadu.

– Źle się czujesz?… – zapytała zaniepokojona mama.

Bartuś wzruszył tylko ramionami.

Po chwili jednak nie wytrzymał.

– Mamo?… – zapytał. – Czy ja jestem podobny do makaronu?…

Mama otworzyła usta ze zdumienia.

– Co ci strzeliło do głowy?!

– Moja koleżanka… – bąknął zawstydzony Bartuś – …powiedziała, że…

– Że?…

– Że ja jestem… ciepłe kluchy!

Mama parsknęła śmiechem.

– Chciała pewnie powiedzieć, że jesteś ślamazarą! – domyśliła się. – Gamoniem…

– Naprawdę?! – zdenerwował się Bartuś. – A to zimna pyza!!!…

Coś komuś wychodzi uszami


Niektórzy lubią niedzielne obiadki, a inni nie – tak było, jest i będzie. Na przykład Bartuś ostatnio je uwielbia. Ale już jego tata – nie za bardzo…

– Ile osób przyjdzie tym razem?… – jęczy od samego rana.

– Jak ci nie wstyd?! – denerwuje się mama Bartusia. I przez następnych kilka godzin nie pozwala tacie wejść do kuchni; sama przygotowuje zupę, drugie danie, deser – a gdy wszyscy goście siedzą już przy stole, mama wzdycha ciężko i mówi, że tata znowu w niczym jej nie pomógł…

– Jak ci nie wstyd?! – Babcia Marysia zaczyna wtedy strofować tatę.

A tata robi się purpurowy ze złości.

Tak było i tym razem.

– Oho! – ucieszył się Bartuś. – Teraz patrzcie na taty uszy!

Tata spojrzał na Bartusia osłupiałym wzrokiem. Babcia Marysia też.

– Dlaczego na uszy?… – zapytała mama.

– A co, nie słyszałaś?… – zdziwił się Bartuś. – Tata mówił, że te niedzielne obiadki wychodzą mu uszami!…

Zaległa cisza. Tata miał bardzo dziwną minę.

– Tak się mówi – wycedziła babcia Marysia – gdy ma się czegoś dosyć… Jeśli tak, to…

– Ależ to jakaś pomyłka! – pisnął tata.

Nikt mu jednak nie uwierzył…

Czarna owca


Wujek Grzesiek, ulubiony wujek Bartusia, rzadko pojawia się na rodzinnych uroczystościach. A to dlatego, że wszystkie ciotki od razu zaczynają go wypytywać, kiedy się ustatkuje – czyli kiedy skończy studia, znajdzie pracę, ożeni się…

Nigdy jednak nie opuścił urodzin Bartusia.

– Oho!… – zawołał tata, gdy skupiona wokół tortu rodzinka usłyszała dzwonek. – Idzie nasza czarna owca!

Bartuś spojrzał na niego osłupiały. Czyżby jeszcze jeden prezent?…

Zamiast beczącego zwierzaka do pokoju wszedł wujek Grzesiek.

– Przepraszam za spóźnienie! – wysapał.

Ciotka Iwonka wymownie spojrzała na zegarek.

– Jak zwykle! – wycedziła. – Wszyscy przychodzą na czas, tylko ty nie!

– Wszyscy są ubrani wizytowo! – dodała ciotka Danusia. – A ty w dżinsach!

– Wszyscy kupili Bartusiowi słowniki… – kontynuowała ciotka Iwonka – a ty pewnie…

Wujek Grzesiek wyciągnął z torby pistolet na strzałki.

– A ja taki drobiazg… – mruknął zawstydzony.

– Hurra! – Bartuś aż podskoczył. Ciotka Iwonka zgromiła go wzrokiem.

– Uważaj! – pogroziła Bartusiowi palcem. – Bo i ty się wyrodzisz z naszej rodziny!…

Czuć do kogoś miętę


Wracając ze szkoły Bartuś natknął się – zupełnie przypadkowo – na wujka Grześka. Siedział na ławce w parku pochłonięty rozmową z jakąś dziewczyną.

– Cześć, wujku! – krzyknął Bartuś podchodząc do ławki.

– Cześć… – Wujek Grzesiek z trudem powrócił do rzeczywistości. – Znacie się? Mój siostrzeniec, Bartuś. Iga, moja… koleżanka.

Iga uśmiechnęła się do Bartusia i wyciągnęła do niego rękę. Bartuś nie mógł się powstrzymać – pochylony nad dłonią Igi obwąchiwał ją z zapałem.

– Co ty wyprawiasz?! – wykrztusił wujek Grzesiek.

– Przepraszam… – zawstydził się Bartuś i popatrzył na osłupiałą Igę. – Tata mówi, że wujek czuje do pani miętę, ale szczerze mówiąc… zupełnie nie wiem dlaczego.

Wujek Grzesiek zrobił się czerwony jak burak. Iga parsknęła śmiechem.

– Naprawdę?… – chichotała. – To znaczy, że podkochujesz się we mnie? Jesteś pod moim urokiem? Czujesz do mnie pociąg?…

– Mniej więcej… – wymamrotał wujek Grzesiek. – Ale do Bartusia to chyba czuję w tej chwili pokrzywę…

Dawać za coś głowę


Dyrektor szkoły przyłapał Bartusia na wagarach.

– Aa, tuś mi, bratku! – wyciągnął Bartusia z komórki przy boisku. – I pomyśleć, że nie dalej jak godzinę temu twój ojciec dawał mi głowę za to, że nigdy już więcej nie uciekniesz z żadnej lekcji!… No, ładnie!…

Bartuś wybuchł spazmatycznym płaczem.

– Proszę nie zabierać tacie głowy!… – wyszlochał. – Ja pana bardzo proszę!…

Dyrektor chrząknął.

– Dziecko, uspokój się… – powiedział po chwili. – Dawać głowę to znaczy ręczyć za coś, być pewnym, że tak się stanie… Tata był pewny, że nigdy już nie pójdziesz na wagary…

– Ja się tylko spóźniłem – wyjęczał Bartuś. – Ale chciałem iść na następną!…

Dyrektor wzniósł oczy do nieba.

– Dobrze już, dobrze… – mruknął. – Szoruj do szkoły!… Ale daję ci głowę, że jeszcze jedno spóźnienie i będziesz miał pałę z zachowania!…

Dojść do głosu


Tata Bartusia obudził się z chrypką i potężnym bólem gardła – co bardzo ucieszyło mamę, bo przecież mówiła mu, żeby nie chodził bez szalika…

– A widzisz, a widzisz?! – triumfowała przy śniadaniu. A potem zaczęła opowiadać o różnych chorobach, których mógł się nabawić lub których jeszcze się nabawi, jeżeli nie będzie jej słuchał. Tata próbował parokrotnie przerwać, wreszcie jednak zrezygnowany machnął ręką, wstał i bez słowa wyszedł z kuchni.

– Gdzie on poszedł?… – zapytała zdumiona mama patrząc na Bartusia.

– Mówił, że chce iść do jakiegoś głosu… – wyjaśnił Bartuś. – O ile dobrze zrozumiałem… – dodał niepewnie.

Mama wybiegła z kuchni.

– Gdzie ty idziesz w takim stanie?! – usłyszał Bartuś. – Kim jest ten Głos?! Znam go?!…

– Do apteki idę!… – wycharczał tata Bartusia. – Po jakiś lek na gardło!… Bo gdy mówię cicho, to nie dajesz mi dojść do głosu!…

Mama wróciła do kuchni. Bartuś spojrzał na nią pytająco.

– Dojść do głosu… – wyjaśniła wreszcie mama – to znaczy doczekać się chwili, gdy inni nic nie mówią i można powiedzieć coś samemu.

– Oo, to tata trochę poczeka… – wyrwało się Bartusiowi.

Ale nie powiedział nic więcej, bo mama zdenerwowała się, że obydwaj jej nie słuchają – i nie dopuściła go już tego ranka do głosu.

Dolewać oliwy do ognia


Babcia Bartusia ma domek na wsi; bardzo jest w nim miło. A już najmilej wieczorem, przy kominku.

 

– Babciu, a gdzie jest drewno? – dopytywał Bartuś.

– W drewutni…

– A zapałki?…

– Na kominku…

– A oliwa?…

Babcia spojrzała na niego zdziwiona.

– A po co oliwa?!

– A bo ty podobno zawsze dolewasz oliwy do ognia…

Babcia zazgrzytała zębami.

– Kto tak powiedział?! – zapytała. – Mama, tak?!

– Tak… – bąknął niepewnie Bartuś. – To znaczy, że nie dolewasz do kominka?…

– Nie! Nie dolewam! – powiedziała babcia. – Dolewać oliwy do ognia to znaczy powiedzieć lub zrobić coś takiego, że ludzie, którzy się kłócą, zaczynają się kłócić jeszcze bardziej!…

– Czyli dolałem oliwy do waszej kłótni?… – ucieszył się Bartuś.

– Właśnie – warknęła babcia.

Dostać małpiego rozumu


Bartuś wrócił do domu wyraźnie zaniepokojony.

– No i jak było na wycieczce w zoo? – zapytała mama.

– Chyba dobrze… – niepewnie odpowiedział Bartuś.

– Jak to chyba? – zdziwiła się mama.

Bartuś stanął przed lustrem z niezbyt mądrym wyrazem twarzy.

– Czy widzisz we mnie jakąś zmianę?… – odezwał się po chwili.

– Masz urwany guzik – powiedziała mama, mierząc go wzrokiem. – Ale poza tym wyglądasz normalnie…

Bartuś westchnął.

– A pani Ela, z którą byliśmy w zoo, powiedziała, że wszyscy dostaliśmy małpiego rozumu – mruknął rozżalony. – I że więcej nigdzie już z nami nie pójdzie…

– Z tego wynika, że zachowywaliście się tam niezbyt mądrze – roześmiała się mama. – Jakbyście oszaleli, albo… sama nie wiem.

– Eee… – wzruszył ramionami Bartuś. – Przedrzeźnialiśmy trochę małpy, ale do takiego zachowania to przecież pani Ela powinna być przyzwyczajona…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?